Wróć do katalogu

O tym jak znalezlismy sobie groupies

Nastepne opowiadanko na kanwie opowiesci mojego kolegi z Czech. Dobrego odbioru.

Blueskies, opublikowano , 18 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Gitara, jak powszechnie wiadomo, to rodzaj instrumentu. Czlowiek, ktory szarpie struny, to ktos na ksztalt gitarzysty. Kilku gitarzystow plus pare pomniejszych postaci obslugujacych mniej wazne instrumenty, to jakby zespol. Zeby zespol mogl nalezycie funkcjonowac potrzebny jest dodatek w postaci publicznosci. Zeby publicznosc zechciala funkcjonowac jako dodatek, zespol musi prezentowac pewien poziom. Zeby zespol czul sie lepiej, niezbedna jest prawidlowa reakcja tejze publicznosci w czasie wystepu. Poprawia to samopoczucie ludzi dzierzacych gitary i tych paru nieszczesliwcow, ktorzy dzierza bebny, klawisze i mikrofon, a bardzo chcieliby grac na gitarach. Zeby samopoczucie czlonkow zespolu bylo jeszcze lepsze, potrzebne sa groupies. A groupies sie znajda jak zespol bedzie gral i do tego gral na pewnym poziomie. Kolo sie zamyka. Rozpisalismy sobie to wszystko na niezadrukowanym kawalku gazety i pochylilismy smetnie glowy. - Czeka nas dluga droga na szczyt – powiedzial Irka – nie mamy nawet gitar. - Bedzie dobrze – mruknalem zamyslony – kombinuj skad wziac struny a ja rozejrze sie za pudlami. Ponoc wiara potrafi przenosic gory. Dzwiganie ciezarow absolutnie nie bylo naszym zamiarem ale faktem jest, ze po uplywie trzech miesiecy, wskutek skomplikowanych operacji finansowych i ozywionej, miedzykolezenskiej wymiany handlowej stalismy sie dumnymi posiadaczami dwoch gitar. Ogladalismy je z podziwem i w niemym zachwycie przez dobry kwadrans. A potem Irka szarpnal za strune i gitara wydala dzwiek. Ja tez szarpnalem i mielismy juz dwa dzwieki do kupy. Narodzil sie wiec problem koordynacji dzwiekow i sposobow wydobywania ich z instrumentu. Zajelo nam to nastepnych kilka miesiecy a po roku doszlismy juz, bez falszywej skromnosci, do pewnej bieglosci budzacej niejaki podziw. Nalezalo sie teraz rozejrzec za reszta zespolu. Zadanie okazalo sie rownie mozolne jak kombinowanie instrumentow i nauka gry razem wziete. Mimo, ze oplakatowalismy chyba trzy czwarte Pragi efekty bylo tylez mizerne co niezachecajace. - Mam ich wszystkich gdzies – oswiadczyl Irka – bedziemy dzialac jako duet. Dzialalismy wiec jako duet przez czas jakis, urzadzajac w naszej kawalerce wrzaskliwie jam sessions ku zgrozie i przerazeniu naszych sasiadow. A pierwsze sukcesy przyszly zupelnie niespodziewanie i to bez zadnych staran z naszej strony. A stalo sie to tak. Byla akurat pelnia pieknego lata a mysmy tkwili, z racji mizeri naszych zasobow finansowych, w srodku nagrzanego i betonowego miasta. Z nudow obijalismy sie po remizach i w trakcie jednego z suto zakrapianych bali strazackich, Irka poznal pewna dziewczyne. Nadobna ta niewiasta pochodzila z podpraskiej wioski o wdziecznej nazwie Zaparcie. Urocze to stworzenie zaproponowalo nam spedzenie kilku dni w jej rodzinnej wiosce jako surogat wakacji w kurorcie. Nie mielismy nic innego do roboty wiec wzruszywszy ramionami, spakowalismy kilka par slipow i ruszylismy do Zaparcia. Byl to poczatek naszej kilkudniowej a zupelnie niezamierzonej tulaczki. Ale po kolei. Czas w Zaparciu dluzyl nam sie okrutnie. Sympatia Irki pracowala w tutejszej Spoldzielni Mleczarskiej jako starsza dojarka i sila rzeczy spedzala z krowskami cale dnie, sumiennie i konsekwentnie wykonujac swoje obowiazki. Wracala ciezkim wieczorem taszczac banki z mlekiem. Pilismy wiec to mleko na kolacje a potem Irka i ona szli do stodoly na siano. A ja zostawalem zupelnie sam oganiajac sie cierpliwie od komarow i wsluchujac w gdakanie drobiu i wieczorne wycie psow. Po trzech dniach takich rozrywek mialem juz serdecznie dosyc wsi i mleka. A Irce tez juz jakos sie przejadly harce na sianie, co bylo dosc zrozumiale, zwazywszy, ze nie byl zbyt staly w uczuciach. Calymi dniami wloczylismy sie bez celu po zapylonych i rozgrzanych wiejskich drogach czekajac na standardowy koniec dnia: ja z moimi komarami a on ze swoja stodola. Dodatkowa atrakcja byl brak biezacej wody. Latalismy z wiadrami do studni, klnac przy tym w zywe kamienie. Czwartego dnia, pompujac w pocie czola ciecz na herbate, natknelismy sie na tubylcow. Kilku wyrostkow stanelo nieopodal i z ciekawoscia obserwowalo jak nam idzie. - E! Miastowi! – zagail najbardziej obdarty – Cos macie cieniutkie tempo! Reszta zarechotala radosnie. Popatrzylismy na siebie z Irka i zaczelismy pompowac jeszcze wscieklej. - Jakby troche szybciej ale caly czas kiepsko – powiedzial natret – taka duza ta Praga a tu takie mizerne wyniki. Slowo daje! Towarzystwo zarzalo z uciechy. Spurpurowielismy z oburzenia i chwyciwszy niepelne jeszcze wiadra ruszylismy z powrotem do wsi. - A zebyscie nie dostali po naszej wodzie sraczki! – krzyknal jeden z nich – wasze delikatne, praskie zoladki moga byc niezwyczajne! - Fatalny poziom umyslowy – skrzywil sie Irka – i kompletny brak dobrego smaku. Wsciekli i palajacy checia zemsty wrocilismy do zagrody. Pol dnia zeszlo nam na kombinacjach jaki to numer mozna by wyciac tym miejscowym troglodytom . Az w koncu Irka wzial do reki ziemniaka, przekroil na pol i poczal w nim dlubac pracowicie nozem. Po polgodzinie wyskorbal pieczatke, ktora umoczona w atramencie dawala calkiem urzedowe efekty. Znalezlismy kartke papieru i w ciagu kilku chwil wysmazylismy takie oto ogloszenie: „UWAGA! UWAGA! UWAGA! Miejscowa Stacja Kontroli Sanitarnej i Epidemiologicznej ostrzega! W ujeciach wody dla wsi Zaparcie wykryto grozne bakterie i wirusy: paleczki coli, tyfus i dur plamisty a takze pytostoj afrykanski. Wszystkich, ktorzy mieli jakikolwiek kontakt z woda w ciagu ostatnich 24 godzin, uprasza sie o niezwloczne stawiennictwo w miejscowej przychodni lekarskiej celem szczepien, badan i analiz.” Pieczatka, podpis. Po namysle Irka skreslil „24” i napisal „48”. - Aby dowcip byl pelniejszy – objasnil. - Co to takiego pytostoj afrykanski? – zapytalem. - Pojecia nie mam – odparl moj druh – ale brzmi groznie. Ciemna noca Irka dal noge ze stodoly i poszlismy wywiesic obwieszczenie na szybie wiejskiego sklepiku. Wybor lokalizacji byl gruntownie przemyslany, bowiem to tu wlasnie, wedle naszego rozeznania, koncentrowalo sie cale zycie towarzyskie miejscowych. W poczuciu dobrze nakarmionej zemsty poszlismy spac. A nastepnego dnia we wsi wybuchla panika. Obudzilismy sie kolo poludnia. Gwoli scislosci to obudzily nas jakies wrzaski. Wytknelismy ciekawie glowy przez okno i oczom naszym ukazalo sie wielkie zbiorowisko ludzi w okolicach sklepiku.. Baby w kolorowych chustach lamentowaly i zawodzily glosno wznoszac rece do nieba. W tym momencie skrzypnely drzwi do izby i na progu ukazala sie nasza gospodyni. - Piliscie wode? – zapytala zadyszana - Pilismy – odparl Irka. - Straszna rzecz! – dziewczyna zalamala rece i usiadla – Woda jest skazona! - Skazona? – kosztowalo nas to sporo wysilku zeby nie wybuchnac smiechem – w jakim sensie? - W sensie zarazy – dziewcze popatrzylo na nas badawczo – tyfus, dur plamisty i pytostoj amerykanski. Soltys mowi ze ten pytostoj to najgorsze swinstwo ze wszystkich. Co wam tak wesolo? - To naturalna reakcja obronna organizmu na tragiczne wiadomosci – wyjasnilem parskajac smiechem – to sie nazywa wisielczy humoooooooooor... Nie moglem juz wytrzymac. Ryczalem ze smiechu wnieboglosy a Irka tarzal sie po podlodze trzymajac za brzuch. - Pytostoj...amery...amerykanski ! – dusil sie wierzgajac konczynami. - Afrykanski! – wolalem zginajac sie wpol – ten jest najgooor....najgooorszy! - Nie rozumiem zupelnie tej reakcji – dziewczyna popatrzyla na nas zbita z tropu – to sa straszne wiadomosci, wy tez jestescie zagrozeni...Co to jest? Podeszla do stolu i obejrzala ciekawie polowke ziemniaka umazana w atramencie. Smiech zamarl nam na ustach. Coz za fatalne niedopatrzenie! Ona natomiast, nie namyslajac sie dlugo, odcisnela polowke na kartce papieru. - Wiec to tak? – mruknela. I nim zdazylismy ja powstrzymac wybiegla z domu. Rzucilismy sie do okna. Dziewczyna szybkim krokiem zblizyla sie do sklepiku i donosnym glosem poczela mowic cos do lamentujacych bab i ponurych, wasatych chlopow, raz za razem pokazujac palcem w nasza strone. Ludziom najwidoczniej nie spodobalo sie to co mowila bo w pewnym momencie tlum zamruczal groznie i ruszyl w naszym kierunku. - Jasny gwint! – powiedzialem zaniepokojony – napuscila na nas tluszcze! - Widze – Irka przygryzl warge z niepokojem. - Mowiles jej, ze ja kochasz?! - Jasne! Kazdej to mowie! - Ot, masz stalosc niewiescia! Co tak stoisz! Chodu bo cie zlinczuja! – pociagnalem go za soba do tylnego wyjscia. Wypadlismy na podworze, przeskoczylismy przez ogrodzenie i dalismy noge w lany zboza. To byl dlugi bieg. Okazalo sie, niestety, ze chlopi maja niezla kondycje. A nas, oprocz zmeczenia, gubila na dodatek nieznajomosc terenu. Kiedy ostatnie wrzaski umilkly w oddali, padlismy…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych