Nowelki-O księżniczce Raillen co wojskowym taktyki
Kolejna z czterech nowelek.Zdaję sobie sprawę z moich rozlicznych błędów ,dlatego bardzo wdzięczna będę za konstruktywne komentarze.Tym razem,rzec można -więcej typowej akcji,choć to w żadnym wypadku nie jest najistotniejsze.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
{b}O księżniczce Raillen co wojskowym taktykiem była{/b}
Rozdzialik 1 {i}"Droga juże ścieli się pod twymi stopami"{/i}
Mając dwanaście i pół lat można mieć już bardzo dużo za sobą. Wiedziała o tym księżniczka Raillen, kapłanka swego państwa i spadkobierczyni wschodnich ziem. Ale przede wszystkim wytrawny, młody geniusz taktyczny-jeden z głównych strategów wojsk królewskich. Tego dnia, o którym opowiem rosa zbierała swoje żniwo w postaci pochłanianych łapczywie promieni ,a migocząc na wszystkich trawach wokół stolicy rosnących. Z niej to wybiegła młoda dziewczyna w skórzanej zbroi która wyraźnie utrudniała jej ruchy. Gdy stanęła wreszcie z trudem przyszło jej wyrównanie oddechu. Namiot! Rozsunęły się poły. -Kto jest tu ktokolwiek z was? -Księżniczko! -odpowiedział jej jeden z wojów ,potężny o jasnych wąsach. On jedynie i jej starszy brat nie ukłonili się jej ,aż do kolan gdy się pojawiła. -Cuże?- zapytała stając przy mapie pokazującej rozplanowanie wojsk wrogich jak i własnych. -Niedobre to pani wieści są. Z południowego-zachodni kierunku ku nam ciągną duże siły wrogów ,nie główne to oddziały ,a zepchnąć chcą nas jedynie. Aby pozorować zaś wrażenie głównych i byśmy doborowe swe oddziały ku nich rzucili. Na przedzie konnica faktycznie ich doborowa pójdzie. Będzie to jednaj jednostka jedna ,dalej same gorsze. -Ile? -Konnica w sztukach pięćdziesięciu może. Wszystek dwóch tysięcy liczyć może. -Raillen kiwnęła na to głową-Ku zachodowi zasię faktyczna siła wroga uderzy by słabszawe oddziały tedy zmieść. -Pominąłeś ty jeszcze Karliedzie ,żeś to zagrożenie ku południowemu-wschodu bardziej .Prawdo- podobne tu siły słabe również ,aby w flanki nas powziąć .Zaskoczymy ich więc mile i takowy jak się spodziewają oni główne siły rzucimy swe ku oddziałom pierwym(pierwszym) a drugim.-zapadła cisza ,każdy w napięciu czekał na kolejne słowa księżniczki.- Mniejszawy i większy dywizjon stworzą jeden spójny oddział. Oddział pierwy i drugi wrogi blisko siebie są. Zaatakujemy jednakże tylko oddział drugi wrogi. Pierwy oczekując na bitwę ,nie doczekawszy się ruszy ku nam. -Wezmą nas w kleszcze!- krzyknął jeden z przerażonych przybocznych dowódców. -Niekoniecznie. Sprawnie pokonamy oddział drugi gnając już ku zajściu tyłem oddziału doborowego, trzeciego. Tu ,ku pierwemu zaś rzucimy gorzej wyszkolonych męży i rezerwy. -Rezerwami moglibyśmy takoże doborowe ich wojska w kleszcze ,jako oni nas chcieli wziąć! -Jeżeli z ludzi coś ostanie jeszcze dowódco łuczników.-odezwał się nagle książę ,bardzo poważny ,a mimo to w jego głosie przebijała nuta kpiny. -Prawda to.-spojrzała na niego siostra-Nie utwierdzam ,żeć to proste. Lecz jaka wojna jest? Oddział nasz wyborowy rozszczepi się na dywizjony ponownie przy obcych .Pierwy walczyć będzie ,zaś drugi obejdzie go tyłem ,by do oddziału wrogiego trzeciego tyłem zajść.-pauza- Sądzę ,także ,że owym sposobem najmniej nasze siły osłabimy. -Dobre to myślenie. A gdyby pani ,mały oddział zostawić przy mieście ,by przodem już potem ku wyborowym wroga uderzyć? -Dobry pomysł to je. Lecz zależy to od sił naszych. Ile? -Pięć tysięcy pani będzie.-padło z ust palatyna.- Dwy konnicy a trzy piechurów. W namiocie zapadła głucha cisza. -Czyli to niedużo. -Jakoż to poni(pani)?! -Wielki Turosie ,Dębowa Tarczo-zwróciła się do wojownika z szacunkiem- Doć tyle sił my dzierżawimy teraz, oni zaś na wstępie dzierżawią ,co nastanie jeśli więcej ku nam ich zejdzie? A tak stanie z pewnością się. -Gdoby... ziemie nasze na północy podporządkować nom ,zgoda ich dla naszej bitki przy nos ,lecz oni nie zechcą. Nie mieszać się wolą. -To właśnie! Panie- zwrócił się kolejny do księcia- Panie nasz ,mówić ty miałeś z tymi z północy ,co odszczepili(oderwali) się od nas. Raillen przed odpowiedzią na te słowa usiadła ,wolała nawet nie myśleć jak ona zabrzmi. Cios przyszedł jednak błyskawicznie ,szybciej niż się spodziewała. -Nie chcieli oni rzec nawet ze mną ,dekretem zasłaniając oblicza swe i głupkimi rzekadłami zbyć mnie próbując .-chłopak wyciągnął nogi przed siebie i oparł je na miękkim podnóżku. Wyglądał na bardzo zmęczonego. -Dekretem panie? -Twierdzą oni ,że więcej wojen nam nie trzeba ,więc nasze szyki uszczoplone pokaźne ostaną. -Mimo pomocy z zachodnich len.-skomentował ktoś. -Tak. -Czyże nie rozumieją ,żeć gdy skona stolica chulawki ich ustaną wreszcie?!- dowódca łuczników rozłożył ręce w bezradnym geście i z wyrzutem mówiąc chodził w tą i we w te. -Spokój.-wypowiedział pogardliwym głosem książę.- Dlategoż propozycja ma by zmienić niedużawo co siostra ma droga proponuje szykom naszym. Niedużawo ,lecz mniej ku dwóm wrogim oddziałom słać ,a znaczniejszą liczbę przy mieście do obrony i doborowych zostawić. Dziewczyna spojrzała na niego czujnie. -Mój książę ,mój osąd taki ,że pomysł Twój nieźli ,przeto jednak najlepszą konnicę posłać by trzeba ,by w liczbie mniejszej zdziałała to samo co w większej. A i tedy ryzykowne bardzo ,ku jednemu fartowi stawiać wszystko. A wróg widząc miasto nasze na wyciągnięcie łapsk swych ,w nową wiarę ,siłę się oblecze. -W boju łatwiej niży pod murami.-skomentował ,popierając słowa księżniczki wój któryś. -Dobre.-dziedzic tronu uśmiechnął się.-Przekonaliście mnie.-po tym geście Raillen zrobiło się lżej na duchu ,ale była tak zmęczona ,że wkrótce zasnęła w fotelu. Chciała walczyć z tą sennością ,ale sama nie wiedziała kiedy oczy się jej zamknęły. Walenie. BUM BUM ,stukot i trzask. To na zewnątrz zbierają się tysiące mężczyzn w oczekiwaniu na rozkazy z namiotu królewskiego.
* Morderstwo na granicznych polach królestwa ,śmiejące się same z siebie .Zadowalało się swoim istnieniem ,i chociaż jego częścią było życie jakoś za nim nie przepadało. Morderstwo przejawia się w wyobraźni człowieka-fantazyjne zdobienia łuków ,wymyślne kształty mieczy i ciekawe taktyki wojskowe. *
Skórzana zbroja ubrana. Na nią metal. Zimny i odpychający. I chroniący życie. Życie w mieście ustało. Ainahem Sol przypominało teraz pustynie- wcale nie było puste ,jak pusta nie jest pustynia ,ale tak jak na pustyni mieszkańcy pochowali się w dziurach -życie utajone. Dzieci, te istoty optymizmu przejęły zdenerwowanie od starszych członków rodzin i trzęsły się wewnętrznie ,choć nie wszystkie przecież zdawały sobie sprawę z tego co ma nadejść. Strach ,ale właśnie taka nasza i twoja ludzka natura. Strach jak ogromna bestia opętuje ciebie i nie jesteś już w stanie od niej uciec. Na dworze królewskim życie zamarło również. -Wierzę! Wierzę. -powtarzała zawzięcie Raillen tak samo jak piraci- bukanierzy walczący teraz jako najeźdźcy na polach i stepach granicznych królestwa. Odprawiła służącą. I powtarzała wciąż zapinając sama na sobie zbroję. Ta błysnęła powleczona niczym tabletka zaklęciem ochronnym. Biegną. Biegną rycerze ,ostatni spóźnieni do formującego się oddziału. A jest świt. Świt dopiero. Nawet ptaki uciekają ,ponieważ już wszystko zaczyna spływać krwią. Brukowaną uliczką prowadzącą do straganów nikt już nie chadza ,pusto. Gdybyś przeszedł się człowieku po rynku tego wspaniałego miasta nie znalazłbyś żywej duszy .A to dlatego ,że wszyscy mieszkańcy zgromadzeni byli w ciemnym tłumie przy głównej bramie. -Wolni wyjdziemy i dotrzemy wolni! -krzyczy księżniczka odchodząc od poddanych w stronę rycerstwa -Mężowie... !-zaczyna ,ale jeden z nich przerywa jej... -Pani! -słychać głos dowódcy doborowej armii królewskiej-Pani nasza- i widowiskowo pada na kolana aby ucałować rękę dziewczyny -Nie trzeba ci byś nom rozprawiała ,gdyż toże nasz obowiązek ,naszą miłością jest najjaśniejsza. Prowadź nasz lud dolinami ku gór (w pobliże gór) w ustronne krajany (bezpieczne miejsca),pani. -Relusie... toże prawda co rzeczesz ...-z namaszczeniem zabrała dłoń i odwróciła się tak ,że stała bokiem do ludu jak i do rycerstwa. Patrzyła na zbrojnych w zachwycie ,a o ubogich tylko przez chwilę pomyślała przelotnie. I wydała okrzyk potężny z siebie , zgromadzeni zaś wokół go pochwycili i zaczęli powtarzać ,coraz głośniej ,coraz zdecydowaniej. Był jak lawina ,której huk potęgowały stare ,a potężne mury okalające miasto. Echo przedrzeźniało wołających wielokrotnie...- ZWYCIĘŻYMY! !!-...krzycząc razem z nimi. Donośne- Haaaa!!- było kolejnym dźwiękiem z repertuaru wielu gardeł ,czymś co niewątpliwie spajało wszystkich mieszkańców ,był to również wyraz ostatecznej desperacji ,zagrzewający do walki. Niektórzy już zachrypnięci ,ich o dziwo słychać było najgłośniej. Ryczeli dosłownie ,wszyscy ,nie chcąc być gorszymi od innym ,nie wyłączając z tego plebsu. Od starej babuni o jednym zębie na przedzie dolnej szczęki ,po umorusane dzieciaki ,na dostojnikach w zbrojach i pięknie przystrojonych paniach kończąc. I wtedy, w pewnym momencie rycerze raptownie podnieśli miecze i włócznie, i zaczęli dziko potrząsać nimi w geście agresji .Popędzali konie wstrzymując je jednocześnie, w rezultacie czego zwierzęta stawały dęba. Armia właśnie zrywała się z ostatniej nitki która trzymała ją tutaj w mieście przed ruszeniem na pola ,po śmierć w czynie obrony ,po krew w czynie nienawiści. -Zwyciężymy... prawda? -wyszeptała do siebie księzniczka.
*
-Zwyciężymy ,prawda? -Toże zależne od wielu składników być może. Ale cuż to? Ma siostra po radę ku mnie przychodzi? -To nie tak! I dobrze wiesz przecie! To nie tak... -zareagowała nerwowym uśmiechem ,choć w rzeczywistości przekomarzanie się zirytowało ją nieco bardziej niż dało to po sobie poznać. Jej brat nagle zmienił temat. -Ale wiesz ...coże przyjdzie kiedy wicznego ofiarowywania siebie innym? Ogrom wrażeniai podziwu mego ,lecz i strach kędy gdy roku ponad temu twy poświecenie ujrzałem jako do kapłańskiego stanu ofiarowałaś siebie. -Prawdziwie( Naprawdę)? -Raillen... .-objął siostrę mocno.- Za kogokolwiek ku poświęcać siebie ,doć tylko tobie ; toże ty powinnaś zadbać o siebie jakowe panny inne. -Retiliurze ,panie mój. Nie pojmujesz... mnie.... I co rzec ci mam!? ...Chcę rzec “Lecz cuże uczynić mam jeśli moje serce i wola ma i me pomyślunki same rwią(rwą) się?” Cuże?! Co więc??! -Wiem ,wiem... -pogładził ją po głowie zatapiając się w myślach ,że może już więcej... że istnieje szansa ,że już nie będzie miał do tego okazji. Głos więc miał kojący ,ale nie spokojem ,lecz żalem ,z trudem hamowanym który ściskał mu gardło.--Siostro ma droga ,znam ja naturę twą wybornie .Toże jednako... słowo złóż mi ,żeć po wojnie miecza więcej razy w swą kobiecą dłoń nie schwycisz i zbroi nie przyodziejesz ,przysięgaj mi! -rzucił z silnym naciskiem i wpitym prosto w oczy spojrzeniem.-Słuchaj mnie ,jakowy ojca byś słuchała. Słyszysz mnie !? -Słyszę ciebie.-nieznacznie opuściła głowę. -Toć... -Ale planować będę mogła? -przerwała ,niby to z rozbawieniem i błyskiem w oku.-Ta sztuka toć wybornie wychodzi mi . -Dobrze.-teraz i on odparł rozweselony. -A... I jakże lud prowadzić mam?- przerwała chwilową ciszę która zaległa ,równocześnie zaglądając w jego oczy jak w studnię, gdzie na dnie spodziewała się zobaczyć to co chciał zatrzymać tylko dla siebie . -Czy wcześniejszy plan twój siostro nie wyborny? Lico twe czemu doć zgmatwane tak?- pytaniami odwrócił jej uwagę i odsunął się o krok ,zaraz też siadając na trawie. Dołączyła do niego ,wyciągając z przyjemnością nogi wśród szmaragdowych ,falujących źdźbeł porastających zbocze nieopodal miasta. Dziewczyna oparła się o brata, przytuliła kurczowo do jego ramienia, ciężko wzdychając wyrzuciła z siebie wszystkie obawy. Zwierzała się potokiem słów . I coraz mocniej ściskając rękę , na koniec wreszcie zostawiła zdanie którym mogłaby z powodzeniem streścić wszystko to co mówiła wcześniej. Doć nie wiem jak ludzi prowadzić naszych ,obawiam się. -Raillen... nie bój się i nie trwoż. Droga twa juże ścieli się pod twymi stopami. Flety słyszę i bicie dzwonów ,to nasi. -Tak .Zwołują się. Za kilka dni już ruszymy na wyprawę. Ty ruszysz... -Lecz nie zginę!- zapewnił szybko. -Dobrze. I wrócisz ku mnie.-tym razem objęła go w pasie.-Bracie mój ,dziękuję. Ale on od razu nie odpowiedział, namyślał się i dopiero po długiej chwili odezwał się nagle: -Raillen toże czemu ojciec nas pozostawił? -tak niespodziewane i bolesne pytanie mogło wywołać tylko najbardziej szczere słowa. -Nie wiem tego. - odpowiedziała ,następnie jakby się przez moment zawahała ,ale dokończyła myśl.-Lecz teraz ,jakże rzeczesz sam droga juże ścieli się pod noszywymi stopami ,i chyba trzeba nam kędy podążać ,choć to niełatwe. Panie mój ,nie mówmy my o ojcu ,z spokojnej wieży przyglądać się będzie jak niszczeje ojczyzna jego... -Mam jednak, o dzięki Bogom ciebie! Powrócę niedługim czasie z bitew ku tobie, wtedy może lepiej... dziać się będzie... ...A gdy wojsko poprowadzę... -Ja ,juże daleko będawę ,pod górami prawie. -Więc ku górom jednakże? -Tak. Gdy lać krew będziecie ku południu i zachodowi ,my miasto nasze od wschodu ku górom aż okrąślimy (okrążymy) , a potem ku wybawicielowi naszemu.
*
I właśnie ta scena sprzed dni kilku i właśnie te słowa przypomniały się księżniczce gdy rycerze kończyli wznosić bitewny okrzyk w sformowanych szeregach. Wtedy też na plac wjechał jej brat. Jego ciemne blond włosy powiewały w lekkim ,porannym wietrzyku. I niebo było prawie jednolite w swej jasno fioletowej barwie, jedynie gdzieniegdzie widniały złote smugi. Nie tracąc czasu ani sił dał on tylko znak ręką ,a cały królewski oddział siedmiuset prawie chłopa ruszył za nim. Konie się niepokoiły. Biedne zwierzęta prowadzone na rzeź ,wbrew ich woli. Lecz nasi dzielni mężowie, w odniesieniu do wierzchowców zastanawiali się wyłącznie nad tym jak dumnie wyglądają na pięknym rumaku ,w bogatej zbroi. Zastukały kopyta o bruk. Upadła róża. Biała na ten szary bruk. Wprost pod stopy Raillen. Z kwiatu przeniosła spojrzenie do góry. Braciszku... odjeżdża i nic ,nic go nie zatrzyma . Główna brama zaczęła podnosić się z skrzypieniem. A jej pozostało tylko prowadzić ludzi i mały ,wyborny sztab zaufanych żołnierzy. Ci rycerze idą z nią ,lecz co może zrobić taka mała grupa? Bardziej to dla niepoznaki niż obrony. A było zimno wciąż i gdzieniegdzie szarość poranka zalegała jeszcze. Wyczuć można było wyraźnie zapach wschodzącego dnia w powietrzu. Tak samo jak twoja poduszka pachnie snem Raillen czuła także smak brzasku. Wsłuchała się. Zdawało się jej ,że słyszy gdzieś niedaleko, żałosne dziś głosy ptaków -czyli nie odleciały jeszcze wszystkie? Najchętniej zasnęła by teraz , ponieważ jej zmęczenie brało nad nią górę. Tak jak wtedy gdy bojąc się czegoś jako mała dziewczynka ,zawsze chroniła się w swoim łożu. Tam zapominała o wszystkich problemach ,spokojna ,bezpieczna w swoich dziecięcych marzeniach. Nic ich nie zakłócało. Cała komnata wypełniona była blaskiem słonecznym i wystarczyło zerknąć przez okiennicę podczas wiatru by zobaczyć wirujące w tańcu zielone liście czy szumiący ,pobliski las. Teraz dała by wszystko by znów znaleźć się w tym łożu .Ażeby zapomnieć o problemach... Jednak tymczasem odwróciła się do zgromadzonych ludzi. Mieli posępne twarze ,jakby wyżyte z woli życia. A jej przez myśl przeleciało ... nie ,ona to sobie uświadomiła -uświadomiła sobie ciężar swojego zadania i gdyby ten ciężar był czymś materialnym to pewnie zabiłby ją na miejscu. To trudne ,ale próbowała zebrać się w sobie... Dała teraz znak ona. Wojownicy zaczęli pomagać sformować się ludziom. Wielu z nich zabrało ze sobą prawie cały swój dobytek ,licząc na lepsze życie w nowych krainach. Jakie było ich rozczarowanie kiedy rycerze będący w tym względzie bezlitośni kazali im wyrzucić wszystko prócz kilku potrzebnych do przeżycia niezbędników. -Szybciej ino! Szybciej! -poganiali ich. Ludzie naprawdę bali się. Wiele chmur skłębiło się nad ich głowami. Oj, wiele ,wiele. Atmosfera nie tyle już nerwowa ,co wręcz coś ciężkiego , skołtunionego, brunatnego ciągnęło każdemu pierś do ziemi ,nogi uginały się pod wszystkimi. Pewien chłopiec zaciekle bronił się przed owym skołtunionym i brunatnym wiercąc się i nie dając się temu złapać. Ale matka pogrążona w czarnych rozmyślaniach poczuła się doprowadzona do kresu wytrzymałości. Zareagowała ostro, dorzucając do kuksańca agresywnie wypowiedziane słowa: -Czekaj cholero doć judna. Przypędą wilkie stwory ,nogi z dupy ci pourywają ,doć obaczysz ,dopiro je.-chłopiec rozpłakał się i został wsadzony na wóz ,który tylną bramą wyjechał z miasta; jak kilka przed i kilka za nim. Pod osłoną walczących wojsk lud bowiem pierwszą grupą ,blisko tysiąca osób opuścił chyłkiem stolicę. Oczywiście jeśli w przypadku tak dużej liczby można mówić o “chyłku“. Jednak działania wojenne wprowadziły tyle zamieszania ,że nawet to “ chyłkiem” mogło się udać.
Rozdzialik 2 Oblężenie
-”Juże ścieli się ,tak? ”-pomyślała z goryczą księżniczka, ciężko oddychając po ostatnim stromym podejściu. -Doprawdy ,czemu my ino mamy z tym pospólstwem uciekać?- księżna pytała swoją przyjaciółkę-kobietę wpływową w państwie prawie tak jak ona . Szły niedaleko dziewczyny, ale nie na tyle blisko by ich poufne szepty mógł usłyszeć ktoś z orszaku. -Boć Raillen nasza nas prowadzi ,czyże osobne ku pospólstwu i nam wspaniałym ,wozy sposobić pojedyńcze (osobne) skoro wojna? -Cuż to? Doć nasi nie rozeznawali wcześniej rycerze się? By niewiastom, nam uzwolić tak cierpnietnieć, mogłabym to grzechem uznać ,faktycznie. Lecz wzgląd mam na naszą Raillen ,by pozwolić tak dziecku cierpiętnieć ,potępienia toż godne! -Lecz czy widziałaś ty ,jakowy mężczyznom dowodzi ona? Podziw ubudza mój ,lecz racja ,czemu na ramię dziecka , księżniczki naszej tyle składać? -Lecz kędy wiemy ,jaki nasz król jest: zgorzkniały, rozpustny, nieudolny starzec ,palcem swym łaskawie nie raczy ino kiwnąć .Dzieci te zostały same. Retiliur brat jej ,dzielnawy ,młodowy junach ,toże mężczyzna prawie! -Zostali rozdzieleni... -Tak ,lecz ja wierzę w wojska potężne toć grzmiąc nasze! I mężczyźni nasi tacy gładcy (piękni) na owych rumakach byli , w garściach głowniami obnażonymi potrząsając , że ochronią nas! Nasza husaria. Ludzie szykowali się do kolejnego stromego podejścia ,gdyż podobny był tutaj cały teren ,falował. Kilka wozów z dobytkiem potoczyło się jako te pierwsze ,a za nimi rozwlekły karawan ,choć raczej żałobny. Nikt się nie śmiał. Konie ciągnące drewniane konstrukcje matowymi oczyma patrzyły na rzeczywistość ,wydawały się przy tym obojętne na wszystko,- soczysta ,bujna trawa pod nimi nie obchodziła ich wcale. Co rusz odwracano głowy gdyż nawet tu ,dobiegały bitewne okrzyki a także szczęk stali. Ci ludzie ,ich zmartwienia ,kłopoty ,wojny które prowadzili tak naprawdę nie miały żadnego znaczenia. Żadnego. Cały ten świat skonstruowany został już o wiele wcześniej i radził sobie doskonale. Ludzie zaś przypominają małe ,nieszkodliwe robaczki gryzące się wzajemnie na łodyżce. Niestety, ich nieustanne potyczki wprawiają łodyżkę w drżenie ,a robaczki jak plaga przenoszą się na inne kwiaty na łące. I nie będzie też żadnym odkrywczym stwierdzeniem ,że ludzie są zachłanni . Ale w tamtych zamierzchłych czasach ziemia miała bardzo młodą i zdrową naturę, szybko więc się regenerowała. Ludzie wydali się jej nawet miłą odmianą ,gdyż robili coś zajmującego. Tak ,z wieloma plemionami można było porozmawiać ,demony ją niszczyły ,a ludzie wydawali się tacy inni ,nieokreśleni. I matka ziemia była bardzo ciekawa co z tego wyniknie. Tym nie mniej rasa ludzka była tylko jednym z milionów rodzajów istot zamieszkujących jej ciepłe łono. Toteż dziwił ją na początku fakt i niepokoił nieco ,że wszystko podporządkowywali wyłącznie pod siebie ,nic nie zachowując z pierwotnej postaci. I ponieważ ludzie byli tylko jednym elementem w układance ich refleksje nie były dla Ziemi wcale bardziej interesujące niż odczucia królików czy myśli złotych liści smaganych zimnymi wiatrami jesieni. A teraz ten pochód idąc przepuszczał przez swoje stopy ,aż do mózgu Ziemi ,do jej wnętrza swe złe emocje. Ludzie szli ciężko , na nic pozytywnego wokół nie zwracając uwagi ,mimo ,że przecież księżyc z gwiazdami i słońce świeciły tak samo jak zawsze. Tak samo jak przed ich prywatną ,ludzka tragedią. Gdyż sprawa ta była tylko ich. -Nie tylko! Nie tylko! -zawołały ptaki-My też musiałyśmy stąd uciekać. -Nie tylko wy-odezwał się wszechmocny los-Ale i wielu przed wami. Lecz ludzie przeminą. Nie zamartwiajcie się. Śpijcie bezpiecznie w mych ramionach. Czas ucieka i on was otuli. A kiedy się ponownie obudzicie ludzi już nie będzie. -Niie ,nie! Będą ,będą.... ciągle będą! -zaśpiewały ptaki i z wilgotnymi ślepkami odleciały. A ludzie tymczasem ,ci wygnańcy zbiegający z własnej stolicy zbliżali się do pierwszego noclegu. I ja będąc cząstką tego wiatru co hula wciąż po tych łąkach ,którymi oni kiedyś uciekali ,będąc tym podmuchem ,a on będąc mną jako jedność przypatrywaliśmy się im. Po co wyszli ze swoich domostw? Jak zaraza wciąż się rozprzestrzeniają ,ogarniając całą Ziemię i już trudno mi dostrzec większe połacie wolnej od ich śladów przestrzeni ,bujnej ,nie zdeptanej trawy. Jej miejsce kradną oni-ludzie ,gdzie nie spojrzę tam barwy ich bytu pochłaniają zieleń ,aby kolorami strojów i skór sprawiać wrażenie magii. Podczas gdy są zarazą. Nienawidzę ich! Zawsze mocno szarpię ich włosy ,ale oni nie poddają się i idą do przodu. I mordują nasze drzewa-które spłodziłem razem z matką Ziemią. A ja tak lubię przeczesywać moje ukochane dzieci ,po zielonych włosach palcami. Pieścić je. I te doliny i te morza i lasy i pustynie i lody i stepy i rzeki też są mi posłuszne. Nawet owe dumne góry stopniowo ulegają moim prośbom. Tylko oni nie- za kogo oni się mają? Pierw zamykają się przede mną w swoich budowlach a teraz jak zaraza rozlewają się po polach. “Uspokój się wichrze.” “Matka Ziemia!” “Zapędź konie nasze na drugim mym krańcu do dolin i ześlij na mą południową na wchodzie pustynię deszcz bo czuję ,iż wysycham w tym miejscu...” “Matko...” “... I nie przejmuj się ludźmi mój drogi. Będziemy ich bacznie obserwować i zobaczymy co wyniknie z tego.” -Tato!- wrzasnął chłopiec i zapłakany kryjąc się już w ramionach ojca zaczął mu coś opowiadać. Rodziciel też był ponury. Zatrzymano się na postój aż do brzasku. Dopiero w statyce wędrujący w pełni mogli odczuć lód nocy. Noc , wcale szczęśliwa nie była ,że musi w tym miejscu nastać akurat dla ludzi. Już nie. Po podszeptach wietrzyków i wichrów ona też poczęła dostrzegać co się święci. Istoty ludzkie zaczęły się wyłamywać z niezmiennie rządzących tu praw... nie dając nic w rekompensacie. Tymczasem z swoimi nocnymi harcami wystartowały gryzonie które powytykały łebki z nor. Mieszkańcy Ainahiem Sol bez względu na to czy był to plebs czy bogaty dworzanin rozejrzeli się z przestrachem po dolinie nad którą zapadła ciemność. Najmłodsze dzieci z matkami spały na wozach ,a te z obawą przyciskały je do siebie mocno , wciąż przed oczami mając ognie wojny i okrzyki. Jedna z kobiet ,w łachmanach ,cała się trzęsła i to nie tylko z zimna. W mieście zostawiła rodzinę ,która przymierza się dopiero do ucieczki! W podróży,a raczej ucieczce tej liczyć mogła więc tylko na siebie,mając na dodatek malutkie dziecko. Ludzie zareagowali na jej płacz nerwowo, próbując ją uciszyć ,a tylko nieliczni zadali sobie fatygę pocieszenia .Niespodziewanie z żalem kobiety zmieszały się okrzyki drapieżnych ptaków. Wszyscy usłyszeli ich nawoływanie gdy wyruszały właśnie na żer. Niektórzy mieli w tym momencie również wrażenie ,że czują swąd spalenizny. Raillen obróciła się w stronę ich domu ,jeszcze dziś rano. Tylko ,że w atramencie nocy nic nie mogła dostrzec ,a ziąb szybko zaczął wywoływać i u niej dreszcze. Schowała się więc pod grube narzuty. Spod ich ciepłej osłony wystawiła tylko oczy i koniuszek nosa na zimno ,po to aby stwierdzić ,że wokół niej jednak wciąż panuje smolista czerń ,tak ,że sylwetki przesuwających się osób kilka kroków dalej dostrzec mogła z trudem. Idealnie za to słychać było każdy dźwięk, chociażby czyjeś przekręcenie się na drugi bok połączone z westchnieniem. Ale niewielu udało się zasnąć twardym snem ,gdy rzeczywistość była tak przybijająca w swej obecności ,powodując rozpacz. Jednym z wrażeń które to wywoływało było przeświadczenie wszystkich ,ale to wszystkich, że słyszą jęki zabijanych ,zapachy i odgłosy bitwy jakby ta toczyła się godzinę ,a nie dzień marszu z tąd. Słysząc, ale nie widząc wojny potęgowało się przekonanie ludzi, że nie uciekną walczącym którzy właśnie idą w ich stronę. Zaś rejestrując sukcesywne załamywanie się wiary w plebsie i niezadowolone rozmowy w obozie szlachty, księżniczka poczuła jak ogarnia ją dziwne wycieńczenie duszy.; przeświadczenie jakby już nigdy nie miała mieć na nic siły. Kiedy się obudziła zobaczyła oślepiającą jasność ,taką jak
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil aleks(andra)
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…