Wróć do katalogu

Nueves (odcinek 5)

Nasz bohater, po ucieczce z więzienia, zajeżdża do małej wsi na uboczu...

MFitzner, opublikowano , 27 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Zatrzymaliśmy się w jakimś małym pueblo o pół godziny drogi dalej. Niewiele ponad dwadzieścia domów z suszonej cegły pośrodku pustkowia. - Jesteśmy na miejscu - zwrócił się do mnie, po czym wysiadł. Sam powoli otworzyłem drzwi, niepewny, czy naprawdę chcę tu być i dopiero po dłuższej chwili wysiadłem z wozu. Poszedłem za Hectorem do domu, przy którym się zatrzymaliśmy - niskiej, małej chałupki. Nim jeszcze wszedłem za nim do środka, on już obwieścił. - Rosalito, mamy gościa. Na to kobieta oderwała sie od swoich zajęć. Usłyszałem szuranie - kroki jej zbliżającej się do drzwi. Gdy stanęła w progu, z rękami wspartymi na biodrach, ciężko było powiedzieć, czy jest mile zaskoczona, ciekawa czy zła. Jeśli zła, trzeba ją było udobruchać; jeśli ciekawa - zrobić dobre wrażenie. Starałem się więc wyglądać na skromnego, zabiedzonego, wygłodzonego chłopaka - stopy razem, przygarbiona postawa, mina zbitego psa. Do tego, wynędzniała twarz i niechlujne ubranie - czyli dwie rzeczy, których nie musiałem udawać. Chyba wzięła się na to, bo popatrzała na mnie i uśmiechnęła się. - Witaj, chłopcze - rzekła, po czym, usuwając się do środka, dodała. - Wejdź. Gdy przeszedłem przez próg Hector przedstawił mnie kobiecie i na odwrót. - Rosalito, to Ramon Estefan. Ramon, to moja żona - Rosalita. - Siadajcie, siadajcie! - rzekła, po czym zaczęła się wycofywać do kuchni. - Ramonie, zjesz coś? - Jeśli to nie kłopot, chętnie. Zrobiłem się taki uprzejmy, że aż mnie mdliło. - Żaden kłopot. Zawsze dużo gotuję, a ten wałkoń nigdy nie je. Hector nachylił się do mnie i konspiracyjnym szeptem rzekł mi prawie na ucho: - Narzeka, narzeka, ale potem sama wszystko zjada, aż jej się uszy trzęsą, i potem jest taka - Tu Hector zrobił rękami w powietrzy kształ koła. Dużego koła. - Wszystko słyszałam - dobiegło nas z kuchni. Przy obiedzie - zupie warzywnej, zabielanej śmietaną - zaczęliśmy rozmawiać o tym, co zrobić ze mną. Hector opowiedział Rosalicie, że on by mnie chętnie wziął do pomocy. Ona na to do mnie, ile ja oczekuję za pomoc; zauważyłem, że nerwowo spojrzała na męża a potem podejrzliwie na mnie - widocznie nie bardzo jej się uśmiechało wydawanie pieniędzy. Odparłem, że nic; że chodzi mi o dach nad głową, nie pieniądze. Na to od razu się rozpogodziła. I nie chodziło chyba tylko o to, że nie zamierzałem zarabiać pieniędzy na tym, że byli starzy i sami nie mogli podołać obowiązkom. Sposób, w jaki zmierzyła mnie wzrokiem, to była raczej matczyna duma niż pracodawca oceniający pracownika. Nie chciałem pytać, ale domyślałem się, że dzieci nie mieli, i teraz Rosalita - bardziej nawet niż Hector - z radością przyjmnie pod dach kogoś, kto nie dość że będzie dla nich robił za darmo, za zupę i poduszkę, to jeszcze będzie dla nich jak syn.

***

Następnego dnia obudziłem się z rozkoszną świadomością, że nie mam żadnych problemów, nic mi nie grozi i nikt mnie nie zmusza do niczego nielegalnego albo niemożliwego. Spałem co prawda na ławie - ale przynajmniej było ciepło i nie musiałem się obawiać skopania ani znożowania. Nikt mnie nie poganiał do wstania - obudziłem się równo z domownikami, Hectorem i Rosalitą, ubrałem się i razem z nimi zjadłem śniadanie. Chleb kukurydziany, i do tego zsiadłe mleko. Było to najprostsze jedzenie najprostszych ludzi - ale po dwóch tygodniach o parówkach i marchewce, po paru dniach w pierdlu, gdzie jedzenie było kolejną rzeczą, obok srania do wiadra, którą najwyraźniej chcieli nas upokorzyć, byłem wdzięczny za posiłek, po którym nie mdliło i nie chciało się zwymiotować. - Dziękuję - powiedziałem, wstając od stołu. - Smakowało? - dopytywała się Rosalita, chociaż zajadałem się tak, że chyba nie powinna mieć żadnych wątpliwości. - Od tygodni tak dobrze nie jadłem - odparłem, bez cienia przesady. - Dobry z ciebie chłopak, ale kłamać nie umiesz, a prosta kobieta przejrzała cię na wylot - zaśmiała się kobieta, dając mi lekkiego kuksańca. Po śniadaniu wyszliśmy na dwór. Hector siadł na ławeczce przed domem, opierając się o ścianę, rozprostowując nogi. Ja poszedłem za Rosalitą do obory. Chciałem być pomocny, żeby się nie rozmyślili. Gdy otworzyła wrota obory, zwątpiłem. Smród wilgoci, zgnilizny i zeschłego krowiego łajna odurzył mnie tak, że miałem ochotę wycofać się i pójść posiedzieć na ławeczce z Hectorem. Ale wszedłem za Rosalitą, powtarzając sobie, że nie zwymiotuję. I nie wiem, czy najzwyczajniej w świecie straciłem węch, czy po prostu się przyzwyczaiłem, ale po kilku minutach smród przestał mnie denerwować, a w końcu nawet go nie zauważałem. Kobieta tymczasem przysunęła sobie taboret i usiadła przy prawym boku krowy i zaczęła ją doić. Nie wiedząc, gdzie się usadowić ani co innego ze sobą zrobić, stałem tuż za nią i patrzyłem pracuje. W pewnej chwili przerwała, i gwałtownie, jakby dopiero teraz wyczuła moją obecność i się wystraszyła, odwróciła się do mnie. - Chcesz spróbować? - Ja? - Teraz ja byłem zaskoczony. - Siadaj i spróbuj - rzekła, podnosząc się z krzesełka i wycofując się. Stanęła o krok dalej i wskazała dłonią na taboret. Albo krowie wymiona. - No nie wiem... - powiedziałem cicho, krzywiąc się, spoglądając niepewnie na zwierzę. - Siadaj i nie gadaj - rzekła władczo, chwytając mnie w pasie i siła sadzając na krzesełku. Patrzyłem osłupiały na brązowe, nakrapiane cielsko, oddalone od mojej twarzy na odległość palca, nie bardzo wiedząc, jak się za tą machinerię zabrać. Kątem oka spoglądałem na przednią nogę zwierzęcia, na mocne kopyto. A nuż zrobię coś nie tak, to gotowe mnie bydlę kopnąć i połamać. - No bierz za wymiona - ponagliła mnie, bo faktycznie siedziałem na tym stołku jak sierota boża. Ale ja się... krępowałem. Nigdy się tak kobiety nie wstydziłem jak teraz tych krowich wymion. Powoli wyciągnąłem obie ręcę i niepewnie zabierałem się do tych bydlęcych cycków. W końcu chwyciłem, najdelikatniej jak umiałem. Zerknąłem trwożnie na kopyto, spodziewając się, że mogę teraz w każdej chwili zostać dokliwie okaleczony. Rosalita przyglądała się temu z rozbawieniem, podśmiewając się pod nosem. - A teraz na zmianę, ciągniesz w dół jedno albo drugie. Pociągnąłem lekko, cały czas myśląć, jak by tu uniknąć trwałego uszkodzenia ciała przez rozwścieczoną krowę. Spróbowałem raz i drugi - tak, żeby krowy nie bolała, a żeby Rosalita widziała, że coś robię - ale nie poleciało nic. - Jak ty chcesz mieć mleko z takiej roboty? - kobieta pokręciła głową. - Synu, to trzeba wziąć, ścisnąć mocno i szarpnąć w dół! Co ty, nigdy nie wziąłeś kobiety za cycka? - Ale to jest co innego - sprzeciwiłem się. - Jak co innego? To cycek i to cycek! Jak byś ty własną matkę tak doił, jak teraz tą krowę, to byś z głodu umarł. Tak pouczony, chwyciłem mocniej - dużo mocniej - a gdy krowa nie tylko mnie nie zabiła, ale nawet nie zareagowała, ośmielony zacząłem ją porządnie doić, a z wymion wreszcie poleciało mleko. Powoli, rytmicznie - to jedno, to drugie - ściągałem mocno do dołu, a wiadro zapełniało się. Krowa stała niewzruszona. Zasadniczo robiłem jej przysługę. Zamuczała tylko krótko, gdy raz rzeczywiście pociągnąłem za mocno - bo wręcz rozbawiła mnie ta praca, i zacząłem się nią bawić, zamiast normalnie doić. Rosalita stała wciąż obok mnie i przyglądała się, jak pracuję. - Oo, chłopcze, jak ty do kobiet też taką rękę masz, to z ciebie Don Juan najprawdziwszy. Przemilczałem tę uwagę. Nie bardzo miałem ochotę opowiadać jej, jak ostatnia, za którą się wziąłem, najpierw nie chciała bez gumki, a potem zatłukła mnie lampką nocną, po czym ja załatwiłem ją. - Nie mam racji? - naciskała. - Chyba nie mam do nich cierpliwości - odparłem wymijająco. - Toś ty pewno niejednej pannie serce złamał. Nie sprawdzałem, co Claudia miała złamane - ale chyba nie serce. - No u nas nie znajdziesz sobie żony. Jest nas tylko kilku starych ludzi, i parę dzieci. Ale żeń się, chłopcze, jak się nadarzy okazja. - Ech, senora, dzisiaj z kobietami to nie tak prosto. - A co nie tak z nimi? Brzydsze jakieś, gorsze, czy głupsze? - Latynoskie chiquity to piękne kobiety, senora, tylko nieposłuszne. - A czy kobieta jest pies, żeby była posłuszna? Świetnie - wdawałem się w dyskusję o kobietach z kobietą... - Senora Rosalita, kobiety dzisiaj są takie, że w tańcu chciałyby prowadzić i swoim chico zarzucać, a nie na odwrót. - A to rzeczywiście niedobrze - przyznała. - Nie, nie, żeby porządek był, to chłop i baba muszą każde znać swoje miejsce. Ja jestem za tym, żeby kobieta umiała myśleć, umiała czytać i pisać, i w domu miała coś do powiedzenia, a nie była jak ten pies, ale z Hectorem żyjemy zgodnie, i wiem, że moje miejsce jest w domu i przy kuchni, albo tutaj, doić krowy, a jego - krowy paść. Gdy z wymion przestało lecieć, a wiadro było prawie pełne, wstałem a Rosalita szybko wzięła wiadro spod krowy. Ta poruszyła się niespokojnie; gdyby wiadro zostało, przewróciłaby je.

***

Gdy już wydoiliśmy krowy - ja i Rosalita, na przemian - Hector podniósł się z ławki i wyprowadził je, popędzając kijkiem, i pognał je na pastwiska. Wziął mnie ze sobą. Szliśmy za krowami wolnym krokiem; starzec podpierał się na kijku. Gdy dotarliśmy na pastwisko - wielką łąkę, z łysymi plackami tam, gdzie bydło wygryzło trawę - Hector przysiadł na pieńku przy drodze. Nie widząc niczego podobnego, na czym sam mógłbym się usadowić, siadłem na ziemi. Krowy rozlazły się po łące, ale nie łaziły zbyt daleko; oddaliły się od siebie tylko na tyle, żeby na siebie nie wpadać, i zajęły się tylko i wyłącznie jedzeniem. Siedzieliśmy w milczeniu, obserwując bydło - garstkę brązowo-białych, nakrapianych krów, pogryzających trawę. Tak się zapatrzyłem, że sam zacząłem ruszać gębą jakbym żuł. - Opowiedz mi coś o sobie, synu - zagadnął nagle Hector - bo widzę, że cię język świerzbi. - A co? - spytałem. Wytrącił mnie z zamyślenia, a mi nie przychodziło do głowy nic, o czym chciałbym mu opowiedzieć. Może o tym, że byłem bandziorem na usługach lokalnej mafii? Albo przemytnikiem prochów? Może o więzieniu? Nie, nie, nie. - Skąd jesteś i skąd się tu wziąłeś? - Z Ayauicalo. Hector zasępił się. - A gdzie to jest - spytał. - Małe miasto w górach... Sam bym nie wiedział, w którą stronę stąd jechać. Gdzieś na południe. - To tam - wskazał starzec na ukos przez pola. - I skąd ty się wziąłeś z miasta w górach na takim odludziu? - A, błąkam się po kraju. - I nie ma lepszych miejsc niż tu? Od nas młodzi uciekają, nie przyjeżdżają. - Ech, bylem w San Sebastian, byłem w Puerto Vallarta, i co? Nigdzie miejsca zagrzać nie mogę, nigdzie roboty ani przyjaciół uczciwych znaleźć się nie da. Tu przynajmniej mam spokój. - Ooo tak, tu spokój taki jak nigdzie indziej - pokiwał Hector głową. - Nic się nie dzieje, i każdy dzień taki sam. - A to dobrze czy źle? - A to zależy... Lepiej, że nie dzieje się nic, niżby się miało dziać źle. A jak się dzieje źle, to i tak jakoś sobie radzimy. Ale jak tak długo, długo nic, to człowiek się nudzi i tęskni do jakiejś godziwej rozrywki. - Hm... - westchnąłem tylko. Moje w przeróżne rozrywki obfitowało, i akurat pragnąłem od nich odpocząć jak najdłużej. - A co ty myślisz? - zaśmiał się cicho. - Że jak ja stary i bez zębów, to już nic lepszego w życiu nie znam niż siedzieć na pastwisku i gapić się, jak krowy trawę gryzą? Nie chciałem mu mówić, że właśnie tak myślałem. - Bo ty widzisz we mnie tylko głupiego, szczerbatego starucha - stwierdził. - Pewno nie uwierzysz, ale też kiedyś byłem młody. Pewno jak tak teraz do ciebie mówię, to nie potrafisz sobie mnie wyobrazić z wszystkimi zębami. A ja kiedyś byłem taki jak ty. Uśmiechnąłem się pod nosem, trochę ironicznie. Nie był taki jak ja, ale lepiej, żeby o tym nie wiedział. - Śmiejesz się ze mnie - pokręcił głową z uśmiechem. - Ale czy to moja wina, że człowieka czas niszczy? Ja nie chciałem tych zmarszczek, ani wypadających zębów, ani siwych włosów. Ty teraz się śmiejesz, ale wiedz, że ty też się przed tym nie obronisz. To przyjdzie samo, i też się skurczysz, osiwiejesz, wyłysiejesz, a twój wnuk się z ciebie będzie śmiał, jak mu powiesz, że kiedyś byłeś młody. Bo to tak jest, że jakim człowieka zobaczysz po raz pierwszy, takim go zapamiętasz. Dziecko jak zobaczy dziadka, nie zrozumie, że dziadek nie zawsze był dziadkiem; że kiedyś też był dzieckiem. Tak samo matka, albo babka, zawsze będzie widzieć w synu dziecko, nawet jak będzie miał trzydzieści lat. Przyjaciel z dzieciństwa zawsze będzie młody, a dziewczyna poznana w szkole zawsze będzie dla ciebie "dziewczyną" - nawet za czterdzieści lat. I zawsze będzie dla ciebie tak samo piękna jak pierwszy raz, kiedy na nią spojrzałeś. - Jak Rosalita? - spytałem, pamiętając, jak mówił mi o niej po cichu, że za bardzo lubi jeść. - Ech, synu, nawet nie wiesz, jak bardzo! W życiu piękniejszej dziewczyny nie widziałem. I ja wiem, że ty myślisz sobie, że ona jest gruba i stara, i może jest, ale dla mnie to nieważne. Zakochałem się w jej oczach i w uśmiechu - a to się nigdy nie zmienia. Trzydzieści lat minęło, a to są wciąż te same oczy. - A dzieci nie macie? - spytałem. - Ładne by dzieci po was były. - Po niej na pewno - przytaknął. - Ale wiesz, różnie bywa. Bóg nie dał... Trzeba z tym żyć. Jakoś sobie wytłumaczyć i zająć

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych