Wróć do katalogu

Niemoc

Napisane w chwilach załamania i weny, i psychiki. Rzekłbym, że surrealistyczne.

wariatopublikowano 26 lipca 200424 min czytania 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

NIEMOC

AKT zasadniczo PIERWSZY

Scena cztery tysiące dwieście siedemnasta

Pokój MAESTRA. W tle okno z widokiem na ogród; w ogrodzie fontanna z amorem plującym wodą. W pokoju po lewej masywne, stare biurko i krzesło. Po prawej - fortepian.

MAESTRO siedzi z głową opartą na biurku, nie wykonując żadnego ruchu. Trwa to dłuższą chwilę.

Do pokoju cichutko wchodzi GOSPOSIA - młoda, ładna, schludna dziewczyna - niosąc dla MAESTRA tacę z filiżanką kawy. Staje za nim, delikatnie odchrząkując, aby zwrócić na siebie uwagę.

MAESTRO (podrywa się nieoczekiwanie) Kuhhhhwa! (staje przed gosposią, łypiąc na nią groźnie i gestykulując zamaszyście) Jak mogę być piehdolonym, za przephoszeniem, ahtystą, kiedy bez przehwy się mnie przeszkadza?!

GOSPOSIA (ze łzami w oczach) Ale ja tylko... Ja tylko kawkę chciałam... Mistrzowi... Żeby się mistrz nie przemęczył...

MAESTRO (do siebie, ignorując GOSPOSIĘ) Och, z jakimi ja muszę phacować ludźmi... Co za bezmózgie, ignohanckie stado, nie hozumieją jakich wyrzeczeń wymaga sztuka, phawdziwa sztuka... Moja sztuka... (do GOSPOSI) Wypiehdalać!

GOSPOSIA wychodzi pospiesznie.

MAESTRO Ach, na czym to skończyliśmy, mistrzu? (bierze zapiski leżące na biurku) Tak, tak... Jak to będzie...?

MAESTRO podchodzi do fortepianu i - skupiając się maksymalnie, wygrywa kilka dźwięków, nie tworzących żadnej linii melodycznej.

MAESTRO (zdenerwowany, ciska zapiskami o ziemię) Do ciężkiej cholehy, za co ja płacę sthoicielowi, no za co?! (podchodzi do drzwi) Wezwać mi sthoiciela!

Po chwili wchodzi STROICIEL.

STROICIEL Jaśniewielmożny pan czegoś sobie życzy?

MAESTRO Czy czegoś sobie życzę...? Natuhalnie... Wezwałem pana, żeby wyklepał mi pan wgniecenia na masce kahocy...

STROICIEL Słucham...?

MAESTRO (wybuchając) Nasthój mi pan to przeklęte pianino, do ciężkiej cholehy!

STROICIEL rzuca się do pracy; stroi chwilę, po czym sprawdza dźwięki; znów stroi, znów sprawdza...

STROICIEL (pokornie) Ale mistrzu, fortepian jest idealnie nastrojony...

MAESTRO Nasthojony?! Ty masz czelność mówić mnie, co jest nasthojony a co nie jest nasthojony?!

STROICIEL Spokojnie, mistrzu, nie chciałem urazić...

MAESTRO Nasthojony! Słuchajcie go! On mnie mówi, że pianino jest nasthojony... (podnosi zapiski) Skohoś taki wihtuoz, to zaghaj mi to na twoim "nasthojonym" pianinie.

STROICIEL patrzy na nuty, na klawiaturę, zastanawia się chwilę i wygrywa dokładnie taki sam zestaw dźwięków, jak poprzednio MAESTRO.

MAESTRO I to ma być nasthojone pianino, tak?

STROICIEL No tak, mistrzu, fortepian jest nastrojony...

MAESTRO Zatem może uważasz, że właśnie zaghałeś piehwsze takty następcy dziewiątej symfonii Beethovena?

STROICIEL Nie, skąd, to tylko jakieś brzdąkanie...

MAESTRO (zamiera z oburzenia; po chwili, cichym głosem) Słucham...?

STROICIEL Brzdęki jakieś...

Chwila ciszy. MAESTRO siada bez słowa przy biurku i opuszcza wzrok. STROICIEL robi przerażoną minę kiedy uświadamia sobie, że zapiski wyszły spod ręki MAESTRA.

STROICIEL Ale... Ale... To przez to pianino... Nienastrojone bardzo. Do naprawy je trzeba oddać, mistrzu, śrubka się musiała poluzować i teraz całe pudło nieodpowiednio rezonuje, przez co...

MAESTRO ucina potok słów machnięciem ręki. Kilkoma następnymi machnięciami przepędza STROICIELA z pokoju.

MAESTRO (wstaje z krzesła; dramatycznie) Ma hację ten kmiot pahszywy... Moja muzyka jest do niczego... Sthaciłem ową boskość, któha sphawiała, iż jak dotąd wsze moje dzieła okazywały się lepsze niźli pieśni Apollina... Cóż powinienem tehaz zhobić, o ja biedny, o nieszczęśliwy...? Cóż zhobić? (po chwili, wybuchowo) No cóż, kuhwa mać, zhobić?! (maszerując po pokoju) Myśl, myśl, myśl. Niech muzyka popłynie w twojej głowie. Daj jej stworzyć się samej. (przystaje, nuci) Tra la la... lala la... la la...? la...?

Do pokoju zagląda powoli GOSPOSIA, płocha po wybuchu MAESTRA. MAESTRO zauważa ją.

MAESTRO Ty!

GOSPOSIA (wycofując się) Mistrzu, ja nie, ja nic, ja tylko bo pan stroiciel tak szybko...

MAESTRO Ty...! (po chwili, z entuzjazmem) Chodź tutaj!

GOSPOSIA Słucham...?

MAESTRO No chodźże! Właśnie wymyśliłem pomysł! Będziesz moją muzą! (bierze GOSPOSIĘ za rękę, przyprowadza na środek pokoju i siada na krześle, przyglądając się jej) Taaak... Te khągłości... Ten biust, te usta, te oczy... Można o nich śpiewać, można o nich ghać...

GOSPOSIA Ależ co mistrz za głupoty plecie...

Chwila ciszy.

MAESTRO Masz hację. Jesteś do niczego. Spiehdalaj.

GOSPOSIA wychodzi speszona. MAESTRO wzdycha ciężko i wyjmuje z biurka flaszkę wódki. Odkręca ją i pociąga duży łyk. Po nim następny i następny. Z każdym kolejnym oświetlenie zmienia się z białego na coraz bardziej różowe, aż w końcu flaszka jest niemal pusta, MAESTRO pijany, a pokój całkowicie różowy.

MAESTRO (czka) No, teraz możemy myśleć dalej. Teraz. (czka) Teraz. Teraz? Ha ha ha, zacząłem seplenić! Boskie uroki alkoholu! (czka; następnie mówi przyciszonym głosem, parząc w sufit) Mon chere, wiem, że obiecałem ci, iż nigdy już nie tknę tej szatańskiej używki, ale ja muszę... Znów muszę, gdyż oboje dobrze wiemy, że bez tego się nie obejdzie...

FORTEPIAN Czy też się nie obejdzie, mój drogi Prudeuszu...?

MAESTRO (zamykając oczy) Milcz, zacny Dudsonie. Dobrze wiesz, że gdyby nie alkohol, ani razu nie porozmawiałbym z tobą. Nikt przy zdrowych zmysłach nie gada z pianinem!

FORTEPIAN (urażony) Nie jestem jakimś marnym pianinem, ty plebejski ignorancie. Ile razy mam ci powtarzać, żem rasowy, sztokholmski fortepian?

MAESTRO Tak, tak, wybacz, Dudsonie... Wiesz dobrze, co się ze mną dzieje po alkoholu.

FORTEPIAN (wzdycha) I znów się zaczyna... Ale wiedz, że tym razem ci nie pomogę! Sam sobie komponuj, podły gburze. Widziałem, jak potraktowałeś tę miłą panienkę. I tego człowieka, który tak idealnie mnie nastroił. Nigdy nie miałem lepszego C-dur, a ty go oskarżyłeś o fuszerkę, łajdaku!

MAESTRO Ależ Dudsonku kochany, przecież wiesz, że ja niespecjalnie... Chciałem tylko, by twoje brzmienie było czyste jak łza dziewicy...

FORTEPIAN Nic z tego. Nie wydam z siebie ani jednej nuty.

MAESTRO Ale daj się ubłagać, kochanienki... Każę cię specjalnie nawoskować!

FORTEPIAN Nie.

MAESTRO Dudsonku...

FORTEPIAN Nie.

MAESTRO Nie...?

FORTEPIAN Nie.

MAESTRO Nie?!

FORTEPIAN Nie!

MAESTRO (dysząc ze złości) Zdrajco...! Ty zdradziecka... fałszywa... szafo! Struny ci z pudła rezonansowego powyrywam!

MAESTRO rzuca się na fortepian i próbuje mu wyrwać struny, lecz klapa spada mu wprost na ręce. MAESTRO cofa się, pojękując z bólu i odgrażając się FORTEPIANOWI. Zza okna dobiega burza braw.

MAESTRO A co to? A kto to tak klaszcze? (kiedy brawa nie ustają) Co to za podła kreatura oklaskuje ten zdradziecki instrument i jego asasynistyczne zapędy?!

GŁOS Z OGRODU 1 Sam jesteś kreatura!

GŁOS Z OGRODU 2 Beztalencie!

GŁOS Z OGRODU 3 Pijus!

MAESTRO traci głos z oburzenia, a FORTEPIAN podśmiewa się cicho.

MAESTRO Żaden tani sprzęt domowy nie będzie mnie wyzywał od beztalencia!

GŁOS Z OGRODU 2 Tylko nie tani, tylko nie tani... Sam wydałeś na mnie trzy tysiące guldenów, żebym od czasu do czasu popluł wodą do sadzawki, ty parszywy hipokryto!

GŁOS Z OGRODU 3 Dowal mu, amorku! Dowal!

GŁOS Z OGRODU 1 Na pohybel Prudeuszowi!

GŁOS Z OGRODU 2, 3 oraz FORTEPIAN Na pohybel!

MAESTRO (cofając się, jak zapędzone w róg zwierzę) I ty, Dudsonku, przeciwko mnie...

MAESTRO cofa się jeszcze parę kroków, aż upada ciężko na krzesło.

KRZESŁO Zabieraj się ze mnie! I to już!

MAESTRO (zrywa się z krzesła) Co?!

KRZESŁO Słyszałeś chyba. Dość już mam tego, że to ja zawsze muszę stać, kiedy ty siedzisz! Teraz ja usiądę na tobie!

KRZESŁO zbliża się do MAESTRA, chcąc go zaatakować.

MAESTRO To jakaś paranoja... Co ja tym razem wypiłem? (sprawdza etykietkę na butelce wódki) Zwyczajnie... Dziwne... Wytrzeźwieć muszę, wytrzeźwieć... I to natychmiast.

KRZESŁO, FORTEPIAN i GŁOSY Z OGRODU krzyczą i wygwizdują MAESTRA. MAESTRO bije się otwartą dłonią po twarzy, a z każdym uderzeniem skandowania sprzętów stają się cichsze i coraz bardziej niewyraźne. Z każdym uderzenim również pokój się zaciemnia. W końcu zapada absolutna ciemność; słychać jeszcze uderzenia MAESTRA, aż w końcu głuche grzmotnięcie jego nieprzytomnego ciała o podłogę.

AKT WYBITNIE OSTATNI, albo i nie

Scena numer zero i pół

Scena jest udekorowana jak droga w miasteczku na dzikim zachodzie - tyle, że pomiędzy dwoma rzędami charaktekystycznych dla tamtych miejsc budynków ciągnie się czteropasmowa autostrada. Słońce jest niebieskie, a niebo żółte.

MAESTRO wychodzi na scenę i na oczach widzów przebiera się w strój kowboja. Teraz oficjalnie jest SZERYFEM.

GŁOS PASTERKI (bardzo męski!) Gdzie jesteś, szeryf?!

SZERYF Tutaj!

GŁOS PASTERKI Gdzie?

SZERYF No tu, pośrodku czteropasmowej autostrady. (rozgląda się; następnie do siebie, na stronie) Mam wrażenie, że coś tu nie pasuje...

Na scenę wchodzi PASTERKA, którą jest niski, grubawy i nieogolony mężczyzna o przepitym głosie, w stroju pasterki.

SZERYF Coś się stało, dziewczynko?

PASTERKA (płacze) Zgubiłam moją pasterską laseczkę i moje pasterskie owieczki i nie wiem jak wrócić do domu, bo Jaś został w domku Baby Jagi żeby żreć te pierniki, a mówiłam mu żeby nie był zachłanny, wieprz jeden, i ona go pewnie wsadziła do pieca i upiekła i zjadła nawet, ale to nieważne, bo i tak rozrzucił te okruszki i miałam wrócić do domu, ale gołębie zeżarły okruszki i nie mogę ich odzyskać bo leśniczy nie wydał pozwolenia na odstrzał! (szlocha)

SZERYF Nie martw się, dziewczynko, zaraz coś na to poradzimy... (do siebie, na stronie) Coś tu zdecydowanie nie pasuje...

Lekkim krokiem wchodzi KOSMONAUTA z flagą Związku Radzieckiego.

KOSMONAUTA (wbijając flagę w autostradę; z rosyjskim akcentem) Niniejszym ogłaszam tę autostradę częścią terytorium Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich!

SZERYF (zdezorientowany; odrywając się od wciąż szlochającej PASTERKI) Hejże, ale tak nie można!

KOSMONAUTA Kto tak mówi?

SZERYF Ja!

KOSMONAUTA A kimże ty jesteś, aby mi mówić?

SZERYF Szeryfem!

KOSMONAUTA Nazwy, nazwy, nazwy... Co one znaczą...?

SZERYF Nie możesz zabrać mojej autostrady!

KOSMONAUTA Już zabrałem.

SZERYF W imię czego?

KOSMONAUTA W imię nas wszystkich. W imię ZSRR! Teraz to nie jest już tylko twoja autostrada, teraz to autostrada wszystkich! Wciąż ją masz, ale teraz będzie ją mieć również każdy inny!

Z drugiej strony sceny wychodzi MILICJANT i ZOMOWIEC. SZERYF nie ma pojęcia, co się dzieje.

MILICJANT Czołem, obywatele. Czy jest jakiś problem?

Cisza.

ZOMOWIEC (patrzy na płaczącą PASTERKĘ i na patrzących na siebie nienawistnie KOSMONAUTĘ i SZERYFA) Ach, ach! Dostrzegam, że dzieją się tutaj rzeczy nader nieprzyzwoite... Rzekłbym nawet, że łamiące wszelkie powszechnie uznane dobre obyczaje. Kto to widział, ażeby tak urocza panienka była zmuszona wylewać łzy w równie młodym wieku? Toż młodość jest od radowania się; młodość jest od zabaw i od tańca!

W tle zaczyna grać muzyka; ZOMOWIEC kładzie PASTERCE rękę na ramieniu w ojcowskim geście. PASTERKA uśmiecha się i przestaje płakać. Chwyta ZOMOWCA za dłoń i oboje zaczynają śpiewać i tańczyć. Reszta ich obserwuje.

PASTERKA i ZOMOWIEC (śpiewają) Bo młodość jest od zabaw To radości i psót czas Dziś się uśmiechu nabaw Bierz przykład właśnie z nas!

Tańcząc wesoło, ZOMOWIEC i PASTERKA wychodzą ze sceny. Muzyka cichnie nagle, urwana w pół dźwięku. SZERYF, wciąż nie mogąc pojąć co się dzieje, patrzy na MILICJANTA.

SZERYF (do MILICJANTA, z wyrzutem) No ale kto widział, żeby tak bezczelnie zabierać sobie czyjąś autostradę?!

MILICJANT Tylko bez nerwów, obywatelu. Proszę mi powiedzieć, co się dzieje.

SZERYF (wskazując na KOSMONAUTĘ) Ten tutaj typ, którego pan władza ma przed sobą, miał czelność zagarnąć mienie publiczne miasteczka Dreamtown,…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych