O czym marzą dziewczęta?
Raz na różowo
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
,,Piekło jest nieruchome“ – pomyślałam siedząc zgarbiona na drewnianej ławce. Rozmyślałam nad tym, że czekanie to stan zawieszenia, więc (w pewnym sensie) niebytu – tyle, że ze świadomością bytu... I przypomniał mi się ten gość, który opracował konceptualno-wrażeniową teorię struktury czasu na podstawie wrażeń z pobytu w poczekalni u dentysty. A obok mnie Nikka rżała radośnie nad jakimś kolorowym pisemkiem. - Czytałaś to? - spytała znienacka wymachując płachtą gazety. Wzruszyłam ramionami, (bo nawet jeśli przeczytam coś z tzw. kolorowej prasy, to nie oznacza wcale, że od razu mam ochotę się do tego przyznawać) - Tu opisują wymarzony dzień kobiety i wymarzony dzień mężczyzny – wyjaśniła Nikka – Wymarzony dzień każdej kobiety wygląda mniej-więcej tak: Budzi się w ramionach swojego ukochanego mężczyzny. Staje na wagę i okazuje się, że schudła pięć kilo (przez noc). Ukochany mężczyzna przynosi jej do łóżka ciepłe rogaliki, capuccino i malutkie tatarinki z parmezanem; całuję ją po małych paluszkach u stóp i mówi, że ją kocha, pragnie, wielbi itede, itepe. Cały wymarzony dzień każdej kobiety zajmują zakupki, kosmetyczka, fryzjer – i takie klimaty (do pracy chodzić nie musi). Wieczorem jej ukochany mężczyzna znowu staje na wysokości zadania – zabiera ją na wytworną kolację i przy tęsknych dźwiękach skrzypiec wręcza jej pierścionek z brylantem wielkości lodowiska. - - Fascynujące. Po raz kolejny okazuje się, że nie jestem kobietą. A wymarzony dzień faceta? - - Oooooo, wymarzony dzień faceta jest dużo ciekawszy: Budzi się w swojej rezydencji. Z trzema usatysfakcjonowanymi kobietami u boku. Po pożywnym śniadanku – złożonym ze schabowego z musztardą - leci do pracy własnym concordem z pięcioma stewardesami, opętanymi ,,nimfomańskim szałem“. W pracy wszystkich rozstawia po kątach. Jest Królem Dżungli. Po pracy oblewanie jego kolejnego po sukcesu. Wszyscy piją, ale tylko on nie jest pijany (jego były szef, niedoszły konkurent i cała reszta pętaków zalega pod stołem i grubym głosem śpiewa jugosłowiański hymn narodowy). A na koniec tak udanego dnia (już leżąc w łóżku) czując się w pełni Wolny i Swobodny - puszcza wielkiego bąka pod kołdrą. - Może i nie był to humor najwyższych lotów, ale obydwie obśmiałyśmy się jak norki. - A jaki byłby Twój wymarzony dzień Nikka? - rzuciłam od niechcenia, żeby odpędzić czającą się wokół nas nudę. Nikka podparła dłonią podbródek i długo zastanawiała się nad odpowiedzią. - A mogę użyć stosunkowo niedużej dozy prawdopodobieństwa? - spytała w końcu - Jasne - zgodziłam się wspaniałomyślnie – Możesz zaszaleć! -
{i}{b} Wymarzony dzień Nikki{/b} Budzę się, świeci słońce, jest ciepło (lato w pełni) – w moim własnym mieszkaniu w Warszawie. Dookoła mnie czysto, jasno (duże okna, podłogi wyłożone sosnowym drewnem); Kot wygrzewa się na parapecie, złote rybki pływają w akwarium. Zakładam moją ulubioną, białą, lnianą koszulkę (jak Zosia z `Pana Tadeusza`) a na stopy sandałki – z cienką jak naleśnik podeszwą i dwoma rzemykami oplatającymi kostkę. Robię sobie śniadanie, stawiam na tacy i z Kotem przy nodze idę na dach. Tam sama zaprojektowałam i urządziłam ogród - bo mieszkam na ostatnim, siódmym piętrze i dach jest mój. A na nim sprawiłam sobie mój prywatny Eden - prawdziwe morze kwiatów – orgia zapachów, ale nie za dużo kolorów, żeby nie wyglądało to pstrokato i nie męczyło oczu; raczej wiele odcieni zieleni i kształtów - od filigranowych paprotek po szablaste liście irysów. Gdzieś tam jest nawet mała fontanna i jeden krzak pomidorów. Full sielanka. Stawiam tacę na stoliku w drewnianej, oplecionej różami pół-altance, napełniam wodą podręczną, cytrynowo-żółtą blaszaną konewkę i zanurzam się w ten mój soczystozielony, pachnący dojrzewającą słodyczą raj. Kiedy już kończę podlewanie, odzywa się domofon. To przyszły moje niezastąpione psia-psiółki: Marta, Lena i jej nieodłączny Maruś. Żartuję! Marta, Lena i np. Aga (trochę histerii z rana tylko ożywi atmosferę). Śniadanie jemy razem. Dziewczęta umilają mi czas wymyślając wredne ploty o osobach, których aktualnie nie chcę znać – a jak im to już się znudzi, zaczynają z odrobinką złośliwej satysfakcji ubolewać nad faktem, że jako jedyna z nich nie mam jeszcze faceta. A ja, bez żadnej złośliwości, śmieję się z nimi i gościnnie podsuwam im pyszne ciastka z kremem (zupełnie niechcący zapominając, że wszystkie zażarcie się odchudzają). Beztroską atmosferę leniwego poranka na dachu przerywa dopiero brzęk telefonu komórkowego. To imressario Agi dzwoni do niej z kolejną oszałamiającą propozycją. Lena spogląda na zegarek i prawie dławi się ciastkiem, bo uświadamia sobie, że już od dwudziestu minut powinna być w redakcji. Dziewczęta znikają, a ja błyskawicznie uprzątam po nich pobojowisko, schodzę na dół, biorę prysznic i karmię rybki. Teraz czas podjąć wiekopomną decyzję: CO JA MAM DZISIAJ NA SIEBIE WŁÓŻYĆ??! W końcu wybieram długą do połowy łydki, (i seksownie odsłaniającą ramiona) różową sukienkę w drobniutkie kwiatuszki i buty na wysokim obcasie - z jasnej skórki, bez palców. Wysoko upinam włosy. Make-up delikatny (też na różowo) a z biżuterii tylko pierścionek i bransoletka. Łapię torebkę, zbiegam po schodach, wskakuję do mojego błyszczącego nowym, granatowym lakierem Jeepa Grand Cherokee i ruszam do pracy. Pracuję w firmie informatycznej (i to bynajmniej nie jako sprzątaczka). Wchodzę do budynku firmy, a już portier cieszy się na mój widok jakby właśnie wygrał milion w totka -dzień dobry szanownej pani , jaki piękny dzień itede, itepe. Idę do windy i jadę na swoje piętro. Tam wychodzę do przestronnej, klimatyzowanej sali biurowej – jest tu dwadzieścia jeden biurek, gabinet szefa i sekretariat. Jedno biurko jest moje, resztę zajmuje moich dwudziestu kolegów. Od samego progu słyszę -cześć piękna, dzień dobry kotku, co słychać skarbie itede, itepe. Idę do swojego biurka rozdając buziaki (w policzek), uśmiechy, błyskotliwe, dowcipne, a czasami cięte uwagi - tego pana pociągnę za krawat, tamtemu poczochram czuprynę - innymi słowy - mój własny, prywatny harem! Dwudziestu panów w garniturach pod krawatami, a ja między nimi jak ten różowy motylek. Wielbiony i hołubiony. Oczywiście wszyscy panowie są żonaci (tak jest bezpieczniej – bo co ja bym zrobiła z dwudziestoma, gotowymi na wszystko kandydatami na męża?). Naturalnie, w pracy zdarzają się sytuacje, kiedy panowie nie potrafią sobie poradzić z jakimś problemem. Ja, jako profesjonalistka, załatwiam to od ręki (czasami pewnie na to piętro wpadają jakieś panie, ale właściwie tylko po to, żebym mogła na ich tle błysnąć). Przez cały dzień zaskakują mnie różne przyjemne zbiegi okoliczności, a wieczorem robię się na bóstwo i wychodzę spotkać z przyjaciółmi - w pubie, albo jakimś fajnym clubie. Nie ziewaj! Już niedługo GRANDE FINALE! Więc spotykam się z przyjaciółmi - tym razem z całą ekipą: jest Marek, Aga i Max, Marta ze swoim Pawłem, Yolka z Aktualnym Misterem Polski, Lena ze swym facetem i ja ze swoim kotem (mój Kot jest bardzo dobrze ułożony i w niezwykle dystyngowany sposób pije piwo z podstawionego mu spodeczka). Świetnie się bawimy, ja jak zwykle iskrzę dowcipem, nietuzinkowym poczuciem humoru itede, itepe. Rozstajemy się około 11 w nocy, przy czym Lena całuje na pożegnanie swojego lubego i wprasza się do mnie na noc (korzystając z pięknej pogody i pełno-gwiezdnego nieba mamy zamiar rozłożyć sobie leżanki na dachu i pogadać jak za starych, dobrych czasów). We dwie idziemy na placyk przed pewną znaną restauracją – jest stamtąd piękny widok na Wisłę i zaciszny parking, na którym stoi zaparkowany mój Jeep. - Masz kluczyki? - pyta Lena - Mam, mam. Jestem tego równie pewna, co swojego imienia - zapewniam. Sięgam do torebki, ale boczna kieszonka jest pusta. - Chyba pojedziemy autobusem, Genowefo! - złośliwie ucina Lena. W tym samym czasie przed restaurację wychodzi dwu panów. Jeden to taki sympatyczny grubasek w przyciasnej, kraciastej marynarce. Drugi (ciut wyższy i szczuplejszy) to typ `pogrzebaczem-czesany`. Musi mieć na sobie rozpiętą, starą, pięknie podniszczoną kurtkę. I zarost (bez zarostu się nie liczy!) Obaj zamówili sobie taksówki, a teraz czekają na nie i klepią się po kieszeniach w poszukiwaniu zapalniczki. Skryci w cieniu pod markizami, gwoli bezstresowej rozrywki, obserwują dwie porąbane panienki. - Wygląda na to, że moje kluczyki wybrały się na wycieczkę do wnętrza mojej torebki! – mówię do Leny i rozpinam suwak torebki. Wyciągam po kolei: puder, dokumenty, portfel ... i żywego, trochę rozczochranego Kota. Tego dwaj panowie spod markizy się nie spodziewali. Zastygają w bezruchu (z otwartymi paszczami). Tymczasem Kot z filozoficznym spokojem wygładza językiem zmierzwione futro, a ja zabieram się do przetrząsania wnętrza torebki. Lena przygląda się z miną jednakowo niewzruszoną. - Tak właśnie się zastanawiam ... - odzywa się nagle – Jak to jest ... nosisz to bydlę w torebce, zostawiasz go na godziny w samochodzie, podrzucasz znajomym, zabierasz do biura i zapominasz zabrać, pozwalasz dzieciakom Marty ciągać go po mieszkaniu za uszy, kąpiesz, na przyjęcia w firmie zakładasz idiotyczne kokardki i maltretujesz na wiele innych sposobów - a on ... no cóż, wygląda na całkiem zadowolonego. I jakoś zupełnie nie kombinuje, jak by Ci zwiać ... - - Czemu Cię to tak interesuje? Nie masz kota – odpowiadam coraz bardziej nerwowo grzebiąc w torebce. - No tak. Tak jakby. Ale wiesz, ostatnio mam faceta.... - Więc, recepta jest bardzo prosta – zapewniam z uśmiechem, przerywając na chwilę przewracanie do góry nogami…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Toyota
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…