Wróć do katalogu

Nueves (odcinek 1)

Meksyk. Młody mężczyzna budzi się na ziemi, przy drodze. Ostatnie, co pamięta, to że dostał kulkę między oczy... Pierwsza część dłuższego opowiadania.

MFitzner, opublikowano , 21 min czytania, 3,9 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Otworzyłem oczy i mrugnąłem kilka razy, rozglądając się na boki nie poruszając głową. Leżałem na plecach na ziemi a w nozdrza uderzał ostry, otępiający zapach krwi. Przewróciłem się na brzuch i na słabych rękach i chwiejnych nogach podniosłem się jakoś. Kręciło mi się we łbie niemiłosiernie, a mózg napierał od środka na czaszkę, gotów wybuchnąć. W uszach nieznośny szum a w gardle smak rzygowin. No i ten smród. Krew. W miejscu, gdzie leżałem, ziemia była nią przesiąknięta; brązowa kałuża miała może metr średnicy. Leżąc w niej, sam też się ubabrałem. Zdjąłem ukrwawioną marynarkę i odruchowo cisnąłem ją w przydrożne krzaki. Rozczesałem dłonią posklejane włosy z tyłu głowy, bardziej skonsternowany niż obrzydzony. Dłoń miałem od tego całą czerwoną i lepką; za paznokcie powłaził czarny skrzep. Uświadomiłem sobie z przerażeniem, że krew - na włosach, marynarce, i na ziemi - była moja. Niby dość oczywiste, a jednak szokujące. Trwożnie rozejrzałem się, czy przypadkiem nikogo nie ma. Nasłuchiwałem - kroków, głosów, trzasków. Odetchnąłem z ulgą - byłem sam. Las spał. Nocni łowcy już posnęli, a dzień jeszcze nie wstał. Mogła być piąta, szósta rano. Nie miałem zegarka, by to sprawdzić. Musieli mi go ukraść ludzie Mendozy. - Kurwa! - zakląłem. Sięgnąłem do tylnej kieszeni, szukając portfela. I w jednej chwili zamarłem, z ręką na pośladku. I nie zaskoczył mnie bynajmniej brak portmonetki i dokumentów. Zabrali mi je - to normalne. Sam bym trupa oskubał ze wszystkiego, co byłoby warte złamanego peso. Juan Carlos i Paco mnie tu przywieźli, obrobili i zostawili. Ale było coś jeszcze. Właśnie to sobie przypomniałem. Zatrzymaliśmy się nocą na poboczu piaszczystej drogi, wysiedliśmy - i wtedy Paco przystawił mi lufę do głowy i pociągnął za spust. Przyłożyłem rękę do czoła, macając uważnie miejsce przy miejscu. Nie wyczułem jednak nic. Czoła nie miałem aż tak dużego, a dziurę po kuli nawet po omacku raczej trudno byłoby przegapić - a mimo to nie wymacałem ani podejrzanego wgłębienia, ani nawet guza. Po strzale nie było ani śladu - choć pamiętam aż za dobrze widok lufy nad oczami, huk wystrzału i niewysłowiony ból. Teraz też głowa mi pękała, i mdliło mnie - ale pomyślałem sobie, że kac i nudności to raczej dość łagodne objawy śmierci przez strzał w głowę. Odkuśtykałem ze środka drogi i ukryłem się w zaroślach. Nie chciałem, żeby mnie ktoś tu zauważył - zbiry Mendozy, wracające by sprawdzić, czy aby na pewno zdechłem, ani ktokolwiek, kto mógłby im donieść, że jednak żyję. Pod osłoną cienia, siedząc na ziemi, powoli przyzwyczajałem się do tego, że ciągle żyję, i myślałem nad tym, jak żywym pozostać. Ból głowy mijał i już mnie tak nie mdliło. Za to dopiero teraz poczułem piekący ból ramienia. W miejscu, gdzie na prawej ręce miałem tatuaż, skóra paliła i swędziała. Podciągnąłem rękaw koszuli. Wymalowana na przedramieniu ósemka była zaczerwieniona jak świeżo po zabiegu - a tatuaż zrobiłem sobie dobre parę lat temu. Jako siedemnastolatek kazałem sobie wytatuować moją szczęśliwą liczbę. Dziewiątkę.

***

W końcu podniosłem się i ruszyłem przed siebie. Szedłem lasem, w cieniu, z dala od drogi - choć na tyle, blisko, by widzieć, gdyby coś się na niej działo; gdyby przejeżdżało jakieś auto albo pojawili się ludzie. Uciekałem. Nie bardzo wiedziałem, dokąd zmierzałem, ale zbytnio się tym nie przejmowałem. Byle dalej od Ayauicalo. Nie mogłem wrócić. Odkąd Paco wpakował mi kulę między oczy, zapewne przestałem ich interesować. Raczej nie podejrzewali, że się obudzę i pójdę sobie dalej, więc i pewnie nikt mnie nie szukał. "Dajcie znać, jak zobaczycie takiego gościa z wąsem, w jasnopopielatym sportowym garniturze, fioletowej koszuli i z wielką dziurą po kuli w głowie"... Jednak gdybym sam im podlazł pod nos, musieli by być skrajnie zaćpani albo upici, żeby mnie nie rozpoznać. Charakterystycznej krwawiącej rany postrzałowej na środku czoła, z którą mnie zostawili, co prawda nie miałem - ale wąs ten, sam garnitur ten sam, koszula ta sama, i ta sama gęba - już nie dzieciak, i jeszcze nie stary bandzior. Musiałem uciekać od miejsca, skąd przyszedłem, jak najdalej, i przestać wyglądać tak, jak wyglądam. Nowe życie musiałem rozpocząć gdzie indziej i jako ktoś inny - tak podpowiadało mi doświadczenie z poprzedniego życia. Paco i Juan Carlos wywieźli mnie spory kawałek drogi za miasto - pamiętam, że pruliśmy w środku nocy przez dobry kwadrans, jak nie więcej. Mogłem być kilkadziesiąt kilometrów od Ayauicalo. Na tyle daleko od miasta, żeby nikt mnie nie szukał. Policja oblazłaby najwyżej miasto i las w promieniu kilometra od niego, popytała, i oświadczyła rodzinie z żalem, że pomimo wszelkich starań, nie znaleziono mnie - a i to gdyby Mendoza nie szepnął komendantowi, żeby nie byli zbyt gorliwi, bo to się może źle skończyć. Uszedłem parę kilometrów. Robiło się coraz widniej, choć w lesie nadal panował błogosławiony cień, dzięki któremu pozostawałem niewidoczny. Jednak gdy pylistą drogą przejeżdżało cokolwiek, chowałem się za najbliższym drzewem i modliłem się, by się nie zatrzymywało. Na moje szczęście, eleganckie samochody, z rodzaju tych, którymi jeżdżą bogacze, albo ludzie opłacani przez bogaczy do robienia bardziej lub mniej legalnych rzeczy, mijały mnie na pełnym gazie. Nie zwalniały, nie zatrzymywały się. Nikt mnie nie szukał. Trochę ośmielony, szedłem teraz poboczem drogi, gotowy schować się, jeślibym wypatrzył zagrożenie. Jednakże nic takiego nie pojawiło się odkąd wyszedłem z cienia, a dokoła było tak cicho, że usłyszałbym cokolwiek, zanim bym jeszcze dostrzegł. Idąc przed siebie, stawałem co jakiś czas, nasłuchując. Z daleka usłyszałem wolno sunący po twardej, usianej kamieniami żółtej drodze wóz. Spłoszyłem się, słysząc głęboko dudniący silnik; cofnąłem się w cień, wychylając samą głowę. Uspokoiłem się jednak, gdy dostrzegłem mało elegancki, szeroki, zgniłozielony wóz, a na jego dachu bagaże. Nietutejsi. Turyści. W dodatku biali. Ze strony takich nic mi nie groziło. Wyszedłem na drogę i pomachałem. Wóz zwolnił i zatrzymał się. Kierowca spuścił szybę i rzucił do mnie po angielsku: - Need a ride? Wyjaśniłem mu, że ja no comprendo angielski. Na to on, po hiszpańsku, ale z okrutnym akcentem, spytał, czy mnie podwieźć gdzieś. Pokiwałem, uradowany, a facet wyciągnął rękę do tyłu ponad siedzeniem i otworzył tylne drzwi. Gdy wsiadłem, podał mi rękę. - John Fries - powiedział, z hardym uśmiechem dumnego z siebie Amerykańca. - A to pani Fries. - Luis Fuentes - przedstawiłem się, uściskając mu dłoń, choć wcale się tak nie nazywałem. Ale Emilio Rodriguez formalnie nie żył, więc nie chciałem tym ludziom sugerować, że jest inaczej, na wypadek, gdybym miał mieć z tego powodu kłopoty w przyszłości, do której zmierzałem teraz żółtą, pylistą drogą. Zamiast tego, podałem im nazwisko szkolnego kolegi, którego nie widziałem od dziesięciu lat - więc i oni go nie mogli znać. - Jedziemy do San Sebastian - zagadnął Amerykanin po dłuższej chwili milczenia, kiedy nie rozmawiali ani ze mną, ani między sobą, po angielsku. - Czy też tam zmierzasz? - Tak. Dokładnie tam. - To kawał drogi pieszo - stwierdził trochę z podziwem, a trochę ze zdziwieniem John Fries. - Tak. Traktowali mnie bez wyższości, jakiej spodziewałbym się od obcokrajowca, a szczególnie Amerykańca, ale i bez podejrzliwości i ostrożności, jaką powinni zachować w obcym kraju, a zwłaszcza wśród ludzi, którzy darzyli ich pogardą powodowaną zazdrością. Widocznie facet nie dostał nigdy w ryj od wkurzonego latynosa - ani tu, ani u siebie w Ameryce. - Jak to się stało, że znalazłeś się o takiej porze tak daleko od jakiegokolwiek miasta - spytał. - Tequila - odparłem, masując skronia. Kolejne kłamstwo, które połknął bez zastrzeżeń. Podsunąłem mu krótką myśl, a on podchwycił. Alkohol. Dla niego byłem młody, a wiadomo, że młodzież zwykle przesadza z piciem - zaś miejscowym trunkiem jest tequila. John Fries nie dziwił się już więc, że spity, skacowany gówniarz obudził się na środku pustkowia. Możliwe, że sam się tak schlał i dobrze pamięta, jak to jest, bo uśmiechnął się tylko wyrozumiale. - Dobrze, że ci się nic nie stało - rzekł. - Tak na bani zostać pośrodku pustkowia, w takim zimnie. Brr... Chyba miałem rację - przemawiało przez niego współczucie, ale i doświadczenie. - Nie mówiąc już o tym - ciągnął płynnym hiszpańskim z okropnym akcentem - że w takich miejscach jak człowieka napadną, to znikąd pomocy. Zabiją człowieka jakieś bandziory i potem nikt go nawet nie znajdzie. Nie bałeś się? Ty, taki porządny, młody chłopak. - Trochę - stwierdziłem. Rzeczywiście, było tak jak mówił. Paco i Juan Carlos wywieźli mnie za miasto i po cichu kropnęli, i nikt się tym nie zainteresował. - Ale teraz jesteś bezpieczny. Dowieziemy cię do miasta i wszystko będzie w porządku. John Fries był całkiem inteligentnym facetem. Trochę wiedział i dobrze kombinował. Ale był przy tym trochę naiwny i za bardzo ufny. To go później zgubiło. Zatłukłem go, gdy zatrzymaliśmy się, by móc się odlać. Pani Fries została w aucie, a John poszedł w krzaczki. Ja za nim. Z auta nie było nas widać, a po ciosie z pięści w bebechy facet nie mógł złapać tchu, więc i krzyknąć nie miał jak. Parę razy z pięści i kilka kopniaków zmiękczyło, a ostatecznie rozłożył go mocny cios w szyję. Wytarłem zakrwawioną rękę w jego koszulę, wróciłem do auta i udusiłem panią Fries. To nie to, że John za dużo gadał, czy że poddał mi pomysł. Wiedziałem, że zrobię to, co zrobiłem już w chwili, gdy otwierał mi drzwi. Miał rację. Cholera, miał rację - strach na takim pustkowiu się znaleźć. Właśnie w takich miejscach tylko czyhają na człowieka bandyci. Tyle tylko, że ja byłem jednym z nich. Błędem Johna było to, że tego nie zauważył. Bo nie wyglądałem na bandziora - a przynajmniej potrafiłem nie wyglądać. Rodzą się czasem tacy z zakazanymi mordami, którym dożywocie można by dać za same oczy; tacy zostają bandytami dlatego, że wręcz się tego od nich oczekuje. Jak Paco. Ale nie ja. Nie byłem lepszy od Paco - kradłem jak on, ćpałem, piłem, biłem, a John Fries i jego żona nie byli pierwszymi, których zabiłem - ale wystarczyła odpowiednia mina i mogłem być, zależnie od potrzeby, bandytą albo brzdąkającym na gitarze latynoskim kochankiem. Przywlokłem zwłoki Johna z lasu i wciągnąłem je na tylne siedzenie auta. Wyciągnąłem plik pieniędzy z jego portfela i schowałem…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych