Wróć do katalogu

NRD - Moje Niemcy

Opowieść o Niemczech i Niemcach.

Marianopublikowano 25 maja 202115 min czytania 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

– Das ist ein Federhalter – powiedział nasz nauczyciel niemieckiego, którego nazywaliśmy „Franek”. – Powtórz! – Das ist ain fejdehalte – powtórzyłem najlepiej, jak umiałem. – Gut – pochwalił Franek. Tak zaczynała się moja znajomość z językiem niemieckim w pomorskim liceum. Franek starał się, jak mógł. Wbijał nam do głowy te wszystkie der–die–dasy, śpiewał ładnym tenorem o Lorelei, a numery kolejnych lekcji pisał na tablicy słowami. W czasie takiego pisania w klasie musiała być idealna cisza. Któregoś dnia ciszy nie było i Franek wpadł w szał. Rzucił kredę i wyskoczył na środek klasy. – Który gadał? – zaryczał. – No, który? Gadać to macie odwagę, a przyznać się to już nie! Tfuu! To „tfuu” było tak spontaniczne, że Franek naprawdę splunął, a jego ślina wylądowała na klapie mojej kurtki. Klasa ryknęła śmiechem, a Franek wypadł z sali i nie pokazywał się przez tydzień. Pewnie niewielu ludzi ma szczęście być oplutym przez nauczyciela - ja miałem. Mimo tego niemiecki szedł mi nieźle i coś niecoś w głowie zostało. Język niemiecki powinien właściwie mi być potrzebny na co dzień, bo urodziłem się i mieszkałem w takim miejscu w Polsce, gdzie najbliższym dużym miastem był Berlin. Niestety na Odrze była wtedy „granica przyjaźni” i kontakty polsko-niemieckie na moim szczeblu nie istniały. To były ziemie nazywane przez naszych rodziców „poniemieckie”, a przez polityków „prapolskie”. Dla rodziców prapolskie było Wilno, Lwów albo Wołkowysk. Na tych prapolskich ziemiach wszystko było poniemieckie, bo mieszkaliśmy w domach pozostawionych przez Niemców i chodziliśmy do kościołów przez nich zbudowanych. Większość tych kościołów była kiedyś protestancka i niektórzy z nas nawet wątpili, czy msza w takim przechrzczonym kościele jest ważna. Księża zapewniali, że tak, chociaż nie mówili swoim owieczkom, że tereny te nadal pozostawały pod zarządem arcybiskupów niemieckich. Nasz polski biskup z Gorzowa miał tytuł sufragana, ale nikt z bożego ludu słowa tego nie rozumiał i nie pytał, komu biskup podlegał. Niektórzy nawet mówili, że sufragan to jest taki ważniejszy biskup. Sprawy te uregulował dopiero w roku 1972 papież Paweł VI. Chodziłem do poniemieckiej szkoły, przechodząc koło stacji kolejowej, gdzie spod wielokrotnie odnawianego napisu z jej polską nazwą, uparcie wyzierała jej nazwa niemiecka. Dla moich rodziców wszystko tam było „nie nasze” i należało tylko patrzeć, kiedy Niemcy nas wypędzą. Rodzice wyjechali „zza Buga”, bo po kilku latach życia pod Sowietami w czasie wojny wiedzieli już, czym ono pachnie i nie chcieli takiego życia na stałe. Nie wyjechali za chlebem, jak inni wcześniej do Ameryki - wyjechali ze strachu. Za chlebem to wyjechał w dwudziestych latach Wicek Szyszko. Przez kilka lat nie dawał znaku życia, aż któregoś dnia przyszedł od niego list… z Paragwaju. List zaczynał się typowo: „W pierwszych słowach mego listu, niech będzie pochwalony Jezus Chrystus. Jestem zdrowy, czego i Wam życzę ”. Dalej Wicek pisał, że pasie konno tysiąc krów i że trawa tam jest taka wysoka, aż chłopa na koniu przykrywa. Pisał o rzece tak szerokiej, że drugiego brzegu nie widać i o wielkich wężach połykających cielaki. List czytała cała wioska. Czytała i orzekła, że Wicek zwariował. Czy kto widział kiedy tysiąc krów? Tyle to chyba na całym świecie nie ma. Jaka trawa jest na chłopa z koniem wysoka? Jaka to może być rzeka, co jej drugiego brzegu nie widać? No i jeszcze te węże. Zwariował Wicek jak nic. Ale Wicek nie zwariował. Pracował jako gaucho. Pasł krowy na pampie gdzieś nad brzegami Parany, a anakondy kradły mu cielaki. Tam na Pomorzu rzeka była normalna, węże takie same jak za Bugiem i żyć się dało. Ludzie żyli, jak umieli. Na co dzień ciężko pracowali, w święta świętowali, a czasem... szukali poniemieckich skarbów. W naszym miasteczku był młyn. Pracował w nim pewien pan, który trafił tam jeszcze w czasie wojny jako robotnik przymusowy. We młynie pracowała wtedy młoda i bardzo samotna Niemka. Polak wpadł jej w oko. Spotykali się potajemnie, aż w końcu doszło do „zhańbienia rasy aryjskiej”. Sprawa na szczęście się nie wydała i kochankowie byli razem do końca wojny. Potem Niemka uciekła za Odrę, a Polak został i pracował nadal we młynie. Korespondowali jednak i któregoś dnia dostał od niej list z wiadomością, że gdzieś koło naszego domu zakopany jest skarb. Pani wymieniła trzy prawdopodobne miejsca: pod włoskim orzechem, pod oknem od strony sadu i przy drodze za oborą. Młynarz przyjechał do nas i opowiedział o skarbie. Mój ojciec w skarby nie wierzył, ale stryjek przekonał go i rozpoczęli poszukiwania. Pod orzechem już był dół, w którym bawiliśmy się w chowanego. Nie wiadomo, czy był to dół po bombie, czy po skarbie, więc tam już nie kopali. Od strony sadu były cztery okna, pod którymi rosły kwiaty posadzone przez mamę. Mimo jej protestów poszukiwacze skarbów przeryli ziemię pod każdym oknem, zniszczyli kwiaty, a znaleźli tylko zardzewiałą rakietnicę - i to ruską. Został jeszcze do przeszukania teren za oborą. Było go dużo i przekopywanie całości nie miało sensu. Szukali zatem miejsca, gdzie ziemia była niedawno ruszana. Było takie. Zaczęli kopać i znaleźli... zwłoki kobiety. Wtedy dali sobie spokój ze skarbami, ojciec postawił na grobie krzyż, a mama na Wszystkich Świętych zapalała pod nim świeczkę. Byli jednak tacy, co skarby znaleźli. W niedalekiej wsi ktoś rozbierał starą oborę i pomiędzy cegłami znalazł „cegłę” ze złota. Ucieszył się bardzo i postanowił spełnić swoje największe marzenie, czyli kupić samochód. Nie było to w tamtych czasach łatwe, ale nasz szczęściarz miał podwójne szczęście, bo sąsiad miał samochód i chciał go sprzedać. Wziął więc znalazca złoto do kieszeni, butelkę wódki do drugiej i poszedł handlować. Wódkę wypili, targu nie dobili, ale sprawa się rozniosła. Nazajutrz przyjechała milicja i złoto zarekwirowała. Może więc to i dobrze, że koło naszego domu skarbu nie było. Były na tamtych ziemiach i polskie ślady. Tam przecież leży Cedynia, gdzie Mieszko I dał łupnia Niemcom. Niedaleko Cedyni są Gozdowice i Siekierki, gdzie całkiem niedawno Niemcy dostali łupnia po raz drugi. Wojskowy cmentarz w Siekierkach był miejscem corocznych uroczystości z okazji i na cześć. Nas, uczniów wożono tam, żebyśmy tworzyli „radosny tłum młodzieży”. Staliśmy tam czasem zmarznięci, czasem spoceni, a czasem popijając po kryjomu tanie winko i słuchaliśmy apeli poległych, których treść znaliśmy na pamięć. Widywaliśmy przy takich okazjach ludzi znanych tylko z gazet lub telewizji: ministrów, sekretarzy partii i generałów. W roku 1966 Kościół czcił tysiąclecie chrztu Polski, a rząd tysiąclecie powstania państwa polskiego. Niby okazja była ta sama, ale obie strony robiły to po swojemu. Koło Cedyni bezimienne wzgórze ochrzczono imieniem Czcibora i wybudowano na nim pomnik ku czci średniowiecznej bitwy, a w Siekierkach urządzono paradę wojskową, jakiej dotąd nie było. Przyjechała polska kompania honorowa aż z Warszawy, radziecki pacziotnyj karauł aż z Legnicy i Ehrenkompanie braterskiej armii NRD aż z Berlina.…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych