Wróć do katalogu

NIENAWIDZĘ ŚWIĄT

Odkąd sięgał pamięcią, zawsze nienawidził świąt, zwłaszcza Bożego Narodzenia. Ale w tym roku święta wyglądały zupełnie inaczej...

Robsonopublikowano 16 stycznia 200627 min czytania 4,5 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

NIENAWIDZĘ ŚWIĄT

Odkąd sięgał pamięcią, zawsze nienawidził świąt. Zarówno Wielkanoc, jak i Boże Narodzenie nieodmiennie wpędzały go w ciężką depresję. Zwłaszcza te drugie święta, uwielbiane przez dzieci i dorosłych, wywoływały u niego smutek i silne poczucie samotności. Nie przypominał sobie, by kiedykolwiek był szczęśliwy podczas świąt. W wieku dwóch lat trafił do Państwowego Domu Dziecka nr 2 w Poznaniu, a tam 24 grudnia był najsmutniejszym dniem w roku. Wtedy większość dzieci, o których ktoś z rodziny przypominał sobie w ten wyjątkowy wieczór, wyjeżdżało na święta, a w „bidulu” zostawali tylko ci nieliczni, którzy nie mieli absolutnie nikogo bliskiego. Zapomniani przez wszystkich, w kilkuosobowym gronie, smutnymi głosami śpiewali kolędy, zazdroszcząc swoim kolegom, którzy gdzieś tam daleko siedzą przy wigilijnym stole, objadają się smakołykami, odbierają prezenty i ten jeden raz w roku czują się, jakby mieli prawdziwą rodzinę. W tym ponurym gronie dzieci zawsze znajdował się on, Marcin, nieśmiały chłopiec, zostawiony przez ojca. A potem osierocony przez matkę-alkoholiczkę. W Boże Narodzenie najchętniej zamknąłby się w pokoju i przespał cały dzień, zamiast milczeć przy wigilijnym stole, spoglądając na ponure miny innych wychowanków i poirytowaną twarz wychowawcy, który akurat miał pecha, że przypadł mu dyżur w domu dziecka właśnie w święta. Teraz Marcin już nie mieszkał w „bidulu”. Gdy kilka miesięcy temu skończył osiemnaście lat, musiał wyprowadzić się z domu dziecka i radzić sobie samemu. Po skończeniu zawodówki zaczął pracować jako mechanik samochodowy i w czasie trzymiesięcznego stażu zarabiał marne trzysta złotych. Za sto pięćdziesiąt złotych wynajmował jeden pokój u staruszki Łucji. Często nie starczało mu pieniędzy do pierwszego, a wtedy musiał gdzieś dorobić – pomóc komuś wrzucić węgiel do piwnicy, przekopać działkę czy poprzycinać gałęzie w ogrodzie. Znów nadszedł najgorszy według niego dzień w roku. Pierwszy raz miał spędzić Boże Narodzenie poza domem dziecka. Pierwszy raz sam. Zapadały ciemności, na ulicy zapalały się lampy, a Marcin leżał na tapczanie pod grubym kocem. Było mu zimno. Poprzedniego dnia zepsuł się kaloryfer, a właścicielka mieszkania powiedziała, że wezwie hydraulika dopiero po świętach, gdy dostanie emeryturę, bo w tej chwili nie ma na to pieniędzy. Staruszka wyjechała na święta do córki i zamknęła na klucz drzwi do swojego pokoju. Pewnie myślała, że chłopak może będzie chciał coś jej ukraść i uciec. Głupie babsko! Jak mogła go podejrzewać o coś takiego? Nigdy w życiu nic nie ukradł, chociaż często było mu ciężko i nieraz kusiła łatwa zdobycz. Był biedny, ale uczciwy i miał swój honor! Teraz mógł jedynie wybrać między swoim zimnym pokojem a kuchnią, w której wprawdzie był piecyk węglowy, ale nie było opału. Marzł, gdy za zamkniętymi drzwiami stał ciepły kaloryfer. A staruszka pewnie siedzi sobie teraz w ciepłych kapciach u córki przy stole i oglądając film o Chrystusie myśli o sobie, że jest dobrą katoliczką, bo dała pięć złotych na Caritas. Jak on nienawidził świąt! Był głodny, a w domu nie było nic do jedzenia. Gdy wynajmował pokój, Łucja zaproponowała mu, że może go żywić za sto złotych miesięcznie płatne z góry. Nie mógł na to przystać, bo wówczas nie miałby już pieniędzy na zakup ciepłej kurtki na zimę. A zima tego roku była naprawdę mroźna. Dlatego sam się żywił – po prostu tak wychodziło taniej. Jadł byle co, a bywało, że gdy nie miał pieniędzy, nie jadł wcale,. Dlatego był taki chudy. Cieszył się, że już skończyła mu się praktyka i za grudzień dostanie już wyższą pensję. Całe pięćset złotych! Ale to dopiero po Nowym Roku. Wtedy dopiero będzie miał wyżerkę – kupi kilka kilo kiełbasy, ser, bułki mlecze, kawę, piwo, słodycze i zrobi sobie ucztę! Niestety szef nie chciał mu dać zaliczki i musiał wytrzymać jeszcze tydzień do wypłaty. Pech chciał, że poprzedniego dnia ktoś ukradł mu pięćdziesiąt złotych. Musiało się to stać w piekarni, bo utworzyła się tam długa kolejka i był duży tłok, więc były sprzyjające okoliczności dla złodzieja. Marcin zorientował się, że został okradziony, gdy był dwa metry od kasy. Ciekawe, kto to zrobił? Pewnie jakiś dobry katolik, szykujący się do świąt. Zamiast dwóch chlebów kupił kilka bułek i w kieszeni została mu jedynie złotówka i dwadzieścia groszy. „Dzisiaj jakoś przeżyję – myślał sobie – a jutro pójdę do bidula, może jakiś kolega albo wychowawca pożyczy mi kilka złotych? W drugie święto spróbuję gdzieś dorobić trochę grosza. Może ktoś będzie potrzebował pieniędzy w zrobieniu zakupów albo przy rąbaniu drzewa? Najprościej byłoby pójść na Dworzec Główny i żebrać przy kasach biletowych, ale do tego się nie zniżę. Poradzę sobie. Zawsze sobie jakoś radziłem.” Na dworze zapadł mrok. W pokoju było coraz zimniej. Ubrał kurtkę, ale i tak było chłodno. Stanął przy oknie i obserwował nielicznych przechodniów, spieszących się do domów na kolacje wigilijna. W pewnym momencie pod jego oknem przemknął gruby, święty Mikołaj z dużym workiem. Pewnie niósł prezenty dla grzecznych dzieci. „Ja chyba nigdy nie byłem grzecznym dzieckiem, bo nie przypominam sobie, żebym kiedyś dostał prezent, z którego bym się naprawdę cieszył.” - pomyślał Marcin. – „Bo czy można kogoś uszczęśliwić czekoladą lub lizakiem danym z łaski, na odczepnego? Jak ja nienawidzę świąt! Tej całej hipokryzji, zakłamania! Śpiewania kolęd, gdy na dworze ludzie zamarzają na śmierć. Oni świętują, a bezdomni przymierają głodem. Porzucone dzieci tęsknią za normalnym domem i nie myślą o śpiewaniu „Przybieżeli do Betlejem”. Tak to już jest, że bogaci mają wszystko i nie dbają o biedotę. Gdy są święta, przez kilka dni wydaje im się, że są dobrymi ludźmi. Uśmiechają się do wszystkich, starają się być mili, może nawet niektórzy oddadzą jakąś drobną sumę na ubogich. Wydaje im się, że są w porządku. Szkoda tylko, że nie są tacy przez cały rok! Tak naprawdę oszukują tylko resztki swojego sumienia. A po świętach znów wszystko wróci do normy. Bogaci dalej będą chciwymi skurwysynami, a biedni będą klepać biedę. I tak jest co roku i nic tego nie zmieni! Ciągle ten sam świąteczny cyrk. Podarować dziecku zabawkę, a potem o nim zapomnieć to gorzej, niż nie dać mu nic. Najgorzej dać komuś nadzieję i później ją odebrać”. Marcin nie miał już ochoty siedzieć w wychłodzonym mieszkaniu. Postanowił wyjść i poszukać czegoś, czym mógłby napalić w piecyku – gałęzi lub śmieci. Założył dziurawą czapkę i jedną wełnianą rękawiczkę. Drugą gdzieś zgubił. Kupi sobie lepsze, skórkowe z futerkiem, jak tylko dostanie wypłatę za grudzień. Postawił kołnierz kurtki i wyszedł z domu. Szedł ulicą Królowej Jadwigi w stronę parku Marcinkowskiego. Chciał tam pozbierać trochę gałęzi, a potem poszukać w koszach na śmieci jakiś papierów, którymi mógłby rozpalić ogień w piecyku. Drażniły go kolorowe witryny mijanych sklepów, zachęcające do zakupów świątecznych prezentów. Świąteczne ozdoby wiszący na ulicznych lataniach pogłębiały jego depresję. Grupka roześmianych, młodych ludzi wywołała w nim złość. Gdy człowiek jest głodny i samotny, wszystko go denerwuje. Radość innych może sprawić przykrość, gdy ma się smutek w sercu. Bogactwo towarów na sklepowych wystawach i napis „Promocja!” złoszczą, gdy nie ma się pieniędzy na chleb. Przeszedł obok Multikina, odwracając głowę w drugą stronę. Wstyd się przyznać, ale nigdy w życiu nie był w kinie. Nie miał na to pieniędzy, a jakoś nie zdarzyło się, by ktoś chciał mu postawić bilet. Podziemnym przejściem przeszedł pod skrzyżowaniem Królowej Jadwigi z Aleją Niepodległości i był już w parku. Pomyślał, że pięknie wyglądają drzewa przykryte białym puchem i skrzące się w żółtawym świetle latarni. Rozejrzał się dookoła. Nie dostrzegł nikogo, więc doszedł do młodych drzewek i zaczął łamać gałęzie. - Co ty tu robisz w tych krzakach?! – nagle usłyszał za sobą jakiś gruby, męski głos. – Drzewa niszczysz? Mam zawołać Straż Miejską? Odwrócił się, a wtedy ktoś chwycił go za kurtkę pod gardłem. Był to wysoki, postawny mężczyzna po czterdziestce, ubrany w brudną, podartą na rękawie kurtkę. Obok niego stał trochę niższy, gruby brodacz w połatanym płaszczu. Wyraźnie czuł od nich alkohol. - Chciałem zerwać trochę gałęzi, bo nie mam czym palić w piecu, a zimno jest jak diabli – dopowiedział cichym, przestraszonym głosem. - Wzruszająca historia – zaśmiał się brodacz, który stanął mu za plecami. - Wyskakuj, mały, z kasy, albo będzie z tobą krucho! – brodacz objął ramieniem szyję Marcina. - Nie mam pieniędzy! - Nie kłam! – mężczyzna w kurtce uderzył go pięścią w twarz. Marcin upadłby, gdyby nie stojący za nim grubas. - Naprawdę nie mam pieniędzy – jęknął zrozpaczony i przerażony. - Jak nie chcesz po dobroci, to weźmiemy siłą! Andrzej, trzymaj go! – mężczyzna krzyknął do brodacza, a gdy ten wykonał jego polecenie, kopnął Marcina w brzuch. Wtedy grubas puścił chłopaka, a gdy Marcin upadł na śnieg, mężczyźni zaczęli go kopać. Przestali po chwili, gdy chłopak przestał się ruszać. Wtedy Andrzej chwycił Marcina za kołnierz kurtki i szarpnął go w górę. Chłopak ledwo trzymał się na nogach, gdy mężczyźni zaczęli go przeszukiwać. W przedniej kieszeni znoszonych dżinsów Andrzej znalazł kilka drobnych monet. - O, Roman, znalazłem kasę! Wiedziałem, że nas okłamuje! – Andrzej szybko przeliczył drobniaki. – Cholera, tu jest tylko złoty dwadzieścia. Gdzie jeszcze schowałeś kasę?! – brodacz wrzasnął na przestraszonego chłopaka. – Gadaj, bo znów dostaniesz w czapę! - To wszystko co mam. Naprawdę – Marcin tłumaczył się cicho. – Wczoraj ktoś mnie okradł w sklepie. - Faktycznie do bogatych to ty się chyba nie zaliczasz – powiedział brodacz. – Nawet nie masz zegarka. Buty też do niczego, gorsze od moich – Andrzej zlustrował Marcina wzrokiem. – Kurtka nie taka zła. Ale za mała dla mnie, a tym bardziej na ciebie, Roman. - Właśnie, kurtka! Może ma coś schowane w kurtce! – Roman szybko rozpiął chłopakowi zamek błyskawiczny i zanurzył dłoń w wewnętrznej kieszeni. Wyciągnął z niej jedynie kawałek chleba cienko posmarowany margaryną. - Zlitujcie się! – błagał Marcin, a w kącikach oczu chłopaka pojawiły się malutkie łzy. – Weźcie pieniądze, ale zostawcie mi chleb. Nie mam nic więcej do jedzenia. Zostawiłem sobie kawek chleba, żeby go zjeść, jak już naprawdę będę bardzo głodny. Dzisiaj jest wigilia, więc nigdzie nie uda mi się nic zarobić ani kupić coś do zjedzenia, a jakoś trzeba przeżyć do jutra. Proszę, zostawcie mi chleb! - Szlag by to trafił! - zaklął Andrzej. – Zostaw mu ten chleb. Ale nam się trafiło! Przecież ten gościu jest biedniejszy od nas. - A tak w ogóle - nie masz co robić, że w wigilię pałętasz się po parku i zrywasz gałęzie? Starzy wygonili cię z chaty czy co? – zainteresował się Roman. - Nie, nie mam starych. - Jak to - nie masz starych? - No nie mam. Po prostu nie mam. Jestem z bidula. Trzy miesiące temu skończyłem osiemnastkę i kazali mi się stamtąd wynieść. Od tego czasu muszę sobie sam radzić. – Marcin wierzchem dłoni wytarł krew spod nosa. - Też byłem w bidulu – cicho powiedział brodacz. – Wiem jak tam jest. Kurwa, jak mi głupio, że pobiłem swojego. My, chłopaki z bidula, zawsze trzymaliśmy się razem i staraliśmy się sobie pomagać... - Tak, stary! – Roman spuścił głowę. – Wyszliśmy na ostatnich skurwysynów! Skopaliśmy biedniejszego od siebie, swojego człowieka. W dodatku w Boże Narodzenie. - Wstyd się przyznać. Nic nie mów! – powiedział Andrzej. – Jakby się o tym dowiedzieli ziomale z Centralnego, to chyba my byśmy mieli dupy skopane! - Nie wiem, jak cię teraz przeprosić... – odezwał się Roman. - Mam gdzieś przeprosiny – odpowiedział Marcin. – Puśćcie mnie tylko i będzie okej. - Nie, nie! Nie możemy tego tak zostawić! – powiedział Andrzej. - Jestem bezdomny i tak dalej, ale swój honor mam. Nie jestem jakimś sukinsynem bez serca. Sam mówiłeś, że jesteś głodny i nie masz się gdzie ogrzać. Mamy z Romanem metę niedaleko stąd, w piwnicy. Jest tam ciepło, bo pod sufitem jest puszczona rura z gorącą wodą. Mamy trochę jedzenia i jakieś wino też się znajdzie. Chodź z nami! - No, a potem znowu mi wpierdolicie i puścicie w samych skarpetkach! Jeszcze nie upadłem na głowę. Nigdzie z wami nie idę! – Marcin był w dalszym ciągu przestraszony. - Nie, nie! – oponował Roman. – Włos ci z głowy nie spadnie! Przysięgam. Dla mnie słowo droższe od pieniędzy! – zaklinał się. - Tak, chodź z nami! – grubas poparł kolegę. – Ogrzejesz się i coś zjesz. Przecież nie będziesz siedział sam w taka noc. My, chłopaki z bidula, musimy sobie pomagać! Bo jak my sobie nie pomożemy, to kto nam pomoże, nie? – poklepał Marcina po ramieniu.

*****

W małym, piwnicznym pomieszczeniu oświetlanym gołą żarówką rzeczywiście było dość ciepło. Była to nie używana wózkarnia, w której stało trochę starych gratów, rower bez kół, dwa trzeszczące się tapczany i mały, odrapany, okrągły stolik. W rogu stała nawet choinka – małe drzewko w doniczce przyozdobione papierkami z cukierków. - Ukradłem sprzed supermarketu – z dumą zaśmiał się brodacz, patrząc na choinkę. – Zorganizowaliśmy też coś do picia – pokazał kilka tanich win owocowych – mamy dwa chleby, paluszki, ciastka i słoik ogórków. - Nawet nie pytam, jak to wszystko zdobyliście – uśmiechnął się Marcin. – I co, nikt was nie przegania z tej piwnicy? - Na razie nie – odpowiedział Roman. – Całkiem w porządku ludzie mieszkają w tym bloku. Mamy z nimi taką cichą umowę. Dopóki jest w miarę cicho i nie ma awantur, możemy tutaj spać. No i…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych