Wróć do katalogu

Nueves (odcinek 4)

W poprzednim odcinku nasz bohater połknął 53 kapsułki koki. Wszystko byłoby dobrze, gdyby Pablo nie klepnął go w napchany delikatnym towarem brzuch...

MFitzner, opublikowano , 28 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Ocknąłem się w środku nocy, w kałuży piany, krwi i rzygowin. Przez chwilę nic kompletnie nie widziałem. Czułem tylko smród nie do zniesienia i lepką kałużę pod sobą. Po głowie pływały mi różne myśli - bez związku i bez sensu; za nic nie mogłem się skoncentrować. Leżałem na podłodze, kompletnie zaćpany, i myślałem o Shakirze wpieprzającej burritos, żeby przytyła i miała taką dupę, jak trzeba. Tak mnie to pochłonęło - tak skupiłem się na Shakirze i burritos, Shakirze jedzącej burritos i burritos jedzących Shakirę - że nawet nie zauważyłem, kiedy zaczęło się robić jasno. Jakby między jednym a drugim mrugnięciem minęły ze trzy godziny. Wtedy przypomniałem sobie, że o szóstej mam samolot do Los Angeles. Plan wziął w łeb - ale bilety nadal miałem. Miałem też całą kasę, którą zarobiłem. Pablo spieprzył i zostawił wszystko tak, jak było. Miałem więc wszystko, żeby skąd zwiać, i dojmującą świadomość, że dobrze byłoby zrobić to jak najszybciej. Pablo na pewno myślał, że wykitowałem, i to samo pewnie powiedział ludziom, dla których robił. Chyba więc nie zamierzali jeszcze się tu pojawiać i sprawdzać. A ja musiałem się wynieść stąd, zanim przyjdzie obsługa hotelowa i zobaczy cały ten burdel. Sprawdziłem godzinę. Była druga w nocy. Miałem więc cztery godziny. Trzymając się za głowę, chwiejnym krokiem dotoczyłem się do łazienki. Pilnie potrzebowałem prysznica, żeby zmyć z siebie wszystkie brudy, jakie z siebie wyplułem i w których się wytarzałem. Jednak nagły ucisk w podbrzuszu sprawił, że - chcąć nie chcąc - z tym musiałem poczekać. W tyłku miałem kilkadziesiąt kapsułek koki, próbujących się wydostać - a ja nie miałem interesu w tym, żeby je powstrzymywać. Było po robocie - kasę miałem, więc wożenie w sobie towaru było bezcelowe. Poza tym, nie uśmiechało mi się odwalić kitę, gdyby jeszcze jedna pękła. Wysrałem więc wszystkie z siłą rakiety i z ulgą spuściłem do kanalizacji Puerto Vallarta, żeby szczury się mogły naćpać. Potem wlazłem pod prysznic i opłukałem się dokładnie - z krwi, piany i wymiocin. Tatuaż znowu szczypał i piekł. Spojrzałem na niego, wyciągając ramię, by móc mu się przyjrzeć, i ze zdziwieniem spostrzegłem zaczerwienioną dziewiątkę. Po chwili jednak przypomniałem sobie, że tatuaż nie był nigdy w tą stronę; patrzałem na niego do góry nogami. Na moim ramieniu świeżo wytatuowana była szóstka. Wszystko w porządku.

***

Pospiesznie minąłem hol hotelowy - byle nie zaczepił mnie nikt z obsługi. Nie brałem siatki, by stworzyć pozory, że tylko wychodzę na miasto; choć oczywiście o wpół do piątej nad ranem było to cokolwiek dziwne. Najważniejsze jednak, żebym nie wyglądał, jakbym wyjeżdżał. Zresztą, nie potrzebowałem niczego brać. Miałem tylko jedne jeansy - te na sobie - i jedną czystą bluzkę. Poza tym, miałem tylko brudną bieliznę i zarzyganą kolorową koszulę - a ich nie musiałem i nie zamierzałem brać. Praktycznie nie miałem więc bagażu. Podszedłem do zaparkowanej pod hotelem taksówki. - Na lotnisko Gustavo Diaz - poleciłem, sadowiąc się obok kierowcy. Opadłem ciężko na fotel i zamknąłem oczy. Wciąż byłem śpiący a po głowie chodziły mi dziwne myśli o różowych słoniach ganiających w bitej śmietanie. Nie spałem, ale nie patrzyłem też na drogę. Pędziliśmy dość szybko - było wcześnie, ulice prawie puste, więc można było poszaleć, a taksiarz jakby wiedział, że bardzo mi się spieszy. Mruczałem tylko niezadowolony, gdy za ostro zarzucało na zakrętach, bo wtedy mózg próbował mi wyjśc uchem po zewnętrznej. Na długich prostych doświadczałem przyjemnego uczucia ulatywania, jak bańka mydlana. - Hej, panie, pobudka! - Co...? Ocknąłem się. Jednak przysnąłem pod koniec drogi, bo dopiero krzyk taksiarza i silne potrząśnięcie sprowadziły mnie na ziemię. - Jesteśmy na miejscu - wyjaśnił, choć zdążyłem się już zorientować. Lotnisko Gustavo Diaz stało tuż przed nami. Zapłaciłem za przejazd z resztki pesos, które miałem. Zostało mi ich już tylko kilka. Ale nie potrzebowałem więcej. Miałem przy sobie dwa tysiące sześćset dolarów, które zamierzałem zacząć wydawać dopiero w Los Angeles. Wysiadłem z auta i z postoju taksówek poszedłem wzdłuż ściany budynku w lewo. Na jej końcu skręciłem w prawo i stanąłem przed przednią ścianą budynku, z czterema wejściami. Wszedłem przez najbliższe z nich. Mijając toaletę, zwolniłem, zastanawiając się - wejść czy nie wejść? Byłem już pusty, ale ciągle mnie mdliło a nie chciałem zerzygać się tak przy ludziach. Ostatecznie jednak porzuciłem ten pomysł i wszedłem do głównego holu, by zorientować się, co dalej i którędy. Rozejrzałem się; najbliżej mnie była wypożyczalnia samochodów i kantor wymiany walut. Bank, bar. Udałem się na lewo od wejścia - tam było jedyne, co mnie interesowało: odprawa. Przez kontrolę biletów przeszedłem gładko. Podrabiany paszport zdał egzamin. Leciałem liniami Alaska Airlines. Według rozkładu, odlot miałem za pół godziny. Kolejka do odprawy robiła się trochę długa jak na tę porę dnia, ale cóż, Los Angeles byle dziurą nie jest i pewnie o każdej porze dnia i nocy na odprawę czekał spory sznurek ludzi. Niecierpliwiłem się coraz bardziej. Zaczęły wracać nudności, kręciło mi się w głowie - a nie było jak usiąść. Włożyłem dłonie w kieszenie, i zgiąłem się nieco, wciągając brzuch. Flaki skręcały mnie coraz bardziej a na twarz wystąpił mi pot. Kolejka posuwała się naprzód jak ślimak. Gdy zbliżała się moja kolej, dwóch policjantów z psami podeszło do mnie, wzięli mnie za ramiona i odprowadzili na bok. Byłem zbyt zmulony, żeby się opierać, ale gdy zatrzymaliśmy, popatrzyłem na nich wściekle. - Co jest? - spytałem, zduszonym głosem. - Pan pójdzie z nami. Zrobimy rewizję osobistą. - Ludzie, dajcie żyć - odburknąłem, próbując się wyrwać. - Pan pójdzie z nami i nie robi scen. Gdyby nie to, że czułem się jak kozi flak, wyrwałbym się i jeszcze ich obił, albo przynajmniej zjechał od góry do dołu, żeby się odczepili i znaleźli innego barana do rozbierania i obmacywania. Ale teraz nie bardzo byłem w stanie. Poza tym, nie było sensu robić problemów. Nie miałem towaru, więc nic mi nie mogli zrobić. A do kontroli wzięli mnie może dlatego, że to jest dziwne, żeby ktoś bez bagażu szedł. Wcisnę im kit, że nie potrzebuję, bo lecę do wujka i niczego nie muszę brać, i po sprawie. Wprowadzili mnie do biura i zamknęli drzwi. - Wiesz, dlaczego zostałeś zatrzymany? - spytał jeden z nich - niższy, tęższy, łysiejący wąsacz. - Za...trzymany? Przecież to kontrola osobista! - zaprotestowałem. - Podejrzewamy, że przemycasz narkotyki. - Niby gdzie? W majtkach czy pod językiem? - parsknąłem. - Myślisz, że nie wiemy, że w żołądku? Obserwowaliśmy cię od momentu, kiedy wszedłeś. To tęskne spojrzenie na kibelek: wysrać czy nie wysrać towaru? Nie usiadłeś ani na chwilę, bo wtedy mógłbyś uszkodzić balonik, kapsułkę czy w czym tam to wieziesz. Potem w kolejce, zgięty wpół, spocony... Myślisz, że nie wiemy, jak wygląda zdenerwowany gość z żołądkiem wypchanym koką? - zaśmiał mi się w twarz. - Wygląda tak jak ty! - dodał, dźgając mnie w brzuch. Cały czas udawałem, że nie mam pojęcia, o co mu może chodzić; że nie wiem, jak można przemycać kokę. Gdy mnie dźgnął, powstrzymałem się, żeby nie zgiąć się z bólu. Nic tam nie miałem, ale kichy mi skręcało niemiłosiernie. - Mario, weź go na kibelek i daj mu herbatki - rzekł spasiony policjant do drugiego, wyższego i młodszego. Ten chwycił mnie mocno za ramię i pociągnął do sąsiedniego pomieszczenia. Zapalił światło. W białym, surowym pokoju na środku stał klop. Brudny sracz bez odpływu. - Ściągaj spodnie i siadaj. - Pierdol się - mruknąłem. - Siadaj, bo cię pałą poczęstuję. Jakkolwiek było to upokarzające, nie było innego sposobu. Rzucanie się nie pomoże. Tylko utwierdzę ich w tym, że coś mam na sumieniu. Jak zrobię klocka i dam im się nim pobawić, nic nie znajdą i mnie puszczą. Przełknąłem więc dumę, ściągnąłem spodnie i usiadłem. - Wypij to - polecił mi. - Co to jest? - spytałem, krzywiąc się, gdy podsunął mi pod nos jakiś napar. - Herbatka - odparł. - Pomoże ci, więc pij. Taka herbatka, jak z koziej dupy trąba! Jakieś paskudztwo, dzięki któremu wysram całą zawartość żołądką, a na końcu kawałki wątroby. Wypiłem jednak, bo trzymał nade mną pałkę, a kucając na kiblu, nie byłem raczej w stanie zrobić nic, żeby go unieszkodliwić. Miał pałkę, górował nade mną, a za drzwiami miał kumpli, którzy gotowi skopać mnie na krwawą miazgę, gdybym zaatakował kolesia. Skurwysyn dał mi coś na sraczkę, żeby szybciej szło, bo zacząłek ciurkiem sadzić mikroskopijne bobki. Poczułem jednak, że coś jest nie tak; że przez kichy toczy mi się coś dziwnego. Już miałem to z ulgą wydalić, gdy zdałem sobie sprawę, że to nie może być nic innego jak kapsułka. Cholerstwo nie poszło do kibla w hotelu razem z resztą. Spiąłem się nagle na tym kiblu, i chyba ten gnój zauważył kątem oka, bo zaczął mi się bacznie przyglądać. Zwarłem pośladki, żeby felerna kapsuła nie wyszła - a on patrzał na mnie i chyba się domyślał, że coś kombinuję. Trzymałem się twardo i nie puszczałem, a jednocześnie udawałem, że nadal próbuję wysrać sobie nerki. - Może herbatki? - spytał mnie, śmiejąc mi się w twarz. - Nie... - Wiem, że coś tam masz, i ty dobrze wiesz, że ja wiem, więc skończmy ten cyrk - rzekł, stając nade mną. - Im szybciej, tym lepiej dla ciebie. A będziesz tu siedział tyle, ile to będzie konieczne. - Nic, kurwa, nie mam! - syknąłem, zabijając go wzrokiem. Gdyby nie pałka wycelowana we mnie, gdyby nie to, że nie byliśmy sami, i gdyby nie skręcająca kichy herbatka, rzuciłbym się na niego i utopił w tym gównie. - Nie pierdol! - krzyknął i dźgnął mnie pałką w brzuch. Skuliłem się do przodu. Rozluźniłem pośladki i kapsułka plasnęła w morze sraczki. - Kurwa... - szepnąłem pod nosem i osunąłem się z kibla na podłogę. - No i po sprawie! - stwierdził gliniarz. Otworzył drzwi i zawołał koleżków. Na widok mnie na podłodze, ze spuszczonymi spodniami, z gołym, usranym tyłkiem, i jednej jedynej kapsułki koki w klopie bez odpływu, wybuchnęli śmiechem. - Prawdziwy hurtownik - stwierdził ten, który mnie pilnował, po czym buchnęła kolejna salwa śmiechu.

***

Myślałby kto, że zwyczajnie aresztują mnie i po prostu odstawią na policję, do aresztu, żebym tam czekał na proces. A gdzie tam? Od razu skuli i wrzucili mnie do policyjnej furgonetki, razem z dwoma innymi gostkami, po czym pojechaliśmy w długą przejażdżkę. Nie bardzo widziałem, gdzie jedziemy - nie mieliśmy okien. Cokolwiek widać było tylko przez przednią szybę, od której oddzielała nas solidna krata. Przestałem patrzeć, przestałem domyślać się. Wieźli nas do pierdla - innej możliwości nie było. Siedziałem, skuty, zmulony. Nie patrzyłem ani na gościa naprzeciwko mnie, ani tego siedzącego obok mnie. Gdyby się któryś odezwał, sam bym trzepnął. Gdy w końcu się zatrzymaliśmy - nie wiem, po pół godziny, godzinie - policjant gadał z kimś na zewnątrz. Zerknąłem przez kraty. Przed nami był jakiś szlaban. Podniósł się a wóz ruszył dalej. Po chwili zatrzymał się a drzwi furgonetki otworzyły się. - Wysiadać - nakazał policjant. Za sobą miał dwóch napakowanych kolesi z giwerami. Ten moment nie był dobry na stawianie się. Wyszliśmy. Stanęliśmy na środku jakiegoś placu, na ubitej żółtej ziemi. Zewsząt ogrodzony był wysokim, betonowym murem, zwieńczonym ślicznym łańcuszkiem drutu kolczastego. Za bramą widać było tylko drzewa. Żadnych ludzi, żadnych samochodów. Słychać było też tylko ptaki. Byliśmy daleko od ludzkich siedzib - i pewnie słusznie. W oddali usłyszałem turkot kolei. Może z kilometr stąd - bo echo niosło lepiej tam, gdzie nie było ludzi. - Za mną - padł rozkaz. Posłusznie poszliśmy za gliną: jeden gość przede mną, jeden za mną, a na końcu dwaj kolesie ze strzelbami. Wprowadzili nas do bloku więziennego - obskurnego budynku z odpadającym tynkiem. Szliśmy wzdłuż korytarza, potem po schodach, wdychając smród stęchlizny. - Nowy towar nam przywieźli - rzucił jakiś lump zza krat, i w tej celi zapanowałe ożywienie. Parę zbójeckich mord przycisnęło się do krat i przyglądało się nam. Szedłem, nie oglądając się na boki. Utkwiłem nienawistny wzrok w karku gościa przede mną. - Tu - rzekł w pewnej chwili jeden z uzbrojonych pakerów za nami. Zatrzymaliśmy się przy jednej z cel. Strażnik zdjął pęk kluczy z pasa, wybrał jeden, po czym podał go policjantowi. Ten rozkuł nas trzech, po czym otworzył drzwi celi. Dwaj goryle stali cały czas za nami, z bronią gotową do strzału, gdybyśmy próbowali coś kombinować, albo gdyby w celi ktoś wpadł na jakiś głupi pomysł. - Wchodzić - rozkazał jeden z nich. Minąłem ledwo odsuniętą kratę; za mną tamtych dwóch gości. Wtedy krata zamknęła się, a strażnicy i policjant odeszli. Zostaliśmy sami w celi ze zgrają bandytów oraz ćwoków, którzy dali się złapać za coś małego i czekali na wyrok w pierdlu, tak jak teraz my. To nie były duże cele. Było nas w nich za dużo. Prycze były cztery, a nas w celi było dziewięciu. Niektórzy siedzieli na wyrkach, niektórzy stali pod ścianą. Patrzeli na nas spode łba. Cela była przepełniona już zanim w niej nas zamknęli, a teraz tylko pogarszaliśmy ten stan. Trudno więc, żeby te menele nas polubiły. Byliśmy dla nich wrzodem na dupie; tylko jeszcze jednym problemem. Gdy jeden z nich - baryłowaty spaślak z szeroką, nalaną, zarośniętą twarzą - wstał spod ściany i zaczął człapać w naszym kierunku, wiedziałem, że nie idzie się przywitać ani popatrzyć na korytarz przez kraty. Nie myliłem się. Minął mnie i zasunął z pięści w brzuch gościowi obok mnie, jednemu z dwóch nowych oprócz mnie. Koleś - ususzony kurdupel o wymoczkowatym ryju - zwinął się w kłębek na ziemi. Kolos oddalił się pod ścianę. Odetchnąłem w duchu z ulgą, że to nie ja będę miał naprawdę poważne problemy tej nocy. Odsunąłem się pod ścianę i…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych