Nie dla nas ta wiosna
Ostatnia droga wojownika. Komentarze mile widziane
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Zimne podmuchy wiatru poruszały bezlistnymi gałązkami i konarami. Brudny śnieg nadal zalegał na ziemi. Zima ciągle jeszcze walczyła o swe panowanie. Nie odpuszczała ani na chwilkę. Wiosna nieubłaganie wkraczała jednak wraz ze słońcem, które świeciło na bezchmurnym niebie. Choć wciąż jeszcze nie dość silnym, już dającym wyraźny sygnał, że ponure dni zimy dobiegają końca. Zmarznięta gleba zmieniała się w błotnistą maź. Leśna ścieżka pełna była kałuż i błota. Z oddali dobiegał cichy śpiew pierwszych ptaków. Plaśniecie kałuży zdradziło, że oto zbliża się nowe źródło dźwięku. Raz po raz słychać było błotniste mlaśnięcia. Odgłosy były nieregularne i wydawane jakby z wysiłkiem. Plask, plask, cisza. Plask, plask, plask. Cisza. Wreszcie na ścieżce ukazało się zwierzę. Powoli stąpało naprzód. Umierało, a krwawa wstęga, która zostawała w błocie za nim, szybko odmierzała chwile jego życia. Krew ciekła z jego poranionych nóg i umięśnionej, pokiereszowanej piersi, jednakże to rana boku wyglądała najpaskudniej. Czarna ciecz spływała z szerokiego rozcięcia. Złamana włócznia nadal tkwiła w zwierzęciu; poszarpane blachy, które niegdyś były wspaniałym pancerzem, sterczały z jego korpusu. Gdy stwór nie miał już siły zrobić kroku dalej, stanął pod rozłożystym drzewem, które od wieków obserwowało ścieżkę. Wielki dąb litościwie użyczył swego cienia i w milczeniu przyglądał się. Koń umierał. Kiedy wierzchowiec stanął pod drzewem, z siodła coś się zsunęło i ciężko uderzyło o grunt. „Coś” podpełzło do drzewa i z najwyższym wysiłkiem oparło się o jego pień. Powyrywane części zbroi sterczały we wszystkich kierunkach. Zdruzgotane ramię wisiało bezwładnie. Bełty i strzały sterczały spomiędzy porozrywanych części napierśnika. Wszędzie pełno było krwi, która już zakrzepła oraz nowej, która wydobywała się przy każdym oddechu; oddechu, który bardziej przypominał charczenie, niż oddychanie. Posklejane krwią włosy pozlepiały się obrzydliwie. Człowiek umierał. Koń spokojnie spoglądał na swego pana. Smutek wyzierał z jego wielkich, brązowych oczu. Zwierzę zrobiło krok w kierunku drzewa i z cichym westchnieniem padło na bok tuż obok leżącego na ziemi człowieka. Ten powoli, z ogromny wysiłkiem, otworzył oczy. Wolno obrócił głowę. Kąciki ust uniosły się nieznacznie w delikatnym uśmiechu. Człowiek wyciągnął ostrożnie sprawną rękę ku swemu rumakowi. Koń patrzył na człowieka swym wielkim okiem, jego oddech stawał się coraz szybszy. Uniósł jeszcze nieznacznie łeb, lecz zaraz opuścił go na ziemię. Człowiek jęknął i poruszył się, po czym, klnąc pod nosem i przeklinając ból, przesunął się w stronę leżącego na ziemi końskiego łba; udało mu się go dosięgnąć. Po chwili opadł jednak, tracąc przytomność. Krew spływała na podłoże. Wokoło obu lezących stworzeń ziemia ciemniała i pęczniała, przyjmując szkarłatny płyn. Wojownik nagle poderwał głowę. Ponownie odzyskał świadomość. Przesunął dłoń na głowę konia. Ten odpowiedział cichym prychnięciem. - Taaa, wiem, wiem – mężczyzna mruknął – Jeśli jeszcze nie zauważyłeś, to trochę się orientuję co do naszego stanu. Rycerz uniósł głowę i spojrzał w górę. Zmrużył oczy jakby czegoś wypatrując. - Nie widzę nieba. Po prostu go nie widzę – powiedział z niepokojem w głosie. Koń cicho parsknął. Mężczyzna spojrzał na niego ponownie. - Ale wiem, że tam jest. Czuję słońce. Chyba idzie wiosna – chciał się zaśmiać, ale dał radę jedynie zacharczeć; z ust pociekła mu krew. Krztusił się przez dłuższą chwilę, po czym odetchnął ciężko. – Ale nie dla nas ta wiosna. - Daliśmy im nieźle popalić, co? – zapytał swego wierzchowca. Zwierzę parsknęło gniewnie i uniosło głowę spoglądając na człowieka. Człowiek mógłby przysiąc, że w tym spojrzeniu dostrzegł kpinę. - No, daj spokój – oburzył się jeździec. - Mógłbyś choć poudawać, że tak było. Znowu kpiące spojrzenie. Mężczyzna pokiwał głową. - Masz rację. Najtrudniej jest wcisnąć kit samemu sobie - powiedział. Odpowiedziało mu ciche rżenie. - Chciałbym... – jeździec nie dokończył zdania. Głowa opadła mu bezwładnie. W umyśle widział znów to, co zdarzyło się tak niedawno. Widział siebie ubranego w bogaty i lśniący pancerz, wsiadającego na potężnego rumaka, odzianego w bogatą uprząż. Siedział niczym bóg. Giermkowie podali mu tarczę z najmocniejszej stali i wspaniały miecz, który od pokoleń, wedle legendy, służył jego rodzinie jako narzędzie pracy. W tamtej chwili był z siebie tak dumny. Oto on, kolejny z rodu, stanie na polu, by pomnożyć chwałę swojej rodziny. Założył hełm zdobiony godłem rodu, łabędziem śpiewającym swą ostatnią pieśń. I tak, gotowy i dumny, czekał na sygnał. Słońce oświetlało rozległe pole. Kurz unosił się spod kopyt niecierpliwych ogierów, pragnących jak najszybciej skoczyć do przodu. Tak samo niecierpliwi byli wojownicy. Pokrzykiwali gardłowo, lżąc nieprzyjaciela, który stał po drugiej stronie równiny. Widział jego piechotę, jak pospiesznie i lękliwie budowała jakieś umocnienia. Śmiał się z nich. Wiedział, że kiedy rycerze ruszą, rozgniotą tych robaczków w mgnieniu oka, niczym niepowstrzymany żelazny walec. Kiedy sygnał nadszedł i zagrali trębacze, dostrzegł jak ruszają inni z jego chorągwi; ruszył i on. Wreszcie uwolniony rumak sam rwał do przodu, ścigając się z wiatrem. Poprzez szpary w hełmie dostrzegał szybko zbliżającą się linię piechurów wroga. Tak, to jest to - myślał uniesiony adrenaliną. W tamtej chwili czuł się niepokonany. A potem nastąpiła masakra. Wróg był silny, przygotowany i wcale się nie bał. Widział, jak rycerze wpadali do wykopanych dołów, z których sterczały naostrzone pale. Spadł na nich deszcz strzał i bełtów wystrzeliwanych przez piechurów. Och, jak nienawidził ich w tej chwili. Nie mógł ich dosięgnąć a oni zasypywali ich strzałami. Czuł straszliwy ból, kiedy i jego dosięgły strzały. Najlepszej jakości pancerz osłabił siłę strzały i bełtu, ale ich nie zatrzymał. I wtedy zobaczył ich - wrogich rycerzy, nacierających na nich z prawej strony. Przeciwnicy jechali w pełnym pędzie, a oni zmieszani i ciągle pod obstrzałem nie mogli stawić im czoła. Ten straszliwy zgrzyt, do którego dołączył się dźwięk tratowanych ciał, kwik śmiertelnie ugodzonych koni i nieludzkie wycie rannych. Walczył z całych sił. Jego rumak postrzelany strzałami niósł go, a on, przepełniony wściekłością i bólem, uderzał najmocniej, jak mógł. Starł się z rycerzem, który miał na tarczy niedźwiedzia stojącego na dwóch łapach. Uderzył dwa razy. Pierwszy cios został sparowany, lecz drugi przeniknął przez zbroję i trafił w ciało i kości. Zabił. Nie zdążył nawet mrugnąć kiedy cios dosięgnąl jego samego. Właśnie ten cios. Straszliwe uderzenie z lewej strony. To musiał być topór. Topór w ręku siłacza, który wprawnie się nim posługiwał. Trafił w jego tarczę. Gdyby było inaczej, wszystko skończyłoby się w tym miejscu. Poczuł straszliwy ból; jego ramię bezwładnie opadło, a tarcza wysunęła się z palców. Inne uderzenie spadło na jego głowę. Hełm rozsypał się jak gliniana skorupa, a gęsta krew spłynęła mu po włosach na czoło. Kątem oka dostrzegł miecz wzniesiony nad sobą do ciosu. Uratował go fakt, że ktoś właśnie w tym momencie dźgnął jego konia. Zwierzę gwałtownie skoczyło do przodu, by przejść w gwałtowny galop poprzez pole bitwy. Nie zatrzymywał go, o nie. Pragnął wręcz, by wierzchowiec pędził jeszcze szybciej. Ogarnęło go przerażenie. Poczuł, jak ciepły mocz spływa mu po nodze. Przytulił się ze wszystkich sił do końskiego łba. Zaklinał zwierzę, by biegło jak szybciej. Rumak niósł go długo, wreszcie zwolnił, wyczerpawszy swe siły. Przeszedł w kłus, a wkrótce w chód. Tak dotarli do wielkiego drzewa przy leśnej ścieżce. Tam też obaj legli. Jeździec uniósł głowę i spojrzał na swego rumaka. O dziwo, już nie krwawił; wyglądał jakoś lepiej. On sam również odczuł poprawę. - Dziwne – pomyślał. – Wydawało mi się, że może być już tylko gorzej. Spróbował się poruszyć. Udało mu się. – No, no, może jeszcze z tego wyjdziemy – powiedział sam do siebie. - Chyba żartujesz – usłyszał w odpowiedzi. Zaskoczony próbował się zerwać i, w efekcie, padł jak długi na plecy. Ku swemu zdziwieniu stwierdził, że może się podnieść. - Kto tu jest?! – krzyknął gniewnie. - Nie musisz się tak wydzierać, przecież leżę tutaj – Koń podniósł łeb i pogardliwie prychnął. - Ty??? – oczy Rycerza rozszerzyły się ze zdziwienia i przerażenia. – Przecież konie nie mówią! - No, w zasadzie, w normalnych warunkach nie mówią – głos Konia również zdradzał pewne oznaki zdziwienia obecną sytuacją. – Ale musisz przyznać, że nasza sytuacja nie jest tak całkiem…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Svarthofde5
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…