Nueves (odcinek 6)
Wydawałoby się, że w małym pueblo będzie spokój...
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Gdy następnego dnia poszliśmy z Rosalitą doić krowy, z miejsca zauważyłem, że jedna z nich leży na boku. Podszedłem do zwierzęcia, sprawdzić, czy chore. Ale bydlę nie oddychało. Dotknąłem chrap - były zimne, a powietrze wokół nich nie ruszało się. Zwierzę nawet nie zareagowało. Było zimne i sztywne. Zdechło. - Co tam się stało, synku? - spytała kobieta. - Krowa nam padła, senora! Rosalita podeszła, zakrywając usta, wielkimi oczami spoglądając na zwalone na bok, martwe zwierzę. Zostało niby jeszcze siedem, ale ta jedna zdechła krowa wydała się nam obojgu - widziałem w jej oczach to samo, nad czym sam myślałem - wielką problemem. Bo od razu mniej mleka. Mniej jedzenia, i mniej pieniędzy, bo przecież nie wszystko sami piliśmy - resztę się sprzedawało. Mięsa też z tego nie będzie, bo w ubojni padliny nie wezmą, a zresztą, krowa była młoda, i czort jeden wiedział, od czego mogła paść. Może zeżarła coś trującego - ale równie dobrze mogła to być choroba. Więc takiego mięsa nawet strach jeść. Nie mówiąc już o tym, że resztę krów mogło toto pozarażać, i kolejne mogły zacząć padać. Zwołałem więc paru chłopów, i wywlekliśmy bydlę w pole, i tam spaliliśmy. Zostawić, ot tak, gdzieś na uboczu nie można było - albo zleciałyby się muchy, albo drapieżniki, i jeszcze by się rzuciły na pozostałe krowy. Zakopać też nie było można - bo niechby się rozłożyło, i choroba by przesiąknęła do gleby. Potem byśmy sami tą chorobę złapali, od wody w studni. Jakoś odżałowaliśmy tę krowę, i żyło się dalej. Doiło się te, co były, chodziło się z nimi na pastwisko. Czasem z Hectorem, czasem samemu - zależnie od tego, jak się czuł, a częściej od tego, czy Rosalita pozwoliła czy nie. Od czasu do czasu widywałem Julię - to przerażające, wiecznie złe dziecko. Raz przysiadła i chwilę porozmawialiśmy, po czym odeszła, kiedy uznała za słuszne; innym razem przeszła drogą, obok której siedziałem, nie zwróciwszy na mnie najmniejszej uwagi. Widywałem ją, ganiającą po lesie. Nie to, żebym ją lubił. Ot, zagadkowy dzieciak. Bardzo zagadkowy. A łączyło nas tyle, że obojgu nam Jorge zalazł za skórę, i tylko my wiedzieliśmy, co się naprawdę z nim stało. Nie, nie bałem się, że się wygada. Nie była zwykłym dzieciakiem, który wypaple to, co zasłyszy, pierwszej napotkanej osobie. Nie widziałem, żeby rozmawiała z kimkolwiek poza mną. Wiedziała, że ludzie mają ją za dziwadło, i wyraźnie ich nie lubiła. Pewnie gadała tylko z rodzicami, a ci - jak zauważyłem - też jakoś niespecjalnie płakali po Jorge. Było dobrze. Spokój zmąciło padnięcie kolejnej krowy. Co gorsza, znowu to ja pierwszy ją znalazłem. Było to na pastwisku. Poszedłem w krzaki za potrzebą, gdy dobiegło mnie przeraźliwe muczenie. Gdy skończyłem, odwróciłem się i wróciłem na łąkę, zastałem krowy przerażone, rozbiegające się po całym polu. Okrążyłem je, wymachując kijkiem, trzepiąc je po grzbietach, by wracały - i wtedy zobaczyłem padniętą krowę. Kopyta sztywno wyciągnięte. Ryj szeroko otwarty i wywalony siny ozor. Oczy wywrócone do góry; widać było przekrwione białka. Zwierzę nie oddychało. Miało zapadnięty brzuch a skóra zwisała na żebrach. - Cholera, co jest?! Wydało mi się to dziwne, bo prowadziłem na pastwisko zdrowe, odkarmione krowy. Ale cóż, martwa krowa to martwa krowa. Musiałem pozostałe bydlęta spędzić z pastwiska, do obory - tu nie były bezpieczne. Wiadomo, nie były zadowolone, że pogoniłem je od jedzenia ledwie minęło południe, ale też na tyle przerażone, że nie sprawiały problemów. - A co to się stało? - spytał Hector, widząc mnie za sznurkiem roztrzęsionych krów. - Co tak wcześnie do domu? - Kolejna krowa nam padła, senor! Starzec powiódł wzrokiem po pozostałych sześciu, które prowadziłem do obory, potem na mnie. Zmarszczył brwi. - Gdzie tamta? - spytał. - Na pastwisku, tam, gdzie padła. - Idziemy - zarządził. - Wołaj sąsiadów i bierz kanister benzyny.
***
Następnego dnia obudził mnie koszmarny ból w krzyżu. Naturalnym odruchem, zaraz po otwarciu oczu podniosłem się - i wtedy palący ból przybił mnie z powrotem do łóżka. Jęknąłem żałośnie i ległem, bezwładny i sztywny. - Co się stało, dziecko? - spytała Rosalita, zaniepokojona. Pochyliła się nade mną i przyglądała mi się z zatroskaniem. - Plecy - stęknąłem. - Nie mogę się ruszyć. - Leż, leż, zaraz ci jedzenie przyniosę. No tak, jak to kobieta - w pierwszym rzędzie nakarmić. Ja zdychałem z bólu, a ona, zamiast mnie leczyć, poszła mi zrobić śniadanie. Przyniosła mi chleb kukurydziany, i do tego zaparzyła jakieś zioła. Zanim zacząłem jeść, wypiłem gorący napar jednym haustem. Po śniadaniu, Rosalita stwierdziła, że lepiej, abym się położył w łóżku Hectora. Zawołała starca z podwórka, by pomógł mi wstać. - A co się stało? - spytał. - Plecy go bolą, nie może się ruszać. Trzeba go przenieść do twojego wyrka, żeby miał wygodniej, bo na tym twardym to się z bólu krzyża nie wyleczy. - Mojego wyrka? A to już mój kręgosłup nieważny? - Nie marudź, stary dziadu! Dzieciak cierpi, więc chodź mi tu pomóc! Razem wzięli mnie pod barki. Oboje byli ode mnie mniejsi, więc bez problemu objąłem jednym ramiem Rosalitę a drugim Hectora, i zawisłem nieco na nich. Tak przekuśtykałem, podtrzymywany przez nich, do łóżka Hectora. Wsunąłem się pod kołdrę i tak leżałem, wyciągnięty jak struna, bojąc się ruszyć, by ból - i tak obezwładniający - nie wzmógł się. Tak przeleżałem cały dzień, a w nocy do późna nie mogłem zasnąć. Co chwilę budziło mnie straszliwe kłucie. Sam nie wiem, kiedy w końcu zasnąłem, i czy przyszedł sen, czy po prostu padłem z bólu.
***
Gdy obudziłem się, byłem wymęczony, słaby i bolała mnie głowa. O dziwo, ból jakby zelżał. Przez chwilę leżałem bez ruchu, myśląc, że to tylko złudzenie, a rwanie powróci ze zdwojoną siłą, jeśli tylko drgnę. Plecy bolały mnie trochę, lecz może dlatego, że przeleżałem na nich cały dzień i całą noc. Gdy jednak spróbowałem się podnieść, nie poczułem nic ponad sztywność i lekką niemoc. Rosalita spojrzała na mnie z przerażeniem. - Co ty, dziecko, robisz? Kładź się z powrotem. - Kiedy ja się czuję lepiej - odparłem, rozkładając ręce. - Wydaje ci się. Kładź się, zanim ci wróci. - Senora, ja naprawdę czuję się dobrze! - Ja nie pozwalam. - Ja chcę iść dzisiaj na pastwisko. - Nie ma mowy! - To chociaż krowy wydoić pójdę! Umieram z nudów w tym wyrku! - Zabraniam! Nie wejdziesz do obory! - Dlaczego?! - Bo to wszystko przez ciebie! Zanim przyjechałeś, był spokój! - wykrzyczała jednym tchem. Spojrzałem na nią, osłupiały. Ona sama zakryła dłonią usta, zaskoczona tym, co powiedziała. Wiedziałem, że nie mogła wiedzieć, że to ja zabiłem Jorge. A teraz obarczała mnie tym, jak i zdychaniem krów. - Co takiego?! - spytałem. - Nic! Nic! Ja nic nie mówiłam! - krzyknęła, speszona. Zakrzątnęła się po izbie, próbując się czymś zająć, udając przy tym, że mnie nie ma. - Pójdę w międzyczasie wydoić krowy - zaproponowałem. - Nie, nie, nie, nie, nie! Siedź! Siedź tutaj! - komenderowała, jak psu. Zaczęła się wycofywać, cały czas gestykulując abym siedział i się nie ruszał. Wyszła i pobiegła do obory. Wstałem, wsunąłem buty i poszedłem za nią. Plecy już mnie nie bolały i mogłem całkiem normalnie chodzić. Wyszedłem na dwór i zmierzałem do obory. Chciałem pokazać Rosalicie, że czuję się dobrze i moge pracować. Wtedy, wpół drogi, znowu poczułem ten ból - silniejszy niż przedtem. Jakby ktoś wbił mi w plecy gruby, rozpalony metalowy pręt. Zwaliłem się na ziemię; nie mogłem się ruszyć a ból ściskał mi gardło. Leżałem tak, dopóki Rosalita nie skończyła doić krów i nie wyszła z obory. - O matko! - krzyknęła, widząc mnie na ziemi w pokracznej pozie. - Co ja ci mówiłam? Co ja ci mówiłam, pytam się! Nie wyłazić z łóżka! A ty co? Masz nauczkę, że należy kobiety słuchać, jak ci mówi!
***
I tak jej nie posłuchałem. Nie zrobiłem na złość jej - po prostu tak wyszło. Był środek nocy, a ja znów nie mogłem spać. Ból nie był już tak potworny, ale nadal od czasu do czasu bolesne ukłucie między kręgami odpędzało sen na dobre. Leżałem więc na plecach, wpatrując się w sufit. W świetle księżyca wpadającym przez okno widziałem coraz lepiej. Słyszałem też wyraźnie bzyczenie komara, a chrapanie Hectora doprowadzało mnie do szału. Gdy z zewnątrz doszedł mnie dziwny, przeszywający dźwięk, poderwałem się z łóżka. Nasłuchiwałem, mierzwiąc brwi. Zgrzyt - czy też świst; nie umiałem stwierdzić - nie powtórzył się. Za to dość dokładnie usłyszałem przeraźliwe, dzikie muczenie - długie, mrożące krew w żyłach. Potem znowu cisza. I ten sam zgrzyt. Zerwałem się z łóżka, wciągnąłem spodnie i założyłem buty, i po cichu wymknąłem się z domu, tak by nie zbudzić Hectora ani Rosality. Choć jeśli jego chrapanie nie budziło ani jej, ani jego samego - nic chyba nie mogło. Uśmiechając się pod nosem na tę myśl, wyhynąłem za drzwi i najciszej jak umiałem, zamknąłem je za sobą. Cicho podreptałem do obory. Kłódka była zerwana. Nie przecięta; po prostu leżała na ziemi, tak jakby Rosalita albo Hector zapomniał zamknąć. Drzwi były lekko uchylone. Wsunąłem się przez nie do środka. I zdębiałem. Kolejna krowa martwa. Nie miałem co do tego najmniejszych wątpliwości. Nie była to pierwsza martwa krowa, więc nie było się co łudzić, że leżąca na boku krowa żyje. Ale nie tylko dlatego wiedziałem, że krowa padła. I nie było to przypadkowe. Nie zdechła od choroby ani ze starości. Ktoś ją bardzo profesjonalnie wybebeszył i zdarł skórę z krowiego łba. Skóra na brzuchu po prostu wisiała a ryj zwierzęcia świecił gołym mięsem; brakowało gałki ocznej i ozora. Na całym cielsku widniało mnóstwo trójkątnych nacięć. - O żesz... - szepnąłem do siebie. Zakryłem usta dłonią, bo zbierało mi się na rzyganie, i odwróciłem się od koszmarnego widoku. Nie przychodziło mi do głowy, co za psychopata mógł zrobić coś takiego. Nie sądzę, żeby był to ktokolwiek ze wsi. Ktoś pokroił zwierza jak... jak chirurg. Fachowe, dokładne cięcia - same linie proste. I zero krwi. To zrobił psychopata z dyplomem medycyny - nie prości ludzie! Gdy odwróciłem się plecami do tego koszmaru, ujrzałem przed sobą coś, co zamurowało mnie jeszcze bardziej. W kącie stała paląca się spora świeczka - to w jej świetle dostrzegłem rozbebeszoną krowę. Podszedłem bliżej i dostrzegłem, że obok niej coś leży. Miseczka i jakaś szmatka. Wziąłem w dłoń naczynie. Było mokre - całe pochlapane płynem, który w nim był. Biorąc je samymi palcami do drugiej ręki, zauważyłem, że ta, którą wziąłem miseczkę z ziemi, jest ubabrana; uwalana lepką, krzepnącą krwią. Nie powinienem się brzydzić krwią - tyle razy ją widziałem, tyle razy ubrudziłem sobie nią ręce. A jednak wstrząsnęło mną. Upuściłem nacznie na ziemię a jucha rozlała się po ziemi. Chciałem wziąć małą szmatkę, leżącą tuż obok, i wytrzeć nią choć pobieżnie zakrwawioną dłoń. Sięgnąłem po nią - i wtedy dojrzałem złowieszczy błysk. Ująłem materiał za różek i uniosłem go do oczu. Tym, co błysnęło, okazała się być szpilka, wbita w szmatkę. Sama zaś szmatka... Była wycinana. Ale nie był to jakiś wzrorek - fala ani zygzak. Nie. Szmatka miała kształt człowieka. A także dorysowane oczka. Szpila przebijała jej korpus na wylot. Wytrzeszczyłem oczy na ten widok. Próbowałem pojąć to, co widzę. Najpierw krowa, teraz to. Krew i lalka ze szpilką. Przeszło mi przez myśl, że ta lalka to mogła być zabawka Julii. Makabryczna... Jakoś to mi do niej pasowało. Ale krew? Nie, to raczej niepodobne do niej. Krowa? Na pewno nie - gdzie by taki dzieciak coś takiego zrobił. Niemożliwe. Nie, to nie mogła być Julia. Trzymałem tę szmaciankę w dłoni i próbowałem zrozumieć. Laleczka przebita szpilą. Chwyciłem za łepek szpilki i wyciągnąłem ją. Ból pleców - lekki, ale wciąż dokuczliwy - przeszedł jak ręką odjął. Szczęką opadła mi i wisiała bezwładnie, a ja gapiłem się osłupiały to na lalkę, to na szpilę. Dziabnąłem szmaciankę tam, gdzie miałaby tyłek. I aż podskoczyłem, czując coś jakby kopa w dupę znikąd. - O kurwa... - jęknąłem. Wtedy uzmysłowiłem sobie, co się stało. Moje bolące plecy, i kompletny paraliż - to od tego. Ale kto? Julia? Nie. Bo i po co? Więc kto? Ktoś, kto coś do mnie miał. Ale przecież nikomu nie szkodziłem, nikogo nie obraziłem. Chyba, że ktoś sobie coś wymyślił. Ale co to musiałaby być za rzecz, żeby ktoś mi robił coś takiego. Przecież ja... Kurwa! Krowy! Obora! Wszystko jasne! Miałem nie włazić do obory! Dlaczego? Bo ponoć to wszystko przeze mnie! Ha! Więc suka pieprzona mnie unieruchomiła, żebym tu nie wlazł. I żebym nie znalazł ołtarzyka i laleczki. A jak wstałem i chciałem pójść z nią, to szybko przybiegła tu i poprawiła szpilę, żebym nie mógł... Kurwa! Czułem, jak się we mnie gotuje. Stojąc nad krwawym ołtarzykiem, w świetle świecy, obmyślałem zemstę. Jak ją zabić? Udusić? Za prosto. Zadźgać szpilą? Za długo. Spalę im tę chałupę, cholera! Niech się smażą! Zamierzałem iść po benzynę, oblać dom a potem puścić z dymem i patrzeć, jak płonie, z nimi w środku. Cisnąłem igłę w kąt a szmaciankę wrzuciłem z odrazą w ogień świeczki. Najpierw uderzyła we mnie fala gorąca. Nim zdążyłem oblać się potem, zająłem się płomieniami. Zatliła się ręka, a z niej rozeszło się na tors, i rozlało się po skórze. Ryknąłem z bólu, gdy pod ubraniem ogień przeżarł skórę i zaczął trawić mnie. Walałem się po ziemi, w krowim łajnie, próbując ugasić zjadające mnie żywcem płomienie. Kurwa, jak boli! Nie gasło. Płonąłem cały - każdy skrawek ciała. Swąd palonych włosów. Smród pieczonego ludzkiego mięsa, ociekającego krwią. Ból, niewysłowiony ból! Padłem na siano. Przyszła ciemność i upragniony chłód.
***
- Stodoła spalona! Co my teraz zrobimy? - Może i dobrze? - stwierdziła Rosalita. - Może tego chciały duchy? - Pozbawić nas środków do życia? - skwasił się Hector. - Ofiary. Ofiary z krwi i ognia. - No to musiały nam od razu stodołę palić? - Krowy masz całe przynajmniej. Ciesz się. Duchy zadbały, żebyś zapomniał zamknąć oborę i krowy wylazły, jak tylko się zaczęło palić. - No krowy mam, tylko gdzie ja je teraz będę trzymał? - miauczał Hector. - I niech mi jeszcze która zdechnie, to oszaleję. - Duchy już ubłagane, z krowami będzie spokój. - A nie mogły spalić czego innego, żebym miał gdzie bydło schować? - Nie kłóć się z wolą duchów, bo zobaczysz, jeszcze zaczniesz robakami rzygać albo co. - Rzygam tymi duchami już! - Bluźnisz! - Może! Ale za co duchy tego chłopaka nie lubiły? - Zły był! - Jaki, cholera, zły? Pomagał, gdzie mógł. - Ale zły był! Duchy wiedzą! Ty guzik wiesz, pierdzielu! Tyle, co sam ci powiedział. A kto go wie, czy nie nakłamał? - A mnie go szkoda! Lubiłem go! A teraz gdzieś zniknął. - Duchy go pewnie opętały, wywiodły do lasu i zrobiły, co trzeba. Słyszałem głosy Rosalindy i Hectora, pieprzących największe głupoty, jakie w życiu słyszałem. Przez chwilę myślałem, że śnię - ale nie, to działo się naprawdę, a ja leżałem na ziemi, obolały, i coś mnie przygniatało. Czułem smród spalenizny i gorąco. Spróbowałem się podnieść. Coś na mnie leżało i nie mogłem wstać. - Hector, pod tymi deskami coś się rusza! Idź po widły! - Zostały w stodole... Rozpoznałem drewno po dźwięku jaki wydawało, gdy spalone deski uderzały o siebie, podczas gdy ja usiłowałem desperacko wygrzebać się spod nich. Leżałem w spalonych ruinach i popiołach obory, i cholernie swędziała mnie skóra. Podniosłem się i stanąłem na równe nogi. - Rety! Zombie! - wykrzyknęła Rosalita. - Jakie zombie, głupia? Zombie są w voodoo - wyśmiał ją Hector. - Ano tak - przytaknęła kobieta. - No właśnie, a my jesteśmy wyznawcami Santerii... - Palo Mayombe. - A ja myślałem, że Santerii... - Nie, nie, nie, zarzuciliśmy Santerię, bo była zbyt łagodną formą wiary. - Aha - mruknął Hector. - Ale w takim razie, co to jest? - Mówię ci, że zombie! - Przecież zombie nie powstają z popiołów! - A jak? - Nie wiem! Ale nie z popiołów! Byłem oślepiony, oczy mnie bolały, i nie widziałem ich. Ruszyłem na oślep, z rękami wyciągniętymi przed siebie. - Zabiję was! - wycharczałem. Lazłem na oślep, podążając za odgłosami ich kroków. Uciekali przede mną, łokieć w łokieć. Gdy jednak się rozdzielili, poszedłem za jednym z nich. I wtedy z tyłu drugie zdzieliło mnie przez łeb. - Odrąb mu łeb! - krzyknęła Rosalita, gdy padłem na ziemię. Miałem na tyle przytomności umysłu, by odtoczyć się, ale i tak spodziewałem się, że…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil MFitzner
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…