Wróć do katalogu

Obcy Prolog

Jest to historia pewnej dziewczyny, która musi nauczyć się radzić sobie w zupełnie obcym miejscu, z dala od bliskich z jedną tylko osobą.... Osobą, której.... A zresztą. Przeczytajcie :)

Korena, opublikowano , 26 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Prolog

Kate siedziała wpatrzona w okno. Wiosna dała już po sobie poznać. Kwitły pierwsze kwiaty, a śnieg stopniał prawie całkowicie. Wielka topola za oknem przybrała się w pierwsze listki, a jej gałęzie delikatnie głaskały szyby okna w którym teraz siedziała. Dziewczyna ze smutkiem przyznała, że to nie to co kiedyś. Dziś nie jest w stanie patrzeć na niektóre rzeczy tak jak zwykła robić to dawniej. Jedne z nich zaczęły ją przerażać, inne denerwować, a jeszcze inne całkowicie zniknęły z jej życia. Wciąż jednak, niezależnie od problemu jaki stawiała sobie przed oczami, lubiła czasami pomyśleć o tym wszystkim, co kochała w swoim dziewiętnastoletnim żywocie. A najbardziej lubiła to robić wiosną. Tylko ona i marzenia, które być może nigdy się nie spełnią. Dawniej siadywała tak i patrzyła na zmieniającą się przyrodę. A teraz? Nie miała na to czasu. Dorosła. Życie stawiało przed nią coraz to nowe obowiązki. Coraz więcej było do roboty. Ledwie wiązała koniec z końcem. Zwykle harowała całymi dniami, aby tylko móc pewnego pięknego dnia zauważyć, że to wszystko na nic. Że jej życie nie polepsza ani trochę choć z dnia na dzień pracuje coraz ciężej. Rano szkoła, a potem praca. Aż cud, że mogła sobie pozwolić na takie „detale” jak edukacja. Mimo to jednak chodziła do szkoły, jak każda dziewiętnastoletnia dziewczyna. Na przykład, właśnie w chwili, kiedy siedziała wpatrzona w krajobraz za oknem, za zadanie miała odrobić lekcje. Niestety. Wiadomo jak to jest wiosną. Każdy traci chęć do pracy, a Kate Seurin na pewno nie była wyjątkiem. - Odrobiłaś? - spytał Michael, który delikatnie zakradł się do pokoju swojej siostry i zaczął szperać w płytach leżących na parapecie. Dziewczyna wyrwana z własnych myśli prawie spadła z parapetu. - Jeszcze nie. – Starszy brat, Michael, był jedyną osobą, którą miała. Mimo tylu nieprzyjemności jakie ją spotykały nieraz mogła się pocieszyć patrząc na tego nieco niesfornego, dziecinnego chłopaka. "Mam brata" myślała i uśmiechała się pod nosem. Wszystkie troski momentalnie znikały. Jakby uchodziły z niej i znów stawała się promienna i wesoła, a niekiedy złośliwa i zadziorna. Jej życie zaczęło się dokładnie trzynaście lat temu. Wtedy w mieście Montreal spotkała się grupka dzieci. Dzieci, które na pozór nie łączyło nic, poza jednym. Każde było sierotą. Paul, Gregory, Kate, Michael i Monika. Trzynaście lat temu.... Wśród owych dzieci tylko Kate i Michael mieli wspólne korzenie. Byli sobie najbliższą bo i jedyną, rodziną. Był czas, kiedy właśnie obecność Michaela uratowała życie jego siostrze. Kto wie jakby to się skończyło gdyby nie on. 24 marca 1992 roku zdarzył się wypadek, który całkowicie odmienił ich los.

Od jakiegoś czasu Kaśkę ogarniał strach kiedy patrzyła na swoją przyjaciółkę. Wyglądała jakby zamknęła się w sobie i nie obchodziło jej to co się dzieło dookoła. A przecież ona doskonale wiedziała, że tak nie było. - Monika? Co się stało? - Wszystko jest w porządku – powiedziała lekko się uśmiechając. Dziś Kaśka wiedziała, że uśmiech, który na moment pojawił się wtedy na twarzy Moniki nie był szczery. - Monika... Jesteś na mnie zła? – zapytała. - Tak! Jestem zła. Masz brata i zachowujesz się tak jakbyś przez to była lepsza. Mam tego dość. Nie lubię cię. Nie rozmawiaj ze mną więcej! Nigdy więcej! Bo to wszystko twoja wina! – I tyle. Żadnego wyjaśnienia, żadnej wskazówki o co tak naprawdę poszło. Tylko jedno jest pewne. Gdyby Kaśka wiedziała, że będzie to ich ostatnia rozmowa z pewnością pobiegłaby za przyjaciółką. Los jednak sprawił, że nie zrobiła tego. Miała 7 lat. Nie rozumiała czemu Monika tak ją potraktowała. Wpatrując się w jej chudą sylwetkę znikającą w drzwiach domu dziecka stała jak słup soli i czekała. Na co? W sumie sama nie znała odpowiedzi na to pytanie. A jednak czekała. A, że nic się nie stało, rozpłakała się.

Pamiętała dokładnie, jak następnego dnia w pełnym słońcu stanęła ich opiekunka. Kobieta starsza, która zastępowała wszystkim dzieciom rodziców. Jest dzisiaj w stanie z dokładnością co do jednej wystającej nitki podać jak wtedy wyglądała. Pamięta też dokładnie dźwięk jej głosu. Cichy i melodyjny jak zawsze, kiedy oznajmiła: - Monika spadła z drzewa. Lekarze robili wszystko by ją uratować. Nie udało się. Monika nie żyje. W momencie kiedy te słowa doszły do czwórki jej najlepszych przyjaciół tylko jedna osoba była zdolna by wydać jakikolwiek dźwięk, który nie został zagłuszony przez szloch. - Nie żyje..... - powiedział Gregory - Nie żyje! - powtórzył głośniej i wybiegł głośno płacząc. Już nikt nic więcej nie dodał. Kaśka jeszcze długo potem miała w uszach słowa, które usłyszała od przyjaciółki. „To wszystko twoja wina!”. Czy to miała na myśli Monika? Czy zabiła się przez nią? A jeśli tak to… dlaczego?

Kate Seurin dawno postanowiła, że nigdy przed nikim nie się odsłoni. Nigdy nie będzie płakać i nigdy nikomu nie powie, że coś ją boli. Nie zniesie takiego upokorzenia po raz drugi. O wiele łatwiej chować wszystkie emocje dla siebie. Przeżywać i nie okazywać tego co siedzi we wnętrzu człowieka. Zamknięta w swoim świecie, czuła, że tylko tak potrafi żyć. Tylko w ten sposób jest w stanie to znieść. Taka była.

Czarno włosy, dwudziestoletni chłopak wyszedł właśnie z warsztatu samochodowego i skierował się w stronę swojego domu. Osobnik ten miał na imię Grzesiek i niedawno skończył 20 lat. Właściwie od urodzenia mieszkał z przyjacielem - Paulem. Najpierw w sierocińcu, a potem… Potem na własną rękę w małym domu przy centrum handlowym. Paul I Gregory znali się po prostu od zawsze. Od zawsze także łączyły ich więzy przyjaźni. Gregory miał czarne uwiązane w kucyk włosy i śniadą cerę. Jego postawa nie wyróżniała się niczym szczególnym. Często nieco przygarbiony, wyglądał raczej na ignoranta. Nie było to tak całkiem niesłuszne z jego naturą. Zwykle patrzył "spode-łba" i nie przywiązywał do niczego większej wagi. Nie obchodziło go co mówili o nim inni i „gdzieś” miał pierdoły takie jak edukacja czy inne tego typu rzeczy, które w gruncie rzeczy dla zwykłych nastolatków były ważne. Dwudziestoletni chłopak był wyjątkiem. W dzieciństwie miał złamany nos. Było to widoczne, kiedy patrzyło się na profil młodzieńca. Mały garb u góry narządu do oddychania to wynik tragicznego wypadku, jakim był zlot z drzewa w wieku dziewięciu lat. W ten wiosenny poranek miał na sobie czarne szerokie spodnie kupione ostatnio w skateshopie. Na spodniach od kieszeni do szlufki na pasek przeciągnięty był łańcuch, zakryty częściowo przez opadający na nie niebieski podkoszulek. Grzesiek w lewej ręce trzymał reklamówkę, w prawej klucz, którym właśnie otwierał zamek w drzwiach. Jemu i jego kumplowi, jak na dwójkę nastolatków, którzy dopiero co weszli w dorosłe życie powodziło się dobrze. Musieli pracować, a to znaczyło, że nie mogli zbyt wiele czasu poświęcać rozrywce. Nawet jeśli czasami udałoby się znaleźć chwilę, to i tak nie mieliby potrzebnej do tego energii. Zamiast tego zwykli chodzić zarabiać pieniądze. - Jestem! – Tym krótkim komunikatem Grzesiek przywitał Paula, który tej w chwili siedział przy stole i grzebał w narzędziach z serii „Złotej rączki”. Nie obyło się bez pięciu rodzajów kluczy francuskich, piętnastu różnych śrubokrętów, pokręteł czy śrubek. Chłopak na wołanie Grześka wstał z miejsca i zagaił odkładając na bok skrzynkę. - Jak tam w warsztacie? - Paul miał 187 cm wzrostu i to wystarczało w zupełności. Nie miał kompleksów związanych ze swoim wyglądem, ale też nie uważał się za wielkiego przystojniachę. W przeciwieństwie do swojego kumpla uważał, że chodzenie na pojedyncze randki to zwykła strata czasu na którą on rzadko kiedy sobie pozwalał. Wychodził z założenia, że to mija się z jego powołaniem, którego nawiasem mówiąc jeszcze nie odkrył. Uznał, że nie posiada tego czegoś co nazywa się „urokiem osobistym”, a nie było to do końca prawdą. Jego krótkie blond włosy, zwykle postawione na żel, były ciemne u nasady, przy końcach zaś miał barwę zboża. Uroku dodawała mu zgrabna sylwetka wzbogacona dodatkowo przez swojego rodzaju mięśnie. - Znowu narzekał! - powiedział Grzesiek kładąc siatkę wypełnioną różnymi częściami do samochodu, na stole. Paul na widok reklamówki, którą Grzesiek przyniósł ze sobą nachylił się i zaczął dokładnie przeglądać co też znajduje się w środku. - Twój szef? - Ta... Kazał mi zabrać, te nikomu niepotrzebne rzeczy, w cholerę. Niech go szlag! - po tym stwierdzeniu wszedł do łazienki i zamknął drzwi. - Wychodzę dzisiaj. - powiedział gdy pojawił się znowu w pokoju. - Dokąd? - Umówiłem się. - Fajna? - dopytywał się Paul. - Zależy. Chyba nie dla mnie. Ale niezła laska. - chłopak wyjął z lodówki makaron i zaczął go odgrzewać. - Zaciągniesz ją do łóżka? - padały kolejne pytania. - Zobaczymy. - usłyszał pomruk niezadowolenia za sobą więc spytał. - O co ci chodzi? - O nic. Po prostu.... – Paul przerwał na chwilę. - To śmieszne. - No mów! - zażądał Grzesiek i odwrócił się w stronę kumpla. - Zawsze myślałem, że ty i Kate.... - zaczął. - A co ja mógłbym mieć z nią wspólnego? - No… Że mimo wszystko będziecie razem. - To miał być dowcip? Ta dziewczyna nie traktuje z szacunkiem nikogo oprócz siebie! Jest tak zarozumiała, że.... szkoda gadać. Nie przepadam za nią. Jest chyba ostatnią dziewczyną na Ziemi z którą bym się umówił. - Ok. Tak mnie po prostu naszło. - Paul wyciągnął ręce w przepraszającym geście. Grzesiek zniknął na jakiś czas w swoim pokoju, po czym wyszedł i usiadł do stołu. - No! To co dziś jemy? – zapytał zacierając ręce z niecierpliwości. - Chińszczyznę. - Mniam! Paul nie potrafił zrozumieć, czemu jego wrażenie co do tego, że Kate i Gregory idealnie do siebie pasują, nie opuściło go.

Kate nudziła się niemiłosiernie, oglądając teleturniej w telewizji. - „Co się dzieje?” - pytała w myślach samą siebie. Dawniej nie miała takich problemów. Kiedy się nudziła, zaraz znajdowało się dziesięć różnych rzeczy, które mogłaby robić i na które miała w danej chwili ochotę. A teraz, zamiast tego, przyszło jej oglądanie głupiego i nic nie znaczącego „quizu”, gdzie i tak wiadomo, że wygra ten, który ma najszybszy refleks. To zajęcie do jej szarego życia nie wnosiło absolutnie nic, toteż Kate czuła się podwójnie źle. Nie tylko się nudziła, ale jeszcze miała świadomość, że to co robi jest całkowicie bezużyteczne. To prawda. Sama chciałaby, i to bardzo, wygrać główną nagrodę jaką był czerwony „Rolce Royce”. Jednak nawet chęć posiadania nie była w stanie zmusić jej do brania udziału w jakimś beznadziejnym wyścigu szczurów. - Ten teleturniej to jakieś szowinistyczne badziewie – powiedziała sama do siebie, podkreślając fakt, że udział w „zabawie” przypadał jedynie płci męskiej. Wyobraziła sobie całe tabuny kobiet, które stały przed drzwiami prowadzącymi do sali w której quiz się odbywał. Potem wyszedł brzydki, gruby, spocony mężczyzna w czarnej marynarce i kazał im się wynosić, od niechcenia dodając, że mają już komplet. Ciarki gniewu przeszły po plecach pannę Seurin. „A może kobiety są po prostu mądrzejsze niż mężczyźni i wiedzą, że branie udziału w czymś takim to zwykła strata czasu?” Mimo tych głębokich refleksji nad tym jakie głupoty przyszło jej oglądać, nawet nuda nie była w stanie zmusić jej do nauki. Nie dzisiaj. Nieważne jest to, że następnego dnia czeka ją ważny sprawdzian z angielskiego. Gdzieś w głębi serca czuła, że nie napisze go właśnie w tym terminie. - Może się rozchoruję? – powiedziała przyciszonym głosem. „A jeśli nawet nie, to nauczyciele nie muszą o tym wiedzieć” - Dodała w myśli. Wystarczy przecież poprosić Michaela i napisze jej na boku jakieś zwolnienie z byle powodu. W końcu jest jej prawnym opiekunem. Wstała i zdecydowanym tonem zawołała: - Wychodzę! - Kiedy będziesz? - spytał jej brat z kuchni. - Zobaczę. – odpowiedziała. Szybko chwyciła kurtkę z wieszaka, po czym zniknęła za drzwiami unikając w ten sposób wszystkich kazań jej starszego brata na temat jacy to wandale chodzą o tej porze po ulicach. Umiała się bronić i wszyscy o tym wiedzieli. Tylko do Michaela to nie dochodziło. A zdaje się, że znał ją najlepiej. Znalazła się za progiem mieszkania. O ile, oczywiście, "to" można tak nazwać. Do samego budynku prowadziły odrapane i spróchniałe na końcach, drewniane drzwi. Zawiasy skrzypiały. Nie pomagało żadne naoliwienie, choć nie raz ona i jej brat chwytali się różnych sposobów, aby temu zaradzić. W środku dom też nie prezentował się najokazalej. W całym pomieszczeniu panował półmrok i jedynym jasnym miejscem był kąt przy oknie znajdujący się zaraz przy wejściu. Znajdowały się tu łazienka oraz pokój ozwany okazjonalnie salonem w którym blat i kuchenka gazowa z lodówką, uznano za kuchnię. W głębi, lokalizował się jeszcze malutki pokoik, w którym spała Kaśka, ale nie było tam właściwie nic z wyjątkiem łóżka i okna pokazującego oprócz ściany sąsiedniego budynku i stare drzewo. Parapet pod oknem był zazwyczaj siedliskiem najróżniejszych rzeczy, wśród których Kate Seurin lubiła siadać. Właśnie w tym…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych