Nueves (odcinek 2)
W poprzednim odcinku nasz bohater - bandyta i latino lover - dostał po głowie od kobiety. Bardzo, BARDZO mocno. Co dalej?
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Otworzyłem oczy i mrugnąłem kilka razy, rozglądając się na boki nie poruszając głową. Nad sobą zobaczyłem biały sufit. Po lewej stronie duże okno, po prawej nocny stolik, a na nim lampkę. Leżałem na czymś miękkim, ale obrzydliwie lepkim. Odór krwi przyprawiał mnie o mdłości. Serce tłukło mi się w piersi jak oszalałe - to zwalniało, to zrywało się nagle. Bolała mnie głowa. Cała twarz pulsowała mi jak świeżo nabity guz. Miałem wrażenie, że zaraz powypadają mi wszystkie zęby. Z trudem usiadłem na łóżku. Głowa z odrażającym plaskiem odkleiła się od poduszki - czarnej od krwi. Tak samo jak moje włosy. Wszystkie moje rzeczy walały się po podłodze - spodnie, buty, koszula, skarpetki, majtki. Ja sam siedziałem na brzegu łóżka zupełnie nagi, blady, zakrwawiony, obolały i skołowany. Jasności umysłu starczyło mi na tyle, żeby stwierdzić, że zanim się ubiorę, przydałoby się wykąpać i umyć włosy; spłukać z siebie całę tę krew. Wyszedłem na korytarz, chcąc znaleźć lazienkę. Słysząc szum prysznica, od razu zorientowałem się, że było to pomieszczenie dwa pokoje dalej. Ktoś właśnie brał prysznic. Postałem chwilę pod drzwiami. Ale nurtowało mnie, skąd ta krew, i chciałem coś do picia, a uznałem, że to nie przystoi Luca tak grzebać komuś po lodówce. Nacisnąłem więc na klamkę. Ustąpiła; drzwi nie były zamknięte. Mosiężna gałka też była ubabrana skrzepłą krwią. Moją krwią, jak sobie dopiero wówczas uświadomiłem. Tą samą, co na poduszcze i na mojej potylicy. Gdy wszedłem do łazienki, dziewczyna nie krzyknęła z przerażenia, jak to zwykle robią kobiety zastane nago. Nie próbowała się też zasłonić. Po co, zresztą, skoro już ją widziałem nago? Stała i gapiła się na mnie tępo okrągłymi, wybałuszonymi oczami, z otwartymi ustami. Wodziła osłupiałym wzrokiem po mojej twarzy. - Jak masz na imię? - spytałem. - C-co? - pisnęła, stojąc jak wryta; naga i mokra pod prysznicem. - Chciałem wiedzieć, jak masz na imię. - Claudia... - odparła mi cicho, niepewnie. - Cześć! Miło było cię poznać - rzekłem, po czym podszedłem bliżej i wymierzyłem Claudii solidnego prawego sierpowego. Zatoczyła się i z całej siły uderzyła głową o białą ścianę, rozcinając sobie czoło. Odbiła się od niej i pośliznęła, tracąc równowagę. Upadając, wyrżnęła głową o kant kabiny prysznica. Patrzyłem, jak jej krew zalewa kafelkową podłogę. Cofnąłem się i stanąłem w drzwiach łazienki. Tam czekałem, aż się wykrwawi. Bacznie obserwowałem nagie, opalone, ociekające wodą, krwią i żądzą ciało, wypatrując niepożądanych przejawów przytomności. Odczekałem dziesięć minut. Uspokoiłem się, gdy po tym czasie nie poruszyła się. Nie dotykałem jej, nie sprawdzałem pulsu. Wlazłem pod prysznić, uważając, by się o nią nie potknąć ani nie pośliznąć, i obracałem się pod gorącym strumieniem, by dokładnie spłukać z siebie zaschniętą krew. Wtedy właśnie odezwał się znajomy, palący ból na prawym ramieniu. Odruchowo chwyciłem się za piekące miejsce. Tatuaż - przypomniałem sobie. Zdjąłem rękę i ujrzałem zaogniony - tak samo jak wczoraj - nieco rozmazany rysunek na skórze. Siódemkę.
***
Umyłem włosy jej damskim szamponem. Sądząc po jej pięknych, lśniących włosach, był naprawdę dobry. Ładnie pachniał; i dokładnie zmywał zaschniętą krew. Wytarłem się, ubrałem, przeczesałem włosy. Umyłem zęby jej szczoteczką. Tylko jej perfum nie użyłem. Zauważyłem, że kieszenie miałem puste. Dziwka uwiodła mnie, zaciągnęła do domu i utłukła, i jeszcze zakosiła mi drobne. To jędza pieprzona! Rozglądałem się po pokoju, myśląc, gdzie by mogła je schować. Była mało pomysłowa. Plik moich pesos znalazłem wetknięty do portfela na dnie białej damskiej torebki. Wyciągnąłem swoje i jej pieniądze i schowałem sobie do kieszeni. Sprawdziłem godzinę. Dochodziła szósta rano. Wyszedłem, zamykając drzwi na klucz. Schowałem go sobie do kieszeni. Najciszej jak umiałem zszedłem po schodach w dół i wyszedłem na ulicę. Było już jasno, ale chłodno; cicho i pusto. Nowy dzień dopiero się zaczynał. Za sobą miałem swoją pierwszą noc w San Sebastian. Ciężką bo ciężką, ale nie straciłem przynajmniej ani grosza. Ba, wyszedłem bogatszy niż przyszedłem. Ale to był przypadek, fuks, i raczej nie zamierzałem dalej zarabiać w tak skomplikowany sposób. Chociaż i tak nigdy nic nie wiadomo. Jak człowieka przyciśnie nędza, to zapomina o danych sobie obietnicach. Da się obić, zęby sobie powybijać za parę pesos. Masując szczękę, postanowiłem, że jeszcze tego dnia znajdę sobie jakąś sensowną robotę, i nocleg. Obszedłem miasto wzdłuż i wszerz, rozglądając się za czymś; jakimś miejscem, gdzie mógłbym się zahaczyć. Wypatrywałem w oknach sklepowych ogłoszeń, że potrzebują kogoś do czegoś. Nic nie znalazłem. Chciałem pomagać przy skrzynkach; rozładowywać, ładować na pakę. Pytałem w knajpach, czy by nie potrzebowali kogoś do zbierania i roznoszenia zamówień, albo mycia naczyń; do kuchni się nie pchałem. Czasami uprzejmie mi odmawiali, czasem patrzyli tylko z pogardą, tak, że z trudem przymałem pięści przy sobie. Na magazynach też mieli wystarczająco dużo rąk do pracy; poza tym, nie płacili zbyt dobrze. Błąkałem się tak po San Sebastian, wchodziłem i pytałem wszędzie, gdzie mogliby przyjąć człowieka do pracy tak prosto z ulicy, bez przygotowania i bez pytań, i kasa prosto do ręki. Nie znalazłem nic. Późnym popołudniem spasowałem. Na obolałych nogach dowlokłem się pod najbliższą knajpę, i zamówiłem - tak jak wczoraj - burito na ostro i oranżadę. I właśnie wtedy, zajadając fasolę z wypalającym gardło do sucha sosem, uświadomiłem sobie coś. Złaziłem szukając pracy, której nie chciałem. Usługiwanie przy stole, zmywanie naczyń, czy noszenie pudeł to nie były zajęcia dla mnie. Najzwyczajniej w świecie nie nadawałem się do uczciwej pracy; do całodniowego tyrania w pocie czoła tylko po to, żeby zarobić jedynie za burito i oranżadę, i poduszkę pod głowę. Ja od szczeniaka kombinowałem na lewo. Kradłem, broiłem. Naturalną koleją rzeczy wkręciłem się w odpowiednie towarzystwo, i potem kradłem i cwaniakowałem jeszcze bardziej, i większe pieniądze z tego były. Całą naszą bandę wzięła pod opiekuńcze skrzydła lokalna mafia - bo dobrzy byliśmy, takie chłopaki z potencjałem, i chcieli mieć nas dla siebie, nie przeciwko sobie. Wtedy zrobiło się ostro. Z pistoletem wcześniej nie latałem, a nóż co najwyżej jako straszak wyciągałem, i to zwykle działało. Ale można się było przyzwyczaić. Początek jest trudny, ale potem jakoś leci - i jedyne, na co trzeba uważać, to żeby się zbytnio nie rozpędzić. Biada temu, kto pomyśli, że można pogrywać z bossem. Podkradać mu kasę, prochy, i dorabiać na boku jeszcze większe kokosy. On się i tak dowie - prędzej czy później. Pociąga za wszystkie sznurki, z policją włącznie - więc jak zechce, to ukatrupi dowolnego cwaniaczka nawet w areszcie, i nikt nic nie widział, nikt nic nie wie. Albo wywiozą takiego za miasto, strzelą w łeb, zostawią - i nikt się tym jakoś nie zainteresuje. Norma. I mimo, że się na tej robocie sparzyłem, to tylko to umiałem - kombinować na lewo. Nauczyłem się, na własnych błędach, czego robić nie wolno - więc czas najwyższy zarobić trochę grosza na czymś, na czym się znam. Czymś nielegalnym i karalnym. A takiej pracy nie szuka się w dzień. Ta robota znajdzie człowieka sama, ciemną nocą.
***
Z głośników grzmiała jakaś popowa sieczka z domieszką prawdziwej muzyki. Stałem przy barze, oparty plecami o kontuar, tyłem do barmana, od niechcenia sącząc pomarańczowego drinka. Tego wieczora ani razu nie byłem na parkiecie. Czasami leciało coś w sam raz do pokręcenia się, ale trzymałem posterunek przy barze. Nie byłem tu dla zabawy. Nawet jak podeszła jakaś cizia, mniej lub bardziej uprzejmie spławiałem ją - po wczorajszym miałem lekką awersję do kobiet. Poza tym, nie przyszedłem na podryw - choć, fakt faktem, zamierzałem zawrzeć parę nowych znajomości. Chodziło mi jednak o kontakty. Wtyki. Poznać kogoś przydatnego, kto by mi załatwił robotę, do jakiej się nadawałem. Dlatego stałem tam, popijałem i starałem się wyglądać na godnego zaufania cwaniaka. Gdy podszedł do mnie jakiś gówniarz - na oko z siedemnaście lat - z cwaniackim uśmiechem, wiedziałem, że to mój dobry dzień. - O, nowa twarz, jak widzę - zagadnął tonem, jakby od razu zwietrzył dobrą okazję. Poczekałem, aż siądzie na stołku przy barze koło mnie. Oczywiście, też wyczułem okazję, ale nie chciałem pokazać zbytniego entuzjazmu. Towar, który sam rzuca się klientowi w objęcia od razu staje się mniej atrakcyjny. Odczekałem więc w milczeniu i pozwoliłem mu ciągnąć dalej. - Przejazdem? - spytał. Skinąłem głową, nie patrząc niego. Patrzyłem spod przymrużonych oczu na roztańczony tłum na parkiecie. Leciało nowoczesne disco. Zupełnie nie moja rzecz. - Jest robota - ciągnął dalej - i wydajesz mi się idealnym gościem do tego. Dobry bajer. W samej dyskotece znalazłby jeszcze z dwudziestu łebków doskonale się nadających. Gdybym go spławił, podszedłby do gostka dwa metry ode mnie i wcisnął mu ten sam kit. Ale nie zamierzałem go puszczać. Byłem ciekaw, co tam dla mnie ma - a nie wyglądał na akwizytora niczego legalnego. Podobnie jak ja, też pewnie nie zmywał nigdy naczyń w knajpie. Był taki jak ja parę lat temu. Mały, ale cwany i ważny. I on też nie przyszedł tu pić, bawić się ani podrywać. Pracował. Właśnie późną nocą, w ciemnej dyskotece, takie cwaniaczki robią najlepsze interesy. - Co za robota? - spytałem w końcu, cały czas udając, że jestem co najwyżej lekko zaciekawiony. Nie odpowiedział od razu. Spojrzał na mnie wymownie - mogło chodzić tylko o jedno. Uniosłem brwi, niejako pytając na potwierdzenie. Pokiwał mi znacząco. Prochy - a jakże by inaczej. Kroiło się coś dużego, bo przecież nie szukaliby dilera. Dilerką mógł się zająć ktoś taki jak on - byle gówniarz z cwaniacką miną. Pewnie potrzebowali kogoś dorosłego do czegoś poważniejszego. - Robimy przerzut towaru przez ocean. Skinąłem tylko, więc kontynuował. Bacznie mi się przyglądając, jak kupiec towarowi, tłumaczył: - Mamy kupców na naszą kokę w Los Angeles. Tylko musi nam to ktoś przewieźć. - I to mam być ja, tak? - No proszę, jaki pojętny! Dobrze trafiłem. - Nie chrzań - mruknąłem. - Mów dalej. - Numer polega na tym, że nie chowamy tego w bagażu ani nie przylepiamy do ciała. Dlatego nie mogłem z tym podejść do byle kogo. Wiesz, jak by to było można schować byle gdzie, to bym dał sprawę tamtej lasce. Ale tu potrzebujemy jakiegoś mocnego gostka, ale żeby nie waliło po mordzie, że to bandzior. I ty mi na takiego wyglądasz. Niby tu tego taki tam zwykły chłopak, ale swój pozna swego. Uniosłem brwi. Niezły był. No i ciekawiło mnie, co dalej. - No to jak towar mam przewieźć? Nosem wciągnąć i na miejscu wykichać? - Dobre, dobre! - zaśmiał się cicho. - Tu będziesz wiózł - odparł, dźgając mnie palcem w brzuch, tuż pod żebrami. Wytrzeszczyłem na niego oczy. Zauważył to, więc szybko zaczął mnie uspokajać. - Luzik! Będzie sto maluchnych, plastikowych kapsułek. Połkniesz i nawet nie zauważysz. W walizce albo na tobie pies by wywąchał w sekundę. A tego nie chcemy. W żołądku nijak ci tego nie znajdą, nawet jakbyś policjantowi w twarz beknął. Pomyśl - pięć tysiaków za całość. Dolarów, znaczy się. Po pięćdziesiąt za każdą kapsułkę. Wchodzisz w to? W tej chwili nie byłoby raczej mądre się wycofywać. Gość wyłożył mi czarno na białym lewy interes, i chociaż nadal nie wiedziałem, kto, co i gdzie, i towaru na oczy nie widziałem - gotów mi kosą po bebechach dać, żebym się przypadkiem gdzieś nie chlapnął. - Może być. - Paszport masz? - No i tu jest mały problem. Dokumenty mi skroili. - O w mordę - skwasił się chłopak. - Pedro! - krzyknął w stronę tłumu. Spośród tańczących wytoczył się jakiś dryblas z lekkim wąsem. - Co tam? - spytał. - Postaraj się, żeby tamten kolo, ten kurdupel, wyskoczył z papierów, ok? - Obmacać mu kieszenie czy wyprowadzić na dwór i tam z chłopakami zataić gościa? - A rób jak chcesz! Chcę mieć papiery dla tego pana - rzekł, wskazując ruchem głowy na…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil MFitzner
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…