Nowa Era Wuefu - część II
Odkrywanie prawdy o szkole, tajny kod w dziełach Mickiewicza, przywracanie do życia historii, walka pozytywistów z romantykami i tajemnice, które jeżą włos na głowie. Wartka akcja i dobry humor. Ta powieść wywraca świat do góry nogami.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
IV
Klemens wrócił do domu poobijany – kilka razy dostał piłką na lekcji wychowania fizycznego. Rzucił torbę na ziemię i poszedł do pokoju się przebrać. Zdjął spodnie, by założyć wygodniejsze dresy. - Holender, co to za dziadostwo? – spytał sam siebie, patrząc na ciemne znamię na biodrze. Poszedł do łazienki po wodę utlenioną i plaster. Zdezynfekował skórę substancją, która rozkładała ściany komórek bakterii i zakleił ją. „Za trzy dni nie będzie śladu” – pomyślał i odkręcił wodę w kranie. Przemył ręce i twarz i wytarł się w ręcznik. Wyprostował się i już chciał wyjść... Lecz zaraz, co to był w lustrze? Wyprostował się jeszcze raz. Nic dziwnego. Ten sam Klemens. „Wydawało mi się” – pomyślał. Zgasił światło i zamierzał już wyjść z łazienki, gdy wtem rozległo się ciche, lecz przeciągłe: szuuuuuu... Jednym ruchem Klemens odwrócił się w stronę lustra. Chwilę później powietrze przeciął głośny pisk, jakby tłuczonego szkła. Chłopak momentalnie przebiegł do swojego pokoju. Ale to, co było tam w lustrze... ta twarz, ten potworny wzrok, rozrzucone włosy... dreszcz przechodzi po plecach na to wspomnienie. To wyglądało jak zombie, które posiadało w sobie coś z Ptaszyńskiej, Ostrowskiej i misiorny – razem wziętych. I patrzyło jakoś tak strasznie. Co to ma być?!!! - Klemens, nie wariuj, tam nic nie ma – powtarzał sobie chłopak, waląc się w czoło. Szuuuuuu... – ponownie rozległo się na dworze, konary drzew zadrgały, a leżące liście zawirowały w powietrzu. Szybkim ruchem Klemens ściągnął rolety i zapalił światło. Chłopak miał gęsią skórkę. Jakby coś dziwnego czaiło się wszędzie wokół. Jakieś niewidzialne monstrum wisiało w powietrzu i chciało zaatakować biednego chłopaka. Światło jarzeniówki zaczęło migać. Klemens stał bezradnie na środku i w jednej chwili przeniósł się ponownie tam, na stok. Jechał z zawrotną prędkością, ta mgła, wiatr, lód, grad bił go w twarz, był cały spocony i nie wiedział, co robić. Coś go goniło, coś jechało za nim. Chciał uciec, ale nie mógł. Zdawało się, że potwór co po chwila wyciąga ku niemu swoje łapska. Aż w końcu coś nim rzuciło, grzmotnęło i poleciał do przodu, jak z armaty. Trzepnął o ziemię i wszystko się skończyło. Stał sparaliżowany na środku pokoju i czuł zimne powietrze na karku. Chciał krzyknąć, ale nie mógł. - Kto tu jest? – szeptał z trudem, bo słowa nie chciały mu przejść przez gardło. Wtem lampa jarzeniowa rozbłysła oślepiającym blaskiem. Klemens znalazł w sobie tyle odwagi, by się odwrócić i zobaczyć, co przesuwa się po jego ramionach. Nic tam nie było. Dobiegły go dźwięki, jakby chichot i jakiś niezrozumiały śmiech. Światło zapaliło się na korytarzu i na półprzezroczystą szybę w drzwiach jego pokoju zaczęły padać cienie poruszających się postaci. Klamka się przekręciła... Serce podeszło Klemensowi do gardła. Krew pulsowała w jego żyłach, omal nie rozrywając jego ciała. Nagle włączył się ekran monitora jego komputera, a klamka sama powróciła do poprzedniej pozycji. Zaskrzypiały za to drzwi szafy. Klemens odwrócił się. Szafa pozostała zamknięta. Śmiechy z zewnątrz ucichły, a światło na korytarzu zgasło. Dreszcze wstrząsały ciałem biednego chłopaka. Wtedy rozległ się dźwięk uruchamiającego się komputera. PUUUUF – posypały się iskry z lampy jarzeniowej, jakby sieć domowa nie wytrzymała obciążenia elektrycznego. Zrobiło się mroczno. Tylko ekran dawał trochę słabego światła. Samoczynnie otworzyło się okno. Strumień jasnego blasku zachodzącego słońca padł prosto na twarz Klemensa. Ekran komputera pozostawał pusty. W górnym, lewym rogu migał jakiś kursor, jakby było tam miejsce na wpisanie tekstu. Pokój zdawał się wirować wokół Klemensa. Chłopak stał jak wryty i nie był w stanie zrobić jednego kroku. Przez otwarte okno do środka wdarł się podmuch wiatru. Rozległ się trzask. Szafa, biurko i biblioteczka zatrzęsły się diabelsko. Z półki zaczęły spadać książki, jednak po drugiej, jakby zrzucała je jakaś niewidzialna ręka. Większość z nich upadała na ziemię zamkniętymi, na jedną z okładek, albo grzbietami do góry. Tylko dwie leżały inaczej. Słońce zaszło całkowicie i zrobiło się wręcz mroźno. Wysysane powietrze ze świstem zatrzasnęło okno. Zapaliła się lampa. Nagle Klemens poczuł przyjemne ciepło, jakby już było po wszystkim. Ale komputer... I te ksiązki... Chłopak powoli podszedł do leżących woluminów. Na wierzchu była grupa encyklopedia popularna. W górnym, lewym rogu lewej strony widniały pierwsze trzy litery pierwszego hasła: WID od Widmo fal elektromagnetycznych. Klemens podniósł encyklopedię, by się jej przyjrzeć. Tym samym odsłonił słownik polsko-angielski, który leżało pod nią. Słaby powiew wiatru zaczął poruszać kartkami słownika. Chłopak z drżeniem patrzył, na pierwsze hasło, na stronie, która znalazła się na wierzchu: fanatyzm – fanaticism. Klemens miał kompletną pustkę w głowie. Co to wszystko było? Czy to jakiś żart? W pokoju rozniósł się syk bólu. Chłopak upadł na ziemię, rozmasowując miejsce na biodrze. Zupełnie, jakby ktoś wbił mu tam nóż. Podciągnął koszulę.
WF
Taki właśnie znak widniał na skórze, w piekącym i swędzącym miejscu. Wyglądał jak znamię, odciśnięte gorącym żelazem do znakowania bydła. I pojawił się niewiadomo skąd. Widmo i Fanatyzm. W i F. To coś oznaczało. I ten monitor. Klemens usiadł na krześle. Czuł się, jakby rozwiązywał właśnie jakąś wielką zagadkę ludzkości. Wpisał na klawiaturze W i F. Enter. Obraz na ekranie znikł, komputer wyłączył się, lampa zaczęła świecić normalnie. Wszystko się skończyło. Pozostały tylko książki na dywanie, które trzeba było odłożyć na półkę. Następnego dnia Klemens wstawał z głębokim przeświadczeniem, że zwariował. Wtedy na stoku to mogło być przywidzenie, ale wczoraj wieczorem? Chłopak z trudem odważył się na wejście do łazienki. Nie było tak jednak nic dziwnego. Obraz w lustrze też był normalny. Przez całą drogę do szkoły Klemens zastanawiał się, czy może opowiedzieć komuś o tym, co go spotkało. Przecież to głupota. Uznaliby go co najmniej za wariata. Albo jego dom nawiedziły duchy. Mimo to nie mógł tego tłamsić w sobie. Czuł potrzebę zwierzenia się. - Wiesz, Leo, wczoraj stało się coś dziwnego. - Mianowicie? – Leonid nie wykazywał wielkiego zainteresowania. Był zajęty rozmyślaniem nad przyszłym sprawdzianem z matematyki. - Pamiętasz ten wypadek na nartach? - Śniło ci się to? Nie martw się. Po takich wypadkach zawsze są koszmary. To minie. - To nie był sen. „Biedaczek” – pomyślał Leonid. – „Jeszcze sporo się z tym pomęczy”. - Bądź spokojny. - Muszę ci o czymś powiedzieć. Tam na stoku to nie był zwykły wypadek. Nie oślepiło mnie słońce, nic mi nie wpadło do oka ani nie złapał mnie skurcz. - Słuchaj: widzieliśmy cię. Jechałeś normalnie, aż w końcu zacząłeś wariować. - Coś jechało za mną. Widziałem wyraźnie, jak zbierają się ciemne chmury, mgła i wszystko wokół szumi i ryczy jak oszalałe. Był wiatr, grad i lód. „Faktycznie kiepsko z nim” – pomyślał Leonid. - Musiałem jechać jak najszybciej, żeby uciec, żeby mnie to nie dopadło, ale i tak nie mogłem. Widziałem, jak jakaś śnieżna fala, jakby łapa wielkie potwora, chciała mnie zgarnąć na bok. Wtedy zobaczyłem pochylnie i na nią wjechałem. To nie był zwykły wypadek, rozumiesz? Cudem udało mi się przeżyć! - Spokojnie już, nie krzycz. Zapomnisz o tym. Zobacz, dzisiaj sprawdzian z matmy. - Ale to nie koniec. Też byłem pewien, że miałem przywidzenia. Aż do wczoraj. To coś wróciło i zaatakowało mnie w domu. W zasadzie Klemens dopiero zdał sobie sprawę, że określenie „zaatakowało” nie bardzo tu pasuje. Przecież był bezbronny i to coś mogło go bez problemu zabić. Więc cel był jakiś inny. I ten WF. To było najgorsze! - Co się wczoraj stało? – spytał Leonid. - Wróciłem ze szkoły. I to wtedy przyszło. Zaczęły się dziać dziwne rzeczy: gasła i zapalała się lampa, komputer, książki spadały, okno samo się otwierało, na korytarzu były jakieś światła i... To w lustrze było najgorsze. Jak jakieś hybrydowe połączenie... ten parzący wzrok, chropawa skóra, pokiereszowana twarz, porozrzucane miedziane włosy... Skąd to monstrum się wzięło? - Słuchaj: to były przywidzenia. Spałeś albo ci się wydawało. Skończ już. „On myśli, ze ja zwariowałem” – pomyślał Klemens. I chciał już mu pokazać to znamię, ale oto za rogiem kamienicy ukazał się PINOL. Wokół było pełno innych uczniów. Pierwsza była geografia. Misiorna przyszła do klasy sześć minut po dzwonku, roznosząc wszędzie duszącą woń swoich perfum. Po chwili wszystkie okna były otwarte. - Zapiszcie temat: Gospodarka Polski. Jak pewnie zauważyliście, zbliżamy się już do końca materiału. Ponieważ jednak macie mało ocen, musimy zrobić sobie jeszcze kilka kartkówek. Wsie byłego województwa leszczyńskiego zdajecie pojutrze. Z topografii Leszna jesteśmy umówieni na za dwa tygodnie. Misiorna była z rodzaju tych nauczycieli, którzy pierwotnie przyszli do szkoły z wielkimi planami, ale ostatecznie im nic z tego nie wyszło i z osób powszechnie poważanych stoczyły się na samo dno. Misiorna uwielbiała urządzać beznadziejnie nudne ćwiczenia geograficzne, robić kartkówki z bezsensownych rzeczy i urządzać różne konkursopodobne zawody. To była wariatka. Punkt pierwszy: Na skutek działania w większym stopniu powietrza kontynentalnego występują bardzo żyzne gleby tj. obszary tektoniczne wypełnione konurbacją, do której wpływa rzeka o dziwnej nazwie. Czym wyróżnia się to unikatowe miejsce? Urbanizacja to zespół miast z jednym centralnym, bez wyraźnego ośrodka. Czynnik pozaprzyrodniczy rozwoju rolnictwa to dział gospodarki narodowej, której głównym bogactwem jest węgiel kamienny i sufozja. Podaj nazwę tej rzeki i wymień elektrownie wodne, które znajdują się na Niemnie. Są one związane z przemysłem fajansowo-szklarsko-betoniarskim, którego koncentracja znajduje się w koszalińsko-wrocławskim okręgu przemysłowym. Huty porcelany „Małopolska” i „Kujawy”, które znajdują się w Zakopanem i w Świnoujściu, produkowały 46 % użytków rolnych i buraków cukrowych. Więcej jest większych i średnich Agencji Własności Rolnej Skarbu Państwa. Migracja i emigracja to dwa różne sposoby repatriacji, która wiąże się z ekstradycją, co widzimy na wykresie, wskazującym poziom deportacji. Panie, widzisz i nie grzmisz! Dzwonek zadzwonił i Misiorne diabli wzięli. Jednak nie na długo. - Deportowali mnie – oznajmiła, wracając do nas na następnej lekcji. Kolejna bowiem była biologia, a Lorek jak zwykle się spóźniał. Nie było nikogo, kto na Misiorne zwróciłby uwagę więc sobie dziewucha poszła dalej. Po chwili zjawił się Lorek z głupkowato wyglądającą kolorową torbą, wielkim plecakiem, kijkami trekkingowymi i tzw. headway-projectorem pod pachą. Łubudu – rzucił to wszystko na stół i wyszedł na środek klasy. - Tyle uzbierałem przez dwa dni – powiedział i wysypał ze swojej torby zwałowisko śmieci. Wszystko to rozsypało się po całej klasie, a Lorek po prostu wyszedł. Nie wracał przez jakieś dziesięć minut. W końcu wbiegł do klasy, ze smakiem obgryzając marchewkę. - Przepraszam, ale to przez was. Na przerwie nie mam czasu iść do toalety, a już nawet tam dopadają mnie uczniowie – wyrecytował i zaczął z prędkością błyskawicy przewracać kartki w swoich zeszytach i zbiorach. - Obecność; trzy plusy do wpisania; Burzec dostanie w mordę; deski na trawie; miejsce w dzienniku się kończy; szczepionka na ospę; porosty; zanieczyszczenia; greenhouse effect; dziura ozonowa; kwaśne deszcze; segregować śmieci, segregować, pamiętajcie, dzieci, foliowe torby są złe, bardzo złe; a jakby tak zacząć rozdawać ludziom takie lniane... – nie miejcie złudzeń – on tylko głośno myśli w czasie wypisywania różnych bzdur w swoich dokumentach. Prawdziwa lekcja się dopiero zacznie. Lorek to był gość. Najbardziej zwariowany nauczyciel, jakiego znał świat. To był po prostu świr kompletny, a przy tym fanatyk. Nie uczył prawie nic i ciągle powtarzał swoje frazesy. I za to wszyscy go lubili. Lekcja biologii z Lorkiem to było poszukiwanie odpowiedzi na pytania: dlaczego biały człowiek jest biały?, dlaczego trwa rośnie pod deskami?, ile ziem potrzeba, by wszyscy żyli, jak Amerykanie?, dlaczego flądra pływa na boku?, kim jest superbabcia?, co robią i lubią misie? i jeszcze dosłownie tysiące innych beznadziejnie bezsensownych i niepotrzebnych pierdołów. Mimo wszystko te pierdoły były ciekawe i to na tym opierał się cały światopogląd Lorka. Biedny chłopak... - Ale pamiętajcie: to nie było tak, że ryba se usiadła i myśli: holender, przydałby mi się taki wypustek do merdania, tylko kiedyś jakiemuś osobnikowi wyrosło takie coś, zaczął tych machać i jemu było łatwiej upolować małe rybki, a pozostałe po prostu nie przeżyły i dlatego teraz tylko takie są. Ale zobaczcie, jaki głupi musiałby być ktoś, kto to wszystko stworzył: płaszczka, to rekin, tylko spłaszczony od góry i dołu. A śledź położył się na boku, ktoś spuścił na niego coś ciężkiego i tak powstała flądra, która miała jedno koło na dole, tylko że przewędrowało jej na drugą stronę i tak pływa sobie biedactwo na boku. A jeszcze lepsza historia jest z ludzkim okiem, które w odróżnieniu od oka ośmiornicy ma siatkówkę od wewnętrznej strony i przez to w miejscu, gdzie zbiegają się nerwy, jest puste miejsce i powstaje tak zwana ślepa plamka. A słyszeliście kiedyś o ludziach, którym się siatkówka odkleja? Mało tego. Człowiek przeznaczony jest do życia nie dłużej niż trzydzieści lat, dlatego potem wszystko zaczyna w nim stopniowo wysiadać. Chociaż na maratonie wyprzedzała mnie taka superbabcia... No właśnie... - Nie wiecie, co z Rufinem? – pytał wszystkich Leonid na przerwie. Chłopaka nie było w szkole od czasu powrotu z obozu narciarsko-koncentracyjnego. Po biologii przyszedł czas na fizykę. O tak, tego tylko wszyscy pragnęli. Fizyka z Krysią, to prawdziwa rozkosz z lekką nutką... dekadencji? W PINOL-u tradycją było spóźnianie się nauczycieli na lekcję. Powiedziałbym nawet, że to coś nie tak, gdy któryś z nich przychodzi punktualnie. Krysia się spóźniała. Czekając z utęsknieniem na lekcję, dzieci wariowały z piłką, przylepiały sobie jakieś karteczki do pleców albo po prostu wrzeszczały. Klemens tylko siedział jakiś nijaki. Generalnie nikt na to nie zwracał uwagi, prócz Leonida. - Z Kleksem jest coś nie tak – stwierdził Leonid. - Dlaczego? - Popatrz na niego. Jemu się coś stało po tym wypadku. - Przejdzie mu. Tymczasem Klemensowi wszystko w mózgu wirowało. Do tego czuł wzmagający się ból w głowie i biodrze. I ten przerażający WF... Krysia się pojawiła. Nie zdążyła dojść do katedry, gdy wszyscy znaleźli się na swoich miejscach. Krysia była nauczycielką specyficzną. W nieumiejętności nauczania prawie dorównywała Misiornie, a jednak wszyscy ją lubili. Ona była równiacha. Przynajmniej się starała. I można było pożartować. Szóstki też dawała. Chociaż generalnie fizyki nie umiałeś po lekcjach z nią, a jednak jakoś sobie potem radziłeś z uczeniem na sprawdzian. - Przerobiliśmy już prawie materiał – zaczęła typowo dla tej części roku szkolnego. – Możemy zacząć powtórki. Zapiszcie temat: Powtórzenie kinematyki, dynamiki, astronomii, hydrostatyki, elektrostatyki, indukcji elektromagnetycznej, optyki i przyległości. Fizyka trwała, a Klemens czuł się coraz gorzej. - Czy pamiętacie, czym jest ruch ciała? Oczywiście to zmiana położenia w czasie. A na czym polega względność ruchu? A na tym, że jak wyskoczycie z samolotu i razem z wami wypadnie spadochron, to względem spadochronu nie będziecie się poruszać, prawda? – zwisy skórne na jej policzkach uniosły się w charakterystyczny sposób. – A jak nazwiecie uporządkowaną parę punktów? Tak jest, to wektor. Wektor ma trzy cechy: zwrot, kierunek i wartość. A czy masa jest wektorem? Niestety masa nie jest wektorem. Za to wektorem jest siła. I wektorem jest też natężenie, jak i napięcie, które przecież uwielbiacie. Ale nie wykraczajmy tak do przodu. Nie powinniście mieć problemów z opisaniem ruchu prostoliniowo-jednostajnego-opóźnionego po okręgu. I pamiętajcie o sile dośrodkowej, która w tym ruchu działa. A do czego jest prostopadła prędkość w ruchu po okręgu? Oczywiście do promienia. Ale ze średnią prędkością jest większy problem. Prędkość średnia to ogólna zmiana czasu do przebytej drogi. Ale dosyć o tym. Pamiętajcie, czym jest droga w ruchu jednostajnie opóźnionym, że jest to obszar pod wykresem, prawda? A z zasadami dynamiki Newtona nie będzie problemu? Pierwsza: jak leży to leży, druga: jak waży to leci, a trzecia: jak leci, to spada, OK? No to super. Siły tarcia, ciężkości i sprężystości macie w małym palcu. A składać siły umiecie? Pewnie, że umiecie. I współczynnik grawitacyjny też jest wspaniały, prawda? To jednak z moich ulubionych wartości. A wiecie, jak się w sobotę wieczorem robi pranie, to może dojść do przeciążenia sieci energetycznej, ale zadania z prądu elektrycznego później. Prawo oddziaływań między ciałami znacie. Jak zadziałają siły przylegania i spójności, to wychodzi co? Menisk! Pierwsza zasada termodynamiki to żaden problem. Ciepło właściwe, to właściwie też prościzna. Siła wyporu, pływanie ciał, co wiąże się z ciśnieniem w cieczy, które obliczamy mnożąc gęstość, wysokości i przyspieszenie, znacie, lubicie i kochacie. A potem elektrostatyka: na powierzchni kuli siła oddziaływań między ładunkami jest odwrotnie proporcjonalna do pola magnetycznego, które oddziałuje na umieszczone tam inne magnesy, wytwarzając zmienne pole elektryczne, które jest podstawą wystąpienia fal elektromagnetycznych. Prawda, że to proste? Znowu uśmiechnęła się w ten sposób. A Klemens biedaczek prawie tracił przytomność. Gorąco mu było i w ogóle źle się czuł. Jakby na jego głowę działało ciśnienie słupa cieczy o wysokości... A teraz zadania: Na dwie jednakowe żarówki, połączone równolegle działa ciśnienie pięciu hektopaskali. Oblicz przyspieszenie układu. Drugie: Jaka będzie wartość siły tarcia między ciałami, które unoszą się na powierzchni wody w dwóch różnych naczyniach połączonych, gdy ciepło właściwe szkła wynosi 812 dżuli przez kilogram razy Kelvin. Następne: Pod jakim kątem załamywać się będą fale mechaniczne, padające na pryzmat, jeśli w pobliżu znajdują się dwa magnesy, oddziałujące ze sobą z siłą 16 elektonowoltodżulowatogodzin? Czwarte zadanie: Pociąg jedzie z miejscowości A do B. Jaka jest prędkość pociągu? I ostatnie już: Przez płytkę płaskorównoległościenną przechodzi promień światła żółtego, generowany przez lampę, zasilaną prądem elektrycznym o natężeniu x, które pochodzi z turbiny wodnej, wytwarzającej poprzez indukcję magnetyczną prąd zmienny. Oblicz poprzeczny przekrój przewodnika... W tym momencie Klemens poczuł potworny ból w biodrze, taki, jaki wczoraj wieczorem zwalił go z nóg w jego pokoju. Jakby ktoś mu przyłożył rozżarzone żelazo do znakowania bydła. Chłopak aż syknął. - Czy mogę wyjść do toalety? Krysia aż się wystraszyła. - Idź, ale może lepiej do pani pielęgniarki? Klemens nic nie odpowiedział. Pochylony wyszedł z klasy, trzaskając za sobą drzwiami. Trzymając się za piekące miejsce, dotarł korytarzem do toalety. Wszedł do środka a następnie zamknął się w jednej z kabin. Podciągnął koszulkę.
WF
I parzyło potwornie. Klemens ostrożnie otworzył drzwi kabiny. Podszedł do umywalki i odkręcił wodę. Klamka toalety przekręciła się. - Co to...? – spytał Klemens, podchodząc do drzwi. Nie był w stanie ich otworzyć. - Jestem w pułapce. Nie minęła chwila, jak ze wszystkich trzech kranów wystrzelił szeroki strumień wody. - Cholera, co się dzieje! – chłopak nie mógł kranu też zakręcić. Woda nie odpływała do kanalizacji, ale zostawała w zlewach i już po chwili zaczęła się przelewać. Wtem rozległ się przeciągły ryk, dochodzący z kabin. Klemens otworzył jedną z nich. Z muszli również wylewała się woda. - Rany, lodowata – syknął chłopak, gdy woda dotknęła jego nogi. „Okno” – pomyślał. Było lekko uchylone. Zanim tam jednak podszedł, jakaś niewidzialna siła zatrzasnęła je całkowicie. - Już po mnie. Co to za koszmar! Pokaż się, kim jesteś! Stań przede mną! Nic jednak się nie pojawiło. Wody za to było coraz więcej i robiła się coraz bardziej zimna. Sięgała już Klemensowi do kostek. I gdy się wydawało, że już nic gorszego nie może się stać, obraz na zewnątrz rozmył się, a w jego miejsce pojawił się oślepiający blask, jakby ktoś skierował z zewnątrz potężny reflektor, prosto w to okno. Klemens wariował. Lekcja się skończyła, a Klemens nie wrócił. Leonid udał się szybko do toalety, gdzie spodziewał się zastać kolegę. Otworzył drzwi. W środku było pusto. Przez uchylone okno wpadał lekki wietrzyk. - Kleks, jesteś tu? – zawołał najpierw, a potem wziął się do otwierania wszystkich kabin po kolei. Klemens siedział w jednej z nich na klozecie, oparty o ścianę i nieprzytomny. - Rany Boskie, Kleks, co z tobą? – Leonid zaczął szarpać chłopaka. - Co jest, gdzie ja jestem? – spytał Klemens, otwierając oczy leniwie, jakby budził się z długiej drzemki. - Co z tobą? Żyjesz? Klemens przez chwilę rozglądał się dookoła. Po chwili wszystko zrozumiał. - Znowu tu byli – wyszeptał z dziwnym zrezygnowaniem. - Kto? - Nie mam pojęcia. Nie wiem, czego ode mnie chcą. - Ale co się działo? - Światła, woda mnie zalewała, nie mogłem wyjść, wszystko się ruszało... – Klemens mówił to z takim dziwnym spokojem, jakby się ze wszystkim pogodził, a w ogóle to wyglądał na nieźle podchmielonego. - Kleks weź się w garść. Tu nic nie ma i nie było! - Było, było. I przyjdzie znowu. - Zastanów się, co ty mówisz! Kleks, idź do domu. Z tobą jest bardzo źle. - Patrz – Klemens opuścił lekko spodnie i podciągnął koszulkę, odsłaniając znak na biodrze. Leonid oniemiał. - Ale sobie tatuaż strzeliłeś. Ty naprawdę jesteś porąbany. - To nie jest tatuaż, idioto! To... nie wiem. Samo się zrobiło. - Co? - Leon, nie rozumiesz? To samo wyrosło. Nie wiem, jak. - Nie żartuj. - Zaczęło się na obozie. Swędziało. Myślałem, że to komar mnie ugryzł albo coś. Ale nie. Zamiast się goić, zaczęło czernieć. Powoli, powoli, a wczoraj nagle pojawiło się już to. - Kleks, czy ty jesteś absolutnie pewien – ton głosu Leonida zmienił się – że ktoś ci tego nie odcisnął, nie pobrudziłeś się ani przypadkiem nie oparzyłeś? - Tak, jestem pewien na sto procent! Co ty chcesz? - Nic. Wracamy na lekcję. Klemens był bardziej zaskoczony reakcją Leonida, niż tym, co się z nim stało w toalecie. W każdym razie do klasy wracał już bez bólu lecz pełen zdumienia. „Dzieje się tu coś dziwnego” – myślał bez przerwy. Kolejną lekcją była matematyka, prowadzona przez panią profesor Barbarkę Kochanek. Była to osoba co najmniej rozrywkowa i niezmiernie dowcipna. Trzeba jednak zwrócić uwagę, że matematyka w zerówce to generalnie same powtórki. Dlatego też pani Kochanek mogła doświadczyć specyficznego zjawiska uczenia rzeczy, które wszyscy umieją. W podobny sposób mogli to odczuć chyba tylko jedynie nauczyciele wychowania fizycznego. Dla większości uczniów ta godzina była po prostu nudna. Pani profesor udawała że uczy i zadawała różne zadania. Uczniowie udawali, że się uczą i starali się te zadania rozwiązywać, ale tak naprawdę rzadko kto odrabiał choćby prace domowe. - Ponieważ jesteście asami nad asami, wszystko już umiecie. Dlatego pewnie bez większego problemu napiszecie test całoroczny. - A co na tym teście będzie? - To co robiliśmy na lekcjach w ciągu całego roku. Wektory, układy równań, trójkąty, bryły, funkcje... Matematyka w zerówce w PINOL-u była po prostu nudna. - Do domu macie zadania 12, 13, 14 na stronie 114. - Nieeee... - I jeszcze 15. I to tyle. Mówiłem, że to nic specjalnego. Tego dnia uczniów klasy 01 czekała jeszcze lekcja wychowania fizycznego. Tradycyjnie wielkim stadem pognali do szatni. I pojawił się nawet Czaiński. Ten drań to miał tupet. - Dzisiaj zawody piłki halowej. Drużynę macie? To zapraszam na dużą salę. Reszta niech znajdzie gdzieś pana Stróżyka i dołączy się do niego. I tak też zrobili. Elitarna grupa udała się na salę, gdzie odbywały się zawody. Niechciane śmieci i odpadki poszły na boisko, gdzie po przebiegnięciu około siedmiuset metrów połączyli się z inną klasą, pod wodzą Stróżyka. - Klasa na klasę. Tu macie piłkę i grajcie. - Ale nas jest o dwóch mniej niż ich! Stróżyk nie słuchał. Miał ważniejsze problemy: - Nie wiecie, gdzie jest ta ławka, co tu stała? I zaczęła się gra. Obydwie drużyny wystawiły swoich najbardziej niebezpiecznych zawodników na bramki. Ktoś pierwszy kopnął piłkę i maszyna ruszyła. Okrągły pocisk latał jak szalony z jednego końca boiska na drugi, raniąc po drodze wszystkich wokół. Zdawało się, że piłka żyła własnym życie, gdy już wystawiałeś nogę, żeby ją przechwycić, a ona nagle przelatywała dołem. - To jest skandal! Skandal! – wrzeszczał jeden z zawodników po nieudanym natarciu na bramkę. Piłka do gry. Mikołaj do Marka. Marek nie złapał. Poleciała do przodu. Przechwycił ją Robert. Pięciu na Roberta. Robert do Adama. Przeciwnik ją przejął. Jonasz, Jonasz, to Jonasz! Organista na bramkę. Leci, ale nie, dzięki pięknej akcji Marcina A. piłka z powrotem w rękach klasy 01. Ale nie na długo. Marcin atakowany. Podaje do Roberta. Robert strzela. Leci, leci, leci! I bramkarz przechwycił, co za piękny skok. Bramkarz nazywa się Burak – rodzice go nie lubili. Bramkarz się rozgrzewa. Położył piłkę na asfalcie. Zdjął koszulkę i szarmanckim ruchem rzucił ją na trawę. - On jest boski! – z boku jakieś dziewczyny mdlały z zachwytu. Bramkarz kopie piłkę, ale nie. Nie poleciała daleko, bo oto Mikołaj, tak Mikołaj – ten olbrzym skoczył na bramkarza z bara... Uuuu... to musiało boleć. Karetka podjeżdża po bramkarza. Zabierają wielkie cielsko Mikołaja. Biedaczek cały połamany. Ale piłka z powrotem w grze. Mikołaj po kolei eliminuje zawodników przeciwnika. Tymczasem na bramce klasy 01 stoi... kto to jest? Nie widzę, bo słońce razi, ale broni gorzej niż baba. Proszę państwa, on błaga kolegów, żeby go zmienili, ale oni nie. Zażarte psy z nich. Nie to nie. Ja będę wpuszczał bramki i koniec. Tak jest! Mocne postanowienie bramkarza! Ale co to? Dezercja? Widzę grupkę zawodników, którzy siedzą pod drzewem. Na boisku już tylko osiem osób! Mikołaj posłał właśnie kolejnego do lazarety, bramkarz wpuścił kolejna bramkę, a obrońca Adam po raz kolejny nie przechwycił piłki. Co za mecz! Ale oto widzę zmasowaną ofensywę przeciwnika. Tak jest! Nieudolne zagranie bramkarza 01 doprowadziło do przejęcia piłki przez atakujących. I teraz, proszę państwa, rzut rożny! Mikołaj na bramce! Wszyscy się od niego odsuwają. - My robimy zamieszanie, a Marian strzeli bramkę! – naradzają się przeciwnicy. Kim jest Marian? Piłka w grze! Poleciała! Co tu się dzieje! Nic nie widzę! Jest, jest! Leci, leci! W górę wysoko, szybuje w niebo i poza boisko, na dachu sali gimnastycznej! - AAAAAA!!! – krzyczy sfrustrowany zawodnik, któremu nie udał się szturm na bramkę. Tymczasem obudził się właśnie Stróżyk, który spał na ławce. - Już koniec? Wszyscy popatrzyli po sobie, ale nikt nic nie odpowiedział. - Dobra, zbiórka. A gdzie jest piłka? Na magazynie? - No w sumie na magazynie – stwierdził ktoś. - OK. – Stróżyk jeszcze ziewnął. – czołem grupy! I to tyle na dziś.
V
Leonid wracał ze szkoły pełen obaw. Wokół działo się coś strasznego. To z Klemensem. Ten znaczek, opowieści o duchach na stoku, u Klemensa w domu i w toalecie... Albo on miał już bzika... ale skąd w takim razie to znamię? Które zresztą już Leonid skądś znał. Rozdzielili się już z Klemensem. Leonid mieszkał na przedmieściu, więc miał jeszcze kawałek drogi. Mieszkał w dużym, białym domu, z czerwonym dachem i płotem z cegły dookoła. Wszedł do domu. W środku nie było nikogo. Chłopak udał się do swego pokoju i tam się przebrał. Cały czas czuł w powietrzu coś niepokojącego. Ale wiedział dokładnie, odkąd zacząć poszukiwania rozwiązania zagadki. Strych. Drugie piętro jego domu zajmował wielki strych, na którym jego rodzina od pokoleń składowała dziesiątki niepotrzebnych pierdołów. Leonid na korytarzu otworzył właz w suficie. Z otworu wypadła samorozkładająca się drabinka. Chłopak po drewnianych stopniach wszedł na górę. Natychmiast owiał go przenikliwy chłód. Było tu mroczno. Tylko na końcach dużego pomieszczenia były niewielkie okna, przez które wpadały promienie światła. W promieniach tych można było wyraźnie zobaczyć unoszący się w powietrzu kurz. Pod pochyłymi ścianami stały rzędy szaf, pełne starych ubrań, dalej było całe rumowisko: meble, sprzęty domowe,…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil marccus
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…