Niektórzy Nie Powinni Latać
opowiadanie o zderzeniu dwóch światów, niekoniecznie od siebie odległych, alternatywna prehistoria Ameryki Łacińskiej
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
„Niektórzy Nie Powinni Latać”
Prolog
Przy trzaskających polanach pod rozgwieżdżonym niebem siedzący Stary Szaman, snuł opowieść wnukowi. - Teo –Tanie, są rzeczy widzialne i niewidzialne. Czasem można sobie wyobrazić niewidzialne i je zobaczyć –powiedział patrząc w dal za ulatującymi ku gwiazdom iskrami Stary Szaman – ja kiedyś widziałem na jednej z dróg, taką oto żółtą tablicę z napisem „drogi użytkowniku, to jest bowiem droga świeżo wyremontowana, dużym nakładem sił i środków. Zastanów się czy aby rzeczywiście masz niezbędną konieczność podróżowania po niej”. -I co dziadku zrobiłeś?- Dopytywał nieopierzony młodzieniec. -Poczekaj, nie skończyłem, moje nogi jednak był zaciekawione. Więc wszedłem na nią. To była dobra droga. Szeroka. Z pomalowanymi białymi pasami po jednej i drugiej stronie i na środku. Po niczym tak wygodnym nigdy nie chodziłem, ale po zrobieniu niewielu kroków, znów zobaczyłem tablicę, tym razem napis brzmiał „zaprawdę powiadam ci kilku takim jak ty też wydawało się, że muszą podróżować tą właśnie drogą. Zaufaj słowu i pismu temu, oni pożałowali”. - poszedłeś dalej tą drogą dziadku? Nie bałeś się? - Młodzieńcze, droga Szamana to nie asfaltowa autostrada. Chociaż czasem możesz tak myśleć. W swoim życiu nie raz zatęsknisz za taką tablicą, zanim wejdziesz na drogę której możesz pożałować, a nie każdy umie czytać nie napisane ostrzeżenia. Jakkolwiek dziwne wydaje ci się życie, zawsze w końcu okaże się bardziej dziwne i bardziej zadziwiające niż jakiekolwiek inne życie, bo to twoje życie. Jedyne, jakie masz. - ale dziadku, powiedz mi, poszedłeś tą drogą pomimo… -….ja? wahałem się ….zbyt długo, ale wiem, że ty pójdziesz gdy będzie…. Nosisz w sobie serce Wielkiego Groo. I pamiętaj cokolwiek na tej drodze spotkasz, nigdy nie waż się żałować czegokolwiek. Nie tłumacz się jeśli zbłądzisz. Idź po prostu. To Szamana Teo - Tana przeznaczenie.
1. Powoli schodził ze wzgórza, smak goryczy tarł mu gardło, czuł niemal tak jakby przeżuwał i połykał drobinki piasku na sucho. Przyroda rozkwitała zielenią wokół, ścieżka była wąska, złośliwie wijąca się jak język starej baby a dla niewprawnego wędrowca wręcz niewidoczna. Ocierając się o krzaki i ostre skalne wypusty w myślach przeżywał ostatnie godziny swojego marnego życia. „Jako szaman – myślał – z takim ... czymś daleko nie zajdę”. Mruczał pod nosem poprawiając niewygodny plecak. Z rozmachem ciął maczetą mijane zarośla, uważając by nie zejść ze ścieżki. Wioska rozciągała się pod wzgórzami nieopodal, niewielkie smużki dymu, przygarbione postaci przy paleniskach na zewnątrz ziemianek świadczyły o normalnie toczącym się życiu osady. Mężczyzn nie było widać, „pewnie jeszcze nie wrócili z polowania”. Niestety, od kiedy opuścił osadę by porozmawiać o kilku ważnych sprawach z duchami, nie minęło zbyt wiele czasu. Jak się domyślał, problemy nie rozwiązały się same, a on nie miał żadnych odpowiedzi. Im bliżej był wioski, tym czuł się gorzej. „choroby, choroby, choroby – przeklinał strasznie w myślach”. Dotychczas jako wciąż młody szaman wśród swoich cieszył się ograniczonym ale zaufaniem. Ani nie podpadł jakoś specjalnie starszyźnie, ani nie zachwycał niebywałym wizjom. Po inicjacyjnej wędrówce duszy kiedy łączył się z duchami przodków na przeklętym, dymiącym wzgórzu by sięgać rady tych, którzy zasiedli przy ogniu wieczności, wspólnota cierpliwie czekała aż świeży szaman odżyje po trzymiesięcznym poście w górach, tam gdzie mieszka wiatr. Wspominając moment kiedy dotykał swego ciała w powietrzu i czuł zapach wiatru w śnie-półjawie wzdrygał się z przerażenia, szybko odgonił tamte chwile, mdlał z głodu i przerażenia, że się nie sprawdzi i umrze zanim uratują go duchy, no ale od tego czasu już zdążył zarumienić się zdrowo tu i ówdzie, więc plemię powoli zaczynało domagać jakichś konkretniejszych wizji i jasnego ącychpolitycznego określenia swojego miejsca, bo nawet jak na elokwentnego szamana był za mało dla większości precyzyjny i jego wizyjne opowieści wciąż wprowadzały niejaką konsternację, zwłaszcza starszyzny, która jakoś się musiała do tego ustosunkować i podjąć na podstawie niejasnych, zamglonych opowieści decyzję wiążącą dla całego plemienia. Musiał coś zrobić, opowiedzieć historię która naprowadziłaby starszych na właściwą drogę. Głowę miał pustą. Tym razem duchy zawiodły. Co zrobić ? Liczył na pomoc dziadka, który był jego mentorem i który nauczał go od dzieciństwa co znaczy być i kim jest szaman. Tym razem duch dziadka nie pojawił się... za to nad wielką dymiącą dziurą w górze ujrzał, wśród grzmotu ducha wodza świecącego zimnym ogniem. Trwało to tyle ile jedna myśl i przez chwilę myślał nawet czy to nie sen, jako szaman musi widzieć sprawy takimi jakimi są, czy to myśli Teo-ti błąkającego się całymi dniami bezmyślnie między domami, czy smutne spojrzenie chorego zwierzęcia, nie dość dużego by je zjeść na ogniu, a które trzeba podtuczyć. Skoro więc zobaczył to co zobaczył oczekiwał odpowiedzi, skoro jej nie dostał a jedyne co usłyszał to grzmot rozdzierający powietrze- niewiele mógł zrobić z takim widzeniem, bo niby co? Żeby jakieś słowo... obraz? A nie coś co przeleciało niewiadomo co? Szamani wracając do swoich WIEDZIELI, po prostu wiedzieli, a on NIC, czasem wątpił w swoje zesłanie, póki co miał szczęście ale nie miał ani zapału ani siły w sobie by wrócić z pustymi myślami w głowie. Jak opowiedzieć o tym widzeniu, by natchnąć starszych na właściwą decyzję ? Czy w rzece będzie ryba jesienią, czy kobiety będą miały mleko by wykarmić małe? Tej wiosny aż pięć kobiet rodziło i wszystkie małe okazały się zdrowe, to było wielkie szczęście, ale czy dożyją, by chodzić same?. Coraz częściej wędrowcy powtarzali opowieści o obcych dziwnych wędrowcach ze wschodu, wyglądających inaczej, straszących młode i zwierzęta innych plemion czy oni tu mogą przybyć i zabrać wysuszone mięso na zimę? Czy lepiej uciec w górę dla bezpieczeństwa, gdzie jednak poza kozami nie ma jagód do jedzenia? Kiedy zbliżał się do swoich wciąż nie miał pomysłu, intensywnie odtwarzał w myślach grzmiącego wodza, którego nazywał ptakiem-grzmotem, „opowiem o tym historię, niech moje myśli będą czyste a to co widziałem niech będzie jak wskazówka” - Teo- Tan, Teo – Tan powrócił- krzyczały dzieci na jego widok. Kilku mężów, którzy pozostali dla ochrony kobiet i odpoczynku po ostatnim wielkim polowaniu na rhygle, kudłate, powolne olbrzymy z nosami do ziemi z rogami na policzkach, wychyliło się z wkopanych mocno w ziemię długich trapezowych domów. - Czy góra wciąż dymi? – Zapytał Teo – Gron, długowłosy wysoki na ponad dwa łuki - Widziałem w dymie twarz twojego dziadka, była we krwi wielkiego ryczącego groo, którego ducha na jego cześć wysłaliśmy nad grzmoty – kłamał jak najęty - oooooo! Zakrzyknęli zbliżający się ludzie podnosząc dłonie z zachwytu ku górze. Kobiety stanęły tuż za mężami, a młode, które chodziły zupełnie z tyłu - kiedy jasny brat zamieni się ciemnym... – powiedział schodząc do małego domku częściowo wkopanego w ziemię, na uboczu, poza czterema rzędami długich domów wkopanych prawie po dachy, tworzących wspólnotę. Minęło wiele godzin, które Teo – Tan spędził na wymyślaniu swojej historii, którą dziś opowie. Kiedy przynoszono mu posiłek zrywał się szybko z wygodnego posłania i przestając dłubać w nosie, siadał w kucki zamykał oczy i kiwał się dostrajając do rytmu traw, uginających się pod łagodnym wiatrem. Tak przynajmniej myśleli pozostali. Nigdy nie próbował tłumaczyć im, że bycie szamanem to coś więcej niż głupie rytuały, które musiał powtarzać po poprzednikach, chociaż czasem miał wrażenie, że i jego dziadek i ojciec wielce przecież szanowani nie czerpali mądrości z dymu czy mowy drzew a poza tym nie raz widział jak podszczypywali przynoszące jadło czyste kobiety. Czuł, że prawdziwy szaman musi być mądry to znaczy umieć patrzeć i oceniać, używać przyrody, wnioskować z zachowania zwierząt i umiejętności leczenia, wykorzystując rośliny i drzewa, jaka będzie pogoda z wiatru i chmur a całe to wdrapywanie się na skały, cóż czasem owszem miał widzenia, rozmawiał z duchami, tak sądził zawsze po czternastu zachodach żółtego brata kiedy już głód doskwierał znacząco... z drugiej strony nie dałby sobie głowy włożyć do pyska groo, że widzenia następowały dokładnie wtedy, kiedy głód stawał się nie do zniesienia. „No dobrze – myślał – spokojnie przeżuwając miękko ugotowane chude mięso – czternaście zachodów żółtego brata ... ale ten grzmot... ten wódz w ogniu, po trzecim wschodzie, przecież nawet nie zdążyłem strawić suty posiłek jakim mnie raczono, przez trzy długie jasne dni, jak to zwykle osada żegna się z szamanem...
Kiedy mężczyźni objuczeni zdobyczą wracali z puszczy ściemniało się. Teo – Tan czuł się jako tako gotowy do ceremonii opowieści, tego co widziała dusza szamana. Kiedy ostatni położyli swe dzieci i starych, wielkie ognisko już buchało ogniem. Zaczarować, oczarować, wprowadzić w traumatyczny stan psychofizyczny – siedział w kucki myśląc nad słowami jeszcze słabo znanymi w jego czasach. Zwał jak zwał, słowa jak słowa a oto co musi zrobić. Zebrani przy ognisku ludzie, jak przy każdorazowych świętych ceremoniach nieźle już dali sobie w palnik, czy też jak to mówiono w owych czasach „zaryli twarzą o pół nogi od łoża”, popijając z orzechowych naczynek spleśniały sok z dziko rosnących bulw. Teo-Tan był zadowolony. Łatwiej w stanie upojenia wejdą w trans i poczują rechoty w lędźwiach, Wiadomo, jutro nikt nie będzie pamiętał o czym było i co szaman miał na myśli. Kilka nie za głośnych uderzeń w bęben, który wykonany był z naciągniętych jelit groo na wielki wek bez dna, powoli rozkręcało imprezę od strony artystycznej. Wiedząc w którym momencie należy wejść czekał na sygnał pomocnika. Ubrany w odświętne szaty: pióra grooptaka i umalowany ochrą od pasa po uszy był gotowy. Wtem bęben przyspieszył a zawodzący jęk niczym ostatni spazm protestu ofiary puchatka - rozpruwacza przecinając powietrze niczym jego ostry koniec dał sygnał dla Teo-Tana. Ludzie zazwyczaj szukając źródła hałasu odwracają głowę w jego kierunku, to pozwoliło wślizgnąć mu się prawie niewidocznie na środek polany, ale nie za blisko, by nie przypalić piórek, które zasłaniały jego jedyne klejnoty ukryte pod przepaską biodrową na której dyndały dość gęsto długie pióra (był hojnie obdarzony przez naturę, jak jego ojciec i dziadek), na środku bowiem płonęło ognisko. - oooo! –Zakrzyknęli na jego widok ci-którzy odwrócili głowy w kierunku hałasu -oooo? – Zakrzyknęli pozostali, którzy widzieli jak niezdarnie człapał na polanę, bo mu korona z piór się przekrzywiła a opaska biodrowa okazała się nieco zbyt słabo spięta fibulą. - Nie lękajcie się!!! – powiedział dopinając się – Nie lękajcie się!!!- jeszcze głośniej i pewniej (no teraz trzyma dobrze). Pojechał wzrokiem po tłumnie zgromadzonych, wpatrzonych w niego poprzez mgłę i dym, przy czym niektórzy jakby mniej, ponieważ wywar ze zgniłych bulw (wuzet-bee) zrobił swoje i leżeli szczęśliwi pokotem (dwóch, może trzech ale niestety dla Teo-Tana nikt ze starszyzny, chociaż trochę na to liczył) i zaczął mówić: -Przez zamknięte oczy widzę sercem. Przez powieki obrazy wnoszą wasze dzieci, jak pierwszy płacz modły wznosimy przez rozpacz, przez choroby, przez strach ku Bogom po nadzieję my dzieci tego wszech-świata. Co zrobimy, dokąd pójdziemy czy zimą wymrą nam dzieci? Cz pożogą przyjdą tłumnie? Przez zamknięte oczy widzę Duchy co mówią szeptem. Duchy co zmarłych kołyszą spokojem. Gdzie dym i grzmot byłem, co zobaczyłem dziś wam opowiem. Ci którzy mało pili popatrzyli po sobie drapiąc się po głowach, no cóż ci szamani to już tak mają, że jak zaczynają, to zaczynają. Ktoś nieśmiało podniósł rękę zagajając: - przepraszam, czy możesz powtórzyć ostatnie zdanie bo w tylnim rzędzie słabo słychać, jakiś bęben zagłusza jakby... - cicho, cicho mówi, że widział duchy co kołyszą zmarłych – szeptem wytłumaczył siedzący najbliżej - chore to jakieś trochę – wzruszył ramionami proszący – a o mleku i cyckach już było? - nie, nie – cicho, potem będzie, rozgrzewa się dopiero, masz? Czy polać jeszcze ? Dało się słyszeć szepty. Teo – Tan nabrał głęboko powietrza. Podniósł oczy ku niebu i powiedział co miał powiedzieć: - kiedy po raz trzeci zobaczyłem żółtego brata twarz nad dymiącą górą jak wita się i żegna zarazem ze swoim ciemnym bratem byłem myślami z wami i czekając na spotkanie z duchami wznosiłem za was ku nim wasze lęki i pragnienia, obawy i troski. Moim ludzie! Kiedy zjednoczyłem, wszystkie myśl w jedną myśl, ujrzałem odpowiedź która przyszła grzmotem jakby spod ziemi a jednak z nieba i zamienił się grzmot w jedną odpowiedź, jedną myśl „ nie lękajcie się”, albowiem cokolwiek zrobicie, czy cokolwiek starsi tej osady postanowią duch starego wodza, który odpłyną świecąc ogniem-jakiego-nikt-nie-widział za górę – będzie nad nami czuwał, widziałem twarz co miała wielkie oczy i ona patrzyła na mnie z radością. I ja byłem ufny. Bo grzmot nie zabił ale znikł za wzgórzem w czerwonym ogniu ducha smoka. I stała się cisza. Nie lękajcie się mili bo po grzmocie zawsze następuje cisza, jak po wichurze, jak po ogniu z góry deszcz, jak po wodzie z nieba suche dni. Szaman zakończył mowę. Ludzie popijali i patrzyli na niego a on stał jeszcze chwilę w bezruchu, po czym bęben ucichł a Teo-Tan wrócił w cień. Czyste kobiety podawały gorące mięso. Pyszne i świeże . Wielki był ten rhygl które upolowali mężowie, wiele mięsa by się zmarnowało, gdyby nie nieoczekiwany ale szczęśliwy powrót szamana. Kiedy wielu z siedzących bądź to trawiło słowa szamana, bądź mięso wstał najstarszy z rady Teo –Mir: - jako najstarszy z rady, a po śmierci nieodżałowanego wodza naszego rodu Teo-Ami-Tuka, którego nikt nie jest w stanie godnie zastąpić chcę powiedzieć naszemu Teo-Tanowi, kapłanowi i naszemu bratu ,że rada rodu, starzy i czcigodni pójdą teraz do namiotu zgody i podejmą decyzję. Zanim znów wstanie żółty brat Teo – Tanie poznasz naszą odpowiedź na Twoją opowieść. - Niech duchy przodków i duch starego wodza natchną Was o czcigodni – powiedział Teo-Tan siadając przy bębniarzu, którym był jego młodszy brat Teo – Mruk. Kilku siwych i jeden młody wstało i udało się do wcześniej przygotowanego namiotu ze skór thera, wielkiego czarnego kota. Siwi to czcigodni starcy, młody to ambitny, wielodzietny wytwórca garnków Teo - kher, które raz na miesiąc zawozi do odległych osad a czasem nawet do miasta, bardzo odległego, z podróży przywozi wieści i prezenty. Poważany. Ostatnimi czasy wprowadził kilka poprawek do masy gliniastej i jego garnki po wypaleniu w piecu ziemnym są trwalsze i większe, tak, że można je wkopywać w domach, w ziemi, dzięki czemu jedzenie przestało psuć się zbyt szybko. Ludzie bardzo go szanowali za to i poprosili o jego radę raz czy dwa, a ponieważ widział dużo i słyszał wiele na handlowych traktach, z pewną nieśmiałością przyjął zaproszenie do rady starców, nie bez własnych korzyści mając wpływ na życie wspólnoty. Kiedy starcy i Teo - kher weszli do namiotów, młodsi zaczęli dyskusję na temat mowy szamana oraz decyzji jakie może wydać rada: - mówię wam pójdziemy za góry, bliżej miasta – zaczyna jeden - a mnie się wydaje, że stare kości naszych radnych niechętne podróży... - ech gdybyśmy mieli normalnego wodza jak każde szanujące się plemię – wzdycha pierwszy - no ale przecież był wiec i mowy były...- odpowiada drugi - to czemu nie mamy wodza ? - bo nikt nie chciał nim zostać, chętnych nie było - a czemu Teo – kher nie został, nie starała się w ogóle, jak to było? - jakoś tak się złożyło, że akurat był z garnkami na wyprawie kiedy starsi ogłosili ,że będą wybory - ciekawe... – zamyślił się niewysoki Teo – Ran – rzeczywiście, tak było, by the way (a wracając do szamana) znów o cyckach i krowach nie powiedział ani słowa! - Tak to doprawdy żenujące, jak mógł! – ironizował drugi – tobie Ran to nawet Onea nie dogodzi - idź się smyrać z grooptakiem Teo – Kron – obraził się Teo-Ran
Rozmowy wygasały powoli jak ognisko. Zanim nad ich krainę wszedł ciepłem żółty brat, miejsce ogniska opustoszało, samotne młode, brzydkie kobiety zaciągnęły tych nielicznych, którzy jeszcze siedzieli w różne miejsca w celach prokreacyjnych, czy udało im się coś wykrzesać z pijanych mężczyzn? Cóż mieszkańcy osady nie grzeszyli urodą, że nie wspominając o mądrości. Starzy – nie czcigodni i młode chodzące, które nie mogły brać udziału w ognisku powoli wytaczali się z dusznych domów. Starzy dojadali ciepłe jeszcze resztki, a młode-chodzące wesoło bawiły się rzucając sobie na szyję małego psiaka, który wbijał swoje ostre kły w szyję atakowanego, miały dużo uciechy, zwłaszcza te które rzucały. Teo – Tan obudził się wcześnie. Zbyt wcześnie by pogrążyć się w zadumie i nad ewentualną decyzją Rady. W pewnej chwili wydawało mu się, że zbliżył się w swoich rozmyślaniach do możliwej decyzji, aż się wzdrygnął na tą myśl „Oni są gotowi to uczynić...”- pomyślał ze wstrętem. „Jak słaba i zachowawcza stała się Rada po przejęciu władzy, jak brakuje nam prawdziwego wodza” wzdychał głęboko, im bardziej o tym myślał, tym głośniej wzdychał, a im głośniej wzdychał tym mniej było go na tym świecie. I tak oto Teo-Tan dzięki wzdychaniu odbył swoją pierwszą wędrówkę szamana, niestety nie napotkał tam duchów przodków ale zobaczył przyszłość. Wzdychając , nie czekał na umyślnego wzywającego go przed oblicze Starców, ale zaczął się pakować. Wiedział bowiem doskonale jak decyzję podejmie Rada.
2. Pilot zaczytywał się w kryminalnej zagadce sprzed wieków o poszukiwaniu małej bursztynowej komnatki, którą jacyś „nazi” ukrywali przed jakimiś „bolszewikami”, dziwna historia o wielkiej wojnie w tle w której nie chodziło ani złoża ani o minerały, ani nawet o wodór do napędu okrętów kosmicznych, tylko o wolność i ideały, w imię których jedni zabijali pokotem za pomocą jakiegoś holokaustu miliony ludzi a inni ginęli, żeby nie zabijano tych holokaustem, z których robiono mydło i koce w obozowiskach zwanych koncentracyjnymi. „Dziwni, straszni i pokręceni byli kiedyś ludzie” – myślał. Statek mknął poprzez pas asteroid, co jakiś czas automatycznie włączane działka rozbijały mniejsze skały. Wachta powoli kończyła się i zbliżał się czas odwiedzić Cooka w kantynie. Kantyna była przytulna, o tej porze serwowano kawę i kręcone ciasteczka, była 5:30 czasu GT, toteż na całym okręcie było jeszcze ciemno. Rytm dnia i grawitacja dla wygody załogi miała przypominać jak najbardziej tą Ziemską. Pilot podszedł do baru i cicho chrząknął. Zamyślony Cook ocknął się i zagaił leniwie: - co tam w przyrodzie? - pięknie... – z sarkazmem odpowiedział Pilot – dasz mi tą swoją morderczą kawę ? - nie idziesz spać...po – spojrzał na zegar nad barem – wachcie ? - ach, obiecałem pomóc przy generatorach Mechanikowi z trzeciego poziomu, poza tym poczytam jeszcze. -kręci cię ta historia? Przecież to było tyle lat temu... -przerażające prawda – powiedział Pilot nabierając małego łyczka smolistego, gorącego napoju – tyle musiało zginąć, przez tych nazi... - gdzieś o tym słyszałem...ale nie wiadomo kim byli ci naziści...no wiesz, czy z Afryki chyba, stamtąd tacy dzicy pochodzą czy skąd? - nie wiadomo, autor też nigdzie o tym nie wspomina, dziwne trochę, zresztą z bolszewikami jest podobnie - a kto wymyślił te brednie którymi zawracasz sobie głowę? – Zapytał Cook wycierając talerzyk po ciastku - to nie brednie, tę książkę napisał rzetelny niemiecki historyk, zbierał do niej wiele lat materiały po instytutach prawdy w całej Europie- powiedział urażony Pilot, po czym dopił kawę i dziękując Cookowi wyszedł. „Co za tępak”-pomyślał. Wcale nie miał zamiaru pomagać Mechanikowi, chociaż rzeczywiście nawalają generatory, na szczęście zapasowe podłączając się automatycznie stabilizują sytuację, Pilot wyślizgnął się z tej pracy mówiąc Mechanikowi, że będzie po wachcie zjełczały i bez formy, w rzeczywistości umówił się z piękną Wirą Koczią, cudownym stworzeniem która było biologiem i antropologiem w jednym. Uprawiać z nią miłość to było...to było coś. Zresztą i ona musiała mieć z tego powodu sporo radości, wielokrotnie czasami – jak sama mówiła. Cóż było robić w próżni międzygwiezdnej? Postanowili nie wychwalać się dookoła, że się spotykają intymnie. Szedł korytarzem oświetlonym przez punktowe źródła światła, które migotały raz po raz. „Cholera – znów te generatory”-pomyślał, że może jedna kwarto było pomóc Mechanikowi, ale opuszczać spotkanie z Wirą ? Im bliżej był jej mieszkania, tym otoczenie piękniało, znudzenie ustępowało kolory stawały się intensywniejsze. Zapukał lekko oglądając się po korytarzu, czy aby nikt go nie widział. Drzwi otworzyły się z cichym sykiem pneumatyki, wszedł, kwiatowy zapach jej perfum dotykał łagodnie jego zmysłów, jeszcze jej nie widział, jeszcze czekał, celebrując moment pierwszego dotyku ich ust. Smakował wspomnienie dotyku jej warg i języka, podczas gdy ona ubrana jedynie w sięgającą kolan nocną koszulę szła ku niemu, podnosząc ręce które za chwilę owinie wokół jego szyi. - cześć kochanie – powiedziała, zatapiając się w jego ustach. Długi pocałunek połączył ich wargi. Nie spiesząc się, całując i dotykając jej ciepłego ciała powoli rozbierał z niej, to niewiele, które miała na sobie. Wira zaczęła masować jego krocze, po czym bezceremonialnie pozbawiła go spodni. Stał nagi od pasa w dół, jego podniecenie nie uszło uwagi kobiety. Masując, chwyciła go mocno za penisa, by po chwili zaprowadzić go do łóżka. Położył się na niej nie przerywając całowania. Kochał ją dłońmi i ustami, wchłaniał zapach jej ciała i smak jej soków, ona odwzajemniała jego miłość swoimi ustami. Dopiero długo potem wszedł w nią delikatnie i powoli, znów smakując swoim rozpalonym pożądaniem każdy milimetr jej głębi, a gdy już się nasycił tą chwilą i doszedł do końca przyspieszał aż do szaleństwa, by zwalniać, wychodzić z niej, znów ją kochać językiem, ustami i palcami...w końcu, po kilku powtórkach zaczęła wić się pod nim jak wąż, drapać i kąsać, w końcu zamarła w bezruchu, pozwalając mu skończyć.
Leżeli przytuleni nie odzywając się. Czasami cisza więcej mówi niż jakikolwiek słowa, lepiej wtedy posłuchać bicia serca kochanki. Pilot uwielbiał patrzyć jak Wira uspakaja się i jak jej piękne piersi falują w rytm jej oddechu, coraz bardziej spokojnie. - kochanie, chyba powinieneś już iść – powiedziała tuż przed śniadaniem - rzeczywiście, nie powinni zobaczyć nas razem - z drugiej strony... – zaczęła niepewnie - rozmawialiśmy o tym, najpierw misja, potem powrót, rok szybko zleci, zobaczysz - nie lubię tego, ukrytego, kradzionych chwil; - wiesz jakie jest nastawienie komandora, jak on to powiedział „bardzo, bardzo niemile będę widziane związki pomiędzy członkami załogi i badaczami, powściągnijcie wodze chłopcy a dziewczęta zapomnijcie, na chwilę słowo orgazm, misja jest najważniejsza, mamy szukać życia na obcej planecie, to powinno być wystarczająco podniecające, nieprawdaż?” - kochanie jakiś ty naiwny, myślisz, że komandor co wieczorami robi z Cecylią Kross grają w karty ?- niemniej nie chcę podpaść szefowi, zwłaszcza, że po misji dostanę liście na kapelusz, kapitan floty kosmicznej to dobrze wygląda w papierach - och, wy i wasze kariery – zirytowała się Wira – ty myślisz, że będziesz sobie latał co pół roku po mlecznej drodze, tymczasem w życiu zdarzy ci się to jeszcze raz, może dwa. Tak naprawdę będziesz ścigał przemytników po układzie, ewentualnie dadzą ci konwój raz na pół roku. Ambicje cię zniszczą, ciesz się tą chwilą. - no cóż, nie każdy może uprawiać seks w kosmosie – uśmiechnął się do niej i zaczął całować jej dłoń, potem.. - dobra, dobra – lekko strąciła jego głowę ze swego biustu – uciekaj już. Muszę się zebrać do kupki i jakoś wyglądać w messie. - no tak czterdziestu rozbójników będzie się gapić na taki łup – uśmiechnął się podziwiając jej piękne krągłości - idź, że już Ali – Babo sio sio – wygoniła go z łóżka, sama szybko wyskoczyła i czmychnęła do łazienki – a! kocham cię – usłyszał zanim włączyła prysznic i szum wody zagłuszył jej słowa. - i ja ciebie – bardziej do siebie, niż do niej. Wychodząc rozejrzał się, pozapinał dokładnie i poszedł powoli w kierunku messy na śniadanie. Czuł się teraz potwornie zmęczony, a jeszcze czekała go ta sprawa z generatorami, gryzło go to i niepokoiło, niewiele mniej niż jego związek z Wirą. W messie napatoczył się od razu na Mechanika, zanim doszedł do szwedzkiego stołu, po swoją porcję witamin i pożywienia. Mechanik stanął przed nim, był czerwony, spocony i brudny. „Niedopuszczalne –pomyślał Pilot- gdyby teraz wszedł komandor, miałby za swoje” - jest gorzej niż myślałem – zaczął ocierając rękawem spoconą twarz - generator ? –upewnił się Pilot - gorzej – odpowiedział Mechanik - zapasowy? - ściszył głos, gdy na salę weszli biolodzy Mechanik pokiwał smętnie głową. W tym momencie Pilot poczuł jak tężeją mu żyły na szyi, kiedy łącząc fakty w błyskawicznej goni myślowej, wydukał ledwie: - katastrofa ... - mało czasu, zbyt mało, cholerne lasery, zżarły energię generatora zanim zdążył się doładować. Tu tego nie naprawię, kto robił obliczenia wydajności ? – szeptał szybko zabierając swoją porcję witamin i pożywienia - ładowanie ? - spaliło się obejście, wiesz generator jest zasilany energią silnika, wyrzuty czyli skoki ładują generator, by ten po każdym skoku znów dał „parę pod gwizdek” do następnego skoku itd. - wiem, wiem miało być prawie perpetum mobile - miało wystarczyć na tam i z powrotem i to z zapasem - no tak ale ci od uzbrojenia nie dogadali się co do parametrów z inżynierami od silników i zasilania - cholerne dranie, czy cokolwiek możemy zrobić? - wysłać s.o.s i dryfować rok – dwa, zanim do nas dolecą ratunkowym - nie przeżyjemy nie wystarczy żarcia - dla wszystkich na pewno nie - o czym ty mówisz? – zapytał ze zgrozą Pilot myślami będąc przy ciepłym ciele Wiry... - tak, na gorąco ale musimy o tym porozmawiać z komandorem i resztą załogi Genui 18, i nikomu z reszty ani pary z ust, rozumiesz? Możemy uratować i siebie i ich, jeśli mój plan się uda. Jedli szybko i w milczeniu. Kiedy do messy weszła Wira, większość z kilkunastu siedzących przy stołach mężczyzn odwróciło się na jej widok, była zachwycająca: wysoka, opięta w dopasowanym stroju doskonale podkreślającym jej duże piersi i ładną figurę, oraz falujące ciemne, długie włosy kusiła mężczyzn i kilka kobietpodkreślonymi oczami oraz pełnymi zmysłowymi ustami. Pilot również dla niepoznaki, zaznaczył swoje zainteresowanie Wirą odwracając głowę w jej kierunku. Wira tymczasem podeszła do stołu, szybko znalazła talerzyk ze swoim nazwiskiem i przygotowanymi dla niej witaminami i żywnością, przysiadła się do kolegów biologów, po drodze na ułamek sekundy za długi, by nie uszło to uwago Mechanika zatrzymała wzrok na Pilocie: - a ona co do ciebie ma ? - a odmówiłem jej seksu w windzie towarowej – odparł niedbale, czując suchość w ustach Pilot. Mechanik parsknął śmiechem na tyle głośno by zwrócić uwagę siedzących dookoła. Kiedy wchodził komandor, zazwyczaj kończyła się przepisowa pora podawania posiłku i załoga oraz badacze mieli zajęcia zgodnie z grafikiem. W messie pozostawali głównie schodzący z „nocnych” wacht oraz dyżurni ze służb technicznych. Pilot i Mechanik sączyli nadal ciężką kawę. Komandor Robberts podszedł do nich: - witam panowie, rozumiem, że po nocce? - tak sir – powiedział Pilot – dopijamy kawę i czekamy na pana, sir - o ? – zapytał Robberts siadając przy ich stoliku. Messa opustoszała – jak macie coś poważnego, to może lepiej porozmawiajmy u mnie ? Poruszyli się niepewnie. W końcu Mechanik objaśnił komandorowi problem z generatorem. - od kiedy wiecie o tym? Zapytał po chwili namysłu – zresztą nieważne, z tego co rozumiem sytuacja jest krytyczna i wymaga natychmiastowych kroków. Twój pomysł Mechaniku jest w tym momencie jedynym, który jestem w stanie przyjąć. - jeśli dziś wyślemy s.o.s. mamy około roku, procedury wymagają poinformowania wszystkich członków załogi oraz członków misji – zauważył Pilot - teraz to nieważne, potem o tym będę myślał, każdy dzień zwłoki opóźnia pomoc o tygodnie, proszę wykonać rozkazy – powiedział komandor Robberts – do Nawigatora: natychmiast określić optymalną trajektorię wejścia transportowców na orbitę najbliższej planety zgodnej ze standardami US4, proszę wykonać jako test treningowy z zaangażowaniem biologów i geografów z załogi misji badawczej, do techników: tajne, przygotować dwa transportowce do natychmiastowego odpalenia w kierunku wskazanym przez Nawigatora, służby zaopatrzenia: żywność , środki medyczne oraz ubrania, skrycie przenieść sprzęt misji z magazynu głównego do transportowców. Czas minus 24 godziny. 55 letni mocno osiwiały stateczny mężczyzna, usiadł ciężko. Wpatrzony w ekran monitora wskazującego wykresy słabnącego zasilania generatora, zamyślił się na sytuacją: póki statek dryfuje, a właściwie pędzi rozpędzony po poprzednim odpaleniu do ponad-świetlnej wszystko było w porządku, mogli pokonywać w ten sposób jeszcze sporo parseków, ale nie mogliby wrócić. Tylko wcześniejsze uruchomienie misji, brzydko mówiąc pozbycie się badaczy na rok może uratować i załogę i badaczy od śmierci głodowej. Po tej stronie galaktyki odkryto kilka planet o zbliżonej do ziemskiej strukturze geo - biologicznej, jest nadzieja, że za pomocą wiedzy i sprzętu badacze poradzą sobie. Załoga, dwudziestu ludzi, musi rozpędzony statek odwrócić w kierunku ziemi bez odpalenia, skontaktować o się z okrętem ratunkowym i ściągnąć ekipę z wytypowanej planety. Na to mają rok. Bardzo mało. Tymczasem należy zrobić wszystko by ci czcigodnie oświeceni, nie wpadli w panikę a potraktowali to małe przyspieszenie jak szansę, co zdaje się może okazać się niemożliwe. Najlepiej by było gdyby sami łaskawie zechcieli szybko się ewakuować, ale jak to zrobić? Głowa mu puchła, nie miał w zwyczaju używać podstępu, chyba, że chodziło o małe oszustwo przed żoną, kiedy z kolegami chciał wybrać się na ryby albo zwyczajnie urżnąć się w barze z bilardem. No cóż. Trzeba poszukać pomocy, najlepiej kogoś kto ma dobry kontakt z naukowcami – teraz pożałował zakazu bliskich kontaktów pomiędzy załogą a badaczami. Chrząknął w duchu, no dobrze być nie jestem idealnym przykładem wykonania własnego rozkazu, w końcu nikt o tym nie wie i swoich prywatnych kontaktów nie będę, nie mogę wykorzystywać , bo jak w końcu mam powiedzieć do pięknej Cecylii po tym jak skończymy się kochać: - a teraz maleńka zabieraj swoją śliczną pupę z mojego okrętu? A i zabierz swoich kamratów, bo jak nie za kilka miesięcy padniemy z głodu i braku energii, rozumiesz? –Nie tak jej nie może powiedzieć, to ona musi przyjść do niego a pożegnalny seks i po powiedzieć mu, że i owszem jest miło, sympatycznie i w ogóle motyle śmigają nad głowami, seks z tobą to miód na moją sierocą chorobę ale wiesz wszystko się kończy i tak dalej, no i wiesz my badacze powinniśmy jednak jak najszybciej opuścić ten statek, nie nie nic się nie dzieje, ale…. Kiedy możemy być odpaleni? Już jutro?! Kochanie jesteś taki cudowny…. –o to byłoby najlepsze, pomyślał rozmarzony, no cóż spróbujemy… … zebrani członkowie załogi powoli zapełnili niewielki gabinet komandora, kilku przyniosło krzesła z messy. Komandor chrząknął i powiedział : - ogólnie wiecie jaka jest sytuacja… no powiedzmy, że słowo „dobra” zdecydowanie odbiega od prawdy. Zdecydowanie. Ta sytuacja – ciągnął dalej- wymaga niekonwencjonalnego potraktowania, dlatego teraz zapomnijcie o tym co mówiłem na temat nie łączenia się w pary z badaczami, eh mmm badaczkami. Teraz musimy wspólnie wymyślić sposób na to, by członkowie misji zachcieli sami z wielką radością i ochotą pozbawić nas swojego towarzystwa przez opuszczenie naszego statku w trybie pilnym. Powiedzcie mi który z was czy też która z miłych pań, złamała rozkaz i poznała się bliżej z kimś z członków misji? Przyznanie się nie spowoduje żadnych konsekwencji. No proszę… Nastąpiło niewielkie poruszenie wśród zarówno mężczyzn jak i nielicznej gromadki żeńskiej części załogi. Ludzie patrzyli po sobie jakoś tak bez odwagi. Pilot pomyślał, że on jako jedyny który ma jakiekolwiek nieformalne stosunki z kimkolwiek „od badaczy”, powinien jakoś pomóc. Już miał wstać, już się poruszył niespokojnie, gdy z tylnego rzędu dwóch, Nawigator i Młodszy Specjalista powoli ze spuszczonymi oczami podnosili się ociężale, jakby kto im kamieni do portek nawtykał. Komandor popatrzał na te dwie postacie jak z obrazu Munka, przedstawiającego przerażonego osobnika na moście , z tym, że w wersji stereo i patrząc na pryszczatego Młodszego Specjalistę chudego Tolka nie wyściubiającego nosa znad monitora: - no i co mój orle – powiedział z szerokim, nieskrępowanym uśmiechem – i kogo tam po kątach obściskujesz. Hmm ? Załoga zarżała jak stado koni Przewalskiego w nad puszczańskich moczarach mglistego poranka. Komandor człowiek przecież nie najniższej kultury uciszył rozbrykaną fanfaronadę proszącym gestem ręki: - no, drapieżco wal! – Zachęcał Tolka gdy uciszyło się trochę Tolek stał ze spuszczoną głową jak Hiob po siódmym roku pecha, koniuszkami buta chcąc wywiercić dziurę w ceramicznej podłodze: - bo ja ten, tego kilka rozmawiałem z taka jedną dziewczyną… bardzo miłą, no i pomyślałem, że … - orzesz człowieku…- komandor odezwał się do załogi – czy jest ktoś, kto nie odezwał się do żadnego członka ekipy badawczej ? Wszyscy spojrzeli na niego w osłupieniu. Przecież każdy rozmawiał, z hibernacji wyszli dwa tygodnie temu, więc okazji do rozmów w messie, bibliotece czy w klubie było wystarczająco. - no tak, już wiemy, że Tolek nam nie pomoże, więc może drugi sokół Nowigator Aleks – powiedział patrząc na korpulentnego wysokiego inaczej facecika w bretońskim, zawadiacko przekrzywionym berecie – rozświetli naszą przyszłość Tym razem zduszone śmiechy szybko ucichły. Spod pulchnych policzków Aleksa, gdzieś ukryte głęboko małe wąskie usteczka wydały taki oto dźwięk: - a ja i owszem bzykałem… - zaczął - a którą dłoń? –zapytał któryś z tylniego rzędu, jak zwykle okupowanego przez ligę szyderców - …. I to nie byle kogo! – Powiedział z dumą, a po krótkiej pąsowej szyi znać było, że ciśnienie mu skacze jak pchła po burku – a tak! Miałem piękną Wirę Koczię, i co? - Byłeś dzisiaj w ambulatorium po leki, czy znów zapomniałeś ? –Zapytał komandor spokojnie - a co dzisiaj za dzień ? - środa, cholera, przecież jesteś w depresji pohalucynogennej jak przedawkowałeś to świństwo po hibernacji – powiedział komandor , po czym dodał opuszczając ręce – no tak, Nawigator też nam nie pomoże. Kto nam więc pomoże. Po chwili zaczęli, dość opieszale zgłaszać się kolejno a to Drugi Nawigator, potem Technik, potem jeszcze dziewczyny z sekcji medyczno – mechanicznej, które zagustowały w sympatycznych geografach, w każdym bądź razie Komandor poczuł się zażenowany w jak obrzydliwy sposób 90 procent jego załogi totalnie zlała jego rozkaz, tymczasem Pilot też poczuł się obrzydliwie zażenowany, ponieważ nie ruszył się z miejsca, pomyślał tylko „skoro nie mogę, nie potrafię wykorzystać Wiry, to co to znaczy? Skoro nie chcę ujawniać mojej zażyłości z Wirą, to co to oznacza? Skoro chronię jej prywatność i to co nas łączy, to o co chodzi?” Myśli nim bujały wszystkie na raz, emocjonalnie stał się pięcioletnim chłopcem przed wejściem na salę pełną dzieci pierwszego dnia w przedszkolu, brakowało, żeby zaczął krzyczeć lub ssać kciuk. Harmider jaki się zrobił, pozwolił ukryć się temu dziecku w nim w cichym kącie przeczekania. Uświadomienie sobie faktu k o m p l e t n e g o zakochania i uzależnienia od tej miłości trwało kilka chwil, a jednocześnie stworzyły prehistorię milisekund. „I co teraz?” – pomyślał – „za chwilę ją stracę, minimum na rok” przerażenie ogarniało go na myśl o dniach, wpadał w panikę myśląc o tygodniu, a miesiąc, rok? R o k? R O K???” - wiem co trzeba zrobić!! – odezwał się nerwowo, panicznie i nim ktokolwiek zdążył cokolwiek powiedzieć krzyknął – wszyscy musicie zachorować, jeden który potrafi poprowadzić i ustawić transportery przed odpaleniem m u s i się poświęcić i polecieć z nimi. Wysmarujcie się pastą wieczorem, rano będziecie mieli czerwone twarze, mąką wysmarujcie ręce. Na szczęście na ich poziomie mają niezależne zasilanie i wodę, zrobimy awarię, wymyślę jakiegoś grzyba w klimatyzatorach czy coś i zarządzę natychmiastową ewakuację. – Skończył, ostatnie zdanie wręcz wyrzucił z siebie. Zaległa cisza. Odezwał się komandor - i to jest to – powiedział z ulgą – czy są jakieś inne propozycje ? - to może ja się poświęcę? I polecę – powiedział po chwili któryś z techników - albo ja? - ja…. - nie, to musi być pilot – powiedział komandor, gdy kolejni chętni zgłaszali się do pomocy w odpaleniu naukowców, nie wiedzieć czemu były wśród nich dziewczęta z sekcji medyczno – mechanicznej. Wszyscy spojrzeli z zazdrością a niektórzy wręcz z nienawiścią na Pilota. Pilot triumfował. „Będę z Wirą tralala, będę z Wirą tralala” – śpiewał w nim ów pięciolatek.
Oba transportowce krążyły wokół orbity błękitnej planety, wytypowanej dosyć szczęśliwie do lądowania w ostatniej niemal chwili, tuż przed zagadkową epidemią, która nagle i zupełnie niespodziewanie ogarnęła niemal całą załogę statku kosmicznego, ale szczęśliwie ominęła pewnego pilota imieniem Wasyl. Wasyl pomógł ustawić okręt w najlepszym położeniu do odpalenia transportowców, w jednym z nich usiadł za sterami podczas gdy drugi pilotował automatycznie. Kiedy wreszcie oba transportowce wbiły się na trajektorię orbity planety pilot zaczął odpalać lądowniki, po kolei pod ustalonym kątem w stosunku do planety, tak by nie spłonęły wchodząc zbyt prostopadle lub nie odbiły się i odleciały w przestrzeń kosmiczną wchodząc zbyt płasko. W każdym lądowniku był sprzęt, zaopatrzenie i dwoje ludzi. Każdy transportowiec posiadał dziesięć takich lądowników. W ostatnim mieli lądować Wasyl i Wira. Kiedy ich kosmiczny bolid wchodził w atmosferę, przez krótką chwilę Wasyl pomyślał, że mógł pomylić si o jedno zero po przecinku w obliczaniu trajektorii wchodzenia w atmosferę. Kiedy rozgrzany do czerwoności pojazd wdarł się z hukiem i trzaskiem (tak się im wydawało) jak śpiewający pijaczek z kumplami do opery w stratosferę, pilot dałby się pokroić, że źle obliczył kąt wejścia i że ich spalone resztki wbiją się jak rozgrzany gwóźdź w tą planetę: * módl się! – krzyknął do Wiry w trzeszczącym jazgocie rozpadającego się lądownika * co ? - nie dosłyszała * no! Módl się, bo się rozpadamy!!! - darł się, a jego twarz wykrzywił grymas, kiedy skoczyło ciśnienie w kabinie. Wira zarechotała rozbawiona widząc jak w zwolnionym tempie Wasyl w hełmie otwiera usta niczym ryba w akwarium, a nie słychać żadnego dźwięku, do tego robi głupie miny: * włącz mikrofon!! w hełmie, bo cię nie słyszę – krzyczała Wira. Po chwili jeszcze bardziej rozbawiona, gdy uświadomiwszy sobie, że Wasyl również jej nie słyszy, pomyślała, że musiał założyć hełm na lewą stronę. * „Boże jak ja głupia jestem w te kosmiczne klocki” pomyślała rechocząc tak, że upadła. Wasyl przerażony, że jego ukochana ma atak związany z brakiem tlenu, ciśnieniem oraz być może innymi kobiecymi przypadłościami rzucił się jej na ratunek „ ale co jej pomogę? Skoro zaraz się spalimy” pomyślał, zatrzymując się w półbiegu, po czym wyrżnął o szybę właśnie zmieniającego położenie lądownika, jego przyklejona do okna twarz w grymasie szerokiego uśmiechu właśnie mignęła pewnemu szamanowi stojącemu na krawędzi wulkanu na szczycie wysokiej góry...... Zanim lądownik eksplodował minęła chwila, Wasyl czekał cierpliwie na śmierć , miał nadzieję, że jak zwykle w takich przypadkach całe jego życie przewinie mu się przed oczami, kilka chwil, chciałby sobie przypomnieć, przede wszystkim gdzie zostawił żołnierzyki i czołg, kiedy bawiąc się w wieku sześciu lat mama zawołała go na obiad, i jak miała na imię ta dziewczyna, z którą wracając ze studenckich praktyk, przegadał wiele godzin w pociągu, a której nigdy nie zapomniał. Niestety ku jego ambiwalentnemu rozczarowaniu nic takiego nie nastąpiło. Lądownik szczęśliwie odpalił spadochrony po czym niepotrzebne już silniki z zawadiackim trrrrrach bum połączonym z piękną barwną eksplozją zakończyły swój lot kilkanaście kilometrów od góry na szczycie której stał wciąż z otwartymi oczami, nie wierzący w to co widzi, pewien młody szaman.
3.
- ….a co do wodza w płomieniach – kontynuował starszy Rady – naszego szamana i brata Teo - Tana prosimy o odnalezienie go, w czym żadnych przeszkód nie widzimy. Uważamy, że dopóki nie dostaniemy jasnego przekazu nowej wizji, oczywiście pozostaniemy. Będziemy zbierać owoce lasu i suszyć póki żółty brat daje ciepło i jest wysoko. Zrobimy zapasy i będziemy czekać na powrót za nie wcześniej niż trzy pełne twarze ciemnego brata. Wiemy, że następna wizja o następna opowieść szamana będzie jednoznaczna. - Zakończył monolog Straszy Rady. „ niech to wszystkie choroby co gnębią pierwotnych” zaklął siarczyście w myślach szaman, poprawiając włochatą kapotę w którą się już przebrał, wiedząc, że go za ten polityczny wyskok z „ognistym wodzem” wydalą z wioski. Po jakiego złego ducha w ogóle wspominał słowo wódz? Nie dość, że wystraszył Radę, z którą MUSI żyć w zgodzie, to jeszcze namieszał w głowach wspólnocie. Ma za swoje, to wiedział, tego mógł oczekiwać, szkoda, że refleksja przyszła tak późno.... ale ,że nie chcą go wiedzieć aż na TAK długo, się nie spodziewał. - dziękuję Rado – wydukał, kłaniając się nisko, aż kapota na kark spadła odsłaniając gołe pośladki „tyle mojego” pomyślał, a na głos dodał – wyjdę więc cicho, skupiony pogrążony w modlitwie. Niejeden z Rady cicho westchną „nie będzie pożegnalnego ogniska” - pomyślał, ze złośliwą satysfakcją szaman, po czym pożałował słów zbyt pospiesznie rzuconych w gniewie „nie będzie jedzenia, będzie post” i złośliwy uśmiech z głębi duszy natychmiast zamienił się w cichą rozpacz. Pakował się z ociąganiem, miał nadzieję, że czysta kobieta mimo wszystko przyniesie mu jadło, tymczasem pogrążył się w chwilowej kontemplacji na temat przemycenia trochę suszonego mięsa gwiżdżącego kota, jeżyn i mleka. Nie bardzo wiedział jak i kto mu pomoże. Wstydził się prosić brata, tym bardziej, że i osada dowiedziawszy się, że nie będzie pożegnalnego ogniska, nie była mu już tak przychylna. Kiedy weszła czysta kobieta był prawie gotowy, kiedy zaczęła sprzątać, wyrwany z kontemplacji, poczuł jak strużka śliny powoli spływa mu po brodzie. Uśmiechnął się, wciąż czekając kiedy postawi pod figurkami dary dla duchów przodków: parujące świeże mięso, wodę i trochę rozcieńczonego mocnego napitku. Kiedy wyszła nie zostawiając nic poczuł ogromne rozgoryczenie i nienawiść do Rady. Jego mózg zaczął panicznie krzyczeć : jeść, jeść. Pomimo tego, że nie powinien czuć głodu przez najbliższe kilka dni, po tak obfitym posiłku jakim raczył się w zaciszu namiotu przy blasku łez jasnych bogów, przy świetle ciemnego brata, pozwalając skwapliwie by jego szamańskie ciało było oczyszczane z kurzu a lędźwie z nagromadzonych męskich soków przez dwie niepozbawione wdzięków czyste kobiety. Wspominając tak niedawne chwile biadolił w duchu nad przewrotnością losu i głupotą niektórych słów. Własnych słów. Zastanawiał się, czy i na ile sprostał tym kobietom przy pełni ciemnego brata, bo jeżeli były zadowolone z niego, myślał z nadzieją, to może wspomogą głodującego szamana? Po chwili w rozpaczy porzucił tą myśl, owszem w kochaniu się i podawaniu jadła, to urocze stworzonka, jednakże, pierwsze co zrobią po jego sugestywnych uwagach, to natychmiast się rozbiorą, by nasycić jego głód. „Choroby, głupie kobiety” -sam sobie winien - „by zachować czystość myśli musi być głody i spełniony fizycznie”. „Zaprawdę jestem złym szamanem”. Kiedy już wychodził z wioski, niby to dla zabawy niby z przekory zaczął wyrywać młodym chodzącym jedzenie z rąk. Długie czerwone warzywa, w kształcie grotu włóczni i ciepłe placki robione z mąki małych żółtych kuleczek obrastających kaktusowate gałęzie niewysokich drzewiastych krzewów. Młode, jako, że od porodu uczone walki o jedzenie, wśród śmiechów i ogólnej przedpołudniowej krzątaniny powaliły w końcu nazbyt uprzykrzającego się im szamana i potraktowały jak wioskowego głupka : kopiąc go i wyzywając, w końcu kijami goniąc na gościniec, tuż za wielkie drzewo, wyznaczające pilnowane granice osady. Teo –Tan zrezygnował w końcu z jakiegokolwiek sposobu pozyskania pożywienia na wyprawę. Miał dość. Zastanawiał się, jaki jest w ogóle sens tego wszystkiego i wówczas przypomniał sobie, jak przyłapał swego dziadka, który już odszedł do krainy duchów, kiedy zabawiał się z trzema pięknymi czystymi kobietami (zaprawdę wielki był z niego szaman), wówczas dziadek wziął małego chłopca na kolana i mu powiedział: -Kogo obchodzi to co tak bardzo złego i doskonale dobrego uczyniłeś. Kiedy twoje spalone kości w pięknym rytuale pożegnania włożą do naczynia, byś użyźnił ich pola. Wszystkie mądrości i namiętności, doświadczenia i dźwięki które słyszałeś, widoki które widziałeś i pamięć twych dłoni, słowa wypowiedziane i niewypowiedziane. Wszystko to spętane nierozerwalną nicią, twoim jestestwem. Twoje ciało i duch w obliczu Uniwersum, tej doskonałości w której wszystko nabierze sensu i znaczenia. Porządku. Tak oto po śmierci staniesz się wielką częścią tamtego świata. Częścią Boga, któremu służą już nasi przeszli wodzowie. Czymże zatem jesteśmy tu? Wielkim gankiem wkopanym w ziemię w kącie chaty w który wrzucamy doświadczenia i mądrości i głupotę też którą przez całe życie zbieramy, owszem część tej mądrości przekazujemy naszym młodym, część… zaledwie, tę z wierzchu. A kim jesteśmy my szamani? Tymi którzy widzą mądrość w każdej głupocie, spokój w namiętności, i tymi którzy nauczyli uszczęśliwiać ludzi mocnymi napitkami, by było im lżej – skończył, puszczając oko do małego Teo – Tana. I lżej się zrobiło na duszy Teo – Tanowi na wspomnienie tej opowieści i tego czego nauczył go stary szaman. I szedł tak, krętą ścieżynką wśród głazów i krzaczastych drzewek z głową uniesioną dumnie ku niebu, i nie martwił się zanadto, co będzie jutro, pojutrze, aż potknął się i o mało nosem nie spotkał się z wielkim głazem. I przestał bujać w obłokach i szedł już uważnie. Jednakże wraz z upływającym czasem , ciągłą wędrówką pod górę ulatywało dobre samopoczucie a duch wędrowcy powoli przemieniał się w nim w ducha zmęczonego starca. Miał wciąż do rozwiązania dwa problemy. Pierwszy z nich to jedzenie, które musi zdobyć, jakoś. Nie jest łatwo w górach zdobyć pożywienia, dużo łatwiej samemu stać się jedzeniem, zwłaszcza, gdy jest się nieuzbrojony. A nieuzbrojony i do tego szaman, mający niewielkie, bądź żadne doświadczenie we władaniu orężem miał słabe szanse napełnić żołądek czymś pożywniejszym niż owoce drzew. To był ważny problem, ale przy odrobinie szczęścia, jak myślał jakoś sobie poradzi. Najważniejsze było znaleźć a więc poszukać Ognistego Wodza. Nie miał pojęcia jak to zrobić. Myślał, by najpierw zaszyć się na jakiś czas, gdzieś poza zasięgiem oczu i włóczni myśliwych jego osady, dalej skąd można przynieść świeże mięso, zanim te się zepsuje, czyli jakieś dwa trzy no, dla bezpieczeństwa cztery twarze jasnego brata. Daleko dosyć. Myśląc ,że ma wrócić nie wcześniej niż po kilkudziesięciu takich jasnych twarzach, wydawało mu się, że jego wnętrzności zamieniają się z jego głową. Po prostu podpał Radzie Starszych, podpadł okrutnie, z przestrachem pomyślał, że być może im nie zależy na jego powrocie w ogóle. To było możliwe. Na jego miejsce wioska wybrałaby najpewniej jego brata na szamana, który będąc naiwnym młodym zagniewanym, z pewnością mniej niezależnym, do tego nie mający jeszcze dostatecznej wiedzy nadawał się na szamana tylko niewiele mniej niż Teo. Tak więc jedynym ratunkiem było odnalezienie Płonącego Wodza i przyprowadzenie go do wioski. Może i przy okazji uda się załatwić i inny problem. Ale jak go znaleźć? Nie pozostało nic innego jak iść w kierunku ognia i Świętej Góry, czyli tam, gdzie ostatni raz go widział. Gdzie właściwie widział go jeden, jedyny raz. A może to jednak zwidy, takie – tam szamańskie widziadło, chociaż nie. Hałas, ogień, nie to nie mogło mu się wydawać. No i ten uśmiech, na twarzy, który mu mignął tak magicznie przyklejony do tego boskiego oblicza. Szedł więc, a raczej człapał ku górze, raz po raz schodząc ze „ścieżki” w las, pożywiając się tym co dała przyroda popadł w ten rodzaj odrętwienia, który prowadzi do kontemplacji pozwala spojrzeć w głąb siebie. Licząc swoje ciężkie oddechy po długim, mozolnym marszu zaczął wspominać. Dni smutne, bo taki miał nastrój, które wspominał, mieszały się z dniami nostalgicznymi. Przypomniał sobie zwłaszcza jeden, najważniejszy, dzień w którym wybrał ścieżkę swojego życia. Będąc małym chłopcem, nie biegał za innymi młodymi, nie bawił się w udawane polowania, nie ćwiczył walki ani nie zajmował się rzemiosłem: nie chciał wypalać traw pod pola uprawne, nie interesowała go budowa domów, za nudne uważał kucie w kamieniu. Całymi dniami wolał być sam, lub przebywać tylko w towarzystwie swego ojca szamana. Dziadek, kiedyś zapytał go, co chciałby w życiu robić, on odpowiedział „a czym to życie jest dziadku?”.Miał wtedy dziewięć lat. Dziadek popatrzył na niego wówczas uważnie i tylko pokiwał głową odchodząc. Pamiętał jak jakiś czas później dziadek zabrał go po raz pierwszy na dymiącą górę. Pamiętał tą długą wędrówkę, w czasie której dziadek nie jadł, on bardzo mało. Kiedy dotarli na szczyt po wielu wschodach żółtego brata, dziadek kazał mu stanąć przy samej krawędzi środka góry, skąd wydobywał się gryzący w oczy i w płuca dym. I tak stali aż schował się żółty brat, oni wciąż stali w ciszy. Potem zaczęło padać, potem był wiatr. Kolejne wschody żółtego i wschody ciemnego brata zlewały się w jedno powolne migotanie światła. Nie czuł głodu i pragnienia, przestał widzieć oczami. W końcu dziadek, stary szaman rzekł tylko do niego: - „powiedz, gdzie jesteś, powiem ci kim będziesz” Do dziś pamięta słowa które wypowiedział, chociaż nie wie skąd się wzięły w głowie małego chłopca: -„Stoję nad krawędzią. Wiatr kołysze mnie świszcząc. Spod nóg usuwają się i spadają, krusząc się kamienie. Wiem, że jeżeli nie zrobię kroku w przepaść, przepadnę. Za mną nie ma nic do czego chciałbym zatęsknić czego bym pragnął. Przede mną otchłań. Cieszę się nią. Bezruchem. Czekając na pomocną dłoń, którą mocno uścisnę, nim zrobię następny krok. Może odbiję się jednak i polecę jak ptak ku bezkresom błękitu. Oddychając głęboko pełnymi płucami, nie wzdychając. Lekki, bo ciężar został na ziemi – mówił natchniony powoli mierząc i ważąc słowa. -„tak rodzą się szamani”- powiedział dziadek szeptem w tą otchłań zasnutą dymem. -„A jeżeli spadnę jak głaz w nicość. Rozpadnę się na tysiące myśli. Wszystkie dni które przeżyłem rozsypią się jak kryształki kwarcu, po całej ziemi. I będę ciszą. Odetchnę głęboko.” -„tak odchodzą szamani” – skończył stary szaman cicho. Kiedy wracali dziadek uśmiechał się pod nosem całą drogę powrotną. Był dumny i szczęśliwy. On wiedział. Mały Teo – Tan miał rozpocząć szamańską inicjację: naukę pobierał od ojca i dziadka, medytować musiał nauczyć się sam. Do dziś nie wie, czy słuszną drogę wybrał, czy to co powiedział, tylko tak mu się wyrwało. Przypadkowo. Stało się jak się stało. Został naznaczony. Przeszedł szkolenie i inicjację. Jest szamanem. Jest skazany na życie w pomiędzy, stara się siebie jakoś pocieszać od czasu do czasu, ale to tylko krótkie chwile radości.
4. - „wylądowaliśmy” –pomyślała z ulgą Wira, kiedy ich lądownik odbijając się jak wielka gumowa piłka po zboczach góry osiadł w końcu pomiędzy skałami. - „ihaaaaa” – pomyślał pilot Wasyl, kiedy po dzikich harcach , lądownik dał się w końcu okiełznać grawitacji. W końcu wygramolili się i zaczęli wypakowywać sprzęt i zaopatrzenie. Szło im nieskładnie, w niewygodnych skafandrach, z zapasowym tlenem w butli na plecach, ledwo gramolili się tam i z powrotem, od lądownika na małą polankę nieopodal, gdzie założyli tymczasowy obóz. Wasyl popatrzył jak nieatrakcyjnie wygląda ciało pięknej przecież Wiry w brzydkim kombinezonie kosmicznym i pomyślał, że chętnie dobrałby się do jej kształtnej pupy, pozbawionej oczywiście przedtem kosmicznych fatałaszków. Podrapał się w myślach w głowę i natychmiast wpadł na pomysł. Wyciągnął z jednej ze skrzyń małe pudełka z aparaturą i skinął na Wirę (jego komunikator w hełmie wciąż nie był włączony). Wskazał jej pudełka po czym ręką zatoczył wielkie koło nad ich głowami. Pojęła w mig i z jednego z pudełek wyjęła pantofle, po czym pokazała je Pilotowi. Wasyl, opuścił ręce i głowę w geście rozpaczy. Inne pudełko, nie kolorowe – tłumaczył gestami. Wyciągnął małą aparaturę do pomiaru składu chemicznego atmosfery, którą powinien obsługiwać biolog. W końcu zrozumiała, a gdyby nie hełm na głowie Wasyl ujrzałby piękne rumieńce zawstydzenia. Po zmontowaniu i podłączeniu do baterii słonecznych, Wira przeprowadziła pierwsze badania na tej planecie. Okazało się, że warunki: skład powietrza, ciśnienie oraz lokalna pogoda planety nie odbiegają od norm ziemskich, i odpowiadały mniej więcej klimatowi śródziemnomorskiemu, wczesną jesienią. Kiedy Wira zrobiła analizę bio-meteo i zaczęła się rozbierać, Wasyl szybko zrzucił z siebie skafander, stając przed nią nagusieńki. Wira, która pozbyła się jedynie skafandra powiedziała do niego : - kochany, przecież przeziębić się możesz, a poza tym ktoś Cię może zauważyć - ? - odpowiedział Wasyl. Po czym uświadomił sobie doniosłość uwagi Wiry- o kurde, tu mogą być obcy! -Kosmici? Na obcej planecie?! – Z przestrachem, rozglądając się dookoła powiedziała Wira – musimy być jednak ostrożni, na wszelki wypadek trzeba zamaskować obóz, nim pójdziemy - dokąd chcesz iść, tu jest ładnie kochanie –powiedział Wasyl delikatnie muskając jej dłoń - no jak to? Poszukać pozostałych – ze zdziwieniem odparła - znajdą nas po sygnale, musimy najpierw ustawić radio-latarnię, ale bez podładowania baterii słonecznych nie zadziała, więc… - to od czego zaczniemy ? - od gry wstępnej? – zaproponował bez chwili zastanowienia stojąc wciąż nagi, ale delikatny zefirek lub coś innego powodowało systematyczne podnoszenie jego członka. Spojrzała z politowaniem: - Wasylku, czy ty nawet w takiej chwili tylko o jednym ? – Spojrzała na niego z politowanie - pomyślmy… jesteśmy tu sami tak?, spieszyć nie mamy się dokąd, tak? Najpierw musimy podładować baterie słoneczne, zanim podłączymy radiolatarnię, a zanim dotrą do nas pozostali… to minie… nooo z kilkanaście dni, wiesz? Więc co masz zamiar robić ,do tego czasu? - no wiesz? Jestem biologiem, chciałabym zacząć badania tutejszej fauny, zbierać próbki, poznawać tutejsze skały i glebę i robić wypady wokół obozu, kochanie pracy mamy tu aż nadto - ale, co ja mam robić? Jestem pilotem, czym mam latać? Czy jakoś ci mogę pomóc? Nie znam się na tym całym wiesz… - ale potrafisz obsługiwać komputery ? Sprzęt ? - no dobra, może pomogę ci… -no dobra, może pokochamy się – dała w końcu za wygraną – marudzisz i marudzisz, założę się ,że wkrótce przestaniesz – dodała zrzucając z siebie jednym ruchem obcisły kostium, którego wypełnienie nie dawało spokoju Wasylowi, dopóty, dopóki się nim nie nasycił. Rzucił się łapczywie na jej ciało: - no i gdzie się tak spieszysz, podziwiaj przyrodę – powiedziała wskazując dookoła - piękna – odparł, wpatrzony w jej podgolony trójkącik – mało tego, śliczna… - te góry piękne, spójrz - noo cudowne – mruknął przerywając całowanie jej piersi - niesaaaamoooowite zapachyyyy – mówiła coraz bardziej…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Lemurek
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…