Obudziłem się o północy [cz.1 i 2.]
1. i 2. część opowiadania osadzonego w alternatywnej przyszłości,w swego rodzaju "postrydzykowskiej" Polsce.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
{b}OBUDZIŁEM SIĘ O PÓŁNOCY{/b}
Obudziłem się o północy. Przez chwilę nie wiedziałem gdzie jestem, ten dziwny stan pomiędzy jawą a snem, gdy wszystko wydaje się miękkie i gąbczaste. Perspektywa załamuje ręce i wychodzi na spacer, a struktura rzeczy rozmywa się pastelowo pomiędzy dwoma światami; ściany mają uszy, szafy mają ręce, lustra mają oczy… I dopiero po kilku sekundach wraca jasność myślenia. Człowiek rozbudza się na dobre, siada na łóżku i myśli „Cholera, która jest godzina?”. Patrzy na pulsujące elektroniczną czerwienią pośród ciemności pokoju cyfry, wyświetlane na suficie przez laserowy zegarek szafki nocnej. Zdaje sobie sprawę, że jest równo północ, i że to bardzo dziwne obudzić się dokładnie o tej porze. W tym momencie godzina zmienia się na minutę po i człowiek czuje pragnienie. Wstaje więc z łóżka, wsuwa na nogi kapcie, które warują na dywanie i idzie powoli w stronę wodopoju, przecierając zaspane oczy. Otworzyłem drzwi sypialni (zawsze śpię z zamkniętymi, inaczej nie potrafię zasnąć) i skierowałem kroki w stronę kuchni. Nie zapalałem światła, znałem drogę na pamięć. Do szklanki, którą wziąłem z suszarki, nalałem wody z kranu. Oczyszczacz zaszumiał cicho, przepuszczając ją najpierw przez system filtrów i mineralizatorów. Wypiłem duszkiem i nagle zrobiło mi się dziwnie zimno. Odwróciłem się, mamrocząc pod nosem, z zamiarem powrotu do ciepłego łóżka. Zatrzymałem się jednak w pół kroku - okno w kuchni było otwarte na oścież. Dziwne, na pewno nie otwierałem go na noc, jest grudzień! Wychodziło ono na ciemne, zagracone zardzewiałymi sprzętami kuchennymi i butwiejącymi meblami podwórko, otoczone odrapanymi kamienicami. Mieszkałem w dwupokojowym małym mieszkaniu na piątym piętrze takiej właśnie kamienicy, w starej dzielnicy tej części Miasta. Przez okno wlewała się do kuchni pomarańczowa poświata jedynej działającej na podwórzu elektrycznej latarni, w świetle której widziałem masę wirujących płatków śniegu, leniwie spadających z nieba i przesłaniających widok. Od kilkunastu dni naprzemiennie lekko prószyło albo ostro sypało i całe miasto spowijała gruba warstwa puchu, który przyjemnie wytłumiał atmosferę. Podszedłem do okna i wychyliłem się, żeby je zamknąć. I wtedy go zobaczyłem. Wisiał w powietrzu, tuż pod parapetem. Na początku nie wiedziałem, na co patrzę: duży, obły, kokonowaty kształt, lekko kołyszący się w górę i w dół; dopiero po kilku sekundach zaczęły pojawiać się szczegóły: podkulone nogi, skrzyżowane na piersi ręce, tuż ponad nimi opuszczona głowa, długie, ciemne włosy opadające niemal do pasa i… duże białe skrzydła otulone wokół górnej części ciała. Anioł. Anioł, unoszący się w powietrzu pod moim oknem kuchennym w zimowej, nabożnej ciszy, otoczony powolnym kundalini wirujących płatków śniegu i zalany ciepłym, pomarańczowym światłem latarni, w grudniu, o północy. Stałem bez ruchu i gapiłem się, zastanawiając się czy śnię, czy może postradałem zmysły. Nagle anioł (to musiał być anioł - tylko one przybierają postać wysokiego mężczyzny z białymi skrzydłami!) podniósł głowę i spojrzał mi w oczy. Jego własne były bezdennymi studniami świetlistego błękitu, który momentalnie wsysał i zabierał w otchłań. Zatoczyłem się do tyłu, mój umysł zawył z rozkoszy, przed oczyma zobaczyłem miliony tęczowych kręgów. Ciało przeszyło mi tysiąc dreszczy, a lędźwie eksplodowały gorącym orgazmem. Upadłem na kolana i oszołomiony tym, co się właśnie stało, zacząłem cicho łkać. Kręciło mi się w głowie. Usłyszałem szum skrzydeł i owiał mnie podmuch mroźnego powietrza, otrzeźwiając nieco. Uniosłem głowę i zafascynowany patrzyłem, jak lekko opada na stół, siadając w kucki, rozsuwając kolana i kładąc pomiędzy nimi płasko dłonie, pochylając się jednocześnie do przodu. Przypominał bardziej zwierzę niż... Właściwie niż co? Istotę ludzką? Nie zauważyłem, kiedy skrzydła znów owinęły się wokół tułowia. Anioł uniósł głowę. Momentalnie wbiłem wzrok w podłogę, obawiając się, że moje serce albo mózg nie wytrzyma drugi raz takiej dawki endorfiny. - W porządku, możesz na mnie spojrzeć – usłyszałem głęboki głos, przypominający barwą cichy ton narratora z nocnej jazzowej audycji radiowej: spokojny i brzmiący bardzo kojąco, niemal usypiający wibracją niskich fal. – To się już nie stanie. Wszyscy śmiertelnicy tak reagują za pierwszym razem, kiedy widzą nasze oczy. No dalej, spójrz na mnie. – Dodał rozkazująco, kiedy wciąż wbijałem wzrok w podłogę. Miedzy nogami miałem lepko i ciepło, wciąż trochę kręciło mi się w głowie, a kiedy podniosłem oczy wszystko było nieco rozmyte. Zamrugałem kilka razy i ostrość widzenia poprawiła się; anioł nadal znajdował się na stole, w tej samej pozycji. To musi być sen, pomyślałem, musi. Wtem okno zamknęło się z trzaskiem. Podskoczyłem, on ani drgnął. Cofnąłem się pod ścianę chwiejnym krokiem i oparłem o nią plecami. Spojrzałem na niego, prosto w ognie płonące mu w oczach. Teraz dostrzegłem, że nie ma źrenic ani białek, oczodoły wypełnione były jaskrawym, fluorescencyjnym kolorem, który ciągle zmieniał odcień i natężenie barwy – od jasnego błękitu letniego nieba po czarny granat bezgwiezdnej zimowej nocy; były tam tornada i zdradliwe wiry, była akwamarynowa toń oceanu, ponury fiolet wieczoru, ciemne tafle jezior i meandry niebieskoszarych rzek. Człowiek mógł oszaleć patrząc w te oczy, które zdawały się wieść własne życie. Wszystko w nich nieustannie poruszało się i zmieniało. Biła od niego mdła poświata i przez to było go dobrze widać w ciemnej kuchni. Miał pociągłą twarz, gładką i bez śladu zarostu, wąskie usta i mały nos oraz proste, ciemne włosy, które jeszcze bardziej wydłużały mu twarz. Te niesamowite oczy miały piękny, migdałowy kształt, podobny do oczu azjatów. Po bokach głowy z włosów wystawały lekko spiczaste uszy. Anioł owinął wokół siebie skrzydła tak, że nachodziły na siebie. Pokrywały je pióra, białe z czerwonawymi końcówkami. Skrzydła poruszały się nieznacznie. Zaczynały się gdzieś za plecami i sięgały do samego stołu, kładąc się miękko na blacie. Na nogach miał rodzaj czerwonej zbroi. Tego samego koloru materiał przeświecał z klatki piersiowej, pomiędzy rękami i skrzydłami. Na stopach nosił długie buty na cienkiej podeszwie, wyglądały na skórzane. Były również czerwone i sięgały do połowy łydki, nachodząc na nagolenniki. U jego lewego boku – dopiero teraz to zauważyłem – kołysała się krótka, czarna pochwa. Nie widziałem czy coś w niej się znajduje, gdyż górna część ginęła pod skrzydłem. Anioł siedział wciąż w tej samej pozycji, w kucki, z dłońmi płasko na stole, między nogami. Pochylony do przodu z lekko przekrzywioną głową, jakby węszył, trwał bez ruchu, dopóki się nie napatrzyłem. W końcu powiedział tym samym głębokim basem: - Nazywam się מלאך. – Wydał tu z siebie serię chrapliwych i świszczących dźwięków. – Co w ziemskim języku znaczy Mal’ach, Posłaniec. Takie jest moje imię. – Po czym zamilkł. Odpowiedziałem drżącym głosem: - Na... Nazywam się Mateusz Marut. – - Wiem jak się nazywasz, Mateuszu. – Mówiąc to anioł zachował kamienną twarz, nie odbijały się na niej żadne uczucia. Ciężko nawet powiedzieć, że patrzył na mnie, jego twarz zwrócona była w moją stronę, ale brak źrenic powodował, że nie wiadomo było, na czym spoczywa jego wzrok. Czy w ogóle widział tymi oczyma? - Nosisz w sobie nasienie, Mateuszu. Demona. Jesteś korzeniem. Uważaj na sny, bowiem są przesycone tym, który wyrośnie z nasienia. Spotkamy się jeszcze - powiedział i nagle zadrżał, jakby coś go wystraszyło albo poczuł na plecach czyjś wzrok. Na ułamek sekundy odwrócił głowę w stronę krzyża wiszącego na ścianie, po czym płynnym ruchem okręcił całe ciało w stronę okna i jednym susem rzucił się na nie. Osłoniłem ręką oczy będąc pewien, że roztrzaska szybę w drobny mak, jednak nic takiego się nie stało. Nie usłyszałem brzęku tłuczonego szkła. Kiedy spojrzałem ponownie, stół był pusty, okno zamknięte, a za oknem miliardy drobnych płatków śniegu wirowały w puchowym tańcu, pogrążając świat w przytulnej ciszy.
O_O_O
Następnego ranka obudziłem się zlany potem. Mój mózg pracował na najwyższych obrotach od momentu, kiedy otworzyłem oczy. Zerwałem się z łóżka i popędziłem do kuchni. Okno było zamknięte, stół cały, obrus leżał równiutko, bez najmniejszej fałdki. Poszedłem do łazienki. Bielizna również nie nosiła śladu po nocnej przygodzie. Musiało mi się przyśnić, pomyślałem. Najdziwniejszy sen, jaki kiedykolwiek miałem! Wziąłem gorący prysznic, podczas którego nie mogłem jednak przestać myśleć o całym zdarzeniu. Sen był przerażająco realny, pamiętałem dokładnie każdy najmniejszy szczegół – to jak anioł wyglądał, to, co działo się za oknem, co przeżyłem, kiedy spojrzałem mu w oczy... Wszystko wydawało się zbyt realne na sen, a jednak ślady – a raczej ich brak – świadczyły, że był to sen. Usilnie starałem się myśleć o czymś innym, ale nie mogłem. Zakręciłem wodę i wyszedłem z kabiny, ociekając wodą. Powoli poszedłem do przedpokoju i drżąc z zimna stanąłem przed lustrem, po czym spojrzałem na swoje odbicie. Czujnymi, brązowymi oczami patrzył na mnie dobrze zbudowany trzydziestolatek, o mięśniach trenowanych co tydzień na pobliskiej siłowni. Czoło zasłaniała czarna czupryna, z której zaczynały wyglądać na świat pierwsze siwe włosy. Nieco kwadratowa twarz o pełnych ustach i płaskim nosie nigdy mi się specjalnie nie podobała, ale też nie przejmowałem się nią zbytnio. Szczególnie, że większość przedstawicielek płci pięknej twierdziła, że niezły ze mnie kąsek. Odwróciłem się i obejrzałem przez ramię. Na plecach miałem czerwono-różową, świeżą bliznę. Biegła ona wzdłuż kręgosłupa, od nasady karku, aż do kości ogonowej. Bliznę, której nigdy wcześniej nie widziałem, i której zdecydowanie nie było tam wczoraj. Oblał mnie zimny pot. Przez chwilę stałem jak sparaliżowany i wpatrywałem się w nią, mając nadzieje, że zniknie. Najwyraźniej nie miała takiego zamiaru, bo gdy spojrzałem ponownie, zamrugawszy kilka razy, wciąż tam była. Zrobiłem krok do tyłu i przyjrzałem się jej. Była dość nierówna i szeroka, z poszarpanymi brzegami, jakby ktoś głęboko rozharatał moje ciało tępym nożem. Jej końce, na górze i na dole, zwężały się i naturalnie zrastały ze skórą. Blizna zdecydowanie wyglądała na świeżą. Dotknąłem jej lekko opuszkiem palca – była wypukła i miękka, ale nie czułem żadnego bólu. - Cholera, cholera. – Powtarzałem te słowa jak mantrę, stojąc nago przed lustrem i spoglądając na plecy. – Do jasnej... Co to jest? – Pomyślałem, że nie mogę tak stać cały dzień gapiąc się w tą szklaną taflę. Poszedłem do pokoju i ubrałem się, szczególnie uważając przy zakładaniu koszulki, ale nie bolało nawet, kiedy bawełniany materiał otarł się o bliznę. Żadnego swędzenia, nic. Poszedłem do kuchni, zaparzyłem kawę, zrobiłem tosty i usiadłszy przy stole, zacząłem się zastanawiać, co to wszystko znaczy, i co powinienem zrobić. Pogryzałem chrupiący chleb i popijałem gorzki napój, i nic nie przychodziło mi do głowy. Gdzieś w głębi czaszki wciąż tłukło mi się „cholera…”. Uspokajało mnie to w pewien sposób. Po śniadaniu zadzwoniłem do firmy ze starego domowego telefonu bez wideo i powiedziałem, że mam małe kłopoty i parę spraw do załatwienia, więc nie przyjdę dziś do pracy. Nie mam na szczęście większego problemu w podobnych przypadkach. Jestem jednym z najlepszych fachowców w swojej dziedzinie i wiem, że firma ceni moja pracę, jednocześnie nie mogąc sobie pozwolić na zwolnienie mnie. Niewielu ludzi w tej części Miasta potrafi równie skutecznie, co ja chronić systemy korporacyjne przed nanowirusami. Oczywiście nie nadużywałem zbytnio swej uprzywilejowanej pozycji. Ale zdarzało mi się, w ekstremalnych przypadkach. Przypadek taki jak ten był o całą ligę wyżej niż ekstremalne, dlatego bez skrupułów powiedziałem jeszcze, że nie wiem, co z tego wyniknie, i że mogę nie pojawić się przez kilka dni. Jakby, co łapać mnie przez comdev albo przez sieć. Szef skwitował to krótkim „Ok.” i „Mam nadzieje, że wszystko się ułoży, Mat”. Życzył miłego dnia i odłożył słuchawkę. Miłego dnia, jasne. Westchnąłem. Zacząłem zastanawiać się, co teraz... Co powinienem zrobić? Do kogo się udać? Czy w ogóle z kimś rozmawiać? A może wciąż śnię? Jeśli tak, to jest to najbardziej realny sen, jaki kiedykolwiek miałem! Jeśli nie śnię, to czy wczorajsze zdarzenie też nie było snem? Czy to był naprawdę anioł? I co ta różowa blizna robi na moich plecach? Zbyt wiele pytań i żadnych odpowiedzi. Nieświadomie zacząłem krążyć po mieszkaniu. Włączyłem ekran na ścianie i pogapiłem się chwilę, nic nie rejestrując. Poszedłem do kuchni i otwarłem okno, po czym wychyliłem się na zewnątrz. Świat pokrywała gruba warstwa śniegu, wytłumiając wszelkie odgłosy, a powietrze kłuło płuca igiełkami mrozu. Słońce schowało się gdzieś za grubą warstwą ciężkich, ołowianych chmur. Wydawało się, że wiszą one tuż nad dachami budynków. Paskudny dzień na wyjaśnianie metafizycznych zagadek. Rozejrzałem się wokół – ani śladu po wiszącym tu wczoraj obłym kształcie. Podwórko było puste, za to w bramie zobaczyłem jakiś cień kulący się pod ścianą. W tym momencie coś mnie tknęło, jakiś impuls kazał mi nagle wyskoczyć przez to okno. Jakby ktoś inny kierował moimi ruchami. Odbiłem się mocno od podłogi, rzuciłem w przód i runąłem głową w dół. Na sekundę opanował mnie ślepy strach i szaleńcza panika, ale znowu jakby ktoś inny przejął kontrolę. Wystawiłem ręce w przód, odbiłem się dłońmi od mijanego właśnie parapetu i użyłem nabytej w ten sposób siły, żeby okręcić się wokoło. Po czym miękko wylądowałem jak kot, na czterech kończynach, wpadając w zaspę śniegu. Wstałem. Nogi trzęsły mi się jak galareta. Co ja zrobiłem? Wyskoczyłem z piątego piętra i wykonując akrobacje jak jakiś pieprzony ninja spadłem bez szwanku na ziemię! Nie dane mi było głębiej się nad tym zastanowić, gdyż ta sama obca siła zmusiła mnie do działania. Moje ciało poruszało się wbrew impulsom płynącym z mózgu. Mimo woli ruszyłem wolno w stronę ciemnego prostokąta bramy, odcinającego się czernią wnętrza od jaskrawej bieli śniegu wokół. Całkowicie straciłem władzę nad tym, co robię. Zaczęło mi się kręcić w głowie, straciłem ostrość widzenia, a otoczenie stało się rozmyte i rozedrgane. Jednocześnie wszystkie barwy nabrały niesamowitego nasycenia i jaskrawości. W uszach słyszałem wysokotonowy pisk. Zaczął on narastać w miarę, jak zbliżałem się do bramy, która teraz stała się rozmazaną i nieostrą plamą czerni pośród oślepiającej bieli podwórka. Poczułem również, jak blizna na plecach zaczyna jakby pulsować i poruszać się, zmieniając kształt. Dotarło do mnie, że jest również strasznie gorąca, jakby coś wzdłuż niej się gotowało. Nagle oślepił mnie jasny rozbłysk światła, jaśniejszy od całej jaskrawości zewnętrza; jednocześnie usłyszałem w głowie głuchy huk, podobny do przytłumionego i odległego huku gromu. Zacząłem biec. To, co widziałem straciło jakikolwiek sens. Wszystko wyglądało teraz jak w podczerwieni: pod czernią ściany widziałem przeplatające się plamy żółci, pomarańczu i zieleni – to musiała być postać, którą widziałem z okna. Uniosłem górne wargi, odsłaniając zęby i momentalnie przyskoczyłem do niej, po czym zamachnąłem się ręką, zakrzywiając palce, niczym szpony. Przez wysoki pisk, który wciąż świdrował moje uszy usłyszałem krzyk. Uderzyłem jeszcze raz i poczułem coś ciepłego na twarzy. Coś, co zaczęło powoli ściekać po moim policzku. Uderzyłem ponownie. I jeszcze raz. I jeszcze. Wtem ogarnęła mnie jakaś dziwna euforia. Wszystko zaczęło wirować, czułem wielką, okrutną radość i ekstazę. Czułem się, jakby moje ciało miało rozerwać się zaraz na tysiąc kawałków, blizna na plecach zdawała się płonąć żywym ogniem; nagle straciłem świadomość - to coś, co kierowało mną, całkowicie przejęło kontrolę. Ogarnęła mnie ciemnoczerwona matowa świetlistość i odpłynąłem w bezmiar zapomnienia.
O_O_O
Świadomość wracała powoli, jakby to była gra wstępna do rzeczywistości. Jej eteryczne place najpierw delikatnie dotknęły mojego zmysłu smaku. Intensywnego, metaliczno-słonego, wdzierającego się w kubki smakowe na języku. Zanim zdążyłem się dobrze zastanowić, wrócił mi również słuch – do moich uszu zaczęły docierać ciche dźwięki pianina. Otworzyłem oczy i rozpoznałem pomarańczowożółte słońce, namalowane na błękitnym tle sufitu w mojej sypialni – byłem w domu. Potwornie łupała mnie głowa i czułem wprost proporcjonalne to tego łupania pragnienie. Całkiem jak po tygodniu ostrego imprezowania. Chciałem wstać z łóżka, ale ledwo mogłem się ruszać – wszystkie mięśnie bolały mnie, niczym po przebiegnięciu maratonu. I to sprintem. Powoli usiadłem i, przytrzymując się krzesła stojącego przy łóżku, podniosłem się na nogi. Obok łóżka zwinięte było ubranie, które miałem na sobie wczoraj, a kremowy dywan przecinały brunatne smugi i plamy. Nie mając siły by się nad tym zastanowić, zacząłem posuwać się w stronę kuchni, przytrzymując się ściany. Otworzyłem drzwi do przedpokoju i dźwięki pianina nasiliły się, dochodziły z drugiego pokoju. Musiałem włączyć hajfi zanim się położyłem. Co właściwie się stało? Nie mogłem trzeźwo myśleć. Jedyne, o czym myślałem, to wiadro wody, które mógłbym w siebie wlać. Dowlokłem się do kuchni i wypłukałem usta. Nieprzyjemny smak zniknął, a woda, którą wyplułem miała ciemnoczerwony kolor. Wypiłem jeszcze duszkiem cztery szklanki. Oczyszczacz szumiał jednostajnie. Poczułem się nieco lepiej. Wyciągnąłem z lodówki pojemnik z gotowym jedzeniem i - nie patrząc, na co trafiłem - wrzuciłem potrawę do nanofalowki, którą nastawiłem na pięć sekund. Zapachniało kurczakiem, całkiem nieźle. Zostawiłem jedzenie w nanofali żeby trochę ostygło i poszedłem do pokoju wyłączyć sprzęt, gdyż głowa wciąż łupała mnie niemiłosiernie i pianino zaczynało działać mi na nerwy. To chyba jeden z bluerayow z kolekcją archaicznej muzyki poważnej, pewnie Rachmaninow albo inny Szopen – nie mogłem rozpoznać w stanie, w jakim się znajdowałem. Lubiłem czasem posłuchać przedpotopowych kawałków, które komponowano bez użycia jakiejkolwiek elektroniki. Czysty geniusz muzyków w stanie transu twórczego, rozczochrane siwe włosy, nabiegłe krwią nieobecne oczy i porozrzucane kartki, zapisane drobnymi nutkami na szalonych pięcioliniach. Przechodząc obok lustra mimowolnie odwróciłem się plecami i spojrzałem. Blizny nie było. Ani śladu, jak gdyby nigdy nie istniała. Może to jednak był cholerny sen, wszystko, co się zdarzyło od... Właściwie od kiedy? Dźwięki dochodzące z pokoju nagle ucichły. Po chwili zaczął się kolejny utwór, który tym razem rozpoznałem: IX Symfonia Beethovena. Tylko tego mi teraz było trzeba, pieprzonej ody do radości! Ruszyłem do pokoju, z zamiarem roztrzaskania całego zestawu hajfi w drzazgi. Łącznie z drogim hologramowym wyświetlaczem wizualizacji. Otworzyłem gwałtownie drzwi i stanąłem jak wryty. Siedział na kanapie, miał przymknięte oczy i odchyloną do tylu głowę. Skrzydła kładły się na oparciu i siedzisku, długie włosy opadały swobodnie do tyłu. Tym razem anioł ubrany był w białą tunikę, przewiązaną w pasie złotą szarfą. U boku miał tą samą czarną pochwę, co poprzednio. Wystawała z niej krótka rękojeść z prostym jelcem, ozdobiona na końcu pojedynczym kamieniem piaskowego koloru. Dłonie trzymał płasko na kolanach, obydwa palce wskazujące poruszały się w górę i w dół, w rytm muzyki. - Witaj Mateuszu – powiedział nagle. Drgnąłem. Anioł powoli podniósł głowę i jeszcze wolniej otworzył oczy. Spojrzałem w ich otchłań. Pomarańczową, nie niebieską. – Nazywam się Fanuel – znów odezwał się anioł i zamilkł, patrząc na mnie. Wiedziałem jakoś, że patrzy mi prosto w oczy, mimo że nie miał źrenic. Czułem jego uwagę na sobie. W sobie. Zacząłem zauważać teraz drobne szczegóły w rysach jego twarzy, które sprawiały, że wyglądał zupełnie inaczej niż Mal’ach. - Ty... jesteś... – Tylko tyle zdołałem z siebie wydusić. - Ja jestem Fanuel. Tak brzmi moje prawdziwe imię. Czy wiesz, co ono oznacza? – Pokręciłem powoli głową i oparłem się o framugę. Kolana ugięły się pode mną. - Zapytaj Posłańca. Zapytaj Mal’acha o jego prawdziwe imię. Zapytaj, a będzie musiał ci powiedzieć. Nie wszystko jest tym, czym się wydaje, Mateuszu. Pozory mylą, rzeczywistość jest ulotna, a sny się sprawdzają. Śnisz, Mateuszu. Śnisz mnie teraz, a ja rosnę w siłę w tobie. Fanuel oznacza Boży Ogień. Ja jestem tym, który stoi z płonącym mieczem u bram Edenu, jam jest Uriel, jam jest Uriah, Jego Ręka, Jego Ogień, Piorun, Grzmot i Przerażenie! – Mówiąc to anioł zaczął rosnąć w oczach. Jego głos stal się tak głośny i potężny, że przestał być słyszalny, do moich uszu dochodził jedynie głuchy huk gromu, znaczenie słów docierało bezpośrednio do mojego umysłu, chociaż nie był to już znany mi język. Anioł był teraz ogromny, większy niż cały pokój, a jednak niewiadomym sposobem wciąż mieścił się w nim i był tutaj. Patrzył na mnie z góry, a w jego oczach płonęło piekło. Mieszkanie zaczęło się ruszać. Ściany zdawały się przenikać nawzajem, rozszerzając i zwężając, jak w ruchomym gabinecie krzywych zwierciadeł rzeczywistości. Upadłem na kolana, zwinąłem się w kłębek i zacząłem trząść jak w padaczce. Anioł wciąż wypełniał całą przestrzeń swym jestestwem i straszliwym głosem. - Jam jest Nasieniem w tobie, Mateuszu Marucie! Ja jestem tym, który zsyła ci sny i kieruje twoimi czynami! Jam jest ogniem zemsty i żarem odkupienia! Obudź się teraz, obudź się i podpal świat! – Zaczęło od niego bić jasne światło, poczułem je w swoim umyśle, w swoim ciele, w każdej komórce, w każdym nerwie i w każdej mojej myśli. Nagle wszystko się urwało, jakby ktoś uciął skalpelem linię czasu. W ułamku sekundy zapadła cisza, która wypełniła jednostajnym cichym piskiem moje uszy, jasność zgasła, a mój świat za zamkniętymi powiekami spowiła spokojna ciemność i straciłem przytomność.
O_O_O
Obudziłem się. Świadomość wracała powoli, jakby to była gra wstępna do rzeczywistości. Jej eteryczne place najpierw delikatnie dotknęły mojego zmysłu smaku. Intensywnego, metaliczno-słonego, wdzierającego się w kubki smakowe na języku. Zanim zdążyłem się dobrze zastanowić, wrócił mi również słuch – do moich uszu zaczęły docierać ciche dźwięki pianina. Otworzyłem oczy i rozpoznałem pomarańczowożółte słońce namalowane na błękitnym tle sufitu w mojej sypialni – byłem w domu. Zdałem sobie sprawę, że niesamowicie śmierdzę, jakimś stęchłym zapachem, jak mięso zostawione zbyt długo w lodówce. Zerwałem się z łóżka. Nic mnie nie bolało, głowa nie łupała. Czułem się wypoczęty i wyspany. Na podłodze obok łóżka leżały rzeczy, które miałem na sobie wczoraj. Kremowy dywan zapaćkany był brunatnymi smugami, ciągnącymi się od drzwi pokoju w stronę szafy. Wyszedłem z sypialni i dźwięki pianina nasiliły się. Rozpoznałem IX Symfonię. Szybkim krokiem ruszyłem w stronę pokoju. Drzwi były zamknięte. Zawahałem się tylko sekundę. Zdecydowanym ruchem pchnąłem je i wszedłem do środka. Pusto. Hajfi gra, a pół pokoju to psychodeliczna, trójwymiarowa wizualizacja kolorowego i pędzącego z zawrotną prędkością tunelu. Wyłączyłem odtwarzacz i projektor holograficzny. Wróciłem do przedpokoju i stanąłem przed lustrem. Odwróciłem się. Powoli. I spojrzałem przez ramię. Blizna różowiła się na całej długości kręgosłupa. Wezbrało we mnie coś dziwnego. Coś pękło. Osunąłem się na podłogę i – oparty plecami o zimne szkło – zacząłem cicho łkać. Szloch wstrząsał moim ciałem. Po chwili jednak pozbierałem się w sobie, nie jestem typem faceta, który rozpacza. Postanowiłem wziąć długą i gorącą kąpiel. Wciąż czułem ohydny zapach, chciałem go z siebie zmyć jak najszybciej. I w spokoju zastanowić się nad tym wszystkim. Wróciłem do sypialni i – uważając żeby nie zadeptać brunatnych smug na dywanie – otwarłem szafę chcąc wyjąć ręcznik. Smród nieomal powalił mnie na kolana. Na ugiętych nogach cofnąłem się pod przeciwległą ścianę i ze zgrozą patrzyłem na coś, co wyglądało jak ludzkie ciało rozszarpane na strzępy, jednak nie na tyle żeby odseparować poszczególne części i kończyny. Zwymiotowałem na nagie kolana i na dywan. Wybiegłem z sypialni, zatrzaskując drzwi. Kurwa, czy ja to zrobiłem? Przypomniałem sobie ogarniającą mnie wczoraj ekstazę i ciosy, które zadawałem gołymi rękoma czemuś małemu, co kuliło się w bramie. Znowu poczułem odruch wymiotny, jednak żołądek miałem pusty i tylko soki trawienne podeszły mi do gardła. Poszedłem do łazienki, umyłem zęby i twarz. Wziąłem szybki prysznic i ubrałem się w rzeczy zabrane z kosza na pranie, który stał w łazience. Pootwierałem okna w kuchni i w pokoju gościnnym. Usiadłem na kanapie i gorączkowo zacząłem się zastanawiać, co robić. Tysiące myśli kłębiło mi się w głowie. W końcu podjąłem decyzję. Poszukałem comdeva - leżał na półce nad hajfi. Urządzenie było wielkości dłoni i właściwie całą jego powierzchnię zajmował ekran oLED. Na górnej krawędzi były dwa małe przyciski: jeden służący do włączania comdeva i drugi do wyświetlania holograficznej klawiatury. Nad ekranem w rogu znajdowało się mikroskopijne oko kamery. Communication Devices, w skrócie comdevy, już dawno zastąpiły wszelkie telefony komórkowe, palmtopy i tym podobne przestarzałe wynalazki. Nałożyłem specjalną, sprytnie ukrytą w obudowie, nakładkę na opuszek palca i wyświetliłem hologram klawiatury. Złapałem za jego róg i przeciągnąłem, klawiatura powiększyła się. Wystukałem numer ogólny Służb Policyjnych Miasta. Na ekranie pojawiło się duże logo – trójkątna tarcza z białym, trzygłowym orłem z rozłożonymi skrzydłami. Orzeł był na tle dużego krzyża, środkowa głowa sięgała pionowego słupa, a dwie pozostałe końców poprzeczki. Pod wizerunkiem ptaka widniały trzy słowa: Bóg, Honor, Miasto. Czytałem gdzieś, że dawno temu brzmiały one „Bóg, Honor, Ojczyzna”, ale po tym jak Polska stała się jednym wielkim Miastem, zamieniono je. Ekran zmatowiał i na tle orła pojawił się żółty napis „Połączenie”. Po chwili obraz zastąpiła twarz operatora. Był nim młody chłopak, o krótko przyciętych blond włosach. Chłopak uśmiechnął się szeroko, uczynił powitalny znak krzyża i entuzjastycznie wyskandował: - Witamy w SPM. Służymy Miastu i Bogu z honorem! Z którym wydziałem mogę Pana połączyć, panie... – Szybko zerknął na jakiś ekran z boku - panie Marut? - - Proszę z... – Głos załamał mi się lekko. – Proszę z wydziałem zabójstw. Czternasty kościół, Konstantyn. - - W imię Pana, łączę! – odrzekł wesoło młodzieniec i wyciągnął rękę w stronę niewidzialnej konsoli. Po chwili zniknął z ekranu, na którym znów pojawiło się logo SPM, by zaraz zostać zastąpionym przez nową twarz – tym razem szatynki wyglądającej na jakieś dwadzieścia pięć lat. Równie dobrze możesz mieć siedemdziesiąt, pomyślałem, nanochirurgia plastyczna czyni cuda. - Witamy wespem służymy Miastujbogu zonorem – wyrzuciła jednych tchem, znudzonym głosem i westchnęła. – Połączył się pan z Call Center wydziału zabójstw okręgu czternastego kościoła pod wezwaniem Konstantyna. W czym mogę pomóc? - - Dzień dobry. Chciałem zgłosić zabójstwo. Morderstwo. – - W porządku. Wysyłam ekipę. To u pana w mieszkaniu czy na zewnątrz? Potrzeba żywego spowiednika czy automat wystarczy? Wszystko, co pan powie i powiedział do tej pory, zostanie bezwarunkowo użyte w autosądzie. – - Na zewnątrz... – powiedziałem i zająknąłem się. - To znaczy zabi... stało się na zewnątrz, ale ciało... Kurwa! – krzyknąłem nagle i moje serce przestało na chwilę bić. Na ramieniu poczułem czyjąś rękę. Ręka następnie sięgnęła po comdeva i przerwała połączenie. - To niepotrzebne, Mateuszu. – usłyszałem głęboki, basowy głos Mal’acha. Anioł okrążył sofę i stanął przede mną. Był ubrany w swoją czerwoną zbroję. Przy pasie kołysała się ta sama czarna pochwa. – On na to nie pozwoli. Nie może pozwolić. Obudził się już i będzie cię strzegł. Jesteś mu potrzebny, żeby robić rzeczy, o których myśli, że muszą być zrobione. Wiesz, kogo tak rozszarpałeś? – Pokręciłem tylko głową zbyt zdumiony by cokolwiek powiedzieć. – Dziewięcioletniego chłopaka, syna kobiety, która mieszka w kamienicy na przeciwko. Pisane mu były wielkie rzeczy, miał zostać wybitnym lekarzem i służyć Miastu. Za kilkanaście lat. Zmieniłeś to. On to zmienił. – Oczy Posłańca płonęły błękitnie. Niebo i chmury, pomyślałem. Czas zażyć świeżego powietrza! - Jakie jest twoje prawdziwe imię? – zapytałem. Anioł drgnął zauważalnie. Na sekundę w jego oczach wybuchło granatowe piekło. Wydal z siebie dziwny, chrapliwy dźwięk, górna warga uniosła się i na chwilę odsłoniła zęby – drobne i mlecznobiałe. Po chwili piekło z powrotem zamieniło się w niebo. - Nazywam się Marut. Takie jest moje prawdziwe imię! – krzyknął jeszcze bardziej basowo niż zwykle i rzucił się w stronę otwartego okna. Skoczył i zniknął mi z oczu. Chwilę później za oknem zobaczyłem na mgnienie oka rozmazaną czerwoną smugę, pędzącą w górę. Marut. Nazywam się Marut i takie jest moje prawdziwe imię. To wszystko zaczynało przypominać deliryczny sen pacjenta
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil rootsrat
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…