O Ludku, który nie pamiętał
Ludek nie pamięta, kim jest. Ale coś pamięta jego. I nie zamierza odejść.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Nie było gór, nie było lasów – przynajmniej nie w najbliższej okolicy. Były co najwyżej pojedyncze, osamotnione drzewa osłonięte przez śnieg zamiast liści oraz skromne, również pokryte bielą pagórki. Wszystkie były do siebie bardzo podobne. Niektóre tylko wyróżniały się wysokością i szerokością, górując dumnie na tym pustkowiu, jakby chciały udowodnić komuś – być może samym sobie – że nawet w takim mrozie i pośród takiej pustki można być choć troszkę innym. Jeden pagórek wyróżniał się jednak tak, jak cała reszta mogłaby tylko pomarzyć. Wznosił się bowiem na nim dumnie niewielki domek z drewna, całkowicie osamotniony na tle śnieżnej poświaty. Kto w nim mieszkał? Ludek. Skąd się tu wziął? Nie pamiętał. Kim był? Trudno powiedzieć – on sam pewnie nie umiałby tego wytłumaczyć. Czy było mu dobrze? Tak, choć nie bezproblemowo. Dlaczego? Zobaczcie sami.
* * *
Podczas jednego z najchłodniejszych poranków jakie widziała okolica, Ludek leżał spokojnie w łóżku, śniąc o odległych, ciepłych krainach, do których w swoich najskrytszych marzeniach pragnął się dostać. Miał dosyć tej wiecznej, wyczerpującej zimy, czemu wyraz dawały nawet jego sny. Godzina? Któraś tam była, ale która dokładnie – tym się nasz bohater nie przejmował. Bo i po co? Obowiązków prawie żadnych, z wyjątkiem dokładania węgla do pieca i odganiania wron, które nie wiedzieć dlaczego, jakby na złość, waliły dziobami w dach jego przytulnego domu. Potrafiły być w tym niezmordowane, gotowe do nieustannego uprzykrzania mu życia. I po co to wszystko? Przecież Ludek nie chciał nawet dla nich źle. Od czego się to wszystko zaczęło? Ano od tego, że nasz naiwny bohater, widząc któregoś dnia, jak ptaszyska te w swej ptasiej bezradności krążyły gdzieś w oddali, szukając pożywienia – oczywiście nie mając szans na znalezienie go przez pogodę – rozłożył im ziarno na swoim dachu. Te głodne i sprytne stworzenia, zaledwie kilka chwil po pozostawieniu przeznaczonego im pokarmu, zwróciły się w stronę chatki. Wyczuły czy zobaczyły go, ciężko powiedzieć, niemniej błyskawicznie osiadły wokół ziaren i pogrążyły się w dziobaniu. Pierwszy dzień jedzenia minął spokojnie. Ptaki były grzeczne, czemu dały dowód szybkim opuszczeniem dachu, już po skończonym posiłku. Drugi natomiast... to już inna historia. Wróciły one o podobnej porze i na nieszczęście Ludka, nie znalazły tego, co poprzedniego dnia. Ludek bowiem nie przygotował nic dla nich, gdyż po prostu nie miał więcej ziarna. Ten jeden raz był wszystkim, na co było go stać. Wrony, jak nietrudno się domyślić, powróciły na karmienie, głodne jeszcze bardziej niż ostatnio. Ludek nie był głupi, spodziewał się tego. Nie spodziewał się jednak, że wrony widząc, że nic tu na nie nie czeka, zamiast opuścić jego dom, zwrócą się przeciwko niemu i zaczną okupować jego dach, domagając się ziaren poprzez wściekłe uderzanie dziobami o deski. Co prawda odgonił je, jednak następnego dnia wróciły jeszcze większą chmarą. Wtedy też sobie z nimi poradził, jednak dzień w dzień do niego powracały, by oblegać dach i uprzykrzać mu życie. Jako że z każdą kolejną, mówiąc ładnie, “wizytą” ptaków było coraz więcej i zachowywały się coraz bardziej zajadle, przegonienie ich stawało się coraz trudniejsze. Wszystko to trwało wiele dni – tak wiele, że Ludek stracił rachubę w liczeniu. Ostatnimi czasy miał jednak szczęście, gdyż ptaki nie tylko nie podlatywały pod jego schronienie, ale w ogóle nie pokazywały się na horyzoncie. Dlatego też mógł spędzać ranki w łóżku, całkowicie oddając się snom. Przynajmniej do czasu. Tego dnia pobudka przyszła jak podmuch lodowatego wiatru – jeden z tych, jakie miały miejsce na zewnątrz w tamtym momencie – niby spodziewana, a jednak znienacka. Co gorsza, przerwała jeden z tych snów, które przeprowadzały go po krainach spowitych przez blask słońca i chlupot ciepłych, morskich fal. Ludek więc, otwierając zamglone oczy, powstał z pomrukiem niezadowolenia, opuszczając swoje wygodne i ogrzewające łóżko. Będąc już na nogach, zwrócony w stronę stołu na środku niewielkiego domku, spojrzał przez ramię na posłanie, które wyglądało tak, jakby pełne utęsknienia wołało go do natychmiastowego powrotu. Ale nic z tego, trzeba było wstać. Ocierając oczy, by zmusić swój wzrok to przebudzenia, ruszył przed siebie, do stołu, do kuchni. Może wydać się to głupie, ale przez żaden wysiłek nie udawało mu się wygłodnieć tak, jak przez te senne wędrówki. Zwłaszcza, że tym razem był… no był w… no nie pamiętał, gdzie był. Ale jakie to ma znaczenie, skoro gdy znów schowa się dzień, a nadejdzie noc, on tam wróci, a może nawet trafi w jeszcze lepsze miejsce? Teraz jednak jest dzień i wypadałoby dobrze go spożytkować, nie przejmując się tym, czego w tej chwili nie ma. Ludek postawił pierwszy krok i… nie wyczuwając gruntu pod nogami zapadł się na twarde klepisko piwnicy. Nie było ono uprzejme. Nie przyjęło go do siebie jak dobry gospodarz, a jak ktoś, kto zmuszony jest wpuścić w swe progi tego jednego nielubianego i nachalnego znajomego – niby otwierając drzwi, a jednak nie ukrywając przy tym pewnego zniecierpliwienia. Ludek trochę się poobijał, ale nie było to zbyt dramatyczne doświadczenie, gdyż praktycznie od razu się podniósł i spróbował zrozumieć to, co zaszło. Okazało się, że deska w podłodze była dziurawa, choć to chyba za delikatne określenie. Tak naprawdę, to prawie w ogóle jej nie było, bowiem została z niej tylko niewielka, również zapadła część, na którą właśnie spadł. Tylko skąd w tej solidnej, przynajmniej do tej pory podłodze znalazł się otwór wielkości Ludka? W końcu drewno nie dawało żadnych oznak starości, no może poza lekkim skrzypieniem. Poza tym, jeszcze gdy kładł się spać, wszystkie deski były w jak najlepszym stanie. A może nie były? Nie pamiętał. Zresztą, czy to w tej chwili ważne? Najważniejsze jest to, by dziury się jakoś pozbyć, najprościej poprzez wystruganie i założenie nowej deski. Ale wszystko ma swoją kolejność – najpierw śniadanie. W trakcie śniadania szczególną uwagę Ludka zwrócił dzbanek, do którego nalał wcześniej kompot. Było to pospolite, niczym nie wyróżniające się gliniane naczynie, używane przez niego od bardzo dawna. Miało ono jednak jeden defekt. Jedną dziwną, bo niewytłumaczalną niedoskonałość. Był nią brak ucha, widocznie utłuczonego, gdyż zostały po nim nierówne dwa ślady w linii prostej z boku dzbanka. Dlaczego było to niewytłumaczalne? Dlatego, że jeszcze niedawno – kilka dni temu, a może nawet jeden dzień – dałby sobie, nomen omen, uciąć ucho, że naczynie było w nienaruszonym, w pełni użytkowym stanie. Ale czy to stanowiło wielki problem? Nie, co najwyżej zagwozdkę i kolejny znak, że z pamięcią Ludka nie wszystko jest w porządku. A dzbanek? Dało się go przecież normalnie trzymać w obu rękach. Rozmyślania nad podniszczonym dzbankiem przerwało Ludkowi dziwne uczucie. Czuł on, że ktoś go obserwuje. Obserwuje i śmieje się, a on nie lubił śmiechu. No… może nie tyle nie lubił, co nie miał do niego powodów. Wydawało mu się, że poza olbrzymią dziurą w podłodze i utrąconym uchem dzbanka, dzieje się jeszcze coś, co nie jest do końca normalne. Tylko co? Nie potrafił powiedzieć. Czy jego odczucia znajdowały odzwierciedlenie w rzeczywistości? Tak, przynajmniej w pewnej części. Dlaczego? Ludek czując coraz większe napięcie związane z lękiem bycia obserwowanym, odwrócił się w stronę okna i bardzo się zdziwił. Zacisnął palce na blacie stołu, nerwowo zsunął się z krzesła i usiłując się uspokoić, natarł na drzwi. Po chwili znalazł się na zewnątrz. Powodem tego było oczywiście to, co zobaczył za szybą. Nie, nie było to nic strasznego – wręcz przeciwnie: były to tylko dwa niewinnie uśmiechające się Duszki. Białe jak śnieg pokrywający okolicę i wesołe jak wiatr świdrujący dziurkę od klucza. Były niewielkie, o zaokrąglonych u góry i falowatych u dołu kształtach. Po wyjściu na dwór, Ludek od razu znalazł się przed nimi. Nie zmieniły miejsca, wciąż stojąc przy oknie, niedaleko drzwi. Widząc gospodarza ucieszyły się jeszcze bardziej. Nadąsany Ludek po chwili podjął: – Po co tu…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Animanito
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…