Nieplanowany urlop
trzymająca w napięciu przygoda pewnego bankowca
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
1.
Środa. 6:15. Obudził go głośny i drażniący sygnał budzika, który znał tak dobrze. Mogłaby to być nawet najpiękniejsza melodia na świecie, a i tak w końcu stałaby się znienawidzonym brzęczeniem, który kojarzy się tylko z jednym: czas wstawać do pracy. Robert był konsultantem Citibanku. Mieszkał i pracował w Olsztynie. Jego niewielki jednorodzinny domek znajdował się tuż obok jednostki wojskowej. Jego żonie nie bardzo się to spodobało, gdy przyszli na oględziny nieruchomości, ale cena była dobra i Robert w końcu ją przekonał. Rozpoczynał karierę jako asystent bez przerwy wklepując jakieś cyferki do komputera. Niezbyt ambitne zajęcie. I niezbyt opłacalne. Nie przypuszczał nawet, odbierając dyplom olsztyńskiego UWM jako magister ekonomii, że pięć lat nauki zapewni mu 1100 złotych miesięcznie, które dostawał za garbienie się przed ekranem komputera przez osiem godzin dziennie. Oczekiwał czegoś więcej od życia. Kombinował jak tylko mógł, żeby zaimponować szefowi i nieraz musiał świecić przed nim oczami, ale w końcu udało mu się zdobyć upragnioną posadę. Był inteligentny i zaradny. Gdy chciał, umiał być naprawdę miły i towarzyski. Wiedział jak wciskać ludziom kit. A to był najlepszy zestaw cech przydatnych na tego typu stanowisku. Do jego awansu z pewnością przyczynił się też wygląd zewnętrzny. W końcu kto chciałby rozmawiać o swoich finansach z jakimś krzykliwym, karłowatym, przygrubym facecikiem z plamami potu na koszuli? Konsultant musiał wyglądać reprezentatywnie. Robert był wysoki, nawet jak na mężczyznę. Miał zdrową posturę, nie był ani za chudy, ani za gruby. Ciemne, zawsze idealnie przystrzyżone włosy dobrze komponowały się z nienagannie czystym dobrze skrojonym garniturem. Po prostu się nadawał. Nie należał niestety do rannych ptaszków. A nocne ślęczenie przed komputerem wydłużało ostatnio czas mierzony od wciśnięcia przycisku na budziku do zamknięcia drzwi domu, w którym mieszkał. Wcisnął więc zniesławiony przycisk i przewrócił się na drugi bok. Jeszcze pięć minut i wstaję, pomyślał w duchu. Mógł sobie na to pozwolić dzięki fantastycznej opcji w budziku, polegającej na ponowieniu alarmu po 5 minutach. Dopiero wciśnięcie dwóch odpowiednich przycisków jednocześnie ostatecznie uciszało urządzenie. Tego dnia Robertowi udało się zwlec z łóżka przy drugim ponowieniu, a to i tak lepiej niż dzień wcześniej. Wstał więc niepewnie, wciąż z przymkniętymi oczami, siłą woli próbując przegonić ciężką senność. Czuł jak sen odchodzi, powoli ustępując miejsca świadomości. Tak wyglądał „Początek dnia według Roberta Zakrzewskiego”. Brzmi niczym tytuł jakiegoś podrzędnego serialu. Otworzył szeroko oczy. Coś było nie tak. Był środek grudnia, więc gdy wstawał było jeszcze ciemno, ale tego poranka ciemność była niemalże całkowita. - Co jest? – wymamrotał sennym jeszcze głosem Zaczął pocierać oczy, lecz niewiele to dało. Nawet gdy wzrok po chwili przyzwyczaił się do mroku, wciąż ledwo można było dostrzec kontury sypialni i niektórych mebli, które były widocznie tylko dzięki mini-lampce na budziku. W momencie, gdy począł się zastanawiać, skąd wziął się tajemniczy mrok, poczuł silną potrzebę skorzystania z łazienki. Zastanowi się później. Teraz najważniejszą rzeczą na świecie jest dotrzeć do sedesu. Całe szczęście, że jest tak blisko. Przeszedł sypialnię w połowie na pamięć, w połowie po omacku, gdyż lampka nocna znajdowała się po przeciwnej stronie drzwi na korytarzyk, więc miał nie po drodze. Rano nie zapalał żyrandolu (prezent ślubny od babci Eli, świeć Panie nad jej duszą), by nie zbudzić żony. Tego ranka obudził się w łóżku sam, ale nawyk pozostał. Sam, gdyż Alicja wprowadziła się na parę dni do swoich rodziców, którzy mieszkali na Jarotach. To już drugi raz w tym miesiącu. Ostatnio coraz trudniej było im się pogodzić po przebytych kłótniach, które w okresie narzeczeństwa występowały bardzo sporadycznie. Jednak ostatnio zdarzały się dość często. Zbyt często. Ciśnienie w pęcherzu rosło. Liczyła się każda sekunda. Ściana korytarza, drzwi, i już jest w łazience. Robert wyciągnął rękę i wymacał na ścianie włącznik światła. Pstryk. I nic. Nadal ciemno. Pstryk. Pstryk. Dalej nic. Pstryk, pstryk, pstryk, pstryk. Łup. - Pieprzony włącznik – zaklął Sedes był praktycznie niewidoczny, a fizjologia nie będzie czekać. Trudno, trzeba załatwić to po ciemku. Sprawę utrudniła trochę pewna męska dolegliwość, tak zwana „poranna twardzica”, ale ostatecznie misja zakończyła się powodzeniem. Czas zrobić coś z tą ciemnością, bo w tych warunkach nawet nie da się przyrządzić śniadania. Wygląda na to, że padła elektryczność. Ale trzeba się upewnić. Włącznik w korytarzu. Nic. No tak, pewnie jakiś korek pierdyknął. Trzeba zejść do piwnicy i to sprawdzić. Ale nie w samych slipkach. Tam jest znacznie chłodniej. Wrócił do sypialni i wymacał skarpetki oraz swoje ulubione stare granatowe dresy. Liczyły sobie już pięć lat, a mimo to Robert nie chciał się z nimi rozstać. Naleganie Alicji nie pomogło. To coś, czego kobiety nie zrozumieją. W pracy Robert czuł się jak na uwięzi. Bez przerwy kontrolował go ten wredny gnojek, Bukowski, bezpośredni zwierzchnik, który w akcie wielkiej łaski wziął go pod swoje skrzydła na to nieszczęsne stanowisko. Ale po pracy, gdy mógł już zrzucić z siebie ten sztywny garnitur, wkładał stare dresy, zwykły biały podkoszulek i przez resztę dnia to on był szefem. Zakładał nogi na stół, po jedzeniu wycierał ręce o podkoszulek i bekał, ile mu się żywnie podobało (ku wielkiemu niezadowoleniu żony). W taki sposób radził sobie ze stresem. Możliwe, że tylko dzięki temu jeszcze nie zwariował. Na dole okazało się, że wszystkie korki są na swoim miejscu. Tam było już zupełnie ciemno i nie obyłoby się bez latarki. Robert postanowił, że zadzwoni do firmy energetycznej w przerwie w pracy. Teraz musi się spieszyć, żeby znów się nie spóźnić. Nie zniósłby chyba kolejnej serii zniewag z ust Bukowskiego. Wygrzebał szybko dwie świeczki z pudełka zastawionego wysoko na półce obok przetworów produkcji żony. Wrzucił chyba z dziesięć sztuk niedługo po przeprowadzce nie podejrzewając, że kiedykolwiek mogą się przydać. Ale jak to mówią: nigdy nie mów nigdy. Albo: przezorny zawsze ubezpieczony. Wszedł do kuchni. Tutaj również zupełnie ciemno. Dziwne. Przecież od strony kuchni przy ulicy stoi latarnia, która oświetla zachodnią ścianę domu. Jej promienie powinny wpadać teraz przez okno. A tu ciemno jak w dupie Murzyna. Czyżby obudził się w nieswoim domu? I nagle eureka - Przecież nie ma prądu, bałwanie – upomniał na głos sam siebie Ale to nie dało mu spokoju. W końcu był ranek i powinno się już rozwidniać. Coś ewidentnie było nie tak. Czuł to. Robert położył świeczki na stole i podszedł do okna. Poświecił na nie latarką i z przerażeniem stwierdził, że nic przez nie nie widać. Jakby świecił na ścianę. Zbliżył jeszcze bardziej latarkę próbując lepiej przyjrzeć się szybie. - Co jest, w mordę? Piasek? – wyszeptał, nawet nie zdając sobie z tego sprawy W miejsce zdziwienia powoli zaczynał wkradać się strach. Okno wyglądało na zasypane aż po górną futrynę. A może i jeszcze wyżej. Tylko skąd, do cholery, wziął się piasek przy ścianie jego domu? Czyżby ktoś wpadł na tak idiotyczny pomysł, żeby w nocy nawieźć i zasypać mu kuchenne okno? To ma być żart? Zresztą raczej by to usłyszał i się obudził. No nic. Wyjdzie na zewnątrz i to sprawdzi. Opuścił kuchnię, przeszedł korytarzyk, po czym skręcił w prawo do salonu. - Jasna cholera… – w jego głosie strach już dominował nad początkowym zdziwieniem Ciemno. Podchodził kolejno do każdego okna i wszystkie okazały się całe zasypane tym samym żółtawym piaskiem. Tylko po co ktoś miałby zasypywać mu cały dom? To bez sensu. Był totalnie zbity z tropu. Usiadł na fotelu ściskając kurczowo latarkę. Co ma teraz zrobić? Bał się otworzyć okno. Bał się, że kruszcu będzie tak dużo, że nie uda mu się przez niego przedrzeć i wydostać się na zewnątrz. Nie miał klaustrofobii, ale w jego umyśle już zaczynała rodzić się myśl, że został uwięziony. Rosła niepostrzeżenie jak ciasto drożdżowe. - Myśl, chłopie, myśl – motywował sam siebie – przecież jesteś taki zaradny. Alicja zawsze to powtarzała. Spędził bite dziesięć minut w całkowitej ciszy kiwając się w fotelu przy blasku latarki. Już całkowicie zapomniał, że się spieszy. Wreszcie stwierdził, że musi COŚ zrobić. Wstał i szybkim krokiem skierował się do głównych drzwi wejściowych, oddzielonych od salonu małym przedpokojem. Zacisnął dłoń na klamce. Jeszcze chwilę się wahał, ale w końcu nacisnął z impetem. Fala piasku natychmiast wlała się do środka otwierając drzwi na oścież i przewracając Roberta, który stał tuż za nimi. Zanim zdążył się podnieść już miał nogi zasypane po kolana. Pocierał guza z tyłu głowy i patrzył wytrzeszczonymi oczami na swoje drzwi, które mniej więcej w tym momencie powinien zamykać, wychodząc do pracy. Na razie nie było mowy o ich zamknięciu. Wstał powoli czując jak pojedyncze drobinki już dostały się za skarpetki. A więc przeczucie było słuszne. Znalazł się w pułapce.
2.
Myśl, chłopie, myśl. A może by tak pootwierać wszystkie okna? Ale co to da? Telefon! No jasne. Przeszedł do sypialni i drżącą ręką podniósł swoją nowiutką Nokię 3110. Niemalże instynktownie wybrał pozycję „Ala” z listy kontaktów i wcisnął zieloną słuchawkę. Przyłożył szybko ucho do głośnika i znieruchomiał w wyczekującym geście. Telefon odpowiedział ciszą spotęgowaną jeszcze ogólną grobową ciszą, jaka panowała w mieszkaniu. Spojrzał na wyświetlacz. Brak zasięgu. Cisnął komórką o nieposłane łóżko. Nie posiadał niestety telefonu stacjonarnego, gdyż w ciągu ostatnich lat stały się one nieopłacalne. W 2008 roku prawie każdy już posiadał swój prywatny telefon komórkowy. Po chwili jednak znów podniósł swój. Może chociaż sms jakimś cudem dojdzie. Wprawnymi, choć trzęsącymi się palcami wystukał tekst i wcisnął „Wyślij” powątpiewając, czy adresat kiedykolwiek otrzyma wiadomość. Jak się potem okazało, niepotrzebnie się o to martwił. Wrócił do salonu i ciężko osiadł w swoim ulubionym fotelu szefa, jak zwykł go nazywać w myślach. Teraz miejsce strachu próbowała zająć panika. Przenikała powoli do jego umysłu niczym trucizna. Nagle wstał, podbiegł do okna i zaczął się drzeć: - Ratunku!!! Jeśli ktoś mnie słyszy niech sprowadzi pomoc! POMOCY!!! – po ostatnim słowie aż zabolało go gardło Może któryś z sąsiadów go usłyszy. Albo przynajmniej zobaczy, że z jego domem jest coś nie tak. W końcu takiego szczegółu jak fura piachu wokół domu nie dało się nie zauważyć. Odpowiedziała cisza. Z powrotem opadł na swój fotel. Spokojnie, oddychaj powoli, na filmach to zawsze działa, uspokajał się w myśli. I o dziwo, filmowy patent poskutkował. Panika puszczała go ze swego topielczego uścisku. Znów zaczął myśleć. Jednak ciężko było się skupić w otaczającym go mroku. Trzeba wreszcie coś zrobić z tą cholerną ciemnością. Robert przypomniał sobie, że zostawił dwie świeczki na stole w kuchni. Przyniósł je i postawił jedną na małym okrągłym stoliczku przy sofie (na który uparła się jego żona, bo on twierdził, że bez sensu jest kupować stolik, na którym nie zmieszczą się nawet dwa obiadowe talerze), a drugą na komputerowym biurku, gdzie marnował codziennie kilka godzin grzebiąc w Internecie w poszukiwaniu niewiadomo czego. A gdy Ala już spała, zawsze jakimś dziwnym trafem kończył swoje poszukiwania na jednej ze stron pornograficznych. Zdawał sobie sprawę z tego, że to nie wpływa raczej budująco na ich związek, ale szatan miał swoje sposoby. Nie mieli dzieci, gdyż twierdził, że nie jest jeszcze na nie gotowy. I w gruncie rzeczy miał rację. Świeczka spoczęła tuż obok monitora. Zapalił ją zapalniczką z gracją konsultanta bankowego, a potem następną i ponownie rozsiadł się w ukochanym skórzanym fotelu. Nikły blask dwóch płomieni rozświetlił nieco mroki salonu. Wypadałoby obmyślić jakiś plan działania, czy coś. Wiedział jedno. Zwały piasku otaczające dom musiały się gdzieś kończyć. Możliwe, że już na poziomie sufitu. A wtedy bez problemu mógłby wyjść na powierzchnię przez... No właśnie! Okienko na strychu! Nagłe oświecenie napełniło jego serce nadzieją, że ten koszmar szybko się skończy. Złapał latarkę i pobiegł korytarzykiem. Szarpnął drzwiami na strych i wbiegł na górę. Odruchowo wcisnął włącznik, ale oczywiście bezskutecznie. Odsunął zagradzające mu drogę kartony spod ściany i podszedł bliżej. Rozczarował się, gdy ujrzał wszechobecny piasek za szybą małego okrągłego lufciku strychowego. Nacisnął klamkę, ale ta stawiała niespotykany dotąd opór. Wygląda na to, że się zacięła. Robertowi zaświtało, że na dole w garażu leży ciężki metalowy łom. Bardzo by się teraz przydał. Zszedł więc szybkim krokiem lekko poddenerwowany, poprzez piwnicę dostał się do garażu i wyszukał łom wśród sterty niezliczonej ilości narzędzi walającej się po starym biurku. Odwróciwszy się trochę zbyt zamaszyście, zahaczył łomem o karoserię swojego BMW 320i. Co prawda nie był to najnowszy wóz, ale lakier był w bardzo dobrym stanie. Przynajmniej do tej pory. Nie zwracając na to uwagi pośpieszył z powrotem. Biegnąc po schodach potknął się i stłukł sobie prawe kolano. - Wolniej człowieku – pouczył sam siebie masując obolały staw Podszedł i podważył lufcik łomem. Był podekscytowany, gdyż już zdążył uwierzyć w swoją teorię, która głosiła, że poziom nasypu nie powinien przekraczać szczytu dachu, który miał tuż nad głową. Pociągnął z całej siły. Okrągły strumień żółtego piasku zaczął się wsypywać do wnętrza strychu do momentu, aż kopczyk sięgnął ramy okienka. Nie było dobrze. Teoria Roberta z każdą chwilą traciła na wiarygodności. Położył włączoną latarkę na ziemi i zaczął rękoma odgarniać piasek spod lufciku. Niestety nowe pokłady ziarenek wciąż napływały do środka. Jego praca wyglądała na syzyfową. Po piętnastu minutach zrezygnował i usiadł na ziemi porządnie spocony obok sporej góry piachu zajmującej już 1/3 pomieszczenia. Kolano napuchło i pulsowało mocnym bólem. Od niechcenia zaczął grzebać palcem w znienawidzonym już zasobie naturalnym. Poczuł, że jest nieco cieplejszy niż ten na dole przy drzwiach. Czyli powierzchnia wcale nie musi być aż tak daleko. No chyba że jakimś sposobem znalazł się wraz z całym domem gdzieś na Merkurym, gdzie temperatura na powierzchni wynosi 400 stopni, a budynek spoczywa 30 metrów pod powierzchnią. Ale to raczej śmieszny pomysł. Trzeba rozważyć realne opcje. Ostatnio coraz częściej słyszy się o rosnącym poziomie zanieczyszczeń, a co za tym idzie, wzmagającym się efekcie cieplarnianym. Topniejące czapy lodowe, huragany i tym podobne. A co jeśli matka natura spłatała figla i przywiało tu niespotykaną dotąd burzę piaskową np. znad Azji Mniejszej? Mało prawdopodobne. Ale brzmi lepiej niż Merkury, nieprawdaż? To już jest jakiś punkt odniesienia. Zresztą, jakie to miało teraz znaczenie czy to burza piaskowa czy nie. Robert miał zamiar wydostać się z domu za wszelką cenę. I tylko to się teraz liczyło. Wstał i od razu skrzywił się z bólu. Kolano bolało coraz bardziej, trzeba je opatrzyć. W kuchni powinna być jakaś maść i bandaże. Zszedł więc schodami, tym razem bardzo powoli i udał się do kuchni. Otworzył szafkę wiszącą nad blatem i zaświecił do środka latarką. Zastał tam spory zastęp różnego rodzaju tabletek, bandaży, tubek z maścią i Bóg wie czym jeszcze. Tylko która maść jest od stłuczeń? Alicja by wiedziała. Zaczął się zastanawiać, co się z nią teraz może dziać. Pewnie jest już w pracy i parzy sobie kawę myśląc: wrócić czy nie wrócić? Ostatnio wróciła po trzech dniach. Akurat dziś przypadał drugi dzień jej nieobecności. Wziął pierwszą z brzegu tubkę z napisem DIFORTAN, rolkę bandażu i usiadł na krześle przy kuchennym stole. Posmarował bolące miejsce i owinął bandażem. Odczekał chwilę, ale ból nie ustawał. Wziął z szafki jeszcze opakowanie Apapu i wyjął dwie tabletki. Znad zlewu wyjął szklankę, podstawił po kran i odkręcił kurek. Cienka strużka po kilku sekundach znikła i woda już tylko kapała dużymi kroplami z coraz mniejszą częstotliwością. No ładnie. Bez prądu i bez wody. Co jeszcze? Popił resztką wody mineralnej z plastikowej butelki. Gdy ból już zelżał odezwał się żołądek Roberta. Przecież jeszcze nic dziś nie jadł. I strasznie chciało mu się pić po zmaganiach z piaskiem. Zszedł do piwnicy po kolejną świeczkę i po drodze zauważył, że w zgrzewce z wodą mineralną jest już tylko jedna butelka. Wrócił z nią do kuchni. Zapalił świeczkę i zrobił sobie parę kanapek z tym, co akurat zostało w lodówce. Niewiele tego było, gdyż środa była dniem, w którym Robert zawsze po pracy jeździł z żoną do Tesco na cotygodniowe zakupy. Poza tym często jadał na mieście. Najbardziej przerażało go to, że ma tak mało wody. No i dwa piwa w lodówce. Też się przydadzą, o tak. Po posiłku zgasił świeczkę i zabrał ją ze sobą do salonu. Miał ich tylko około dziesięciu, a nie wiadomo przecież ile czasu będzie tu musiał jeszcze spędzić. Jeśli to naprawdę była burza piaskowa, tak jak przypuszczał, to jego sąsiedzi znajdują się w tej samej sytuacji, co on i raczej nie sprowadzą pomocy. Robert musiał radzić sobie sam. Z garażu przyniósł dwa plastikowe wiaderka. O łopacie mógł tylko pomarzyć, gdyż znajdowała się w budynku gospodarczym za domem. Miał zamiar wykopać sobie drogę do wolności. Stwierdził, że najlepszym sposobem będzie wybieranie piasku z możliwie najwyższego punktu, czyli okienka na strychu, i składowanie go w piwnicy, gdzie i tak panował kurz i bałagan. Będzie to robił dotąd, aż piasek przestanie się wsypywać do środka. No bo kiedyś musi, prawda? PRAWDA? Wtedy wyjdzie na zewnątrz. Plan był dobry. Nawet świetny. Ale może tylko dlatego, że nie miał żadnej konkurencji. Następne dwie godziny Robert spędził schodząc po schodach z wiaderkami pełnymi piasku ze strychu do piwnicy i z powrotem na górę z opróżnionymi. Praca posuwała się bardzo wolno. Do tego prawa noga znów dawała o sobie znać. Kolano spuchło jak bania. Musiał odpocząć. Wziął z lodówki dwa piwa. Pierwsze wypił praktycznie na raz, a drugie sączył powoli w swoim fotelu szefa, jak to miał w zwyczaju. Podobno dżentelmeni nie piją przed południem, ale chrzanić to. A właśnie, ciekawe, która jest godzina? Wydawało mu się, że południe już dawno minęło. Sprawdzi potem. I do diabła z tą oszczędnością. Chyba należy mu się browar lub dwa za tak ciężką pracę. W dodatku z uciążliwą kontuzją. Oczywiście potem tego żałował, ale w tym momencie liczyła się tylko ta krótka chwila relaksu. Robert należał do tych, którzy muszą doświadczyć wszystkiego na własnej skórze, żeby się o tym przekonać. Nokia wskazywała 10:23. Można się było spodziewać. Czas ma tą osobliwą właściwość, że gdy chcemy, by płynął wolno, on goni jak szalony nie pozwalając nacieszyć się chwilą. A gdy znużeni chcemy, by trochę przyspieszył, on z kolei ma ochotę na leniwy i powolny spacer. Dość przekorny jegomość. Nadal nie było zasięgu. Ikonka na wyświetlaczu wskazywała, że sms wciąż czeka na wysłanie. Nie pozostało nic innego jak wracać do pracy. System okazał się za mało wydajny. Trzeba było zmienić taktykę. Kolano zdecydowanie domagało się, by zostawić je w spokoju. Robert zaczął wyrzucać piasek za pomocą wiaderka w dół na korytarzyk. A gdy kupka trochę urosła, stamtąd przerzucał ją do piwnicy. Zrobił przez to niezły kurnik w mieszkaniu, lecz kto by się tym teraz przejmował. Szło mu całkiem nieźle. Pracował tak, z przerwami mniej więcej co dwie godziny, prawie do 20:00. Stwierdził, że już rzygać mu się chce na widok tego piasku i nie przerzuci ani grama więcej.…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Mietek
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…