Naucz mnie żyć, Tobiaszu
Historia o tym, co dzieje się, gdy zacierają się granice rzeczywistości. Mam nadzieję, że nie nazbyt moralizatorska.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Przed chwilą skończył dzisiejszą serię ćwiczeń, więc siedział rozparty na ławeczce, dając odpocząć zmęczonym mięśniom. Kątem oka oglądał spoty reklamowe w płaskim telewizorze, który przezornie zawieszono na ścianie siłowni. Tobiasz sam zaprogramował to pomieszczenie, dbając, by jak najdokładniej odwzorować stylizację wczesnego XXI wieku. Dlatego też wokół stały stojaki na sztangi, a mechaniczne urządzenia do ćwiczeń błyszczały świeżo wypolerowanym metalem. Udało mu się nawet znaleźć we Wszechsieci wiarygodne skrypty roślin doniczkowych, których kilka ustawił w rogach. Ale po porannym treningu trzeba było w końcu iść do pracy. Mężczyzna komendą głosową dezaktywował nakładkę rzeczywistości. Schludna biel ścian w jednej chwili ustąpiła szarości surowego betonu, a spod obrazu lampy sufitowej wyłoniła się półkula projektora. Tobiasz przeciągnął się i odłączył przewody elektrod, przyczepione do skóry polimerowymi przyssawkami. Uśmiechnął się na myśl, jak głupio musieli wyglądać ludzie podczas ćwiczeń przed rozpowszechnieniem elektromagnetycznej stymulacji mięśni. Wystylizować sobie jedną z nakładek na siłownię to jedno, ale męczyć się i pocić, podnosząc ciężary? Absurd. Szarość trybu stand-by zawsze wprawiała go w ponury nastrój, dlatego wyświetlił przed oczami interfejs projektora i przejrzał menu w poszukiwaniu czegoś odpowiedniego. Gdy wreszcie dokonał wyboru, urządzenie rozjarzyło się, a smugi dziwnie nierzeczywistego światła rozlały się po pokoju, zamieniając beton w kwiatową tapetę i wypolerowane dębowe panele. Zadowolony z siebie powędrował do kuchni. Tam, przy stole pokrytym projekcją litego drewna, czekała na niego Marysia. Uśmiechnęła się znad półmiska sałatki i odgarnęła z czoła kilka niesfornych pukli. Tobiasz uniósł dłoń w powitalnym geście, odwzajemniając uśmiech. Zawsze powtarzał jej, że ucieleśniała całe szczęście, jakie kiedykolwiek go spotkało, a ona niezmiennie spływała w odpowiedzi rumieńcem. Choć nawet grę sieciową, w której poznali się przed laty, już dawno zaktualizowano, niektóre rzeczy po prostu się nie zmieniały. – Zaprojektowałam dla ciebie świetne śniadanie – rzuciła Marysia, nadając twarzy figlarny wyraz. – Myślę, że ci się spodoba. Tobiasz skinął i podszedł do dystrybutora. Z holograficznego interfejsu wybrał pozycję oznaczoną jako „niespodzianka”. Pozostało mu już tylko patrzeć, jak przeszklone drzwiczki bieleją, jakby pokryte szronem, a po chwili otwierają się z charakterystycznym piknięciem. Wyglądowi potrawy, która wysunęła się z urządzenia na polimerowym talerzyku, dorównać mógł tylko jej zapach. Sadzone jajko, plastry smażonego boczku oraz dwie pajdy ciemnego chleba, posmarowane grubą warstwą masła. Świeże i smakowite, jak żywcem wyjęte z dwudziestopierwszowiecznej kuchni. Wtedy stało się coś dziwnego. Obraz zafalował przed oczami mężczyzny, a nałożona na jedzenie nakładka zniknęła, ukazując ukrytą pod nią białkową papkę. Zakłócenie trwało tylko ułamek sekundy, ale to wystarczyło, by pozbawić Tobiasza apetytu. Przeklął w duchu, po raz kolejny przysięgając sobie, że przy najbliższej okazji naprawi te cholerne bugi oprogramowania wszczepów. Zerknął tylko ukradkiem na żonę, by upewnić się, że nie zauważyła jego zachowania, lecz ta sprawdzała akurat godzinę na wizualizacji zegarka. – Nawet nie myślałam, że już tak późno – stwierdziła, wykrzywiając usta w zakłopotany uśmiech. – Muszę lecieć, kochanie. Wrócę wieczorem. Posłała mężowi pocałunek na pożegnanie, po czym wylogowała się z sieci domowej. Gdy tylko przytwierdzony do sufitu projektor zarejestrował jej odejście, obraz kobiety rozpadł się na setki tęczowych sześcianików, które rozsypały się kaskadą po pomieszczeniu, by za moment stać się tylko mgiełką blednących punktów. Tobiasz rozsiadł się wygodnie na krześle, a z przywołanego menu wybrał nakładkę biura. Smugi światła z rozjarzonej półkuli nakreśliły kontury mahoniowego biurka i pokryły siedzisko skórą czarnego fotela. Na podłodze pojawiły się lakierowane deski, a ściany spłynęły ciepłem kremowej farby. Nawet dystrybutor został sprytnie zamaskowany wizualizacją staromodnego ekspresu do kawy. Mężczyzna strzelił stawami palców i założył rękawice sieciowca. Chwilę później wystukiwał już komendy na wirtualnej klawiaturze, otoczywszy trwające przed nim holograficzne ekrany odpowiednią nakładką, by jak najwierniej przypominały przedpotopowe wyświetlacze LCD. Wszystko dla osiągnięcia tego specyficznego klimatu staroświeckości, który motywował go do działania i w jakiś niewytłumaczalny sposób wyzwalał w umyśle pokłady kreatywności. Teraz, gdy wszystko było gotowe, Tobiasz mógł wreszcie zabrać się do pracy.
***
Kończył właśnie pisać ostatnie skrypty sterujące elektronicznym sekretariatem dla urzędu miasta, gdy poczuł, że coś było nie tak. Lampka na biurku zamrugała ostrzegawczą czerwienią – Tobiasz sam zaprogramował nakładkę, by właśnie w ten sposób ostrzegała go przez zewnętrzną ingerencją w sieć domową. Mężczyzna przełknął ślinę. Atak hakerski w tych czasach? To się nie mieściło w głowie. Wyświetlił przed oczami interfejs, od razu przechodząc do zakładki zabezpieczeń. Momentalnie przeznaczył osiemdziesiąt procent zasobów sieci na odnalezienie i zidentyfikowanie nieznanego kodu. Wszystko trwało kilka nieznośnie długich sekund, a gdy program ukazał wreszcie wyniki skanowania, Tobiaszowi pozostało tylko westchnąć z rezygnacją -Oj, Marysiu – rzucił, ściskając palcami skronie. – Mówiłem ci już, że takie żarty mnie nie bawią. Jak w ogóle udało ci się podszyć pod nieznajomy kod przy naszym poziomie zabezpieczeń? Mężczyzna zobaczył, że drzwi pokoju uchyliły się powoli, lecz zamiast szczupłej kobiety o twarzy na wpół zakrytej burzą niesfornych kosmyków, zobaczył kopię samego siebie. Przez chwilę miał wrażenie, że patrzył w lustro, umieszczone tam przez jakiś nieprawdopodobny bug oprogramowania, ale nie. On nigdy nie spoglądał na nikogo z taką pogardą. – Kim jesteś?! Jak śmiesz wkradać się do mojego do… – Nagle programista uzmysłowił sobie rzecz taką straszną, że zaparło mu dech w piersiach. Nieznajomy wszedł tu posługując się kodem identyfikacyjnym Marysi, a ten był przecież niepodrabialny. Wszechsieć nie pozwalała, by w jej obrębie istniały dwa takie same egzemplarze. – Co zrobiłeś z moją żoną?! – Twoja żona nie żyje – odparł przybysz tonem tak obojętnym, jakby zapytano go o wilgotność lasów deszczowych na sąsiedniej półkuli. Wtedy Tobiasz nie wytrzymał. Zacisnął szczęki tak mocno, że słychać było nieprzyjemny zgrzyt ścieranych zębów. Spokojną zazwyczaj twarz wykrzywił wyraz prawdziwej nienawiści. Pierwszy raz od dawna. Palce zadrgały w obłąkańczym tańcu na holograficznych klawiaturach, a oczy przebiegły jednocześnie przez kilka interfejsów. Nim nieznajomy zdążył choćby otworzyć usta, uderzyły w niego wszystkie zdolne do tego protokoły. Prawdziwa walka toczyła na poziomie algorytmów i skryptów. Między rzędami cyfr, pośród gąszczu generowanych z szybkością światła komend. A jednak projektor również pracował na pełnych obrotach. Z wygenerowanych przez niego słupów światła wypełzły cienie. Mężczyźni w długodziobych ptasich maskach barwy kości odgrodzili Tobiasza od nieznajomego. Na głowy narzucone mieli kaptury, a poły ich czarnych płaszczów falowały złowieszczo. Doktor Plaga, program antywirusowy wspomagany przez wszystkie zasoby systemowe sieci, zdołał osaczyć złośliwy kod. Dlatego wizualizacje jego poczynań wyjęły spod szat skalpele i piły. Pół oddechu później rzuciły się na oniemiałego przybysza, niemal rozdzierając go na strzępy, tak jak antywirus kawałek po kawałku usuwał z systemu niepożądane skrypty. Powietrze wypełnił zapach oprószonych cynamonem róż, a czerń płaszczy zlała się w bezkształtną, pulsującą masę. Przez ciężką ciszę przebijał się tylko szelest rozcinanych tkanek, ale i ten po chwili ucichł. Kiedy wreszcie doktorzy skończyli terapię, po nieznajomym nie było nawet śladu. Zamaskowani mężczyźni otaczali teraz okręgiem pusty punkt, a jedynymi śladami niedawnej bytności przybysza były czerwone plamy na ostrzach skalpeli i pił. Lecz projekcja krwi nie rozpadła się na setki świetlistych refleksów jak ciało przed chwilą. Zajaśniała za to i zaczęła rozrastać się w zastraszającym tempie. W ułamek sekundy ogarnęła lekarskie narzędzia, po czym przeskoczyła na ręce zaskoczonych doktorów nim ci zdążyli odrzucić skażone przybory. Pokryte czerwienią członki zaczęły obracać się w niebyt, pozostawiając po sobie tylko świetlistą mgiełkę zniszczonych wizualizacji. Postacie lekarzy rozpadały się powoli, tak jak skrypty antywirusa ulegały dezintegracji pod naporem złośliwych kodów, które znalazły lukę w oprogramowaniu. Linia obrony domowej sieci z każdą chwilą stawała się coraz cieńsza, a Tobiasz ze zgrozą uzmysłowił sobie, że niedługo będzie bezbronny jak noworodek. Dlatego podjął ostatni, desperacki wysiłek i zsynchronizował umysł z systemami komputerów. Wiedział, że miał szansę odeprzeć atak tylko jeśli sam podejmie się walki. Cyfrowa armia musiała mieć generała, który stanie na jej czele. Z tego, jak wielki popełnił błąd, zdał sobie sprawę, dopiero, gdy poczuł mrowienie rozchodzące się po całym kręgosłupie, a jego kończyny stopniowo zaczęły odmawiać posłuszeństwa. Złośliwy program czekał cierpliwie, aż Tobiasz podłączy się bezpośrednio do sieci, by wesprzeć systemy obronne domu. A potem bezbłędnie wykorzystał swoją szansę,
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil vyzart
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…