Wróć do katalogu

OBRAZ

spotkanie się dwóch osób

Renata, opublikowano , 15 min czytania, 4,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Rozdział I Spotkanie z Joasią

Wracając do domu z pracy, często zatrzymuję się na polance, pośrodku której rośnie olbrzymi kasztanowiec. Wczesną jesienią, ogromna korona tego drzewa, na którym znajdują się liście o pięknych barwach, zacienia ławeczkę stojącą nieopodal. Służy ona zmęczonym przechodniom do odpoczynku, również i ja lubię przysiadywać na niej, obserwując życie, które toczy się wokół mnie. Pewnego dnia, kiedy jak zwykle siedziałam i rozmyślałam o niezbyt udanym dniu w pracy, usłyszałam cichutkie łkanie. Rozejrzałam się dookoła. Głos dochodził od strony starego kasztanowca, powoli wstałam, i powolnym krokiem, starając się, aby liście, które już zdążyły opaść nie szeleściły pod moimi stopami, kierowałam się w stronę cichutkiego płaczu. Kiedy podeszłam, moim oczom ukazała się drobnej postury dziewczyna? Wtulała się w drzewo, jakby chciała stać się jego częścią, a włosy jej, poruszane przez wiatr, przypominały skręcone spiralnie promienie słońca rozświetlające ciemną korę kasztanowca. W pierwszej chwili obrazek, który ujrzałam tak mnie zachwycił, że chciałam by czas zatrzymał się w miejscu, pomyślałam; - Gdzie mój szkicownik? Hm, no tak, leży na ławce. Po chwili uświadomiłam sobie, że ten piękny widok spowodowany jest jakimś nieszczęściem. Moja chęć zatrzymania czasu wydała mi się samolubna, poczułam wstyd. Chciałam jak najszybciej odejść, zniknąć, po cichu, bezszelestnie; -Przecież to taka niezręczna sytuacja. Nagle usłyszałam głośny trzask pod moimi stopami, -Usłyszała? Na pewno już wie, że tu jestem? Odwróciła się. Z przerażeniem spojrzałam w jej oczy, były piękne, takiego błękitu i takiej głębi jeszcze nigdy nie widziałam, a jej twarz... Mimo widocznego bólu i przerażenia, było w niej coś takiego, co poruszało. Spoglądając na nią chciałam ją jak najszybciej przytulić, otoczyć opieką.... To było bardzo dziwne uczucie. Powoli wyciągnęłam w jej kierunku dłoń. Dziewczynka zrobiła krok do tyłu. Przez chwilę stałam nie mogąc oderwać od niej wzroku. Nagle, zerwał się wiatr podrywając liście w naszą stronę, przymknęłam powieki, kiedy znów spojrzałam jej już nie było. Zaczęłam się nerwowo rozglądać; -zniknęła, po prostu jej nie ma? Nie mogąc w to uwierzyć podeszłam do ławki, wzięłam swoje rzeczy i skierowałam się w stronę domu. Przez następnych kilka dni moją głowę zaprzątały pytania związane z tym zdarzeniem, nie potrafiłam przestać o tym myśleć. Każdego dnia wracałam w to samo miejsce licząc na ponowne spotkanie, chcąc uwiecznić tą kruchą istotę w moim szkicowniku, ponadto spodziewałam się otrzymać jakiekolwiek odpowiedzi tłumaczące zachowanie tej tak młodej, a już doświadczonej jakimś bolesnym przeżyciem istoty. Jesień dobiegła końca. Zima zaatakowała bez ostrzeżenia, jak lawina spadająca ze szczytu góry, zaskakując niczego niespodziewających się badaczy przyrody. Mimo to każdego dnia, odwiedzałam polankę, na której nie było żywej duszy, nawet zwierzęta nie wysuwały swoich nosków z ciepłych i suchych norek. Ponieważ jestem osobą z trudnym charakterem, a mój upór nie zawsze przynosi pozytywny skutek, to dobre rady rodziców okazują się wartościowe dopiero wówczas, gdy jest już zbyt późno. Jak większość młodych osób uczę się na własnych błędach, a dobre rady ignoruję, uważając je za objaw nadopiekuńczości, co jak zwykle nie wyszło mi na „zdrowie”, w dosłownym tego słowa znaczeniu? Zachorowałam na ostre zapalenie płuc. Pociągnęło to za sobą pewne konsekwencje, musiałam podjąć długotrwałe leczenie, uniemożliwiające mi nauczanie rysunku w szkole, co spowodowało usunięcie przedmiotu z listy zajęć. Następnego dnia, zaraz po wizycie lekarza domowego, zostałam odwieziona przez rodziców do szpitala. Mieścił się on w „dzielnicy bzów”, dziwna nazwa jak dla tego ponurego miejsca, w którym zamiast zapachu krzewów o fioletowych kwiatach, te najbardziej lubię, rozciągał się odór z pobliskiej fabryki tkanin. Po kilku dniach pobytu w śród kaszlących i duszących się ludzi o przykrym zapachu, odór był nie do zniesienia, powróciłam do domu, gdzie kontynuowałam leczenie pod czujnym okiem doktora Leona Władeckiego, notabene przystojny mężczyzna, choć starszy o parę lat ode mnie. Pan Władecki odwiedzał mnie każdego dnia, co ku mojemu zdziwieniu akceptowali moi rodzice. Z czasem zaprzyjaźniłam się z Leonem. Głównie rozmawialiśmy o problemach dzieci, opowiedziałam mu o spotkaniu z dziewczynką, pokazując szkic przypominający ową osóbkę, Leon był zachwycony, jak i ja, tak wyjątkową urodą, choć uważał, że kogoś mu przypomina. Leon prócz pracy zajmował się dziećmi z rodzin ubogich i patologicznych, a te tematy były bliskie memu sercu, więc potrafiliśmy rozmawiać całymi godzinami o jego i mojej pasji...., którą były dzieci. Nuda dokuczała mi każdego dnia. Jedyną rozrywką, na jaką mi pozwalano były wizyty Leona. Ostatnio ze względu na charakter swojej pracy bywał u mnie rzadziej, ponadto brakowało mi ruchu, twarzy i krzyków przekomarzających się maluchów.... Bardzo tęskniłam za zapachem farb... Leżałam w łóżku, kiedy rozległo się pukanie do drzwi. Pomyślałam to na pewno Leon - Proszę wejść, Leonie Drzwi uchylały się powoli - Leon nie wygłupiaj się, wchodź Tak, to był on, uśmiechnięty, choć zmęczony, na pewno pracował w nocy, jego ubranie było wymięte i nasiąkniętym zapachem szpitalnych murów. - Witaj Klaro, przyprowadziłem kogoś Te słowa spowodowały dziwne podniecenie „kogoś”,dawno nie widziałam nikogo prócz osób zamieszkujących nasz mały domek i Leona, którego traktowałam już jak przyjaciela rodziny, a może raczej jak domownika? - Ale, zanim wprowadzę gości... - Gości?! Krzyknęłam - Tak Klaro pozwól mi skończyć, a więc zanim ich wprowadzę... - Leon nie męcz mnie..., Otwórz w końcu te drzwi, proszę? - Aaaa wiiięc, zaaanim wprooowa.... - Leon proszę? - No dobrze, tylko nie wychodź z łóżka Szybkim i stanowczym krokiem podszedł do drzwi chwycił klamkę i powolnym ruchem otworzył je. Na progu ukazała się grupka dzieci, których spojrzenia skierowane były w stronę Leona, oczekując na pozwolenie wejścia, skinął głową i chyba nawet nie zdawał sobie sprawy, co wywoła ten niewinny ruch ciała. Dzieciaki wpadły jak wygłodniała zwierzyna i zaatakowały moje łóżko -panno Klaro!,Tęskniliśmy! Krzyczały jeden przez drugiego -panno Klaro, panno Klaro, a pan doktor zabronił nam przychodzić i mówił, że pani jest bardzo chora? - Tak Krzysiu to prawda jestem chora, ale skoro pan Władecki pozwolił wam dzisiaj przyjść do mnie to mam nadzieję, że teraz będziecie odwiedzać mnie częściej Rozległ się taki krzyk jak gdyby rój pszczół wleciał do mojego niewielkiego pokoju - Tak, tak, chcemy, chcemy!!! - Dzieci, spokojnie! Spojrzałam na Leona, niestety nie był tym pomysłem zachwycony, a na jego twarzy malował się dziwny grymas, wydał mi się wtedy jeszcze bardziej przystojny - Dzieci? Poprośmy pana Leona o pozwolenie. Co ty na to Leonie? - Nie, nie i jeszcze raz nie! Pszczółki obsiadły Leona, który wciąż powtarzał swoje stanowcze „nie” - Leon daj spokój, przecież już się dobrze czuję. - Chociaż ty Klaro bądź dorosła? Dzieci opowiadały o tym, co działo się w…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych