Odkrycie 2
Druga część zapowiadych przygód Toma Detha i Johna Kenta - dwóch archeologów. Akcja rozgrywa sie w Australii. Po raz kolejny bohaterowie muszą stawić czoła obcej istocie. Mam nadzieję, że ta część będzie ciekawsza od poprzedniej. Czekam nie tylko na
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Jeśli czytałeś lub czytałaś pierwszą część przygód Toma Detha i Johna Kenta to wiesz, kim są. A dla tych, którzy nie mieli okazji przeczytać, krótkie przypomnienie. Oboje studiują na Uniwersytecie w Oxfordzie archeologię. W pierwszej części zmierzyli się z potworem Meniwarusem. Jeśli chcesz czytelniku dowiedzieć się czegoś więcej, np. tego, czy pokonali go, czy też nie to musisz po prostu przeczytać pierwszą część. No to zaczynajmy drugą, mam nadzieję ciekawą, a może i ciekawszą przygodę z serii „Odkrycie” Jest piękny, słoneczny dzień. Rzadko się zdarza, żeby we wrześniu była taka pogoda. Dlatego też wszyscy wyszli ze swoich ciasnych domów, aby pooddychać świeżym powietrzem. Wszędzie było słychać ptaki, które jeszcze bardziej upiększały ten dzień. Ludzie pracowali w ogródkach. Dzieci kąpały się w basenach. John Kent również wyszedł z dziećmi i żoną na spacer. Około godziny 12 byli w lesie zbierając grzyby, gdy John otrzymał telefon od Toma. - Tak? - zaczął John. - Cześć. Tu Tom. Dzwonię, ponieważ jutro mamy stawić się na uniwersytecie. Więcej ci powiem jak wpadniesz dzisiaj do mnie. W porządku? - Jasne. O której? - Mniej więcej o osiemnastej, bo teraz muszę wyjechać. - wyjaśnił Tom. - W porządku. Cześć! - Cześć! Po tej krótkiej rozmowie, John poszedł w głąb lasu, aby dogonić rodzinę. Zbierali grzyby jeszcze przez pewien czas, po czym zaczęli powoli wracać do swojego domu. Grzyby zostały wykorzystane do obiadu, który oczywiście przygotowała Margaret. Zbliżała się szósta, gdy John zaczął się przygotowywać do wizyty z kumplem. Dzieci zaczęły grać w piłkę. - Kochanie, muszę na jakiś czas wyjechać do Toma. Chcesz pojechać ze mną? - Nie. Jedź sam, a ja w tym czasie zrobię kolację. - W takim razie, o której mam być w domu? – spytał John. - O której chcesz . A co byś chciał na kolację? - Może być jakaś mała sałatka i grzana kiełbasa. Tylko nie rób zbyt dużo. No to spodziewaj się mnie około ósmej. - OK. - Pa Margaret. Po chwili John wyszedł z domu i zamknął drzwi. Nie minęła minuta jak Margaret usłyszała lekki pisk opon toyoty. Jak zwykle nasz główny bohater włączył muzykę w samochodzie. W pewnej chwili zagapił się i prawie uderzył w samochód stojący z przodu. Po tym incydencie natychmiast wyłączył muzykę. Minąwszy drugie skrzyżowanie polnej drogi (jak wiadomo z pierwszej części mieszkają oni na wsi), skręcił w lewo. Przejechawszy paręset metrów wjechał na podwórko Toma. Zgasił silnik, zamknął samochód i ruszył w stronę drzwi. Gdy zbliżył się do nich na dwa kroki, otworzył je właściciel. - Cześć. Nareszcie jesteś. Wejdź do środka. - Dzięki. Jest strasznie zimno. - Czego się napijesz: kawy, herbaty, piwa czy czegoś zimnego? – spytał Tom. - Najchętniej to herbaty. Przynajmniej się rozgrzeję. - Już się robi. Co tak stoisz. Usiądź. John usiadł na wygodnej kanapie ze skóry. Za chwilę dosiadł się Tom. - Jak się czuje Margaret i dzieci? – zaczął. - A, w porządku. A ty znalazłeś jakąś kandydatkę na żonę? - Żebyś wiedział. Mieszka niedaleko stąd. Według mnie jest super. Blondynka, wysoka, zgrabna i bardzo seksi. - A ile ma lat? – zapytał John. - 34 z kawałkiem. Zaczekaj chwilę, bo woda się gotuje. Ile słodzisz? - Dwie i pół łyżeczki. Dalsza rozmowa zeszła na różne tematy. Między innymi samochody, kobiety aż zaczęli temat, z powodu, którego John tu przyjechał. - Słuchaj Tom. O co chodzi z tym uniwersytetem? - Dobra, już mówię. Dzisiaj rano dzwonił do mnie rektor uniwersytetu. Ma dla nas kolejny wyjazd. - No i...? - Już mówi. Jeśli chcemy mamy okazję na badania w pewnej części Australii. Jeszcze dokładnie nie powiedział, kiedy i w jakim rejonie to będzie, ale jak sądzę, to niedługo, ponieważ teraz zaczyna się lato na tym kontynencie. - Jeśli ty pojedziesz Tom to i ja skorzystam z tej propozycji. Taki wyjazd może się więcej nie powtórzyć. Tylko mam nadzieję, że nie spotka nas to, co ostatnio. Na dzień dzisiejszy się zgadzam, a ty? - Oczywiście. Jak mógłbym przepuścić taką okazję. Najprawdopodobniej jutro powinniśmy się dowiedzieć szczegółów. - Mam nadzieję, że wrócimy na święta. Bo jeśli nie, to moja żona się załamie – dodał John. - Zjesz coś, albo wypijesz? - Serdeczne dzięki, ale muszę już wracać. Obiecałem, że będę o ósmej. To cześć! Do jutra na uniwerku. - No, cześć. John wrócił akurat na gotową kolację. Dzieci niedawno wróciły z dworu, więc jeszcze się myły. Tymczasem on i Margaret zaczęli ustawiać naczynia. Najszybciej rozeszła się kiełbasa, a dopiero później sałatka. Dzieci podziękowały za kolację i poszły do swojego pokoju. Jak zawsze włączyły konsolę Play Station i jakąś strzelankę. W tym czasie John i Margaret zaczęli sprzątać. O dziewiątej słychać było jak dzieci kładą się spać. Tej nocy John kochał się z żoną. Następnego dnia na uniwerku nic ciekawego się nie działo. Około południa nasi bohaterzy zostali wezwani do gabinetu. I jak John dobrze przeczuwał, to za chwilę mieli się dowiedzieć czegoś więcej w sprawie wyjazdu. I rzeczywiście. Wyjazd miał odbyć się za tydzień, czyli 16 września i trwać do końca listopada. Tym razem mieli być w jednej dziesięcioosobowej grupie. Prace będą się odbywać w centralnej części kontynentu na terenie Niziny Wschodnioaustralijskiej. Po półgodzinnej rozmowie wyszli. Resztę czasu spędzili na opisywaniu skamieniałości. Po południu Tom położył się w swoim mieszkaniu i zasnął. Natomiast drugi z naszych bohaterów uzgadniał sprawę wyjazdu z żoną. Jak zwykle się zgodziła. Następnego dnia była rocznica ich ślubu, więc John zabrał ją na małą wycieczkę, w miejsce, w którym się po raz pierwszy spotkali. Była to mała knajpka położona na wzgórzu. Mieściła się na polanie w głębi lasu. Zbudowana była w całości z drewna, więc czuć było jego zapach. Tutaj też pierwszy raz się namiętnie pocałowali. Bardzo często na randki przychodzili właśnie tutaj. Po dziewięciu miesiącach postanowili się pobrać. Miesiąc przed ślubem okazało się, że zostaną rodzicami synka. Był to Philip. W podróż poślubną i miesiąc miodowy pojechali do Paryża. Do miasta zakochanych. Gdy wrócili, zaczęli się urządzać. Dwa lata później na świat przyszedł Sam. Gdy zaczęło robić się chłodno i ciemno postanowili wracać. Po powrocie Margaret zaczęła: - Kochanie. To był najwspanialszy prezent, jaki mogłeś mi dać. Przypomniały mi się piękne, dawne czasy. - Cieszę się, że ci się podobało. Ale widzę, że nie tylko ja coś przygotowałem. - To tylko skromna kolacja. Dzieci są u mamy, więc będzie to kolacja, wyłącznie dla nas dwojga. - A może byśmy później obejrzeli zdjęcia ze ślubu – zaproponował John. - Bardzo chętnie. To samo chciałam zaproponować, ale mnie uprzedziłeś. - oboje się roześmiali. - No, koniec gadania. Zacznijmy jeść, bo po tej podróży trochę zgłodniałem. Jedli i rozmawiali na zmianę. Następnie wygodnie usiedli i zaczęli sobie przypominać dawne czasy patrząc na zdjęcia. Zajęło im to półtorej godziny. Zmywszy naczynia poszli się położyć. John przez pewien czas jeszcze czytał książkę. Następnie zgasił lampkę i zasnął.
Pięć dni później - Kochanie, gdzie są moje skarpetki? - W dolnej szufladzie w pokoju gościnnym. - Dzięki! Przygotowania trwały do piątej. Następnego dnia miał odbyć wyjazd. John przygotował sobie jedzenie rano, w dzień wyjazdu. Przed świtem wyjechał z pod domu i pojechał po Toma. Samochodem mieli dojechać na lotnisko, z którego wylecą Boeingiem-759 prosto do Australii. Podróż miała trwać trzynaście godzin. Dojechawszy na miejsce wstąpili jeszcze do baru na lotnisku. Kupili po hamburgerze i coca-coli, po czym ruszyli w stronę samolotu. O siódmej wsiedli na pokład. Reszta ekipy wniosła na pokład niezbędny sprzęt do prowadzenia badań. Parę minut później pilot włączył silniki i powoli ruszył po pasie. Przy prędkości blisko 130 km na godzinę oderwał się od ziemi i wzniósł w powietrze. Lecieli na wysokości 12975 m. W czasie całej trasy przewidziane było jedno lądowanie na zatankowanie. W samolocie wszyscy głośno rozmawiali, słuchali muzyki. Tom i John grali w pokera, raz po raz wtrącając się do rozmowy,.prowadzonej przez pozostałych uczestników ekspedycji. Lecieli akurat nad górami, gdy zaczęła schodzić lawina. - Ale piękny widok – zaczął John. Tak, masz rację, jeśli patrzy się stąd – odpowiedział Erik. Nagle samolot zaczął się kołysać i dało się słyszeć głos pilota: - Proszę się nie obawiać i zapiąć pasy. To tylko lekka turbulencja wywołana przez wiatr wiejący ze strony gór. Za minutę lub trochę dłużej powinno się uspokoić. I rzeczywiście, jak twierdził pilot za chwilę samolot się uspokoił. Jeden z ekipy miał chorobę lokomocyjną, więc zwymiotował. Sześć godzin później pilot zaczął podchodzić do lądowania. Gdy stanęli już na pasie startowym wszyscy powoli zaczęli wychodzić, aby odetchnąć świeżym powietrzem i coś porządnego zjeść. Tym czasem John wykorzystując czas poszedł zadzwonić do żony i dzieci. Po trzech sygnałach ktoś odebrał. - Margaret? To ja John. Dzwonię z lotniska. - Cześć kochanie. Już myślałam, że nie zadzwonisz. Czemu tak długo? - Długo? Przecież minęło dopiero dziesięć godzin. A jak właściwie się czujesz? - Dobrze. Chcesz porozmawiać z dziećmi? - Oczywiście. Dawaj je do telefonu. - Tata? - Tak. Co słychać synku u was? - Wszystko w porządku. Z Samem też. A wiesz, co? - Nie. Powiedz. - Dzisiaj w szkole dostałem piątkę z polskiego, z dyktanda. - To świetnie. Trzymaj tak dalej. Mogę jeszcze na sekundę mamę. Cześć. - Kiedy teraz zadzwonisz? - Nie mogę Ci teraz powiedzieć, bo nie wiem. Margaret słuchaj. Muszę już kończyć, bo odlecą beze mnie. Trzymajcie się. Zadzwonię jak będę mógł Odłożywszy słuchawkę poszedł w stronę Boeinga-759. Kolejna część trasy przebiegała nad wodami oceanu. Za oknami widać było kłębowiska niegroźnych chmur. W samolocie panowała wesoła atmosfera. Co jakiś czas padał nowy dowcip nagrodzony głośnym śmiechem. Po kilku godzinach lot dobiegał końca. Dlatego też wszyscy zaczęli pakować swoje rzeczy do walizek. O dwudziestej byli na lotnisku w Australii. Pierwszą rzeczą, jaką zrobili, było dojechanie na miejsce jednonocnego noclegu, ponieważ o świcie mieli ruszyć na miejsce badań. Po wyczerpującym locie wszyscy natychmiast położyli się spać. John zadzwonił do domu. Wymienił parę zdań z żoną, po czym zasnął. W nocy przyśnił mu się koszmar związany z ostatnią wyprawą. Obudził się zlany potem. Do świtu brakowało niecałej godziny, więc nie próbował już zasnąć. Zamiast tego wstał i ubrał się. Następnie zjadł obfite śniadanie i wyszedł na dwór. Wykorzystując czas wolny skoczył do sklepu kupić coś do picia. Wróciwszy, od razu wsiadł do samochodu, który już czekał. Na miejscu byli za niespełna godzinę. Zajechali przed duży budynek. Było to laboratorium, w którym będą przeprowadzane szczegółowe badania nad tym, co znajdą oraz miejsce ich noclegu. Początkowe prace rozpocząć się miały za trzy godziny. Z tego też powodu wszyscy poszli się przebrać w robocze rzeczy. Narzędzia przywiezione miały być małą ciężarówką. Wszyscy pracowali dosyć blisko siebie, ale było widać, że niektórzy pracują parami. Do nich należeli m. in. Tom z Johnem. Każdy posiadał łopatę. Jeden z ekipy po trzygodzinnym przekopywaniu ziemi zauważył na głębokości niecałych dwóch metrów jakieś kości. Natychmiast wszyscy ruszyli w miejsce znaleziska. Każdy zaczął delikatnie kopać i odsypywać piasek i drobne kamyczki, tak, aby nic się nie zniszczyło. Trzeba było bardzo powoli i oczywiście ostrożnie czyścić specjalnymi pędzelkami każdą kość z osobna. Do tego celu wykorzystywali również bardzo małe piły tarczowe mieszczące się w dłoni. Służyły one do usuwania gliny, która trzymała się dosyć mocno. Jak się pod wieczór okazało były to kości tyranozaura, więc jedno z najcenniejszych odkryć dla archeologii. Niestety nie udało się tego dnia odkopać wszystkich kawałków, ale prace miały być kontynuowane następnego dnia.
Kilka dni później. - John, może później gdzieś skoczymy do miasta – zaproponował nasz drugi główny bohater. - Czemu nie. Tylko skończę kopać, bo chyba na coś wpadłem. - W porządku. Jak skończysz to daj mi sygnał. Jak się okazało były to drobne monety, kawałki naczyń i najprawdopodobniej jakaś prehistoryczna broń. Skończywszy kopanie John ostrożnie owinął znaleziska i zaniósł do laboratorium. Wyniki, co do pochodzenia i wieku miały być znane późnym wieczorem. Zanim wyszedł z budynku, wstąpił jeszcze do sali D-23, w której znajdowały się tak zwane ambulatoria. Służyły one do przechowywania przedmiotów w odpowiedniej temperaturze i wilgotności, aby nie zniszczyły się. Wyszedłszy z budynku poszedł do swojego namiotu i przebrał się do wyjazdu. - Cześć! To jak, gdzie skoczymy? Może jakiegoś baru na małe piwko czy coś w tym stylu? - spytał John. - O. K. Ruszyli. Kierował John, więc jak można było się łatwo domyślić, zabuksował kołami na piachu. Dojechawszy do miasta jeszcze trochę się po nim kręcili. W końcu jeden bar przypadł im do gustu. Dlatego też skręcili na parking i wysiedli z samochodu. Weszli do środka. Naprzeciwko lady na scenie grał jakiś beznadziejny zespół. Usiedli przy stoliku znajdującym się blisko baru. Po krótkiej chwili podszedł do nich kelner: - Czym mogę służyć? - Macie pizzę? – spytał John. - Tak. - To byśmy prosili dwie pizze i dwa piwa – dokończył Tom. Zanim przyszedł kelner zaczęli uważniej słuchać zespołu. A tylko dlatego, ponieważ śpiewała dość ładna dziewczyna. Nie zauważyli nawet, kiedy przyszedł ober (kelner). Jedząc zaczęli rozmawiać. Ich głównym tematem były jak to u mężczyzn samochody i kobiety. - Ale się zagadaliśmy – wtrącił Tom. - Rzeczywiście. Musimy już wracać. Ja płacę, jasne?! - Jasne, jasne. Ja nawet nie mam wystarczająco dużo pieniędzy. - Kelner! Ile płacimy? - Dziesięć i pół dolara australijskiego. - Proszę bardzo i trochę napiwku. - Dziękuję. Było dziesięć po wpół do ósmej, gdy wyszli. Powoli ruszyli w kierunku samochodu. Właśnie John łapał za klamkę, gdy z daleka dało się słyszeć krzyk. Natychmiast odpalili silnik i ruszyli w miejsce skąd on dobiegał. Dwie ulice dalej pewna kobieta otoczona została przez grupę mężczyzn, należących najprawdopodobniej do gangu. Jeden z nich właśnie wyjął zza skórzanego, grubego paska nóż i zaczął podchodzić do „osaczonej”. Tom natychmiast zareagował. Z rozbiegu skoczył w powietrze i trafił napastnika w plecy. Cios był tak potężny, że ten wypuścił nóż z ręki i kilkakrotnie przekoziołkował się. Pozostali trzej ruszyli na naszych bohaterów. Nie mieli najmniejszych szans, gdyż obaj ćwiczą karate od kilku lat. Jeden z napastników był tak zawzięty, że zmusił Johna do złamania mu ręki i zwichnięcia kostki. Po tym drobnym incydencie Tom i John zabrali dziewczynę do wozu i zawieźli we wskazane przez nią miejsce. Po wyjściu z samochodu ucałowała ich w policzek i poszła do mieszkania. Tymczasem archeolodzy ruszyli z powrotem do budynku, w którym mieszkali. John idąc w kierunku swojego pokoju, dowiedział się, że jego południowe znaleziska pochodziły z przed kilku tysięcy lat, jeszcze przed naszą erą. Wieczorem John jak zwykle zadzwonił do żony. - Cześć skarbie! To ja. - Cześć. No, nareszcie dzwonisz. I co słychać? - A co może być słychać po jednym dniu? Nic ciekawego. Jedynie to, że razem z Johnem pomogliśmy pewnej kobiecie, którą osaczyli skini. - Nic wam się nie stało?- zapytała Margaret - Nie, wszystko w jak najlepszym porządku. A tak właściwie, co u ciebie i dzieci? - Dzieciaki już śpią, są zdrowe. Natomiast ja tęsknię za tobą i nie wiem jak wytrzymam jeszcze tyle czasu. - Wytrzymasz. Zobaczysz, że za kilka dni zapomnisz o moim istnieniu. Słuchaj, muszę już kończyć, ponieważ jutro wstaję dosyć wcześnie. To pa. Za kilka dni zadzwonię. Pozdrów dzieciaki. - To cześć ty mój archeologu. Po tej krótkiej rozmowie, ale jak ważnej zaczął czytać jakieś czasopismo. Niedługo później zgasił lampkę, przykrył się ciepłą kołdrą i zasnął. Po raz kolejny miał koszmar. Tym razem nie dotyczył on tego, co było, lecz tego, co miało nastąpić. W jego wyobraźni zarysowywały się postacie jakiś istot, lecz niewyraźnie. Później ukazały mu się zwłoki ludzi. Po chwili John odwrócił się na drugi bok, a sen trwał nadal. Rankiem nasz bohater zaczął myśleć o koszmarze, kolejnym w ciągu tego tygodnia. Przeczuwał coś niedobrego. Po chwili wstał, ubrał się i poszedł się trochę obmyć. Ledwo skończył jeść, a już trzeba było zacząć pracę. Jak zwykle pracował głównie z Tomem, ale były momenty, w których pomagał komuś innemu. Około 320 po południu jeden z archeologów kopiąc, zauważył, że ziemia zaczyna się osuwać, nie wiadomo, z jakiego powodu. Dlatego też odsunął się. Po kilku minutach ukazał się dość sporej wielkości dół. Natychmiast pobiegł do reszty ekipy, aby powiadomić ich o tym. Wszyscy zebrali się. Dół miał blisko dwadzieścia sześć metrów głębokości. John postanowił, że powinni tam zejść, gdyż być może znajdą tam coś ciekawszego niż na powierzchni. Wkrótce przygotowane były liny. Wszystkie przymocowane były do specjalnie wbitych wcześniej metalowych zaczepów, bardzo wytrzymałych. Każdy uczestnik wziął ze sobą mocną latarkę oraz sprzęt niezbędny do odkopania tego, co mogli tam znaleźć. Na samym dnie piasek nie był zupełnie suchy, lecz nieco wilgotny. Szli szerokim tunelem, który nie był o dziwo zupełnie ciemny, mimo, iż byli od wejścia blisko sto pięćdziesiąt metrów. Jak zauważył jeden z uczestników działo się to za sprawą jakiś kamieni. Jak się okazało były to najczystsze diamenty, jakie kiedykolwiek widzieli. Na dodatek były ogromne i warte kupę szmalu. Dlatego też bez dłuższego zastanowienia postanowili, iż trochę ich pozbierają. Były ich takie ilości, że mogliby napakować całe plecaki i jeszcze by ich masa została. Wkrótce „ diamentowy tunel” skończył się. Ich oczom ukazała się ogromnej wielkości komora, z której było sześć kolejnych wyjść. Budową przypominało to komorę lęgową pszczół, tylko, że w ogromnym powiększeniu. Powoli ruszyli naprzód. Będąc mniej więcej na środku zatrzymali się. Zaczęli z podziwem rozglądać się. Uczestnicy, a było ich czterech, rozdzielili się i każdy poszedł innym tunelem. Jeden z nich prowadził do drugiego wyjścia niewidocznego z powierzchni ziemi, gdyż było gęsto zarośnięte trawą. Jak zwykle John z Tomem poszli razem. W pobliżu jednego z wejść, znajdującego się po przeciwnej stronie zauważyli jakieś kości. - Chodźcie tu. Coś znaleźliśmy! – zaczął Tom. - A można wiedzieć co!? - Kości jakiegoś człowieka. A to oznacza że nie jesteśmy tu pierwsi - Masz rację John. Ale jedno mnie zastanawia. Jeśli wszedł, to czemu nie wyszedł skoro jest drugie wyjście? – dodał Rick. - To fakt. Ale przykro mi. Nie mam najmniejszego pojęcia. Zabierzmy te kości w drodze powrotnej i poddajmy badaniom naszym laboratoryjnym specjalistom. Może badania coś wyjaśnią. - Miejmy nadzieję, bo tak jak wy, jestem ciekaw jak on zginął. No dobra. Koniec zastanawiania się. Ruszajmy dalej, bo za trzy godziny na powierzchni zrobi się ciemno – zakończył Tom. Po tej krótkiej wymianie zdań i opinii ruszyli naprzód ku wyjściu, którym weszli. Wychodząc pozbierali kości. Jeden z uczestników właśnie brał do ręki swój plecak, który zostawił przy szkielecie nie zauważając, iż wszedł do niego jakiś owad. Będąc dokładnie pod wyjściem zauważyli, że zaczyna padać. Dlatego też jak najszybciej wyszli z dołu i zakryli go szczelnie grubą folią. Prędko pobiegli do budynku. Przekraczając próg Tom o mały włos, a zostałby porażony przez błyskawicę. Od tego czasu postanowił nigdy już nie nosić niczego metalowego w taką pogodę, a miał przy sobie klucze. Będąc już w środku pierwszą rzeczą było umycie się. Pół godziny później kości poddawane były już szczegółowym badaniom. Miały one wyjaśnić przyczynę zgonu, wiek tej osoby, a być może i to, kto to jest na podstawie DNA. A tym czasem z plecaka wyszedł tajemniczy owad. Po krótkiej chwili rozwinął małe skrzydełka i poleciał w kierunku sali D-23, w której jak wiadomo znajdowały się ambulatoria. W jednym z nich zagnieździł się. Do końca dnia nie zmienił miejsca pobytu. W tym samym czasie wszyscy członkowie ekipy poszli się obmyć po ciężkim dniu pracy. Wkrótce była pora kolacji, dlatego też poszli od razu do jadalni. Około 2023 John odszedł od stołu i skierował się ku wyjściu z sali. Następnie wszedł po szerokich schodach na pierwsze piętro i zamknął drzwi od swojego pokoju. Usiadł na łóżku i na chwilę wyłączył się z rzeczywistości. Po chwili wziął do ręki słuchawkę i wykręcił numer do swojej żony. Po trzech sygnałach połączył się: - Cześć kochanie, to ja. - Cześć. Co słychać? - Nic ciekawego, o czym można byłoby opowiadać. Przynajmniej na razie. A u was wszystko w porządku. - Tak, tak. Chłopacy są zdrowi. Niestety nie mogą podejść, ponieważ już zasnęli Mieli dzisiaj bardzo wyczerpujący dzień. - To znaczy? - Byli razem z klasą na wycieczce. A wiesz jak męczy chodzenie po górkach w lesie i pływanie w jeziorze. - Oczywiście. Po dziesięciu minutach rozmowa dobiegała końca: - Dobra. Będę kończył, ponieważ muszę jeszcze coś załatwić, a jutro wcześnie wstajemy. Zadzwonię za pewien czas. Jeszcze dwa i pół miesiąca i będziemy razem. Pa kochanie! - Cześć. Do usłyszenia. Odłożył słuchawkę i podszedł do lekko uchylonego okna. Lekkim dotknięciem ręki otworzył je na oścież. Poczuł przyjemny, ciepły wiaterek. Patrząc w dal, na zachodzące czerwonawo życiodajne słońce, zaczął rozmyślać o żonie, dzieciach i domu. Kilka minut później odwrócił się i postanowił pójść na chwilę na świeże powietrze. Schodząc po schodach wyłożonych kafelkami minął się z Tomem: - Cześć. Chcesz się przejść ze mną na dwór? - Sory, ale muszę coś załatwić. Może innym razem. - W porządku. Zszedłszy po niezbyt długich schodach miał jeszcze do przejścia korytarz, aby znaleźć się po za budynkiem. Będąc mniej więcej w połowie drogi postanowił sprawdzić, co słychać na temat badań nad zwłokami, a raczej szkieletem. Skręcił ciałem w stronę drzwi laboratorium. Jego szybki chód został powstrzymany przez czujnik otwierający wejście, który trochę późno reagował. Wszedłszy do środka spotkał wychodzącego właśnie z bocznych drzwi laboranta: - Przepraszam bardzo, ale chciałbym się dowiedzieć, czy już wiadomo coś na temat tych zwłok, które dzisiaj przynieśliśmy? - Przykro mi, ale na razie możemy stwierdzić jedynie to, że miał około trzydziestu czterech może pięciu lat. Nic więcej nie mogę panu powiedzieć. ponieważ nie sprawdziliśmy jeszcze wszystkich kości, na których mogłyby być jakieś ślady, które wskazywałyby na to, w jaki sposób zginął. - Dziękuję. Mam jeszcze jedno pytanie. Czy może mi pan powiedzieć, za jaki czas będzie wiadomo coś więcej, a może wszystko? - Już mogę powiedzieć, iż mniej więcej za cztery dni. - Jeszcze raz dziękuję i do widzenia. Po tej krótkiej rozmowie wyszedł z sali i ruszył w stronę wyjścia. Było mniej więcej kilka minut po dziesiątej, więc słońce chyliło się ku zachodowi. Widnokrąg z każdą minutą stawał się coraz ciemniejszy i nabierał ciemno czerwonego koloru. Zachody takie były bardzo częste w Australii i w ogóle na tej szerokości geograficznej. John stojąc kilkadziesiąt metrów przed budynkiem, patrząc w niebo zapełnione po brzegi gwiazdami rozmyślał o domu, rodzinie. Myśli te nabiegały mu do głowy, mimo tego, że przed kilkunastoma minutami rozmawiał z nimi. Świadczyło to o jego ogromnym przywiązaniu do najbliższych mu osób. Jego rozmyślania przerwał obraz, który zarejestrowało jego prawe oko. Odwrócił się instynktownie w tamtą stronę i pobiegł. Po chwili dogonił chłopca w wieku mniej więcej dziesięciu lat, który właśnie miał zniknąć za róg budynku: - Hej, mały, co ty tu robisz. To teren prywatny i nikomu nie wolno tu wchodzić ani przebywać, tym bardziej dzieciakom!? No już, mów co tu robisz? – zaczął John. - Jestem Benjamin. Przyszedłem Was ostrzec. Macie pecha, że natrafiliście na ten tunel i komorę. Zrobiliście wielki błąd wchodząc do środka. Nawet nie masz pojęcia jakie będą tego skutki. Najprawdopodobniej wszyscy wrócicie do swoich domów w trumnach, chyba że uda się Wam uciec, w co szczerze wątpię, ponieważ jak mi wiadomo nikomu przed Wami nie udało się z tego miejsca wyjść w całości. - Ej, o czym ty do gwinta mówisz? - Nic więcej nie mogę Ci powiedzieć. I tak za dużo wypaplałem. Po tych słowach chłopak wyrwał się z rąk Johna wykorzystując jego oszołomienie. John przyszedł do siebie po kilkunastu sekundach, ale nadal myślał, o co mogło chodzić Benjaminowi. Właśnie odwracając wzrok od miejsca, w którym wchodzili do tunelu nie zauważył, że coś wciągnęło folię pod ziemię i zasypało duł. Wciąż się zastanawiając nad słowami chłopca powoli zaczął kierować się ku budynkowi, ponieważ jego ciało zaczęło odczuwać zimno. Wszedłszy do środka, niemal natychmiast poczuł niezwykle miłe ciepło dochodzące z klimatyzatora. Nadzorca całego budynku dał mu znak, aby zamknął drzwi specjalną kartą, którą posiadał każdy pracownik. John włożył ją do czytnika, wpisał specjalny szereg cyfr i szybkim ruchem przesunął kartę do dołu. Ponownie ruszył przed siebie i skierował się do swego pokoju na 1-szym piętrze. Zamknął drzwi. Zobaczywszy na zegarze jedenastą postanowił się położyć. Jeszcze przez pewien czas nie mógł zasnąć, gdyż z jego głowy nie chciały wyjść prorocze słowa tego chłopca. Następny dzień rozpoczął się piękną, słoneczną pogodą. Na niebie nie było widać najmniejszego nawet obłoczka. Było jedynie widać jego jasno niebieski odcień nadawany przez gazy. Przepiękna pogoda nie zdołała jednak wcześnie wyciągnąć Johna z łóżka. Wstał on przed 1025, co nigdy wcześniej mu się nie zdarzało. Właśnie wstawał z łóżka, gdy odezwał się dzwonek przy drzwiach. Ubrał prędko spodnie i otworzył drzwi, przed którymi stał Tom: - Cześć John. Widzę, że dopiero wstałeś. Słuchaj, czy masz może jakąś odtrutkę na jad węża. - Oczywiście. A w magazynie nie ma takich rzeczy? - Są, ale akurat drzwi się zacięły i nie mogliśmy ich otworzyć. - Dobra. Zasuwajmy do poszkodowanego – zakończył John biorąc w tym momencie do ręki odtrutkę. Zbiegli po schodach i po dosłownie piętnastu sekundach podali Rickowi odtrutkę. Na szczęścnie jad nie był silny. Pozostali uczestnicy wykopalisk byli już przy pracy oprócz Toma, który postanowił zostać przez pewien czas z Rickiem, który na razie nie czuł się zbyt dobrze. Był to objaw ukąszenie przez węża oraz początków choroby. Gdy Tom przygotowywał sobie kanapki przed wyjazdem na wykopaliska, Rick właśnie się obudził z lekkiego snu, który go zmorzył: - Tom. Nie siedź tu już ze mną, tylko jedź na te wykopaliska. - Jesteś pewien, że sobie poradzisz, bo ja naprawdę mogę jeszcze trochę zostać. - odparł Tom. - Nie! Masz jechać do roboty, jasne!? – zaprotestował chory. - W porządku. Ale położę koło ciebie twój pejdżer. Cały czas będę miał przy sobie swój, więc jeśli będziesz się gorzej czuł, to masz natychmiast dać mi znać. Znasz numer? - 56723168 – wyrecytował Rick. - Dokładnie. No to w takim razie cześć. Baw się dobrze. - Nawzajem – zakończył Rick. Od tego dnia wykopaliska odbywać się miały dalej niż zwykle, dlatego wszyscy, jak i również Tom udali się na miejsce czterokołowcami. Wykopaliska oddalone były o blisko kilometr, a nie jak zawsze o trzysta, czterysta metrów. Teren tamtejszych wykopalisk zajmował powierzchnię kwadratu o boku trzystu metrów, czyli 90.000m2. Była pierwsza po południu, gdy znaleziono pierwsze przedmioty tam zakryte. Obiad nie miał być w budynku, lecz tym razem przywieziony będzie na wykopaliska, ponieważ nie chciano tracić czasu na powrót do bazy. Wszyscy czekali na posiłek z utęsknieniem, ponieważ trzydziestostopniowy upał dawał się nieźle we znaki. Na szczęście butelki z wodą nieco pomagały. W czasie, gdy dokonywane były prace, w budynku zaczęło się coś dziać. Na pierwszy rzut oka niegroźny owad przyniesiony z „diamentowego tunelu” w ciągu 16 godzin powiększył swoje rozmiary pięciokrotnie. Wykorzystując nieobecność pewnej części personelu z sali D-23 poleciał szybem wentylacyjnym w kierunku magazynu, w którym brakowało okien, więc przez niemal cały czas panowała ciemność. Dzięki niej przez długi czas mógł pozostawać niezauważony. Jedynie raz po raz ktoś zapalał lampę, żeby coś zabrać. Doleciawszy do kraty w magazynie wypalił większy otwór wypluwając kwas. Zagnieździł się w jednym z kątów, tuż za drzwiami. Po kilku minutach zaczął z odwłoku wysnuwać nić, niczym pająk. Wkrótce powstało coś w rodzaju kokonu, do którego jednak nie był przytwierdzony. Była już trzecia, dlatego też z pod budynku odjechał samochód z gorącym obiadem. Archeolodzy zobaczywszy na horyzoncie furgonetkę rzucili wszystkie narzędzia na ziemię i tylko patrzyli z wyczekiwaniem w oczach, aż jedzenie do nich dojedzie. Pięć minut później już się zajadali surówkami, ziemniakami, pożywnym tłustym kurczakiem w pikantnym sosie. Były również krewetki, ryby, no i oczywiście picie, którego zaczęło brakować. Tom najprędzej skończył posiłek i wrócił do mozolnej, wymagającej najwyższej ostrożności pracy. Po chwili dołączył do niego John. Chwilę popracowali, po czym John rozpoczął rozmowę ze swoim najlepszym przyjacielem: - Słuchaj Tom. Jak myślisz, co mogło się stać temu facetowi, tam pod ziemią? - Nie mam najmniejszego pojęcia. Może jakiś nagromadzony gaz wybuchł. Tylko to przychodzi mi do głowy. - Gdyby to był gaz, to byłyby ślady na powierzchni w postaci jakieś wyrwy, czy czegoś podobnego. Po za tym, wybuch najprawdopodobniej rozerwał by ciało na drobne kawałki, a jak sam widziałeś kości były jeszcze połączone ze sobą. Były wyraźnie poukładane. - Co sugerujesz John przez „wyraźnie poukładane”? – wtrącił Tom. - Sugeruję, że coś go zabiło. Coś inteligentnego. - Chyba żartujesz. Nie, mówię całkiem serio. Mamy chyba do czynienia z kolejnym potworem. Mogę się nawet założyć o skrzynkę piwa, że mam rację. To jak, zakład stoi? Stoi. Co do twoich poglądów upewnimy się za kilka dni, kiedy skończą badania nad ciałem. Za trzy dni – wtrącił John. A, słuchaj John. Chcesz dzisiaj gdzieś skoczyć wieczorkiem, bo ja miałbym ochotę. - No jasne. Około dziewiątej, bo obiecałem żonie, że zadzwonię dzisiaj. Do 1730 nie znaleziono nic szczególnie ciekawego, choć wszystko dla archeologów ma jakąś wartość. Jeden z archeologów (Matt) w pewnej chwili znalazł coś dużego: - Chodźcie tu wszyscy. Znalazłem chyba coś wartościowego i sporej wielkości. Odkopywanie trwało mniej więcej piętnaście minut. Nie uważano zbytnio na uszkodzenia, ponieważ była to duża skrzynia, zawiązana w koło łańcuchami. Postanowiono, że zajmą się nią później. Dwie godziny przed zmrokiem, to jest o ósmej, praca kończyła się i wszyscy wracali z powrotem. Po powrocie John Kent tak jak obiecał zadzwonił do żony. Był to chyba najszczęśliwszy telefon w jego życiu, ponieważ dowiedział się o przyszłym potomku: - Kochanie, chyba żartujesz. Będziemy mieć syna. Od kiedy o tym wiesz!? Przecież dzwoniłem wczoraj wieczorem i nic mi nie powiedziałaś. - Syna nie, ale córeczkę. Byłam dzisiaj rano u naszego lekarza, ponieważ trochę zrobiło mi się słabo i zaczął mnie boleć brzuch. I wtedy prześwietlenie wykazało, że rozwija się płód – odpowiedziała z wielkim podekscytowaniem Margaret. - Nie mogę w to jeszcze uwierzyć. Kiedy masz termin? - Za 8 miesięcy i tydzień. - Już chciałbym być razem z tobą, ale chyba mi się to nie uda. Mam nadzieję, że sobie poradzisz. Najlepiej byłoby, gdybyś pojechała do mamy z dziećmi. - Chyba tak zrobię. A tak po za tym, co u ciebie słychać? - A co może być słychać u trzydziestoczteroletniego archeologa. Wciąż kopiemy, odkrywamy nowe znaleziska, kości i tym podobne rzeczy. Dobra, muszę kończyć, bo umówiłem się z Tomem. To cześć. - Pa. Odłożył słuchawkę i pobiegł wszystkim swoim kumplom powiedzieć o przyszłej córeczce. Następnie wsiadł wraz z Tomem do samochodu i ruszyli do miasta oddalonego o nieco ponad dziesięć kilometrów. Po telefonie do Margaret, Johnowi jeszcze bardziej zachciało się wręcz upić, aby uczcić tę wiadomość. Pół godziny później byli już w centrum Melvil. Miasteczko liczyło nieco ponad czterdzieści tysięcy mieszkańców. Jak w każdym innym mieście, tak i tu, było pełno barów, przeważnie nie zaliczających się nawet do najniższej skali gwiazdkowej. Jedno od razu rzucało się w oczy. Było tu tak jasno, że z powodzeniem można byłoby jeździć bez świateł, gdyby nie obowiązujące przepisy drogowe. Działo się tak za sprawą mnóstwa świateł, neonów i innych świecących elementów. Dopiero po piętnastu minutach nasi bohaterowie znaleźli coś ciekawszego. Nie chcieli jechać do baru, w którym byli kilka dni wcześniej. Była to knajpa o nazwie „Co nie co”. Mimo mało ciekawej nazwy weszli. Z zewnątrz nie wyróżniający się niczym szczególnym, oprócz dwóch koszy w kształcie głowy jednego z bohaterów kreskówek, w środku bił wszystkie pozostało na łopatki. Ściany wyłożone były niemal po sufit kafelkami. Również stoły były niezłej jakości. Co do obsługi nie można było mieć żadnych pretensji. Piękne kelnerki wyjęte niczym ze „Słonecznego patrolu” tylko zachęcały do częstszego odwiedzania. W pewnej chwili Tom siedział jak zahipnotyzowany. Powodem tego była długonoga blondynka, niosąca w pięknej, delikatnej dłoni Menu w ich kierunku. Gdyby nie ono nikt by nie pomyślał, że to kelnerka. Tom był tak zapatrzony, że dopiero jego współtowarzysz zdołał go ocucić. - Dzień dobry. Jestem Mandy. Za chwilę do panów wrócę, żeby przyjść odebrać zamówienie. - Oczywiście. Dziękujemy – odpowiedział John. Hej, Tom, wróć do rzeczywistości. - Co, co? A tak. Czyż nie piękna. Istne bóstwo, nie uważasz John. - No całkiem niezła. O ile pamiętam, to masz tam u nas jakąś upatrzoną laskę. - Tak, pamiętam. Ale ona jest daleko stąd. Chyba spróbuję umówić się z Mandy – odparł z wielkim rozmarzeniem w oczach Tom. - Dobra. Wybierzmy coś, bo zaraz wróci. I rzeczywiście. Właśnie, gdy skończyli się zastanawiać wróciła kelnerka. - Co mogę panom podać? - Dla mojego kumpla Toma proszę butelkę piwa, pizzę z peperoni, sałatkę i krewetki. Natomiast ja bym uprzejmie prosił trzy zimne kufle piwa, rybę i dwie kiełbaski. - Za piętnaście minut wszystko powinno być już gotowe. - oznajmiła uwodzicielska kelnerka. Przez ten okres czasu rozmawiali ze sobą o różnych sprawach, również oceniali dziewczyny, które wchodziły i wychodziły. W szczególności robił to Tom, ponieważ był człowiekiem, który szalał za wszystkimi kobietami i może dlatego do dzisiaj się nie ustatkował. Najdłużej był z dziewczyną pół roku, potem zauważył na ulicy inną i na drugi dzień zerwał z nią. W czasie, gdy się posilali, przysiadł się do nich jakiś facet proponujący im ubezpieczenie na życie. Nie miał szczęścia. W czasie, gdy John zapłacił i kierował się ku wyjściu, Tom oczywiście umówił się z Mandy. Prowadził mniej upity Tom, który niczego nie świętował. W bazie byli po 2315. Kufer nie był jeszcze rozpakowany, dlatego wszyscy uzgodnili, iż jutro kilku z nich zostanie i sprawdzi go. John jeszcze przez długi czas nie mógł zasnąć, będąc pod wrażeniem wieści od Margaret. Dopiero około drugiej w nocy Orfeuszowi udało się odciągnąć go od rzeczywistości. Orfeusz i tym razem nie dał mu spokoju, napędzając do jego umysłu kolejny koszmarny sen. Tym razem występował w nim Tom, jako ofiara. Obudziwszy się w środku nocy, postanowił opowiedzieć swoje koszmary Tomowi. Wschodzące słońce wdarło się promieniami do pokoju Toma, który zapomniał spuścić żaluzje. Obudził się natychmiast, gdyż słońce świeciło mu prosto w oczy. Od tego ranka zostały jeszcze dwa dni do ogłoszenia wyników badań, na które wszyscy z niecierpliwością czekali. Dzień zapowiadał się identycznie jak każdy poprzedni. Wyjątkiem było to, iż nasi studenci postanowili ubiegłego dnia zostać dziś w bazie i przeszukać skrzynię. Około 1115, po śniadaniu, poszli do magazynu, gdzie stała tajemnicza skrzynia. Weszli do środka, nie wiedząc jeszcze o dojrzewającym w kokonie potworze. Tom wziął narzędzia potrzebne do otworzenia skrzyni. Łańcuchy i kłódkę najłatwiej było zniszczyć dobrym młotkiem, dlatego Tom wziął go do ręki. Właśnie, gdy zamykali drzwi, kokon nieco się poruszył, co świadczyło o nadchodzącym koszmarze. Postawili skrzynię na stole, co spowodowało wydobycie się tumanów kurzu, który mimo wytarcia nagromadził się w szczelinach. Skrzynia zdawała się być bardzo masywną i wytrzymałą. Lecz o dziwo już po drugim uderzeniu łańcuch puścił. John, który właśnie przyszedł otworzył delikatnie i powoli drewniane wieko skrzyni. Zapach, który ulotnił się z wewnątrz niemalże odrzucił ich nieco do tyłu. - Ale fetor – stwierdził Tom. - Masz rację. Musiała nieźle długo leżeć pod ziemią. Coś musi tu powodować taki odór. Jeśli od razu zabierzemy się do przeglądania jej zawartości, tym szybciej pozbędziemy się tego zapachu – potwierdził John. - Jasne. Tylko przyniosę nam rękawiczki, bo nie wiadomo, co tam może być. Po paru minutach zabrali się do roboty. Na samym wierzchu były płótna, pod którymi leżały różne dziwne przedmioty. Znajdował się tam jakiś woreczek, pojemniczek oraz nóż o specyficznie rzeźbionym ostrzu. Otworzyli woreczek. W środku znajdowały się jakieś małe kuleczki, których kolor się zmieniał. Wyglądało to tak, jakby po ich powierzchni przesuwały się niebieskie chmury. Zadziwiło to oczywiście Toma i Johna, lecz woleli tego nie dotykać, więc schowali je z powrotem do woreczka. Następnie wzięli do ręki pojemniczek i wyjęli korek. I już było wiadomo, że powodem tego zapachu był płyn wypełniający ową butelkę. Już chcieli odejść od skrzyni, będąc niemile zaskoczeni, gdy John zauważył wąską szparę pomiędzy dnem, a ścianą kufra. - Skoczę po nóż do podważenia. - Ja skoczę, bo akurat chciałem iść po coś do jedzenia – zaproponował Tom. - OK. Jak myślisz, co tam może być? – spytał John. - Nie mam pojęcia. Ale coś mi mówi, że ten kufer nic dobrego nie wróży. Sam pomyśl. Jakieś dziwne kulki i płyn niczym z filmu s–f, to na pewno nie są zwykłe przedmioty, które się zakopuje. - Chyba mamy szczęście do dziwnych sytuacji. Może będzie kolejny potwór? Po krótkiej wymianie zdań Tom skoczył po nóż. Jak się później okazało znajdowała się tam tylko jedna kartka z dziwnymi napisami. Tom na szczęście znał owo pismo, więc zaczął czytać: „Jeśli znaleźliście tę kartkę, to znaczy, iż macie również kufer pochodzący z jaskini. Jesteście w wielkim niebezpieczeństwie. Najprawdopodobniej przynieśliście, choć może być inaczej, ze sobą potomka legendarnego aryjskiego stwora. Nadano mu nazwę Drakken, zwany jest również Gutranem co oznacza „bezlitosny zabójca”. Jest on niezwykle niebezpieczny. Oprócz zwinności, siły i sprytu, jst w stanie podczas kontaktu ego z osobą zwiększyć ciśnienie krwi do tego stopnia, iż czaszka eksploduje. Jedynie co można zrobić, aby takiej osobie pomóc, to zabranie jej siłą, aby przestała patrzeć w oczy Drakkena. Najniebezpieczniejsze jest jednak to, iż jego potomstwo, w postaci pięciocentymetrowej larwy wchodzi przez ucho lub usta w ciało człowieka i przejmuje nad nim kontrolę. Nie potrafi jednak wykorzystać wspomnień danego człowieka, tak więc nie może skutecznie naśladować człowieka, nad którym zapanował. Dlatego pod żadnym pozorem nie paczcie mu w oczy, jeśli chcecie przeżyć. W kufrze powinny znajdować się kulki, buteleczka i nóż. To właśnie one, owe trzy przedmioty są jedynym sposobem na pokonanie go. Musicie kulki zamoczyć w owym płynie a następnie w jakiś sposób zagnieździć je w ciele Gutrana w czterech miejscach jego ohydnego ciała: w brzuchu, w klatce piersiowej, w szyi i w czole. Pamiętajcie, że w czoło musicie trafić na samym końcu. Gdy zdołacie to wykonać, wtedy musicie wymówić zaklęcie, którego treść brzmi : wetrag ujef traghor Drakken. Należy powtórzyć je trzykrotnie. Zaklęcie owo spowoduje, iż ostrze noża z kufra zacznie świecić. I w tym momencie należy nożem przeciąć go od czoła do brzucha wzdłuż miejsc po kulkach. Będzie to możliwe, gdyż będzie on bardzo osłabiony, lecz nie całkowicie. Potem potwór zacznie się wić i rzucać. Od tego momentu będziecie mieć niespełna pięć minut na ucieczkę na odległość około dwóch kilometrów. Cały obszar w obrębie dwóch kilometrów zostanie skażony na wiele
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil fangta
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…