Nowa
To naprawdę zadziwiające, jak niewiele a zarazem wiele potrafi zmienić się przez sto, sto pięćdziesiąt czy nawet dwieście lat... Ale czy wychodzi to na dobre?
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
To naprawdę zadziwiające, jak niewiele potrafi się zmienić przez sto pięćdziesiąt, nawet dwieście lat. Człowiek nauczony historią ostatnich wieków, począwszy od dziewiętnastego w górę, spodziewałby się skokowego postępu kultury, przemysłu, technologii. Ludzie z „wyłączonymi” genami złości w celu zapobiegania problemom społecznym lub też odwrotnie – żołnierze nabuzowani agresją i hormonami, przemienieni w maszyny do zabijania. Podróże w najodleglejsze planety kosmosu przy użyciu napędów świetlnych, bramy w czasoprzestrzeni, machiny czasu, wrzątek w proszku, androidy… Dla człowieka żyjącego na początku nowego milenium takie rzeczy były jak najbardziej spodziewane, kwestią był tylko czas, zwykle określany na odpowiednio dziesięć, piętnaście czy pięćdziesiąt lat. A mimo wszystko, na przekór pisarzom science fiction, na złość futurystom i wszelkim entuzjastom dalekich podróży kosmicznych wraz z rokiem 2115 nie otworzyły się żadne wrota gwiezdne, armia robotów nie zawładnęła światem, natomiast wrzątek w proszku naturalnie powstał, jednak w dalszym ciągu należało go zalać gorącą wodą i odczekać dwie minuty. Przyszłość – teraźniejszość rozczarowywała.
Młody chłopak, na oko dwudziestokilkuletni przechodził właśnie przez betonowe blokowisko mogące istnieć praktycznie gdziekolwiek na świecie w przeciągu ostatnich dwustu lat. Nie zmieniły się blokowiska, nie zmieniła się polityczna walka o wpływy i pieniądze, a po niesmacznej wódce dalej konsekwentnie atakował człowieka jego odwieczny dręczyciel – kac.
Blokowisko, a może nawet całe miasto rozrastające się od tego miejsca jeszcze na dobre kilka kilometrów, intensywnie bombardowało tego dnia słońce, przylepione dumnie na poetycko błękitnym niebie. Niestety, w pełni rozkoszować się nim mógłby tylko człowiek z urazem kręgosłupa niepozwalającym mu spojrzeć w dół na brudne, odrapane bloki, wieżowce i sklepy. Chłopak szerokim krokiem przesadził nad kałużą powstałą w miejscu wyrwanej dawno płyty chodnikowej. Wczoraj deszcz, dziś słońce. Wczorajsza teraźniejszość dobijała depresyjną pogodą, należało pokornie czekać na przyszłość, kolejny dzień i liczyć na jej poprawę. Dziś było już lepiej, w sumie doskonale, ale czego w takim razie należało się spodziewać jutro? Skoro poprawić się już nie da, to tylko pogorszenia.
Tak też było z przełomowymi pracami nad robotyką w 2103 roku, kiedy sztuczna inteligencja osiągnęła całe 8 punktów teście Petrovycha, zbliżając się już o maleńki krok do absolutnego zera, stuprocentowo zaliczającego ów sprawdzian. Naukowcy ci, owszem, mieli ogromny wpływ na większość dziedzin nauki, od samej robotyki aż po usprawnianie domowych komputerów czy produkcję „inteligentnych” pralek, ale ludzkość nie zobaczyła jeszcze do tej pory ani jednego humanoidalnego robota czy androida ważącego mniej niż dwieście kilo. Zresztą i tak zwykle przypominały krzyżówkę manekina z Terminatorem lub lalki Barbie z małym czołgiem, a pożytku z nich było tyle, co ze wspomnianego już wrzątku w proszku.
Chłopak wyminął grupkę nieciekawie wyglądających osobników płci męskiej, przepakowanej dziwną mieszanką testosteronu oraz hormonów powodujących nadmierne łysienie w wieku najwyżej nastoletnim. Ostatnio robiło się ich coraz więcej. Fakt, czasy nastały niepewne i ludzie jakimś pierwotnym instynktem zbijali się w stada, ale młodzieniec nigdy nie rozumiał, czemu koniecznie muszą nosić te tandetne spodnie z pionowymi pasami na długości nogawki…
Idąc dalej zagłębił się w osiedle, szarobure betonowe pudła otaczały go już ze wszystkich stron. Z kilku z nich schodziły resztki farby, jaką zostały pokryte już kawał czasu temu, prawdopodobnie jeszcze w poprzednim stuleciu. Widać miejskie blokowiska odporne były na jakikolwiek upływ czasu, jednak robiły to dość wybiórczo: stanowczo opierały się wszelkiej modernizacji i remontom, dając się za to nadpsuć zębowi czasu. Chłopak idący w milczeniu mieszkał właśnie w jednym z tych dziwnych bunkrów czasowych.
Za całodobowym skręcił ostro w lewo, schodząc na ukrytą w krzakach alejkę wyłożoną podobną betonową płytą jak szeroki chodnik, którym szedł przed chwilą. Niespiesznym krokiem kontynuował marsz, zwalniając nieco, aby poprawić sportowy plecak który nosił. Kamera zamontowana na jednym ze sklepowych narożników przekręciła na niego swoje czujne oko, ale tamten nie zwrócił na to nawet najmniejszej uwagi. Chwilę potem tani sklepowy cybermózg zajmujący się ochroną i monitoringiem, zaklasyfikował chłopaka z plecakiem do grupy o najniższym zagrożeniu i zapomniał o nim na dobre.
*
Atel Grey spokojnym krokiem zmierzał w kierunku swojego mieszkania przy Siedemdziesiątej Trzeciej ulicy.
Minąwszy grupę niespokojnej młodzieży skręcił w skrót prowadzący za sklepem całodobowym, prawie od razu wyłapując ostrożnym uchem cichy syk przekręcającej się kamery. W promieniu kilkunastu metrów nie było nikogo innego, nie musiał nawet podnosić wzroku żeby wiedzieć, iż to właśnie on jest celem obserwacji sztucznej inteligencji zajmującej się ochroną spożywczaka. To nic, te sklepowe tandety da się łatwo oszukać, był w ruchu a to dawało mu znaczną przewagę nad robotem. Stojący w kolejce czy przed budynkiem człowiek jest analizowany pod kątem mimiki, oddechu, gestów, temperatury ciała i kilku innych czynników – oddech poruszającego się chłopaka i jego ciepłota zapewne została zinterpretowana jako normalny skutek marszu jaki odbywał, szedł też bokiem, a po chwili właściwie już tyłem, więc analiza wyrazu twarzy w tym wypadku odpadała. Zresztą, nad tym Atel panował doskonale.
Ciężki plecak odrobinę zsunął się z jednego ramienia, wykonał niedbały ruch aby go poprawić. Szedł dość wolno, niespiesznie, ale mimo wszystko udało mu się spocić. Przeklęta pogoda, gdy człowiek już traci nadzieję na słońce i zaczyna zajmować się robotą, to musi walić z ze wszystkich stron jak w mikrofalówce! Pocieszył się, że już niedaleko.
Odrobinkę zwalniając wszedł na przestronny placyk. Na gdzieniegdzie porozstawianych huśtawkach, karuzelach i kolorowo podświetlanych cubo bawiły się całą zgrają dzieci. Nie przyglądał im się zbytnio, nie miał też czasu przysiąść i odpocząć. Gdy opuszczał już plac zabaw przystąpił jednym butem długą sznurówkę sąsiedniego, rozwiązując supeł. Atel zaklął cicho i kręcąc głową schylił się z zamiarem zawiązania czarnego adidasa. W międzyczasie gdy jego palce niespiesznie supłały węzeł, przekręcił delikatnie głową to w jedną, to w drugą stronę i niczym sklepowa kamera sprzed kilku minut bacznie zlustrował okolicę.
Grupa dzieci zawieszona na cubo, troje ganiających się przy nielicznych drzewach i huśtawkach, babcia z siatką skręcająca w tą samą przysklepową alejkę co on przed chwilą, dwóch dresów sączących tanie irlandzkie piwo na ławeczce pod „Liberty”. Naciągnął palcami sznurówkę, sprawdził supeł i wyprostował się leniwie. Czysto. Można wracać do domu.
Niestety, nie zdążył zrobić nawet dwóch kroków.
Atel momentalnie rozpoznał tę sylwetkę. Wyprostował się, jego plecy zrosił zimny, nieznośny pot. Jak to jest, że nawet zachowując wszelkie środki ostrożności, rozglądając się bacznie na wszystkie strony, niespodziewany atak zawsze bezczelnie nadchodzi z naprzeciwka?
Blondynka również go zauważyła, poprawiając okulary sięgnęła po coś do torebki i szybkim krokiem ruszyła w stronę chłopaka.
Ciało go nie słuchało. Wiedział, że musi się ruszyć, zmylić ją choćby na chwilę, nie stać tak jak słup… zrobić cokolwiek! Nie mógł. Patrzył wprost na nią, pokonującą dzielący ich dystans, bezwiednie zaciskając prawą dłoń na ramieniu od plecaka. Drugą, również zaciśniętą trzymał przy ciele. Gdy była już zaledwie dwa metry od niego palce na jego dłoni aż zbielały. Przełknął ślinę. Zgrabna, niepozorna blondynka zatrzymała się naprzeciwko, w odległości na wyciągnięcie ręki.
Mimo całego gwaru osiedla, te kilka sekund milczenia mijało jak wielokrotność wieczności.
- Cześć Atel – powiedziała w końcu, uśmiechając się i lekko przechylając głowę.
Jedyne co udało mu się w odpowiedzi to nieudolna parodia uśmiechu, nerwowe wykrzywienie warg.
- Witaj… Kathryn – odpowiedział cicho. Czuł że zaschło mu w gardle. Gdzie chowają się w ciele człowieka te wszystkie płyny gdy nagle są potrzebne?!
Niezręczna cisza trwała dobre kilka sekund. On z przygryzioną wargą spuścił wzrok na jej sportowe buty, ona nacisnęła coś w wyjętym z torebki komunikatorze i włożyła go z powrotem.
- Co robisz w tej okolicy? – niespodziewanym wysiłkiem woli udało mu się jeszcze raz do niej odezwać.
Dziewczyna rozejrzała się, jakby zastanawiając się co ma uznać za „okolicę”. Atel mimowolnie po raz kolejny przyznał w myślach, że Kathryn ma piękne włosy. Krótka fryzura odpowiadała jej wysportowanej sylwetce, była bardzo poręczna przy aerobiku czy tańcu, a przy tym zachowywała styl i podkreślała jej kobiecość. „Kobiecość”… otrząsnął się i odrzucił dalsze myśli.
- Mała przechadzka – odpowiedziała w końcu. – Dziś po treningu uznałam, że zamiast powrotu do domu dobrze mi zrobi jak się przejdę.
Atel skrzywił się. Dobrze wiedział, że dziewczyna nie mówi całej prawdy. Jak bardzo by chciał nie wiedzieć!
- No to sobie nie wybrałaś najpiękniejszej trasy – stres trochę odpuścił, mógł już pozwolić sobie na spuszczenie z niej wzroku, słowa napływały do ust odrobinę szerszym strumieniem – Zamiast włóczyć się po Piątce mogłabyś skoczyć na Tarasowy… - zasugerował.
Kathryn zaśmiała się cicho i z uśmiechem odparła. Chłopak podziwiał chwilę refleksy słońca odbijające się od jej okularów. Okularów, no tak. Zastanawiał się czy to zerówki, przecież z jej pieniędzmi już dawno mogłaby sobie zafundować operację wzroku, lub przynajmniej biosoczewki… Jednak nosiła te staromodne, plastikowe okulary. Fakt, że większość młodych dziewcząt (choć tyczyło się to kobiet w różnym wieku) stosowało różnorodne soczewki kosmetyczne – zwiększające refleksy, powiększające źrenice, czy też potężnie drogi auto-makeup; natomiast Kathryn pozostała przy zwykłych okularach, sprawiały że stawała się jeszcze bardziej oryginalna, wyjątkowa, a przy tym również dodawały jej uroku. Oczywiście często widywał ją bez nich – sportowe akrobacje w stylu olimpijskiego cubo, zwykłego joggingu czy tenisa łatwiej było znieść bez nich.
Dziewczyna odezwała się ponownie.
- A jednak widzisz, wolałam Piątkę… A co ty robisz? Wracasz do domu?
Kiwnął głową. Więc pamiętała, że tu mieszkał. A może… może nie znalazła się tu zupełnie przypadkiem? Sto metrów od jego domu? Ta myśl, samolubna i niepewna prysła jednak po chwili gdy Kathryn zmieniając nagle wyraz twarzy sięgnęła dłonią po komunikator. Musiała używać Złącza, Atel nie słyszał żadnego dzwonka czy dyskretnych sygnałów wibracji.
Nie. Kathryn Serren nie przyszła tu dla niego. Nie do niego. Spotkanie jak na złość było absolutnie przypadkowe. Po chwili blondynka schowała z powrotem zgrabny komunikator koloru wiśni.
- Muszę iść. – powiedziała z tym swoim niewinnym, szczerym, ale jednak smutnym uśmiechem.
- Wiem - Atel westchnął. – Wybrałaś się na spacer, nie na pogawędkę na placu zabaw.
- Daj spokój! Przecież wiesz, że cieszę się z naszego spotkania – odpowiedziała przenosząc balans ciała na druga nogę.
- Ja również – starał się popatrzeć w jej błękitne oczy, jednak ona uciekła wzrokiem.
Wyglądało na to, że żadne z nich nie wie co powiedzieć. W końcu pożegnali się, a ona odchodząc pierwsza minęła go o kilka kroków, po czym stanęła jeszcze i odwracając się powiedziała:
- Aha, Atel… Masz pozdrowienia. Od niego.
Chłopak nie odwrócił się. Puszczając przygryzioną zębami wargę, opanowując targające nim emocje odpowiedział.
- Nie-dziękuje. Trzymaj się Kath – Już gdy to mówił żałował, że jego słowa są takie suche, brzmią ostro i pewnie ją ranią. Nawet jeśli tylko minimalnie to jednak za mocno. Zawsze żałował, że tak jest.
Nie usłyszał jej kroków, widocznie stała w miejscu nie wiedząc co ma zrobić. Za to on ruszył do przodu.
Do domu zostało mu może ze sto metrów.
*
Mieszkanie powitało go chłodem.
Chłodne było powietrze, pomimo rozkręcającego się upału na zewnątrz. W tym mieszkaniu, jak w większości bloków na Piątym Osiedlu dzielnie pracowała klimatyzacja, mimo swojego wieku.
Chłodne były kolory ścian. Światło przechodzące przez okna dawało wrażenie wczesnego poranka, wybielone i przyciemnione przez szyby. Atel nie zdejmując plecaka przestawił je za pomocą regulatora w kuchni na „późne popołudnie”. Szkło jęknęło i z cichym sykiem przemieściło pół-ciekły barwnik. Mieszkanie zalało się przyjemnym, leniwym odcieniem słońca zmierzającego ku zachodowi. Potem zerknął jeszcze w dół budynku, z zamiarem sprawdzenia czy nikt nie wszedł za nim do środka. Jednak zamiast tego przyłapał się na tym, że szuka wśród alejek spacerującej Kath. Zły na siebie wrócił do przedpokoju.
Przechodząc przez kuchnię usłyszał kobiecy głos dobiegający z jednego z pokojów.
- Nareszcie wróciłeś! Już się niepokoiłam…
Nie odpowiedział nic, zdjął za to plecak, i odkładając go delikatnie w przedpokoju zrzucił z nóg adidasy.
- Aha, skoro już tam jesteś, to zwróć uwagę, że znowu zostawiłeś niedomyte gary… Do wieczora będzie tak śmierdziało, że będziesz mnie musiał chyba stąd wynieść – kobieta przekomarzała się, ale Atel wyglądał jakby nie zwracał zupełnej uwagi na to co do niego mówi.
W tej chwili myślał o Kath, musiał to jakoś przełknąć i zacząć funkcjonować normalnie.
Miejsce gdzie mieszkał Atel było przestronne, ale zagracone. Wąska kuchnia, dwa pokoje, łazienka i małe pomieszczenie-szafa. Absolutnie żaden luksus, ale zapewniało prywatność i spokój, na siódmym piętrze bloku.
Jeden z dwóch większych pokoi przeznaczony był pierwotnie na sypialnię, drugi zaś otrzymał miano pokoju do pracy, czegoś w rodzaju biura lub salonu. Atel po jakimś czasie z przyczyn praktycznych przeniósł się z „sypialni” do „komputerowego”, jak czasem nazywał pomieszczenie w myślach. Dotychczasowe miejsce odpoczynku przeobraziło się w magazyn-graciarnię, gdzie właściciel mieszkania wrzucał zarówno wszelką elektronikę, drogi sprzęt, przedmioty cenne i ważne, a równocześnie można tam było bez problemu znaleźć tak banalne rzeczy jak starą deskę klozetową z Myszką Miki czy też stos nikomu nie potrzebnych książek do historii i matematyki. Mimo całego tego rozgardiaszu i panującego nieładu, pomieszczenie jako jedyne zostało wyposażone w zamek cyfrowo-biometryczny, udostępniający wnętrze tylko jednej osobie.
Pokój „komputerowy” prezentował się chyba najokazalej. Widać było, że jest to miejsce gdzie ktoś spędza dużo swojego czasu. Centralnym punktem, skupiającym na sobie najwięcej uwagi był oczywiście komputer, ustawiony wraz z dwoma potężnymi monitorami na specjalnym biurku. Od rozbudowanej jednostki centralnej rozpościerała się na boki i w górę plątanina kabli oraz rurek, chłodzenie zostało zamontowane na podwieszanej konstrukcji ściennej.
Oprócz tego resztę miejsca zajmowało szerokie łóżko, wygodny skórzany fotel komputerowy oraz szafka zawierająca skomplikowane podzespoły elektroniczne. Wszystko okraszone kablami, puszkami, oraz tym wszystkim co można znaleźć u przeciętnego nastolatka w pokoju jeśli zostawi się go samego na miesiąc.
Wchodząc do pokoju i odkładając plecak na zawalone ubraniami łóżko Atel wreszcie się odezwał.
- Jestem, Betty. Przyniosłem.
Usiadł niedbale przy komputerze, włączył jeden monitor i sprawdzał coś stukając w klawiaturę. Pomimo nieprzewidzianej przygody z Kath powróciło do niego podniecenie i wyczekiwanie na ten moment. Wiedział, że jego towarzyszka też czuje coś podobnego, mimo że teraz nie odzywała się ani słowem. Dopiero po chwili zapytała:
- Więc będziemy próbować?
Ha! Więc jednak, też się nakręciła. Nawet kobieta nie ukryje do końca podniecenia w głosie. To co mieli zrobić było jak najbardziej nielegalne, ścigane i karane, ale właśnie to nakręcało ich od dawna. Oboje zresztą mieli w tym spore doświadczenie, a ryzyko towarzyszące za każdym razem, mniejsze lub większe, zamiast odstraszać działało jak przynęta.
- Hm… Myślałeś już nad imieniem?
Atel mruknął, przeglądając skomplikowany schemat wyświetlony na monitorze.
- Wybrałem, ale nie powiem Ci zanim nam się nie uda. Nie chcę zapeszyć.
- Wredny – skwitowała, udając że się obraża.
Chłopak nie wytrzymał widocznie napięcia jakie sam wytworzył. Chciał przedłużyć moment w którym zaczną, sprawdzić stan komputera, przebrać się, może coś zjeść, pasowałaby jakakolwiek inna duperela która zajęłaby mu czas. Coś w rodzaju treningu woli. Jednak pokusa okazała się także i tym razem za duża. Wstał od klawiatury, podszedł do łóżka i zdjął z siebie koszulkę. Odetchnął głęboko.
- Powinieneś iść na siłownie, Ati. Albo chociaż kup sobie hantle - skomentowała.
Zignorował ją, odszukał swój stary T-shirt przesiąknięty potem, z jakimś głupim, nieważnym napisem na przedzie. Włożył go na siebie, po czym kucając przy plecaku rozsunął suwak i wyjął z niego lśniące metalowe pudełko ze sterczącymi tu i ówdzie grubymi przewodami.
- Będziemy próbować, Betty. I znowu nam się uda.
Atel Grey znikał, Kathryn powoli ulatniała się z jego myśli. Zastępowały ją podniecenie, ekstaza i chęć działania.
Uniósł metalowy przedmiot wielkości małej książki do góry, przeniósł do okna gdzie padało więcej światła i obejrzał z uśmiechem.
- Pokaż mi ją, zasłoniłeś wszystko! – zażądał kobiecy głos dobywający się z rogu pomieszczenia. Chłopak odwrócił się, dał krok w głąb pokoju i obracając ostrożnie elektroniczną część zaprezentował trzymany w rękach inhibitor cybermózgu.
Wszystkie piętnaście kamer o wysokiej rozdzielczości skupiło się na trzymanym przez Atela elemencie. Betty chłonęła widok swojej nowej koleżanki w milczeniu, jedynym odgłosem był szmer cieczy chłodzącej płynącej w jej obwodach.
- Zaczynajmy – powiedziała cicho, a z głośników z których przed chwilą dobiegał jej głos poleciała energiczna, szybka muzyka. Wyzywający, seksowny kobiecy wokal wywołał jego uśmiech. Nie miał pojęcia czemu Betty tak upierała się na staromodną muzykę, ale przyznał, że w tych dźwiękach czaiło się coś, co jeszcze bardziej motywowało go do pracy. Czas zacząć!
Atel Grey zniknął.
*
Trochę ponad dwie godziny później nielegalny inhibitor który Atel dostarczył do swojego mieszkania znalazł się na swoim miejscu, podłączony gdzieś pomiędzy jednostką PERSONa, skomplikowanym systemem zasilania awaryjnego oraz podstawową baterią kognicyjną.
Betty zmieniła zbyt jaskrawe oświetlenie popołudniowe na nocne, zupełnie wytłumiając naturalne słońce wdzierające się z zewnątrz, uruchomiła za to nie za mocne lampy chłodnej barwy. Atel chodził po pokoju, skacząc od komputera do rozstawionego na środku pokoju cybermózgu, przepinając kable, wystukując długie polecenia na zniszczonej klawiaturze, dokręcając i drukując schematy na przeźroczystym polimerze. Betty również pomagała jak mogła – dostosowywała oświetlenie, zmuszała ekspres stojący w kuchni do parzenia raz po raz ulubionej kawy chłopaka, komentowała jego pracę, sypała informacjami przez głośnik w momentach kiedy Atel nie mógł podejść do komputera. Działali razem, tak jak zwykle. W Globnecie jako para radzili sobie doskonale, żadne zabezpieczenie czy bariera nie była niemożliwa do pokonania, przyjmowali najbardziej odważne i niebezpieczne zlecenia jakie tylko się dało.
Z początku Atel pracował sam jako początkujący informatyk przyjmował drobne zlecenia i tymczasowe prace. Biednemu odrzutowi z drugiego roku Europejskiego Uniwersytetu Technologicznego ciężko było znaleźć jakąś poważną ofertę. Żałował czasami, że nie traktował tych lat poważnie. Częste nieobecności na zajęciach przeniosły się w końcu na oceny, oceny na przyspieszone wydalenie z uczelni, a to z kolei na późniejszą niemożność znalezienia pracy. „Zdolny lecz leniwy”: najczęstsza pochwała na studiach okazywała się być w większości przypadków prawdą.
Atel zawsze wierzył, że wystarczą mu umiejętności, nie papier. Po chudym roku niezbyt sprzyjających zleceń zajął się tak jak większość w jego sytuacji tym czym musiał – haker dwudziestego trzeciego wieku miał przed sobą naprawdę spore pole do popisu.
Od dziesięcioleci ludzkość tworzyła nowy wymiar, w który systematycznie przerzucała media, dane, centra kulturalne. Starożytny ARPANET, jego dość popularny lecz szybko zapomniany następca - Internet, eksperymentalny Cybernet i w końcu jego wielki syn – Globnet. Wraz z pojawieniem się komputerów typu PERSONa, ludzkość zyskała nieocenionego pomocnika w postaci nieograniczonej ilości sztucznych, inteligentnych, samodzielnych umysłów potrafiących zarządzać tym nierealnym wymiarem. Naukowcy stworzyli prawdziwy świat, zamieszkiwany przez cyberosoby: dziewiędziesięcio-siedmo procentowych „ludzi”. Pozbawieni ciała kontaktowali się z prawdziwymi ludźmi z krwi i kości przez różnego rodzaju terminale czy komputery. Dwa światy, istniejące zgodnie i harmonijnie. I cały nowy świat otwarty dla takich osób jak Atel, pełen ukrytych informacji, osób i aplikacji. Świat który można było naginać, wykradać i modulować wedle własnej woli. Odsprzedać.
Świat, który umierał.
W 2114, prawie dokładnie rok temu, w sieć wyruszył twór osoby podobnej do Atela, jednego z tysięcy hakerów o nieznanej tożsamości. Twór obrzydliwy, znienawidzony, którym pogardzali nawet sami hakerzy siedzący po uszy w nielegalnych sprawach. Parszywy wirus komputerowy o nazwie „Zeus”.
Ludzkość była przyzwyczajona do wirusów różnego typu; od tych czysto szpiegowskich, dowcipnych, uprzykrzających życie w cyberprzestrzeni, aż po te groźne i wyniszczające. Jednak Zeus był inny. Nikt, nawet wojsko, nie był przygotowany na taki obrót wydarzeń. Nigdy wcześniej aplikacja nie powodowała takich wyniszczeń jak „to”, co stworzył ów haker-degenerat. Zwykle podobne twory powodowały stopniowy spadek użyteczności komputera bądź cybermózgu, kończąc na stanie całkowitej bezużyteczności. Gdy człowiek w porę zorientował się, że z jego sprzętem było coś nie tak, przeważnie mógł poprosić specjalistę aby ów problem rozwiązał, mógł też polegać na „przyjaciołach po drugiej stronie lustra” – cybernetycznych, prawie-ludzkich postaciach, sztucznej inteligencji. Jednak Zeus był inny.
Zeus zabijał dosłownie.
Zmiana napięcia podzespołów elektronicznych. Komendy wydawane na poziomie zerowym, praktycznie niezauważalne dla cyberperson, zapór i ochrony. Palące się dyski twarde, monitory, karty multimedialne… Tysiące, miliony komputerów w miesiąc zamieniło się w dymiące kupy złomu, zalane topiącym się tworzywem. Spalone, „zabite” cybermózgi. Śmiertelna choroba sztucznej inteligencji, na która nikt do tej pory nie wynalazł skutecznego lekarstwa.
„Robactwo”, roznoszące się już prawie przez rok objęło swoim zasięgiem całą ziemię z wyjątkiem północnych rejonów Ameryki wyniszczonych wojną i terenów dzikich. Przez pierwsze tygodnie zapanował chaos. Padały prywatne i firmowe komputery, stanęła kolej magnetyczna, stacje energetyczne nie wydawały przydziału prądu, urywał się kontakt. Osoby ze spalonymi Złączami trafiały na oddziały intensywnej terapii, gdzie sprzęt zintegrowany z globalną siecią wymiany doświadczenia lekarskiego zamieniał się w bezużyteczne kawały wyrafinowanego złomu. Każdy brzydził się Zeusem, nienawidzili go wszyscy. Kaprys szaleńca, nieprzynoszący nikomu korzyści.
Po kolei świat zaczął ograniczać swój dostęp do Globnetu, aż pewnego dnia zamknął się na niego prawie zupełnie. Uwięzione wraz z wirusem cyberpersony w każdej chwili narażone były na zakażenie i prawie natychmiastową śmierć. Próba przeniesienia milionów wirtualnych istnień krążących pomiędzy satelitami-serwerami na nośnik fizyczny spełzła na niczym – wirus niszczył przygotowane na Ziemi nośniki zanim długi proces przeniesienia został ukończony. Dwa światy zostały rozdzielone, lecz żaden z nich nie potrafił wytrwać i funkcjonować bez drugiego. Dlatego teraz pospolici hakerzy nabrali nowego, choć dalej nieoficjalnego znaczenia – niektórzy przerodzili się w nurków-poławiaczy skarbów, nielicznych odważnych ryzykujących własnym, nieraz niebotycznie drogim sprzętem, aby tylko przekazać lub odebrać informacje; zdobyć coś cennego i zaraz schować się, odciąć od niebezpiecznego wymiaru.
Praca Atela, wcześniej równie niebezpieczna co nielegalna, teraz nabierając nowego znaczenia słowa „ryzyko” stała się jednak mniej opłacalna – zleceń ostatnio było coraz mniej, ludzie najwyraźniej odzwyczajali się od udogodnień Globnetu.
- Jaki mamy wynik, Betty? – zapytał, ocierając czoło z potu.
Cyberkobieta chwilę milczała, potem śpiewnym głosem odrzekła:
- Weszła w tryb autystyczny. Słyszy nas.
Chłopak uniósł brwi, zdziwiony.
- „Weszła”? Wyszedł test płciowy?
- No niiee… – Betty przeciągnęła nieco wyraz, po czym dodała niechętnie – Przestawiłam ją jak podłączyłeś inhibitor.
- Co za konspiracja bab… - westchnął, po czym wstał.
Podchodząc do panelu klimatyzacji zmniejszył temperaturę o trzy stopnie. Dwa pracujące cybermózgi i komputer ósmej… nie, dziewiątej generacji, przecież zmienił procesory w zeszłym tygodniu; wszystko to wytwarzało naprawdę sporo ciepła.
- I tak nie chciałbyś „jego” – maszyna wydawała się tłumaczyć ze swoich uczynków, po czym zachichotała.
- Czemu tak myślisz? – zapyta Atel, siadając przy komputerze. Tym razem usiadł wygodniej, był widocznie spięty. Wzrokiem prześledził kable, sprawdzając czy podłączone jest tylko to co niezbędne.
- Bo byłbyś o mnie zazdrosny – odpowiedziała na zadane pytanie Betty.
Chłopak tylko pokręcił głową.
Trzeba się było skoncentrować, wiedział że ten moment ryzyka musi nadejść prędzej czy później.
Aby uruchomić nowy cybermózg, oszczędzając mu całego, długiego i bolesnego procesu edukacji (ponoć pierwsze cybermózgi były uczone jak normalne dzieci, włącznie z nabywaniem zdolności mowy i rozumienia języka), należało albo skopiować z małymi zmianami inny cybermózg, lub walnąć w niego odpowiednio dobraną papką informacji przy pomocy innej jednostki. Atelowi nie była potrzebna jeszcze jedna Betty, baba-haker, a alteracje jakie mógł wprowadzić w jej zapis PERSONy były ograniczone, nowa osobowość różniłaby się tylko w jakichś pięciu procentach. Pozostawał drugi sposób, ale jedyna odpowiednio zróżnicowana i duża „papka” informacyjna znajdowała się w zakazanej strefie – w Globnecie.
- Wchodzimy za pięć minut, zdążysz się przygotować? – Atel zagadnął do maszyny.
Betty prychnęła i nie zmieniając przekomarzającego się tonu odburknęła:
- Będę za dwie.
Haker wytarł dłonie o koszulkę, omijając plamę po wczorajszej pizzy. Podłączył dwa pół-mineralne dyski twarde, podkręcił chłodzenie komputera na maksymalny poziom. Maszyna aż buczała. Po chwili obniżył temperaturę w mieszkaniu o kolejne trzy stopnie.
Gdy Betty zameldowała mu gotowość do wejścia w sieć, Atel zdążył poczuć pierwszy dreszcz zimna. No nic, trzeba zminimalizować ryzyko. W tej chwili naraża się na stratę nie tylko drogiego sprzętu na którym pracował – spalić się mogła równie dobrze jego stara Betty jak i Nowa. Jeśli sprawdzi się taki scenariusz, jedynym jego zajęciem będzie albo zamiatanie chodników, albo szeregowa praca w barze szybkiej obsługi. „Teraz chyba potrzebują tam ludzi, maszyny dopadł ten przeklęty…”
- Dobra, maleńka, wskakujemy! – Atel zatarł ręce i ułożył palce na klawiaturze.
- Funkcja? – odruchowo zapytała Betty.
- Pomyślmy… Warto by było sprawdzić stopień zniszczeń, co nam jeszcze zostało… Połączenie z Dav-3 dałoby nam pewnie jakieś pojęcie, ale jak trafimy na jakiegoś chorego przybłędę to leżymy na dobre – zamyślił się przez chwilę – Nie, Betty, tylko strumień. Ostrożnie przylepimy się do kilku większych baz danych, zrobisz zrzut i tniemy połączenie.
- Biblioteka w Berlinie powinna jeszcze działać, ostatnio mieli tam tylko 24% zniszczeń.
- Więc próbujesz – upił łyk dawno zimnej kawy, po czym skrzywił się i potarł kubek w odpowiednim miejscu. Po chwili płyn aż się zagotował. – Dorzuć do tego Timesa i dwa średnio-popularne portale. Aha, i nie zapomnij załadować… zresztą nieważne, tylko strumień.
Tym razem kawa prawie go oparzyła. Chrzaniony szmelc z bazaru…
- Połączono – głuchy i wyprany z emocji głos Betty był dowodem na to, że jest niesamowicie skupiona. Cała swoją uwagę poświęcała na delikatnym sondowaniu wirtualnej przestrzeni – ogromnych, choć wyniszczonych wirusem przestrzeni Globnetu.
Równocześnie na monitorze stojącym na prawo od Atela pojawiła się gęsta sieć wykresów okraszonych drobnym maczkiem informacji, odgrodzona od dołu tabelką przez którą linijka po linijce przewijała się cała powieść kodu binarnego. Lewy ekran przedstawiał kilka trójwymiarowych projekcji z podkręconym do bólu oczu kontrastem. Atel skupił wzrok na przeskakujących cyferkach, nerwowo stukał o podłogę stopą, podążając za rytmem muzyki płynącej w pokoju.
Wpisał kilka krótkich komend na klawiaturze, odszukał odpowiednie połączenia i podążył wirtualnymi ścieżkami. Kilkanaście sekund później poczuł jak nachalna kropla potu spływa od pachy w dół. Widocznie zapomniał użyć w tym tygodniu antyperspirantu. Stres, jednak cholerny stres.
Elektroniczną część, która teraz spoczywała omotana setkami drobnych kabli, Atel zakupił praktycznie za ostatnie pieniądze które pozostały mu po ostatnich zleceniach. Inhibitor cybermózgu klasy A – bo tym był ów cenny przedmiot który przemycał przez miasto – był rzeczą w tym momencie nie dość, że praktycznie nieosiągalną, to na dodatek zabronioną do użytku cywilnego. Atel długo wahał się czy przeznaczyć pokaźną sumę stu dwudziestu tysięcy dolarów na zakup właśnie tego sprzętu, czy może prędzej nie odłożyć tej kwoty na później lub przeznaczyć na cokolwiek innego. W końcu czasy, w których Zeus wypalał średnio jakieś trzysta komputerów i cybermózgów dziennie nie sprzyjały jakoś szczególnie inwestycjom tego rodzaju.
Mimo wszystko natura informatyka-nastolatka przemogła, duże dziecko kupiło sobie nową „zabawkę”. Z tym, że o ile powiedzie się inicjacja, „zabawka” przerodzi się w nowe narzędzie pracy.
- Mamy gości – głos Betty uciszył natychmiast muzykę. W kącie coś cicho zapiszczało.
Atel pokręcił głową, przełączył widok z lewego monitora na trójwymiarową symulację zabezpieczeń systemu na którym pracował. Kto by pomyślał, że te wszystkie graficzne fajerwerki ze śmiesznych dwudziestowiecznych filmów SF po pewnych modyfikacjach okażą się jednak pomoce?
- Trzymaj ich z daleka. Odrzucaj wszystkich jak leci, choćby to był sam prezydent kosmosu – rzucił polecenie.
Spojrzał ukradkiem na licznik wyświetlany w dolnym rogu monitora. Minuta dwadzieścia czasu połączenia. Jeszcze. Betty dopiero podłączyła się do biblioteki i dwóch potężnych amerykańskich serwerów informacyjnych. Times uparcie nie dawał się znaleźć.
- Trzysta siedemdziesiąt zapytań. Trzysta dziewięćdziesiąt trzy – komputerowa symulacja głosu Betty informowała lekko zaniepokojonym tonem – Atel, czterysta dwadzieścia, i nie odpuszczają!
- Pieprzona hołota… - chłopak rozgorączkowany rzucił się do klawiatury.
Ponad czterysta cyberperson zawieszonych w wirtualnym świecie rozpaczliwie próbowało połączyć się z jego terminalem, każdy w nadziei na opuszczenie tamtej niepewnej, wyniszczonej rzeczywistości. Pal licho kiedy jedynym ich celem była grzeczna prośba lub błaganie o przerzucenie tej cybernetycznej świadomości, co zwykle i tak wiązało się z ogromnym narażeniem podłączonego do Globnetu sprzętu. O wiele bardziej niebezpieczne były te inteligentniejsze cybermózgi, które posiadły na tyle determinacji i wiedzy, aby brutalnie i bezwstydnie atakować podłączonych do sieci użytkowników. Betty bez problemu potrafiła odeprzeć setki tych normalnych, „grzeczniejszych” zapytań, jednak w wypadku gdy któraś sztuczna osobowość usiłowała złamać zabezpieczenia systemu i na siłę „władować” się w jej cybermózg, musiała poświęcać o wiele więcej siły i uwagi. W zależności od umiejętności danej cyberpersony, mogła powstrzymywać do kilkudziesięciu napastników, jednocześnie korzystając z zasobów Globnetu. Teraz tłok jaki wytworzył się wokół niej zbliżał się do poziomu krytycznego. Jeszcze kilkunastu więcej i któryś z nich zacznie na siłę zagnieżdżać się w jej umyśle.
Nowy cybermózg jaki wspólnie próbowali uruchomić miał zwiększyć bezpieczeństwo, rozkładając zadania związane z ochroną przed wirusem i napastnikami na trzy osoby – w tym dwie sztuczne.
- Łatwo się nie damy. Betty, przerzuć na mnie połowę tych zboków!
- Oszalałeś? Nie dasz rady, dam ci ze stu – odpowiedziała zdziwionym, lekko spanikowanym głosem.
Atel wyłamał palce, strzelając stawami i z uśmiechem odrzucił:
- Twój priorytet to strumień. Musisz przynieść Nowej coś smacznego na śniadanie. Ja odwrócę ich uwagę, a ty się pospiesz.
Odpowiedziała mu chwila milczenia, a gdy licznik wyświetlił równe trzy minuty połączenia, odezwała się głucho.
- Dobrze.
Za chwilę dwieście czterdzieści pięć wirtualnych napastników zmierzyło się z jednym niepozornym, dwudziestopięcioletnim szczupłym chłopakiem oświetlonym bladym blaskiem dwóch monitorów.
Jego dłonie zagrały na klawiaturze, kompozytowy polimer przycisków lekko poddawał się naciskowi ludzkiej tkanki. Atel podłączył kilkanaście cyberperson próbujących na siłę wedrzeć się do jego systemu przez przestarzały filtr-zaporę. Zanim wirtualne postacie zdadzą ten mało wydajny test i zdobędą dostęp do jego maszyny powinno minąć przynajmniej kilka minut. Przeciwko kolejnym trzydziestu posłał dość agresywnego wirusa, licząc na to, że potraktowani nim napastnicy zwolnią tempo ataku i przeznaczą część swych zasobów na próbę oczyszczenia się.
Atel zerknął na elektroniczny stoper – trzy trzydzieści.
- Mów do mnie – rzucił do Betty.
W międzyczasie wolną ręką przeszukiwał szufladę biurka, nie spuszczając wzroku z monitora. Obiecał sobie przy tym, że koniecznie zrobi w niej porządek. I musi wyrzucić te papierki po cukierkach. Po chwili damski głos odpowiedział:
- Kopiuję wiązki od biblioteki i portali. Teraz łącznie ponad trzysta giga.
Chłopak pokręcił głową, przygryzając wargę. Trzysta giga informacji dla jednego mózgu. Mało. Z taką ilością danych stan „nowej” będzie się prezentował mniej więcej jak umysł sześciolatka. A on nie potrzebuje dziecka, tylko współpracownika. Wydał komputerowi kilka kolejnych komend.
Atel zastanowił się chwilę. Napastnicy pokonywali zabezpieczenia jego komputera szybciej niż myślał, doliczył się jeszcze dwudziestu sekund przewagi. Błąd – raczej miał nadzieję, że zostało im tyle czasu.
- Jeszcze stówka, proszę cię – Atel wstał z krzesełka, znajdując wreszcie klucz zagrzebany pod stosem rupieci w szufladzie.
- Atel, nie pozwolą mi! Potrzebuję jeszcze minuty, oni tu będą za kilkanaście sekund!
Chłopak nie patrzył już w ekran zapełniający się ostrzegawczym czerwonym kolorem, klęczał za rozbudowaną jednostką centralną swojego komputera i grzebał w czymś śrubokrętem.
Włączyła się syrena, prawie identyczna z tą strażacką, uruchamiając przy tym amatorsko podpiętego koguta. Czerwono-żółte plamki światła raz po raz omiatały ściany pokoju. Agresywny tłum cyberperson zaraz przerwie ostatnią linię obrony, a przy takiej ilości wirtualnych osobowości próbujących znaleźć sobie nowe fizyczne wcielenie w postaci elektronicznego mózgu Betty, jedynym zagwarantowanym efektem byłby psychodeliczny zlepek fragmentów świadomości poszczególnych agresorów.
Jakaś śrubka strzeliła pod śrubokrętem, zrywając gwint.
- Kurwa! – chłopak zaklął po staremu i przywalił w natrętny kawałek metalu rękojeścią narzędzia. Śrubka puściła, odpadając.
- Atel! Trzysta trzydzieści, tnę!
- Zostań! – krzyknął, zdejmując pokrywę z komputera.
Rzucił ją za siebie, nie zwracając nawet uwagi że ciężki metal rozbił właśnie porcelanowy prezent od jego byłej dziewczyny. Musi pamiętać, aby cenne rzeczy chować do pudełek wyłożonych czymś miękkim. Albo w ogóle rozróżniać jakoś cenne rzeczy i nie stawiać ich na podłodze.
- Trzysta pięćdziesiąt, Atel ja… Zrywam połączenie, nie będę…
- Żosztan! – powtórzył, tym razem ze śrubokrętem zagryzionym w ustach. Dłubał gorączkowo w kablach, kilka razy coś przepinał, w końcu zaklął po raz kolejny i opierając podbródek na górnej pokrywie sprzętu wypluł narzędzie.
Alarm wrzeszczał na całego. Pewnie znowu obudzi sąsiadów. Atel pomimo obniżonej temperatury pomieszczenia czuł pot na czole. Zeszło mu dłużej niż się spodziewał. Właściwie w tym samym momencie kiedy skończył maltretować wnętrzności komputera, usłyszał drżący głos Betty (jak mogła pozwolić sobie na emulowanie emocji w momencie kiedy potrzebowali całego jej potencjału?!).
- Atel, ładują się na dysk! Czterdzieści person, puszcza dalej…!
Chłopak nie wydawał się przejęty. Zmęczony, z lekkim uśmiechem opierał głowę o zimny metal obudowy. Pozwolił sobie nawet na zrezygnowany uśmiech.
- Hej… powiedz mi mała – rzucił, z rękoma wciąż niewygodnie zagłębionymi wewnątrz jednostki – masz wokół siebie dosłownie setki facetów… podoba ci się może któryś?
Nie można właściwie stwierdzić, że maszynę zamurowało. Wobec standardowych komputerów należałoby powiedzieć, że trwa analiza, proces rozbioru pytania, logiczna interpretacja i dobór odpowiedzi. Jednak w wypadku trójkomputerowych cybermózgów drugiej generacji, a taką była Betty, można się było pokusić o takie stwierdzenie. Ją to pytanie zamurowało.
A Atel nadal bezczelnie się uśmiechał!
Wirtualny głos westchnął. Setki napastników otaczało ją, próbując dostać się do niej i zjednoczyć. Błagali, prosili, przekonywali, grozili – wszystko tylko w jednym celu.
Przetrwanie.
Strach wobec zniknięcia. Ból unicestwienia. Zazdrość fizycznej formy. Typowe fobie cyberpersony, skondensowane wokół niej, wirujące, zagmatwane, usilnie szukające wyjścia z ich wirtualnego świata nękanego śmiertelną chorobą. Nie-starzejący-się uciekający przed nadchodzącą zagładą, nieśmiertelni bojący się jednego wirusa; niewzruszeni, hordami szturmujący jedną żeńską cyberpersonę…
Chudy chłopak. Zbitek mięśni, białek, tłuszczów, kości – żałośnie wciśnięty pomiędzy odrapaną ścianę i stalową obudowę zakurzonego komputera. Ignorowany przez samice ludzki osobnik płci męskiej. Przemijający wybryk minerałów i pierwiastków. Biologia natchniona duszą. Słabe, tymczasowe, chaotyczne, wadliwe…
A jednak, to on się uśmiecha. Wobec nich wszystkich, tłoczących się z całego świata dla jej „fizyczności”, on jeden w tym samym pomieszczeniu, od ilu to już lat? Analizując jego oddech, badając rytm serca, skanując tętno i ciśnienie, sprawdzając temperaturę ciała, obserwując mimikę i po raz dziesiąty porównując spektrum głosu… Czemu sądzi, że on jest…?
- Ha – głośniki w kątach pokoju rozbrzmiały spokojnym damskim głosem, łagodząc nawet gorączkowy odgłos syreny alarmowej. – Banda srajgaci i zboczeńców. Do diabła z tą zgrają.
Uśmiech Atela zmienił się minimalnie. Pojawiło się w nim jakby więcej szczerości.
- Jak tam poszło Ci ściąganie danych dla Nowej? – zapytał beztrosko.
- Czterysta dwadzieścia trzy, dla twojej informacji.
- Hm. Do diabła, mówisz? Wątpię, żeby oni w ogóle wierzyli w diabła… - zatroskał się, pochylając się mocniej nad metalową obudową.
Betty prychnęła. „Zaufanie”. To chyba słowo którego szukała.
- Ważne, że my wierzymy.
Atel parsknął cichym śmiechem, po czym dodał:
- Racja. Więc do diabła.
I rozłączył kabel. Dwieście czterdzieści pięć cyberperson przedzierających się w szalonym wyścigu do apetycznego mózgu Betty przepaliło się wraz z dyskiem w ciągu ułamka sekundy.
*
Kawa o trzeciej w nocy zawsze smakuje tak samo – zmęczeniem, nudnościami i zawrotem w głowie. A najgorszą rzeczą jaka może się przytrafić osobie pracującej w tak późnych godzinach jest alergiczne zachowanie żołądka na kofeinę.
Zapas leków na tę niecodzienną przypadłość jakimś cudem niepostrzeżenie wyparował z domowej apteczki i teraz Atel zmuszony był zrobić sobie kolejną przerwę w diagnostyce nowego cybermózgu, który przed godziną razem z Betty storpedowali skondensowaną wiązką wiedzy wyciągniętą z sieci.
Ciszę panującą w przytulnej łazience rozpraszał jedynie cichutki szmer wentylacji ukrytej pod górnym załomem, gdzie mieściły się schowane rury i przewody. Na lewej ścianie, patrząc z pozycji siedzącego na wprost drzwi Atela, wysoko pod sufitem wisiał plakat przedstawiający osiemnastowieczny wypadek kolejowy, opatrzony wielkim i niewybrednym komentarzem „SHIT!”. No cóż, trzeba było przyznać, że wisiał raczej adekwatnie do miejsca.
Atel westchnął po raz kolejny. Dzisiejszy, a właściwie z racji godziny właściwie wczorajszy dzień przedstawiał się nad wyraz pechowo. Zaczęło się od porannego targowania z handlarzem nielegalnych podzespołów; cwaniak nieoczekiwanie podwoił cenę inhibitora z racji „problemów ze sprowadzeniem towaru”, czymkolwiek by one nie były. Atel nie był kretynem, znając prawdziwą wartość przedmiotu zdołał zbić stawkę do w miarę przyzwoitej kwoty, jednak kosztowało go to sporo czasu i nerwów. Potem, już pod samym domem wpadł na Kath, co skutecznie go poirytowało i rozproszyło. A był już tak blisko…! Nic to, widocznie musiało się tak stać.
Przypomniał sobie wieczorną walkę z tłumem wirtualnych napastników i aż się skrzywił. Przez pułapkę, którą na nich zastawił stracił wysokiej klasy dysk mineralny, zyskując przez to tylko trochę dodatkowych danych dla Nowej. Przy okazji palącego się dysku poszło również trochę wewnętrznego okablowania komputera i dwa złącza których używała Betty. Podsumowując – jego sprzęt nie nadawał się do pracy.
Alergia ponownie dała o sobie znać, Atel odłożył na pralkę komunikator na którym przeglądał ściągnięte uprzednio artykuły. Ponoć kiedyś ludzie dla zabicia nudy w miejscach i sytuacjach takich jak on używali papierowych gazet. Chłopak widział coś takiego kilka razy, za każdym zdumiewając się w myślach nad niepraktycznością tej wielkiej, papierowej płachty. Przewracanie olbrzymich stron w pozycji siedzącej w dodatku bez oparcia i z opuszczonymi do kostek spodniami musiało wyglądać naprawdę śmiesznie, nie mówiąc już nawet o tym jak mało treści można było przekazać w tym formacie. Zero personalizacji, zero aktualizacji - taka gazeta musiała nudzić się już po kilku minutach.
Wraz z rozpowszechnianiem w latach osiemdziesiątych komunikatorów na bazie nowych mineralnych podzespołów, z powszechnym dostępem do Globnetu, gdzie wszystkie media zlewały się w jeden wielki strumień, papierowa forma przekazywania danych mocno straciła na znaczeniu. Gazety przechowywali teraz jedynie hobbyści-zbieracze, dziwolągi lub staruszkowie popijający popołudniową herbatkę. W większości przypadków osoby te należały do wszystkich trzech wymienionych grup naraz.
Wentylacja musiała wyłapać zmianę składu powietrza, pracowała wyraźnie głośniej i mocniej.
Atel wrócił myślami do obecnych problemów. Operacja inicjacji Nowej nie powiodła się tak, jak się tego spodziewał. Zabieg który wykonywał był niedostępny dla przeciętnego użytkownika komputera, nawet wśród społeczności hakerów i programistów przeprowadzany był niezwykle rzadko. Naturalnie, duety „programista plus cybermózg” czy też „hacker plus cyberpersona” były bardzo popularne i praktyczne, jednak większość przedstawicieli tych grup wybierała rozwiązanie legalne i nabywała przygotowane już urządzenia od wielkich korporacji zajmujących się ich wytwarzaniem i inicjacją. Takie wirtualne osoby były potem w pewnym stopniu podatne na personalizację według potrzeb, jednak ich podstawową wadą, według Atela, był absolutny brak charakteru. Rzadko również trafiały się naprawdę inteligentne „istoty”, te z ponad siedemdziesięcioma punktami Petrovycha zarezerwowane były zwykle dla rządu i wojska.
Dlatego pokusił się o powołanie Nowej do życia. Niestety, w tym wypadku zabawa w profesora Frankensteina zakończyła się tak, jak w większości wariantów rozpatrywanych przez dwudziestowieczne kino – dużymi wydatkami i tandetnym efektem.
Nowa była upośledzona.
Na sto punktów w skali Petrovycha dostała jedynie pięćdziesiąt trzy, ledwo przekraczając granicę trzeciej kategorii. Nie była już wprawdzie masowym cybermózgiem wykorzystywanym do automatycznych zadań lub diagnostyki, lecz nie zdołała również rozwinąć wystarczająco wysokiej inteligencji i osobowości.
Atel westchnął kolejny raz. Alergia odpuściła, mógł wreszcie wracać do pracy.
Sięgnął ręką w prawo i skrzywił się. Zerknął z pogardą na swój elektroniczny komunikator i pożałował, że gazety odeszły do lamusa. Papier zawsze kończy się w najmniej odpowiednim momencie.
*
- To nie ma sensu, daj jej już spokój - głos Betty był wyraźnie znużony.
Nie była oczywiście zmęczona – jako maszyna nie potrzebowała snu ani odpoczynku. Jednak jak każdy bardziej rozwinięty cybermózg potrafiła rozumieć monotonię i prawdopodobnie odczuwać też coś na kształt ludzkiej nudy. Teraz właśnie narzekała, tym bardziej, że nie widziała absolutnie żadnego sensu w tym, co robi Atel.
On siedział półnagi, ubrany tylko w cienkie czarne spodnie. Naprzeciwko niego piętrzyła się sterta kabli i nowy, lśniący cybermózg, jeszcze bez kompozytowej obudowy. Atel miał nieobecny wzrok, wpatrzony w jakiś wybrany punkt elektroniki. Betty zerknęła na wychudzoną postać swojego partnera i stłumiła w ostatniej chwili syntezowane właśnie westchnienie, prawie odruchowe.
Odkąd pamiętała, Atel zawsze chudł. Zbudował ją i uruchomił już jako chudzielec, ale przez te trzy lata tylko zmizerniał. Miesiącami namawiała go na zmianę diety, siłownię, w ostateczności chociażby na drobną ingerencje mikrobiologiczną aby zmienić jego kapryśny nieco zmysł głodu – wszystko na nic. Nigdy nie miał chęci, siły, czasu. Zupełnie jakby nie przywiązywał absolutnie wagi do swojej osoby, a przecież to głównie jego fizyczność decyduje jak długo pozostanie razem z nią, na tym świecie...
Atel poruszył ustami, nie drgając nawet o milimetr. Nieobecny wzrok dalej tępo wpatrywał się w nieistniejący punkt.
- Jeszcze raz. Jak się nazywasz?
Tym razem Betty westchnęła. Znowu. Ile dziesiątek razy przerabiali to już tej nocy?
Przez chwilę w pokoju panowała cisza, a zaraz potem z małego głośniczka podpiętego do wspomnianej sterty kabli dobył się lekki, kobiecy głos.
- Niemodularny komputer PERSONa, EAL trzeciej generacji, IN typu A, numer seryjny HAL-0000-0000-BBBB, nazwa robocza „Susie”. Rozwinięcie?
Atel zwiesił głowę. To rzeczywiście nie miało sensu. Głos Nowej brzmiał zbyt sztucznie, nie było w nim ani cienia emocji czy refleksji. Dostawała polecenie i wykonywała je bez kwestionowania. Tak jak prawdziwy komputer. Czyli zupełnie do niczego.
- Nie rozwijaj - westchnął, odpowiadając.
Rozmasował dłońmi twarz. Ta noc rzeczywiście była jedną wielką porażką. Najpierw spalony dysk za cztery stówy, dzięki czemu zdewastował swoje narzędzie pracy; teraz jeszcze przygłupawy cybermózg za w sumie dwadzieścia tysięcy dolców... Rzeczywistość bolała. Rzeczywistość mocno kopała w dupę.
Betty chrząknęła cicho, starając się zwrócić na siebie uwagę chłopaka. Z zamkniętymi oczami położył się na podłodze. Wyglądał dziwacznie, wciąż siedząc po turecku ale rozłożony na płask na gołych plecach.
- Idź już spać, Atel. Widać po tobie, że masz już dość - spróbowała go przekonać.
Nie odzywał się przez chwilę, rozłożył tylko ręce bezwładnie na podłodze i otworzył oczy. Patrzył lekko zamglonym wzrokiem na zakurzony sufit. Siódma rano robiła swoje, czuł się zmęczony i oszołomiony. Chyba traci młodzieńczą energię, czy coś w tym stylu...?
- A gdybyś wepchnęła w nią trochę swoich danych? Ukradkiem i nie wszystko, tylko żeby podbić ją trochę wyżej? Może wtedy...
- Dobrze wiesz, że to nic nie da – odrzuciła stanowczo. Nie musiała mu nawet przerywać, jego głos sam stracił na mocy i cichł z każdym wyrazem.
- Czemu? - spytał trochę obojętnie.
Podłączona bezpośrednio do ośrodka centralnego Susie, jej starsza koleżanka powoli zaczęła proces hibernacji nowego cybermózgu. I tak więcej dziś nie wskórają - decyzje podejmuje Atel, a według Betty był on wyraźnie nie w stanie.
- Bo młoda albo mnie odrzuci i popadnie w apatię albo dostanie totalnej schizofrenii - uznała, że chłopakowi należy się wyjaśnienie. Wiedziała, że rzucił tą propozycję od niechcenia, nawet nie rozważał jej poważnie, bo dobrze znał konsekwencje wlewania czyichś myśli w drugą osobę. A może naprawdę tak desperacko szukał rozwiązania? Nie, to chyba jednak przez to zmęczenie...
Atel zamyślił się. Czynsz płaci do dziesiątego, dziś był szósty. Nawet zatrudniając się w McDonaldzie nie mógłby uskładać z trzech dniówek wystarczającej kwoty.
Wszystkie wypite kawy już dawno wyparowały z jego wycieńczonego organizmu, za oknem wschodziło już nieśmiało słońce. Za godzinę będzie wystarczająco wysoko żeby oświetlić i ten blok, wtedy każe Betty założyć „ścianę” na okna i dalej będzie noc...
Noc, cudowna pora. Zero ludzi wokoło, nie trzeba wyglądać „na pokaz”, zachowywać się według wzorców. Słońce chowając się za horyzontem na kilka godzin pozwala łamać zasady tego świata, żyć własnym rytmem i tym co niesie nasze serce...
Co właściwie niesie nasze serce? Noc to pora kiedy niektórzy śpią, inni się budzą. Gdy oni odpoczywają, inni odsłaniają swoje pomysły, plany i marzenia. Czy wybrali noc, bo boją się, że w razie kiedy ich nie spełnią nikt nie będzie świadkiem ich ogłoszenia, ewentualnej klęski lub sukcesu?
Mętlik w głowie Atela narastał z każdą minutą, pseudofilozoficzne myśli skutecznie utrudniały mu sformułowanie sensownego planu zdobycia funduszów. Spalony dysk i robotyczna cyberosoba... Taak, ten dzień był cudowny. Coś jak kupno ulubionych czekoladek na które zbierałeś miesiąc, a gdy przynosisz je do domu to nie dość, że okazuje się, że są już dawno po dacie ważności to jeszcze przez przykry wypadek wszystkie lądują na białej wykładzinie podłogowej w salonie. Pech, przypadek, złośliwość losu, Krecik w Mieście.
- Atel, idź spać - matczynym głosem zażądała Betty.
Chłopak zamruczał coś niewyraźnie, po czym przekręcił się na bok i rozluźnił nogi. Z zębami wbitymi w przedramię gapił się w ścianę markotnym wzrokiem. Chwilę potem przeszedł go dreszcz, zauważył też, że dostał gęsiej skórki. To Betty aż tak obniżyła temperaturę pokoju, próbując zmusić go do udania się do łózka, czy po prostu sam już tak mocno oklapł?
- Napił bym się... - burknął cicho.
- Co? Chyba wody! - zareagowała oburzonym głosem, tym razem pasującym bardziej do troskliwej koleżanki – Przecież po łyku piwa to byś chyba padł na miejscu! Potrzebujesz snu, rozumiesz? Wiem, że chcesz wybrnąć jakoś z tej sytuacji, i wybrniesz, wiem to. Nie przejmuj się tym tak, dobrze wiesz, że to nie koniec i sobie z tym poradzimy!
Atel jakby oprzytomniał, ale przy tym spoważniał. Przewrócił się z powrotem na plecy i po chwili wahania zapytał:
- Empatia?
Betty prychnęła i dokończyła usypanie Susie. Jej cybermózg przebywał teraz w stanie hibernacji, nieszkodliwego odpoczynku.
- Nie, Logika. A teraz wstawaj z tej brudnej podłogi, IDZIEMY spać.
Młody haker uśmiechnął się lekko, przymykając oczy. Chyba najwyższy czas się poddać. Chociaż, czy powinien...?
Dochodziła siódma czterdzieści kiedy wreszcie podniósł się z podłogi. Wyczerpany, zrzucił z siebie spodnie, zostając w samej bieliźnie. Betty zgasiła prawie wszystkie światła, zostawiając tylko te, które pozwoliły Atelowi na wygodne dojście do szerokiego łóżka, nie zaplątując się przy tym we wszechobecne kable. Gdy położył się już i okrył modną ostatnio satynową pościelą (sama wybadała ten trend i zaproponowała mu żeby takiej poszukał), zatopiła stopniowo mieszkanie w błogiej ciemności, ustawiając maksymalne skupienie pigmentu w oknach. Ostatnią rzeczą jaką zrobiła było puszczenie delikatnej muzyki, na granicy słyszalności – kojącej, pozbawionej słów. Mimo tego, że specjalnie ustawiła mikrofony na najwyższą czułość, nie usłyszała słowa „dobranoc” z ust chłopaka.
No cóż, chyba po prostu szybko zasnął...
*
Pozwoliła mu spać do dwunastej. Atel i tak nie miał żadnej stałej, „dziennej” pracy, więc uznała że trochę odpoczynku na pewno mu nie zaszkodzi. Czuwała przez cały ranek, obserwując jego sen – wyczerpany, spał jak zabity. Oczywiście, gdy już się obudził ponarzekał, że w obecnej sytuacji powinien być już od dziesiątej na nogach lub nie powinien był spać wcale, ale Betty wysłuchała tego z przymrużeniem oka.
Chłopak posiedział trochę oszołomiony na łóżku, rozmasował twarz, poziewał po czym poszedł wziąć prysznic.
Gdy zniknął już w łazience, Betty obudziła ukradkiem jeszcze jedną śpiącą osobę.
Nowy cybermózg pracował cichutko, musiała mocno podbić czułość mikrofonów żeby go usłyszeć. Wreszcie wyłapała ten delikatny szum, inny od swojego własnego – subtelniejszy, o innym tonie. „Widać w tych modelach montują coś na bazie azotu” - przeleciało jej przez myśl, a zaraz potem w jej procesory uderzyła dziwna wiązka danych. Dziwne „uczucie”.
Przypomniała sobie ile razy namawiała Atela do zrezygnowania z dokupienia i uruchomienia drugiej cyberpersony. Naprawdę martwiła się o jego wydatki, wiedziała, że jego fundusz jest ostatnimi czasy mocno nadwątlony, jednak nie była to jedyna przyczyna jej sprzeciwu.
Betty była ciekawa, ale na tyle ostrożna, żeby nie sondować Nowej, czy raczej Susie, jak kazała siebie ją nazywać od wczorajszego wieczora. Cybermózgi wyższej generacji, a co za tym idzie – inteligencji oraz większym poczuciu świadomości nie mogły być programowane w czystym sensie tego słowa. Owszem, selekcja dostarczanych im informacji pozostawał w rękach „inicjatora”, osoby budzącej taką cyberpersonę do życia, ale już wybór imienia, charakteru czy inteligencji był kwestią dość losową, częstokroć kapryśną.
Imię „Susie” też wybrała sobie sama, spośród tych, które znalazły się w wiązce informacji użytych przez Atela i Betty do jej aktywacji. Wczorajszej nocy jej starsza koleżanka określiła stan umysłowy Nowej na 53 procent w skali Petrovycha. Balansowała na granicy seryjnego mózgu diagnostycznego, używanego w szpitalach czy fabrykach oraz cyberpersony o średniej inteligencji.
- A gdy coś jest do wszystkiego, jest do niczego - Betty na głos wspomniała wczorajsze słowa swojego partnera.
Susie nie odpowiedziała, więc musiała sprawdzić czy u Nowej wszystko w porządku. Potwierdziła połączenie modułu dźwiękowego, wszystko inne też wyglądało według niej w porządku.
Cyberkobieta znów próbowała do niej zagadać, ale kolejny raz została zignorowana.
- Hej, młoda! Masz charakterek, czy jesteś po prostu głupiutka? - maszyna powoli traciła cierpliwość.
- Betty, proszę bez pojedynków w kisielu, okej?
Głośniki prychnęły, ale trzeba przyznać, że odrobinę się zmieszała.
Nie odzywała się przez chwilę, do momentu kiedy Atel wciąż wycierając energicznie ręcznikiem włosy usiadł na łóżku.
- Chleb nam się skończył – usilnie używała liczby mnogiej, pomimo że sama nigdy nie poznała smaku tego dziwnego wyrobu pszennego. - Pamiętasz, że śniadanie to też część twojej dziennej rutyny, prawda?
- Rutyny którą starasz mi się narzucić? - spytał, uśmiechając się. A co tam, niech zmieni temat jeśli chce.
Betty wykorzystała tą chwilę na ponowne uśpienie nowego cybermózgu. Czemu nie zauważyła, że Atel już skończył się myć?
Tymczasem on rzucił mokrym ręcznikiem w kąt łóżka i wstał żeby się ubrać. Kiedy chwilę potem wcisnął na siebie czarny, wymięty T-shirt, odezwała się ponownie:
- Atel... co zrobimy teraz? - Nie chciała wywierać na nim presji, jednak w obecnej sytuacji była więcej niż zatroskana o los swojego partnera. Można by nawet powiedzieć – zmartwiona.
Chłopak pokiwał głową, nie udzielając odpowiedzi. Przygryzł wargę i zastanawiając się przeszedł do kuchni. Dla Betty nie miało to znaczenia – swego czasu Atel przystosował mieszkanie w ten sposób, aby móc z nią rozmawiać niezależnie w jakim miejscu się znajdzie. Kamery i mikrofony śledziły każdy jego ruch, rozciągając świadomość maszyny w kierunku kuchni.
Atel usiadł przy małym stoliku okrytym tandetnym obrusem i rozejrzał się za czymś do jedzenia. Nie miał szczególnego apetytu, ale wiedząc że jego ciało prędzej czy później i tak upomni się o pożywienie sięgnął do przechowarki. Na wpół zamrożony banan i wyschnięta na wiór bułka okazały się najrozsądniejszym wyborem z dostępnych. Odchylił się na taborecie i gołymi plecami oparł o ścianę. Wciąż zamyślony odpowiedział wreszcie na pytanie zadane przez partnerkę.
- Co zrobimy? - powtórzył, po czym ugryzł po raz kolejny banana. Trochę stracił na smaku, maszyna wysuszyła go chyba za dobrze. - To co potrafimy najlepiej, no nie?
W odpowiedzi (choć Atel oczywiście nie mógł tego widzieć) jedna z kamer w pokoju komputerowym skupiła się na stalowej obudowie komputera.
- Dysk spalony, system na śmietnik albo instalację artystyczną. Możesz go dorzucić do Z2115 jak chcesz.
Atel parsknął na wspomnienie tej żałosnej wystawy, jaką pewna ekscentryczna artystka tworzyła od kilku miesięcy: jak najwięcej komputerów, podzespołów, cybermózgów – zgromadzonych w jednym miejscu i połączonych. Bezwartościowa kupa niedziałającego złomu, bilans zniszczeń, widowiskowy elektro-cmentarz. A nich sobie tworzy na zdrowie!
- Pokaż, co na dworze - poprosił.
Chwilę potem na wydaną komendę Betty rozjaśniła pigment w szybach kuchni, ukazując Piąte Osiedle, na którym Atel mieszkał od trzech lat. Odruchowo zmrużył oczy.
Ludzie widziani z tej wysokości wyglądali śmiesznie, jak zwykle gdy patrzyło się na nich z wyższej pozycji. Nieśli swoje sprawy w różne strony, chaotycznie biegając wte i wewte. Powoli dochodziła pierwsza po południu, słońce stało wysoko na niebie, a nagłe przejście nocnego oświetlenia w dzienne lekko zachwiało siedzącym chłopakiem.
- Nie pada - rzucił, odgryzając malutki kawałek bułki, manierą człowieka skacowanego.
- Nie pada. Prognozowany deszcz to jakieś cztery i pół procent. A co to ma do rzeczy? - Betty potrafiła być dociekliwa i wytrwała, w niczym nie ustępując prawdziwej kobiecie.
Atel uśmiechnął się i zamykając oczy odpowiedział:
- Ładna pogoda na spacer.
Tylko przez chwilę zastanawiała się o co mu właściwie chodzi. Potem podekscytowana złapała ile tylko się dało z wszystkich kamer zainstalowanych w mieszkaniu. Betty dosłownie chłonęła.
Przed wyjściem na orbitę zawsze chcesz zapamiętać własny dom...
*
Nad Pragą-Slany zapadał zmierzch, Siódme Osiedle ożywało zapalanymi światłami.
Chłopak przechodzący szerokim mostem nosił typowe dla wszystkich okolicznych Euroamerykanów jeansy i luźny T-shirt. Duży czarny plecak jaki tachał ze sobą wyglądał dość niechlujnie – liczne naszywki i metalowe akcesoria wpięte w materiał nadawały mu zaniedbanego wyglądu.
Mostem szło niewiele osób. Większość Prażan pochowała się już w bezpiecznych domach, zupełnie odwrotnie do poszukiwaczy przygód którzy wraz z zachodem słońca wylegali ze swych mieszkań i bezpiecznych schronień. Chłopak z czarną torbą minął właśnie jakiegoś kolesia sikającego do jeziora, nad którym postawiony został most. Człowiek ten musiał być najwyraźniej pijany, bo jedyną reakcją na przechodzącego obok nieznajomego było burknięcie kilku nie do końca zrozumiałych przekleństw.
Niedalekie światła Siódmego odbijały się w ciemnej tafli jeziora, nadając całemu miejscu klimat wahający się od magicznego po mroczny i groźny – w zależności czy ktoś wybrał się w to czarujące miejsce z wybranką serca podziwiać zachód słońca, czy też uciekał panicznie przed wałęsającymi się członkami ulicznych gangów.
Atel nie przystanął aby podziwiać refleksy świetlne, mimo, że lubił to miejsce. Uważał Sześć Mostów Slany za jedno z najładniejszych i najbardziej romantycznych miejsc całej Pragi, jednak od pewnego czasu unikał raczej przesiadywania w okolicy, w myśl zasady która mówi, że nie idziesz do restauracji jeśli masz zamiar tylko oglądać jak jedzą inni.
Ile razy chciał ją tu zaprosić? Ile razy chciał ją zaprosić gdziekolwiek, pogadać normalnie, pośmiać się, powspominać? Jednak zawsze między nimi była ta ściana, której żadne z nich nie chciało pokonać – nie mogło pokonać? „Nie, ona może” - powtarzał sobie zawsze w myśli. Tak naprawdę wszystko zależało od niej, gdyby tylko spróbowała... Przecież tylko na to czekał.
Dziś jednak cel jego wizyty był inny niż romantyczny, zabytkowy most.
Dotarł już praktycznie do końca przejścia gdy poprawiając plecak obejrzał się ukradkiem. Przez kilka lat zdołał wyćwiczyć sobie naprawdę sporo odruchów wyglądających na naturalne, w rzeczywistości będących częścią dyskretnej obserwacji otoczenia. Dzięki temu uniknął już wiele razy zdecydowanie przykrych spotkań i wydarzeń. Dziś też miał szczęście w nieszczęściu – dzięki wyuczonemu gestowi w porę spostrzegł, że jest śledzony.
Właściwie „śledzony” to zbyt profesjonalny termin – za Atelem podążało po prostu czterech, pięciu ludzi zbitych w nieregularną grupę. Trzymali wyraźny dystans, dostosowując się do jego kroku, widocznie nie chcieli jeszcze podejść zbyt blisko. Za mostem zaczynało się typowe staropraskie osiedle – niskie, trzypiętrowe kamieniczki poskręcane w obłędny labirynt uliczek Siódemki. Tam na pewno znajdzie się odpowiednio ciemny zaułek aby wciągnąć weń samotną ofiarę, bo pewnie to było celem tej bandy.
Atel szarpnął lekko za ramię plecaka, mrucząc coś pod nosem. Jeszcze tylko tego mu brakowało...
- Nie bój się Betty, nie damy się łatwo - wyszeptał i przyspieszył kroku, wchodząc pomiędzy zniszczone domy.
Podążający za nim osobnicy najwyraźniej tylko na to czekali, bo od razu puścili się w ślad za nim szybkim biegiem. Atel usłyszał za sobą charakterystyczny ciężki stukot. Przynajmniej kilku z napastników musiało nosić zakazane w Czechach obuwie. „Ciekawe, kto wciąż dostarcza tej hołocie glany?” - przeleciało mu przez myśl.
Nie oglądając się, również zebrał się do biegu, zapinając w biegu mocowanie plecaka do pasa.
Po kilkunastu metrach skręcił ostro w ciemną, zapuszczoną bramę. Usłyszał za sobą kilka radosnych okrzyków; napastnicy ucieszyli się widocznie, że ofiara sama zapędziła się w ślepy zaułek.
Informatyk miał oczywiście plan. Absolutnie nie zamierzał ułatwiać tej zgrai zadania, a fakt, że biegnący jego śladem ludzie prawdopodobnie pochodzili z tej okolicy i doskonale orientowali się w plątaninie uliczek i bram był dla niego korzystny. Gdy zauważyli, że Atel skręca w drogę bez innego niż to wyjścia, pewni siebie zwolnili kroku i dali chłopakowi kilkanaście cennych sekund.
Nie weszli do środka od razu, najpierw zgromadzili się przy bramie – ci którzy dotarli pierwsi czekali na mniej zdolnych biegaczy. Było ich faktycznie pięciu, każdy z nich nosił ciężkie, skórzane buty wzmacniane metalowymi wkładkami na czubach i piętach. Jeden z nich – widocznie starszy pozycją, o ile w tej grupie panowała jakakolwiek hierarchia – miał przyozdobione solidnym kawałkiem blachy również golenie. W świetle latarni błyszczała skóra, liczne ćwieki i kolczyki, nie tylko w uszach.
- No, panowie, to nam się pofuksiło ostro. Frajer sam się nadstawił - zarechotał ten z dodatkowo zbrojonymi nogami. Wieczorna zwierzyna była zapewniona, nie musieli już nigdzie się spieszyć.
Chłopak którego gonili wyglądał wprost idealnie na ofiarę – mizernej postury, samotny, z bagażem, który pewnie zawierał coś cennego. Mieszkańcy Siódemki rzadko zapuszczali się nad Slany wieczorami, młodzieniec był wobec tego pewnie jakimś zabłąkanym przybyszem. On jeden przeciwko Srebrnym Lwom? No chyba że ma przy sobie karabin maszynowy, wtedy może mieć szanse.
Któryś z „panów” splunął obficie, charcząc przed tym. „Szef” patrząc na niego wyciągnął z kieszeni skórzanej kurtki kastet.
- Co jest, Siwy? Coś taki krzywy na mordzie? - zagadał.
Chłopak nazwany Siwym, może siedemnastoletni wyrostek, potarł dłonią nogę.
- A nic, kurwa... Te buty to, kurwa, do dupy są. Biegać się nie da.
Przerwał, gdy coś w ciemnej bramie strzeliło. Chwilę potem rozległ się metaliczny brzdęk, jakby coś się przewracało.
Szef bandy z niepokojem wlepił wzrok w ciemność. Wolną dłonią poprawił ułożenie kastetu i skinął w stronę zaśmieconej bramy. Reszta gangu posłusznie ruszyła za nim wolnym krokiem.
Gdy weszli już w ciemny korytarz, opancerzony odezwał się jeszcze raz:
- Dobry but, nie narzekaj. Może boli z początku, ale sam wiesz jak innych też, jak przypierdzielisz dobrze.
Siwy mruknął coś cicho, krzywiąc się gdy stopa niewygodnie ułożyła się w twardym bucie, po czym drgnął na dźwięk cichego uderzenia dobiegającego gdzieś z wysoka.
Szef zauważył to, po czym prychnął i rzucił:
- Pewnie kocur wyliniały jakiś, daj spokój - uspokoił drużynę - A teraz, panowie, zajmijmy się naszym głównym gościem...
Zamarł, gdy banda weszła na ciasne podwórko, otoczone kilkumetrowymi betonowymi ścianami z trzech stron. Oprócz śmietnika, trzykołowego rowerku i zardzewiałej ławeczki, nie było tu nikogo. Nawet jednego wyliniałego kocura.
Zbrojnonogi zaklął dopiero po dłuższej chwili.
- Siwy, Kłamacha, drałować główną, może on tu nie wszedł?
- Przecież widać było... - odezwał się białowłosy, niechętnie myśląc o poleceniu biegania w niewygodnych butach po ulicy z której weszli na podwórko.
Szef trzepnął go lekko w twarz nieuzbrojoną ręką, drugą wskazując na wysokie, betonowe ściany.
- A co, może na górę wlazł, Spajdermen jeden, co?! - ryknął. - W śmieciach się musiał schować, szukajcie!
Siwy razem z kolegą o dźwięcznym przezwisku, chcąc czy nie chcąc, wybiegli na ulicę. Rozglądając się na boki nie zauważyli nikogo, więc postanowili się rozdzielić. Siwy wybrał kierunek w głąb osiedla, nie chcąc wracać do zimnego powietrza nad jeziorem.
Przebiegł dobre pięćdziesiąt metrów, rozglądając się na boki, po czym zdyszał się i przystanął przy następnej w kolejności bramie. Buty jakie nosił od niedawna autentycznie nie nadawały się do uprawiania sportów - pięta i palce bolały go niemiłosiernie. Ponoć w tym wypadku to stopa miała się przystosować do buta, a nie odwrotnie...
Siwy schylił się, chcąc choć odrobinę poluzować wiązanie glanów.
- Że też, kurwa, takie buty...
Nie dokończył, bo niewielka stalowa rurka mocno uderzyła go w głowę. Łysy mięśniak upadł nieprzytomny na brukowaną ulicę, zostawiając jeden but rozsznurowany.
Atel odrzucił trzymany kawałek metalu w głąb bramy, tak aby upadła jak najciszej lądując na stercie śmieci. Jednym ruchem ręki odpiął zaczep i zdjął rozjarzone delikatną zieloną poświatą okulary, wyglądające jak motocyklowe. Z tym, że od tych odchodziło kilka wiązek grubych kabli, wprost do podniszczonego plecaka który nosił.
- Sorry, ale spieszę się - powiedział chłopak, po czym puścił się pędem w górę ulicy.
*
Ultrafiolet i laserowe diody prześwietlały kolorowe butelki na wylot, tworząc wokół niesamowitą, psychodeliczną mieszaninę refleksów i odbić. Whiskey z kwadratowej butelki dawała przepiękne złote pasy, barwione szkło wielu gatunków czeskich piw rozsiewało brąz, zieleń i żółć, co bardziej egzotyczne trunki odbijały błękit, zieleń i rubinową czerwień.
Barman – ciemnoskóry Czech w wielkich okularach przeciwsłonecznych – nalał z niesłychaną zręcznością drinka wąsatemu klientowi. Ten zapłacił, mężczyzna bujając się w rytm lecącej z głośników muzyki odebrał pieniądze i podziękował.
Lokal rozbrzmiewał muzyką elektroniczną - stonowane dźwięki, rytmiczne uderzenia i efekty specjalne wypełniały uszy licznych gości siedzących przy stolikach. Kilkanaście osób bawiło się już na parkiecie wśród stroboskopów i wizualizatorów.
Ciemnoskóry barman znalazł właśnie chwilę na wypolerowanie kilku kufli, gdy rzucając okiem w stronę wejścia rozpoznał znajomą twarz. Uśmiechnąwszy się, odrzucił przeszkadzające dredy do tyłu i zagadał, zanim jeszcze nowy gość dopchał się do lady baru.
- Proszę, proszę! Patrzcie, co też Jah przyniósł! Atel! - doniosły głos radosnego barmana przyciągnął uwagę kilku osób skupionych na wysokich taboretach wokół baru, jednak nie poznając wchodzącej osoby wrócili do poprzednich zajęć.
Chłopak podszedł natomiast do samej lady i zajął wolne miejsce na skórzanym stołku. Zdjął plecak i ułożył go sobie delikatnie na kolanach.
- Witaj, Otto - powiedział, rozcierając lekko spocone czoło. - Widzę, że papużki dalej uparcie lgną do klatki - dokończył, rozglądając się.
Rastafarianin skrzywił się zdejmując okulary, teatralnie okazując rozczarowanie i zdziwienie zarazem. Jego dredy zafalowały, gdy potrząsnął energicznie głową. Odstawił kufel na bok i spojrzał z troską na chłopaka.
- Dobra, Atel, co jest grane?
Informatyk zdezorientowany popatrzył na barmana, po czym zamrugał. O co chodziło temu sympatycznemu facetowi? Nie wiedział, czy też może wyglądał jakoś podejrzanie, na wszelki wypadek przetarł dłonią twarz.
- No... to znaczy? - zagadał niepewnie, zerkając na wszelki wypadek na boki.
Czarnoskóry westchnął i wzniósł wzrok na sufit.
- Wchodzisz do mojego baru zdyszany jakby ci po drodze Dzeus przypalał pięty, potem wypalasz do mnie hasłem sprzed trzech tygodni, a jeszcze na dokładkę pytasz się co to znaczy. Powiedz, mam prawo być zdziwiony?
Atel przez chwilę tępo wpatrywał się w blat przed sobą, wysłuchując wywodu znajomego, po czym zaśmiał się cicho, ale niezręcznie. Rzeczywiście, od kiedy przestał regularnie śledzić informacje przez Globnet jego kontakt z rzeczywistością zawęził się jeszcze bardziej. Nie mówiąc już o regularnym odwiedzaniu takich miejsc jak to.
Pokiwał głową i przyznał:
- Tak Otto, masz prawo. Przepraszam, ostatnio nie idzie tak jak powinno, to wszystko.
Barman zmierzył go poważnym, badawczym spojrzeniem, po czym nie spuszczając wzroku zapytał:
- Masz może ochotę na Czerwonego Rosjanina, przyjacielu?
Chłopak spoważniał odrobinę, zaciskając na chwilę wargi, ale zaraz odparł spokojnie:
- Raczej nie... Ale za to z chęcią napiłbym się czegoś dobrego. Jasia z Colą, na ten przykład.
Otto w jednej chwili odetchnął rozluźniony, wzorowo niczym aktor oddając każdą emocję na swojej twarzy. Potem zakręcił się w miejscu i sięgnął po odpowiednie butelki. Stojąc tyłem kontynuował rozmowę.
- Napędziłeś mi stracha, przyjacielu. Gdybym nie znał cię tyle czasu, dół ulatniałby
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil kuroiei
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…