Wróć do katalogu

Nueves (odcinek 3)

Nasz bohater wyrusza wraz z Pablo, Guillermo i Pedro do Puerto Vallarta...

MFitzner, opublikowano , 30 min czytania, 4,7 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Niezależnie od tego, o której się człowiek kładzie spać, jeśli jest taka możliwość - należy się porządnie wyspać. Dlatego zwlekliśmy się z łóżek dopiero po dziesiątej. Nie spieszyło nam się. Mieliśmy dwa tygodnie. Spokojnie zjedliśmy skromne śniadanie - resztki bolillos. Odczekaliśmy jakieś dziesięć minut na Pedro, który Bóg wie co wyprawiał w toalecie - a bałem się pytać - i wyszliśmy. - Ja prowadzę - zastrzegłem od razu. Nie miałem zamiaru wsiadać do samochodu, jeśli prowadzić miał ten psychopata, ćpun i erotoman. On by nas na drugim zakręcie zabił - a mieliśmy jechać do Puerto Vallarta. - Spierdalaj! - burkął Pedro. - To mój samochód i ja prowadzę. - Ty dupołapie, Zaraz ci normalnie jebnę, i to tak, że będziesz zębow szukał po całym mieście! Człowieka zabiłeś i myślisz, że co? Wsiądziemy i też damy się zabić? - Cśśśś! - Pablo rąbnął mnie z pięści w bark. Gdy spojrzałem na niego, zdziwiony, wkurzony i gotowy oddać, ochrzanił mnie. - Głośniej już nie można? Może od razu go zaprowadź na policję, albo nas wszystkich. - Moja wina - przyznałem. - Ale daj spokój, ten debil nie może prowadzić - skrzywiłem się, wskazując palcem na Pedra. Pablo skinął ledwo zauważalnie. - Pedro, mój przyjacielu - powiedział, klepiąc go po ramieniu. Chyba odkrył sposób, jak debila przekonać, bo uśmiechnął się do niego szeroko. - Jak dojedziemy do Puerto Vallarta, kupię ci Playboya. Ten popatrzał na niego podejrzliwie, kalkulując. Nie wydawał się usatysfakcjonowany. - Hm... - mruknął do siebie. - Dwa. - Niech będą dwa. - I to w pierwszym kiosku, jaki zobaczę. - Niech będzie... - Pablo powoli tracił cierpliwość. - Możemy już jechać? Pedro jeszcze przez chwilę myślał. - Ok... - stwierdził w końcu. Bez słowa minął mnie i wsiadł do tyłu, na miejsce za mną. Siadłem za kierownicą i sięgnąłem do stacyjki. Nie było w niej kluczyków, więc - wiedząc doskonale, że może je mieć tylko Pedro - wyciągnąłem rękę do tyłu, nad ramieniem. Dał mi je dopiero po dłuższej chwili - pewno szukał ich po kieszeniach, albo gapił się jak debil na moją dłoń zanim domyślił się, o co mi chodzi. Krótko po jedenastej wyjechaliśmy z San Sebastian i ruszyliśmy na zachód, do Puerto Vallarta. Pablo siedział obok mnie, z mapą rozłożoną na kolanach. Nie znałem drogi, więc musiałem polegać na jego umiejętności odczytywania mapy, i pamięci - bo nie pierwszy raz tam jechał. Wiedział też lepiej niż ja, że wariat Pedro - znowu naćpany - nie powinien prowadzić. Nieomal pozabijał nas w mieście - w miarę płaskim terenie, z zakrętami pod kątem prostym. Teraz zaś toczyliśmy się w dół po wąskiej, stromej, żwirowej drodze. Żadnej brawury, żadnego palenia opon. Drugi bieg, noga kurczowo na hamulcu - w razie czego - i ostrożne zakręty. Droga zajęła nam sporo czasu; wlekliśmy się niemiłosiernie - ale, jak już mówiłem, mieliśmy jeszcze dwa tygodnie, a przed sobą ścieżkę zdrowia dla samobójców.

***

Grubo po południu wjechaliśmy do Puerto Vallarta od wschodniej strony. - Playboy! Wszyscy aż podskoczyliśmy na ten nagły okrzyk Pedra - słyszalny na całą ulicę. Wszyscy trzej odwróciliśmy się i spojrzeliśmy na niego z piorunami w oczach. - No co? Mieliśmy się zatrzymać przy pierwszym kiosku i kupić Playboya - marudził ćpun. Jak na naćpanego zachował godną podziwu jasność umysłu w tej jednej sprawie. Zapomniał tylko, że miały być dwa Playboye. - Idź, bo nas zamęczy - szturchnąłem Pablo. - Gotów jeszcze gorszej siary narobić. Zatrzymałem auto prawie pod kioskiem. Gnojek niechętnie wygramolił się z auta i, rozglądając się na boki, czy aby nikt nie patrzy, podszedł do okienka i konspiracyjnym szeptem poprosił o Playboya. Położył na ladzie plik pesos, wziął gazetę i odebrał resztę. Wrócił do samochodu i przez otwartą szybę tylnych drzwi po prostu rzucił ją Pedro w twarz. - Masz - burknął, po czym obszedł samochód z tyłu i wsiadł. Ćpun, zupełnie niezrażony, otworzył gazetę i zajął się oglądaniem.

***

- Słuchaj, jak już tu jesteśmy, trzeba się zająć twoimi papierami - stwierdził Pablo. Byliśmy sami. Czekaliśmy w aucie przed supermarketem Gigante, gdzie Pedro i Guillermo zaopatrywali się w najpotrzebniejsze rzeczy: alkohol i jedzenie. - No bo mamy tu dowodzik legalnie istniejącego gostka, ale tu cały czas jest jego morda, a nie... - zaczął tłumaczyć i przerwał. Wybałuszył na mnie oczy. Spoglądał to na dowód - plastikowy prostokąt - to na mnie. - Ja pieprzę, on jest podobny do ciebie jak półdupek do półdupka! - Pokaż! - Wyrwałem mu dowód Ronalda Ruiz i przyjrzałem mu się krytycznie. Był podobny do mnie, jak diabli. Fryzura inna, i gęsty wąs - ale rysy i oczy prawie jak moje. Co prawda zdjęcie było małe, niezbyt wyraźne - więc nie mogłem dokładnie ocenić, czy naprawdę jesteśmy identyczni. Liczyła się jednak tylko fotka - jeśli z niej wynikało, że Ronaldo Ruiz i ja to jedna i ta sama osoba, to znaczy, że jestem Ronaldo Ruiz. A wyglądaliśmy podobnie, cholernie podobnie - tylko on może bardziej gapowato. - To nam baaardzo ułatwia sprawę - wyszczerzył się Pablo. - Masz dowodzik, który wygląda w pełni legalnie. A że nie jest, to nieważne. Liczą się pozory. Schowałem go sobie do kieszeni, zadowolony z tego, jak gładko wszystko się toczyło. - Teraz tylko musimy ci szybko pstryknąć parę fotek, żeby paszport ci wyrobić. - Ooo nie, nie zaciągniecie mnie nawet we trzech do biura paszportowego. Zaczną się przyglądać, szukać, i jeszcze się dowiedzą, że tamtemu zapieprzyliście papiery, i capną mnie, jak przyjdę po odbiór. - Nikt cię nie będzie ciągnął do konsulatu. Niby jak chcesz mieć legalnie paszport, jak nie masz aktu urodzenia? - Możnaby... sfałszować akt urodzenia? Da się chyba załatwić, nie? - I co jeszcze? Może świadectwo komunii? - prychnął Pablo. - Tu się wszystko da załatwić, tylko chodzi o kasę. Dowodzik już masz, więc to już jest jakiś plus. Teraz tylko pójść, gdzie trzeba, sypnąć groszem, i za kilka dni będziesz miał piękny, nowy i wyglądający jak autentyczny paszport. W biurze paszportowym mógłbyś dwa tygodnie czekać, a niestety tyle czasu nie mamy. - No to nie ma co tracić czasu - stwierdziłem, klepiąc kierownicę. - Gdzie tamte głąby? Co tak długo? Jak na zawołanie, Pedro i Guillermo wytoczyli się ze sklepu przez rozsuwane drzwi, pobrzękując wypchanymi siatkami. Szczerze wątpiłem w to, że mieli tam coś oprócz butelek.

***

U fotografa byłem sam. Starałem się przy tym zachowywać jak Ronaldo Ruiz. Zwłaszcza do zdjęcia przybrałem ten gapowaty wyraz twarzy, który pamiętałem z fotki na dowodzie, i który przećwiczyłem parę razy, zanim wysiadłem z auta i wszedłem do sklepu. Po chwili zdjęcia były gotowe. Zapłaciłem za nie, i na miejscu obejrzałem. Były doskonałe. To znaczy - zasadniczo fatalne: wyszedłem ciapowato, źle i niepodobnie. Ale o to chodziło. Zadowolony, wróciłem do samochodu. - Musimy wjechać do jakiegoś odzieżowego - stwierdziłem. Dopiero teraz dotarło do mnie, że od kilku dni łażę w tej samej bieliźnie. Koszulę i dżinsy mam nowe, ale nie pomyślałem dotąd o tym, żeby się zaopatrzyć w coś więcej. Zatrzymałem się przy pierwszym lepszym odzieżowym. Chwyciłem na oślep całą garść skarpetek i pełen komplet bokserek. Krążac po sklepie z koszykiem, zauważyłem też ładną, czerwoną bluzkę na krótki rękawek. Zapłaciłem z własnych pieniędzy i, w końcu solidnie zaopatrzony, opuściłem sklep. - Gdzie teraz? - Odstawimy cię do hotelu. Masz już zarezerwowany pokój w La Jolla de Mismayola, na nazwisko Ronaldo Ruiz. - Szybcy jesteście - stwierdziłem z podziwem. - Musimy. Interesy to interesy i nie ma opieprzania się. - Jak jechać? - spytałem, odpalając silnik. - Skręć w lewo przy końcu tamtej ulicy. Ze śródmieścia wjechaliśmy do dzielnicy hotelowej od północy. Mijaliśmy hotel za hotelem. Spoglądałem to na ich nazwy - częśc po naszemu, część po angielsku - to na Pablo, wyczekując, kiedy każe zatrzymać. On tylko patrzył przed siebie, i od czasu do czasu powtórzył: - Jedź. Z północnej dzielnicy hotelowej wjechaliśmy do południowej. Jechałem spokojnie, wyczekując na komendę: "Stop. To tutaj." Tak minąłem południową dzielnicę hotelową i wyjechałem na autostradę. Wyjeżdżaliśmy poza miasto. Spojrzałem na Pablo z desperacją w oczach. - Wjeżdżamy właśnie do Mismaloya - rzekł spokojnie. - Strasznie niecierpliwy jesteś. Nic nie odpowiedziałem. Jechałem bez słowa, wypatrując nazw hoteli, mając nadzieję, że ten, na który patrzę, to ten, gdzie mam się zatrzymać - La Jolla. Nie Camino Real. Nie Costa Vida. Nie Sun Resorts. Mijając Presidente Intercontinental, zacząłem niecierpliwie bębnić palcami o kierownicę i rzuciłem szybkie spojrzenie na Pablo. Nic, tylko ten sam cwaniacki uśmiech. - No, masz - powiedział, nie spoglądając na mnie. Domyśliłem się, że La Jolla jest następna. Gdy dojrzałem nad palmami, skryte za zielonym wzniesieniem, dwa bliżniaczo podobne białe budynki, spytałem: - Który to? - Oba. W chwilę potem zajechaliśmy pod hotel. Zaparkowałem w wolnym miejscu na parkingu pod palmami i zgasiłem silnik. Wysiadłem z wozu, a za mną Pablo; Pedro i Guillermo zostali w środku. Erotoman wciąż kartkował Playboya. - Teraz gdzie? - Do recepcji. Idziesz się zameldować. I weź swój... bagaż. Wziąłem siatkę z rzeczami - plastikową reklamówkę z czerwonym logo Gigante - i razem poszliśmy do niskiego budynku recepcji. Recepcjonistka, średnio ładna ale miła kobieta pod trzydziestkę, z burzą kręconych włosów, szybko i sprawnie wklepała mnie do komputera. Oddała mi dokumenty i podała kartę magnetyczną do pokoju. - Na trzecim piętrze, drugie drzwi po lewej od wyjścia - wyjaśniła, po czym dodała: - Niech pan sobie zrobi nowe zdjęcie do dowodu. Ledwo widać, że to pan. Skinąłem jej nerwowo i odszedłem na bok. Pablo czekał na mnie nieopodal. - No, to tu cię zostawiam - rzekł. - Daj mi dowód. Podałem mu plastikowy prostokąt, ukryty w dłoni. - Oddam ci go razem z paszportem, jutro albo pojutrze - ciągnął dalej. - Aha, no i kluczyki poproszę. - Co? - spytałem, nie tyle zdziwiony, co oburzony. - Mam na tym zadupiu, dziesięć kilometrów od miasta, zostać bez auta? - A niby co? My z tego zadupia mamy zaiwaniać do miasta na nogach? - prychnął. Oddałem mu niechętnie kluczyki. - I co teraz? - Masz tu komórkę - rzekł, podając mi małą Nokię. - Będziemy w kontakcie. Nie dzwoń do mnie. Jeśli coś będę chciał albo coś dla ciebie miał, zadzwonię sam. Schowałem telefon do kieszeni. - A teraz spadam. Do zobaczenia jutro albo pojutrze - rzekł, po czym klepnął mnie w ramię. - Przyjadę, jak będzie paszport. - TY przyjedziesz? Przecież ty... Ile ty masz lat? Masz prawo jazdy? - Mam prawko, oczywiście. Ale nie lubię się przemęczać, a zresztą samochód jest Pedra - odparł z uśmiechem. - A lat mam dwadzieścia jeden. Spojrzałem na niego z tak zdziwioną miną, że na pewno wyglądało to głupio. - Grunt to nie wyglądać na tego, kim się jest - zaśmiał mi się w twarz. Odwrócił się i odszedł, z rękami w kieszeniach. Patrzyłem, jak znika w drzwiach hotelu, po czym sam udałem się do windy, którą wjechałem na trzecie piętro. Tam bez problemu znalazłem mój pokój. Przesunąłem kartą w czytniku i drzwi pokoju otwarły się przede mną gładko. Wszedłem i rzuciłem siatkę na pierwszy fotel z brzegu. Przez chwilę stałem i rozgłądałem się po pomieszczeniu, które miało być moim domem przez najbliższe dwa tygodnie; w którym byłem praktycznie uwięziony, bo nie miałem auta, żeby pojechać do miasta, gdybym chciał. Wkurzałem się o to, i miałem ochotę solidnie opieprzyć Pablo, że mnie tak zostawił. Ale pokój był... ładny. Białe, czyste ściany. Morelowe zasłony. Marmurowa podłoga. No i wszelkie wygody. Kanapa, kilka stolików i pufów. Biurko, a na nim telewizor - gdybym się nudził. Wyszedłem na taras i przyciągnąłem jedno krzesło pod balustradę. Usiadłem i opierając na barierce, spoglądałem na roztaczający się przede mną i pode mną widok - na basen, palmy, a w oddali morze. Było nieźle, naprawdę nieźle.

***

Następnego dnia rano obudził mnie jakiś uporczywy trel. Przez kilka chwil opierałem się, udawałem, że nie słyszę, chciałem spać dalej - jednak wtedy uświadomiłem sobie, że to komórka. Zwlokłem się - a zasadniczo zleciałem - z łóżka i po omacku znalazłem biurko, a na nim wyjący telefon. - Halo? - wymruczałem do słuchawki. - Będę za pół godziny. Bądź na miejscu - rzucił krótko Pablo. W tle słychać było hałasy miasta. - I nie jedz nic - dodał ostrym tonem, po czym rozłączył się. Była jedenasta, a mimo to nie miałem najmniejszej ochoty wstawać. Ledwo patrzyłem na oczy, ciężko myślałem i ziewałem raz za razem. Usiadłem na łóżku, mocując się z samym sobą, by się znowu nie położyć. - Uaachhh! Jeszcze chwila, i naprawdę bym zasnął. Nasunąłbym kołdrę po sam czubek głowy i spał do wieczora. Olałbym Pablo i robotę. Od kilku dni się porządnie nie wyspałem, a miękkie hotelowe łóżko kusiło, by nadrobić straty. Poderwałem się jednak, i powlokłem się pod prysznic. Dopiero pod lodowatym strumieniem, który puściłem na siebie celowo, zacząłem dochodzić do siebie. Zakręciłem wodę dopiero gdy zimna woda zaczęła mi sprawiać ból, wykręcać kości. Zesztywniały, obolały i zziębnięty - ale rześki - wygramoliłem się z kabiny prysznica i wytarłem. Wciągnąłem jeansy i czerwoną koszulę, gdy rozległo się krótkie, szybkie pukanie do drzwi. Bez czekania na odpowiedź, Pablo wparował do środka. - Cześć! - Nie przeszło ci przez myśl, że mogę być goły? - burknąłem mu w odpowiedzi. Zadumał się przez chwilę, po czym stwierdził, niewzruszony: - Nie, raczej nie. - To następnym razem pomyśl. - Drzwi się zamyka, jak się nie chce, żeby ktoś wchodził - wzruszył ramionami. - Jak się chce wejść, to się puka! A potem czeka się na komendę! - Marudny jesteś, koleś - skrzywił się Pablo. Rozsiadł się wygodnie na kanapie. - Śniadanie ci przyniosłem, miągwo! - zmienił wątek. Uniósł i zaszeleścił trzymaną w dłoni reklamówką. - Co tam masz? W odpowiedzi sięgnął wgłąb siatki i wyciągnął z niej powoli długi łańcuszek... parówek. Wytrzeszczyłem na niego oczy w bezgranicznym zdumieniu. - Co ty mi tu, kurwa, serdle przyniosłeś?! - wybuchłem. Pobudkę o nieistniejących godzinach zniosłem, wchodzenie bez pytania jakoś odpuściłem, ale te parówy wkurzyły mnie nieziemsko. - To dlatego miałem nic nie jeść? Spierdalaj mi z tym i przynieś coś normalnego. - Chcesz tę robotę? - syknął, podnosząc na mnie palec. - To żryj! Zdębiałem. To się robiło naprawdę popieprzone! Przyniósł mi na śniadanie parówy, zamiast czegoś zwykłego, i teraz jeszcze od tego uzależniał nasze interesy. Gotów mi wmówić, że wpieprzanie serdelków jest dla tej roboty kluczowe. - Jak ty chcesz podołać robocie, jak ciebie takie paróweczki to za dużo? - rozłożył ręce dramatycznie. - Ale przecież ja mam tylko połknąć parę kapsułek wielkości dropsów - sprzeciwiłem się, i wtedy dopiero do mnie dotarło, jak się myliłem. - Te kapsułki... Czemu mi się wydaje, że one nie są wcale malutkie i takie łatwe do…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych