nie niszcz się za bardzo
mamy rodzinę, mamy głównego bohatera, mamy pogrzeb i w ten sposób powstało krótkie opowiadanie. Miłego czytania
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Deszcz. Wiatr. Szloch. O, i Ja. Rok temu sytuacja identyczna, dwa lata temu taka sama, trzy lata znowu, cztery tu przerwa a dalej nie pamiętam. Byłem zbyt mały. Jeśli chodzi o pogrzeby to zgodnie z założonym stereotypem powinien odbyć się w ciszy, zadumie oraz oczywiście bez odrobiny słońca, a żeby już wzmocnić dramaturgię całego wydarzenia musi lać. Oto właśnie przedstawia się dzisiejsza sytuacja. Stoję przy szarej jak niebo płycie granitowej, w towarzystwie moich szlochających ciotek, wujków pociągających nosami, małych kuzynków gapiących się na swoje buty i oczywiście pomiędzy ramieniem mamy oraz ojca. - Wieczny odpoczynek Racz jej dać Panie – wypowiada końcowe słowa ksiądz stojący z Pismem Świętym przy grobie. Wszyscy w jednym czasie robią gest przeżegnania, po czym powoli rozchodzą się do swoich samochodów. Ja z moimi rodzicami zostajemy przy grobie. Patrzę na jeszcze niezasypaną trumnę, starając sobie przypomnieć twarz babki , co jest trudne bo widziałem ją w zeszłoroczne święta i nagle takie BUM. Nie ma jej. Uciekła ze Śmiercią. Zastanawiam się (jak pewnie większość ludzi) jak to jest kiedy się umiera, kiedy odczuwasz coś takiego, że przeżyłeś wszystko co mogłeś a teraz zostało ci wejście po schodach na górę, wieczny sen czy też pustka. Po prostu cię nie ma; nie istniejesz; nie zdajesz sobie nawet sprawy, że umarłeś a wszystko co miałeś, wszystko o co walczyłeś całe życie – znika. Miłość. Wiedza. Zabawa. Wspomnienia. Mimo nauki wciąż pnącej się w górę, ta kwestia, kwestia śmierci nigdy nie zostanie rozwiązana. Z zadumą spoglądam na matkę, z której oczu wylewają się łzy. Ojciec stoi obojętnie, przeplatając w dłoni zapalniczkę. Padać zaczyna coraz mocniej, więc mój kaptur jest już tak naprawdę do niczego, a ja sam zamieniam się w kałużę o zapachu mokrego jamnika. - Chodźmy już, myślę że babcia wolałaby żebyśmy nie spóźnili się do jej gości – wypowiedział ojciec, robiąc krok w stronę głównej alejki cmentarza. Jechaliśmy naszym dużym, srebrnym samochodem, przedzierając się prze falę deszczu, która namiętnie atakowała przednią szybę. Ojciec ściskał nerwowo grubego marlboro z grymasem na twarzy. Ja siedziałem cicho z tyłu, myśląc co będę robić przez resztę dnia. Najpierw zdjąłem mokrą kurtkę, która już zdążyła porządnie zmoczyć spodnie. Jak byłem mały zawsze zadawałem to samo pytanie: ‘tato a dlaczego ten i ten umarł?’, mój ojciec odpowiadał jedynie: ‘takie jest życie synu, ja też kiedyś umrę’; wtedy wpadałem w ogromny szloch a mama z przejęciem i wymuszonym uśmiechem na twarzy uspokajała mnie, łapiąc za kolano. Stare czasy. Nie ma co ale życie rodzinne mam bardzo urozmaicone pogrzebami. Czarna chmura wisi nad moją bliższą i trochę dalszą rodziną. Czasem zastanawiam się kiedy mnie będą żegnać w deszczową pogodę. Wciągam przez nozdrza dym z papierosów moich rodziców, pragnąc choć trochę uspokoić bałagan panujący w mojej głowie. Mam ochotę zapalić i uwolnić się od grobowego nastroju, który śledził nas od momentu wyjechania z cmentarza. Wjechaliśmy w naszą ulicę, która prowadziła prosto do naszego domu w którym odbywała się stypa. Rząd samochodów zawalał podjazd, na ganku przy filarach stał rząd garniturów przyozdobionych siwym dymem, w domu paliły się wszystkie światła. Samochód zatrzymał się obok czerwonego auta mojej ciotki, narzuciłem kurtkę na głowę, ruszając na starcie z rodziną, która prawie mnie nie znała. - O witaj Janeczku, jak tam? Nie wiedziałam cię na cmentarzu, zajęty byłeś czy coś się stało? - Byłem ciociu stałem razem z rodzicami ale było bardzo dużo ludzi więc nie dziwię się cioci, że nie zauważyła. - odpowiedziałem stojąc nad moją ciotką, która popijała czarną herbatę. - Widzisz kochany ja już stara jestem, ślepota mnie chyba bierze. Czas tak szybko leci a śmierć czai się na każdym rogu naszego życia, wydaję ci się że wszystko jest w porządku a tu nagle choróbsko jedno czy drugie cie bierze i lądujesz w ziemi na zawsze. Sam jak palec - mówiła ciotka. Na pewno ją polubiliście gejzer optymizmu, w dodatku zawsze pachnie tym samym zapachem starych perfum, który gryzie mnie w nos kiedy ją spotykam. Wyciągnęła ze swojej małej torebeczki papierosy. - Janeczku kochanie przynieś mi popielniczkę. - Dobrze ciociu zaraz przyniosę, przy okazji przywitam się z resztą gości. - mówiłem wycofując się na swoich patykowatych nogach ale wcale nie miałem zamiaru witać się z resztą. - Jasne kochanieńki. - pożegnała mnie tymi słowami a ja ruszyłem do kuchni. Moja rodzina jak zgraja wściekłych psów kręciła się po kuchni przeszkadzając przy tym mamie, która stała nad kuchenką wydając co chwila nowe potrawy. Zapach jedzenia był miły jak na święta Bożego Narodzenia; szkoda tylko, że to nie były święta. Podszedłem do szafki ze szklankami aby wyjąć popielniczkę. - Janusz! - wykrzyknął do mnie mocny głos, a ja o mały włos nie wypuściłem popielniczki z dłoni. Odwróciłem się i ujrzałem czerwoną, tłustą twarz, wypełnioną ciemnym zarostem. Oh tak brat mojego ojca. Mój wuj. Tadeusz. Wiecznie podpity z torbą nieśmiesznych żartów. - Cześć wujek - podałem mu rękę, a on ścisnął ją jak zawsze trochę za mocno. W drugiej wciąż trzymałem popielniczkę. - Dobra impreza co nie? Oczywiście, dla niego każdy zjazd rodzinny był dobrą imprezą bo był to kolejny pretekst aby napić się niekoniecznie za swój koszt - Staruszka długo pociągnęła osiemdziesiąt dwa lata, ło boże jeśli ja bym wiedział, że mam tyle żyć to wiesz co.. - przysunął swoją opasła twarz to mojej - To piłbym jeszcze więcej! He He ! - zaśmiał się - A ty Janusz jak myślisz kiedy nadejdzie twój czas? - spytał poważnie. Przełknąłem głośno ślinę, skąd u licha miałem wiedzieć kiedy nadejdzie mój czas. Boże drogi mam dziewiętnaście lat całe życie przede mną. Prawda? - Wiesz wujek na razie jestem młody i nie wybieram się nigdzie, tak myślę - spojrzał na mnie sowimi oczami, po czym wybuchnął: - Jasne, że nie Janek! Hehehe - uderzył mnie mocno w ramię - Przecież jeszcze młody jesteś gdzie byś miał się wybierać! - krzyczał nadmiernie gestykulując - A gdzie to mój nudny brat, widziałeś go synu? - Chyba ostatnio palił na balkonie.. - Cholerny palacz to jak nic wciągnie go do grobu! Pomyślałem o tym, że prędzej wuj Tadek umrze, który przez swoje zapijanie samotności. Jest w coraz gorszym stanie ale oczywiście zachowałem to dla siebie. - Ty tak samo Janusz! Już ja cię nieraz widziałem z papierosem w oknie! Ja z papierosem jak to? Przecież, nikt z rodziny nie wie, że palę a tym bardziej wujek Tadek. Po pierwsze nigdy nie palę w domu. Po drugie nie wiem co, ale gdyby ojciec dowiedział się, że palę wściekłby się jak osa i kontrolowałby każdy mój krok. Taa. Wspominałem już, że mam dziewiętnaście lat? - Przecież ja nie palę wujek.. - on spojrzał się na mnie próbując zachować powagę, ale szybko wybuchnął śmiechem. - Pewnie, że nie! Hehehe Janek tego gówna to ty byś nawet patykiem nie tknął. Każdy wie, że jest to wolna i bolesna śmierć. - wypił końcówkę wina, która została na jego ciemnych wąsach. Przypomniało mi się o popielniczce, która trzymałem w lewej dłoni. - Przepraszam wuju ale miałem już dziesięć minut temu zanieść popielniczkę.. - A pewnie leć! - zaczął nalewać sobie kolejny kieliszek czerwonego wina. - Janek! Zatrzymałem się na granicy kuchni z salonem. - Tak wujku? - odwróciłem głowę. Machnął na mnie rękę w geście przywoływania. Podszedłem. - Bliżej, bliżej.. - podsunąłem swoją twarz trochę za blisko. - Słuchaj. Jak się nazywa facet, który myśli, że jest nożem? Milczę. On też. Uśmiecha się jakby chciał mnie zmusić do odpowiedzi ale mu nie wychodzi. W końcu mówi. - Ja nusz - wypowiada, a jego twarz robi się czerwona, po czym zanosi się żabim rechotem. Uciekam jak najszybciej, jednak zaraz potem dowcip dopada i mnie. Zaczynam się śmiać. Głośno. W duchu. Szukam wzrokiem ciotki co nie jest łatwe, gdyż staram się omijać wzrokiem krewnych z którymi powinienem porozmawiać, jednak po rozmowie z wujem Tadeuszem nie czuję się na siłach. - Janek! Janek! - słyszę cieniutkie głosiki. Patrzę w dół. Małe czorty. Kuzynostwo. Gabrysia i Filip. Urocze bliźniaki i nad wyraz denerwujące. Dziewięciolatki. - Co się dzieje? - Włączysz nam telewizję u siebie bo tutaj nic nie słychać a nam się strasznie nudzi. - mówiła starsza o kilka minut Gabrysia. Spojrzałem na tą cholerną popielniczkę, którą miałem zanieść ponad pół godziny temu. Odłożyłem ją na półkę przy schodach i zszedłem razem z dzieciakami do mojego pokoju, który mieścił się w piwnicy. Proszę się nie śmiać. Piwnica to naprawdę zacne miejsce w tym domu. Kiedyś mieszkał tu mój starszy brat ale kiedy skończył studia, wyjechał strasznie daleko, jakbyście się jeszcze nie domyślili do Ameryki. Dzieciaki zbiegały po schodach a ja wlokłem się za nimi, przestępując jak emeryt z nogi na nogę. Nagle wypadek. Ryk. Płacz. Trochę krwi. - Ałaaaaaaa!!! Boli!!! Ale jesteś głupia Gabryśkaaaa - ryczał Filip, jego mała twarzyczka była czerwona z bólu, z nosa ciekły przezroczyste gile, z oczu gorące łzy a jego łapki były obtarte i krwawiące. Ała. Plus dziesięć do wytrzymałości mały. - Sam jesteś głupi! Trzeba było się nie przepychać! - Przez ciebie umrę! - I dobrze ci tak, pochowają cię razem z prababcią Danusią i robaki będą cię jadły! - AŁŁŁŁŁ! - zawył Filip. - Ej Gabryśka nie mów tak, nikt tu nie umrze. Poza tym nie znam jeszcze takiej osoby, która by zginęła ze względu na takie małe ranki. Już nie płacz - podniosłem malca i usadziłem na kolanach. - Gabrysia przynieś z mojego pokoju wodę utlenioną i gazę. - A gdzie to jest? - pytała mała gryząc swoją piąstkę. - W czerwonej szafeczce tuż przy wejściu. Mój brat jak był nieco młodszy miał wielkie marzenie - zostać lekarzem. Dlatego też żył w przekonaniu, że w każdym domu powinna być taka czerwona apteczka. Sam ją uzupełniał wszystkim co mogłoby się przydać w nagłych wypadkach. Wodą utlenioną. Bandażem. Gazą. I tak dalej. - Boli yyyhhhh Janek nic mi nie będzie? Mama się zdenerwuję jak to zobaczy. - powiedział przełykając łzy. Boże, biedny maluch. Gabrysia przybiegła niosąc papier toaletowy, gazę i wodę utlenioną. - Jasne, że nie to tylko małe zadrapanie, a mamie nic nie powiemy i Gabrysia też nie prawda? - Mhm - odburknęła siostra. Polałem dużo wody na zranione łapki kuzynka, który starał się nie krzyczeć co było trudne. Wiem o tym. Ile to razy kiedy byłem w jego wieku spadłem z roweru czy z drzewa a mama polewała mi tym szczypiącym płynem rany.…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil charlie
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…