Ojcowie
O samotności, o niepewności, oraz o suzkaniu nadzieji i samo-wytłumaczenia.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
OJCOWIE
Do południa siedział na schodku przed dwupiętrową kamienicą, w której mieszkali. Była to stara, francuska kamienica pokryta płatami łuszczącej się białej farby. Naprzeciw niej ciągnął się niski mur, za którym wzgórze opadało do morza. Wąska ulica pięła się w górę znikając za ostrym zakrętem. W dole przecinała szeroką, pełną ludzi aleję i schodziła jeszcze niżej wśród nadmorskich wzniesień pokrytych zdziczałymi drzewkami cytrynowymi. Kamienice rzucały krótki cień pozwalający odetchnąć od piekielnego gorąca południa, a znad morze wiał delikatny, wilgotny wiaterek, który lekko muskał twarz chłopca. Powietrze pachniało morzem, przyrządzanymi rybami i fetorem rozkładającego się na ulicy łajna. Przez to zdawało się, że jest bardzo duszno, a kolejne porywy wiatru pozwalały jedynie zaczerpnąć odrobinę świeższego powietrza. Chłopiec co chwila spoglądał w dół ulicy z nadzieją wsłuchując się w dalekie odgłosy kroków. Było już dobrze po południu gdy wydało mu się, że ktoś schodzi ulicą, ale postać znikła za załamaniem kamienicy. Odczekał chwilę i usłyszał nierówne, szurające kroki, a po chwili tęgi, trzydziestokilkuletni mężczyzna wyszedł zza rogu. Miał krótkie, czarne włosy i płaski nos. Obojętnie minął chłopca i skręcił w bramę kolejnej kamienicy. Na ulicy znowu zaległa cisza przerywana szumem rozbijających się o brzeg fal. - Gdybym wierzył w Boga – pomyślał chłopiec – to mógłbym się teraz pomodlić. Ale tata powiedział, że mogę nie wierzyć, że mogę robić co tylko zechcę skoro mama umarła. Powtarzał to bardzo często, szczególnie kiedy był zły i krzyczał, że wszystko mu jedno. Ale czy ja wierzę w Boga? Nie powinienem tu siedzieć bezczynnie i czekać, a może właśnie to jest tym co powinienem? Dziadek kazał mi iść do domu, do tego domu. Nie, Dziadek nie każe, Dziadek mnie prosił jak młodego mężczyznę. Muszę, więc teraz tu siedzieć i czekać aż przyjdzie. Chłopiec sięgnął po leżący przy schodku kamień i bezmyślnie przerzucał go sobie z ręki do ręki. Wreszcie uchwycił go mocniej i przydusił do ubitego piasku i ziemi. Nie zważając na opór rył znany tylko sobie wzór i raz po raz nachylał się by poprawić kontury. Nie zwracał uwagi na zdrętwiałą i obolałą dłoń, lecz wciąż prowadził kamień półokrągłymi liniami. Pozwalało mu to niemal całkowicie zapomnieć o oczekiwaniu. Gdy wreszcie skończył z zadowoleniem spojrzał na swoje dzieło i ostrożnie odłożył kamień. Rozwartą dłoń przeszył skurcz bólu i zdrętwienia, więc zacisnął ją ponownie przyciskając do piersi. - Zaciskam pięści zupełnie jak prawdziwy bokser – uśmiechnął się w duchu – i tulę je do siebie jak tchórz. Muhammad Ali był prawdziwym bokserem. Dziadek też kiedyś był bokserem i ja nim będę. Tak, będę bokserem. To wspaniałe zajęcie. Miło jest coś postanowić. W tym czasie słońce obniżyło się tuż ponad linię domów i cień przesunął się wzdłuż schodów, na których siedział chłopiec. Przez chwilę nie ruszał się pozwalając słońcu nagrzewać swoje czarne, rozwichrzone włosy, ale po chwili przesunął się głębiej w cień i spuścił głowę między kolana. Miał już dosyć czekania i czuł się bardzo zmęczony. Przez chwilę pomyślał o odpoczynku wyobrażając sobie kąpiel w zimnym morzu i bezwiednie wsłuchał się w szum fal. Odpoczynek był czymś najgorszym o czym mógł myśleć, gdyż zagłuszał naturalny niepokój i zmartwienie przysłaniając obraz Dziadka sennymi wizjami. W zmęczeniu zapomina się o bólu, jednak ten prawdziwy, najgłębszy ból ma to do siebie, że jest silniejszy od zmęczenia i karze zmysłom utrzymywać się na wierzchu jak plama oleju na wodzie. Nie łatwo walczy się z takim bólem gdyż przekonuje on człowieka, że jest najważniejszą częścią jego życia i że bez niego będzie już tylko zapomnienie, a nikt kto ma choćby odrobinę uczuć nie może na nie pozwolić. Kiedy tak myślał zdał sobie sprawę, że od śniadania nic nie jadł. Poczuł bardzo mocny głód i zrobiło mu się niedobrze. Od dłuższego czasu ze zdenerwowania bolał go brzuch, a teraz zdało mu się, że niepokój ściska też gardło. Zaczerpnął głęboko powietrza i wstał jeszcze raz spoglądając na wyryty wzór. Przedstawiał on dwie splecione ze sobą ryby z rozszczepionymi ogonami i bardzo okrągłymi pyskami . Miały one płaskie oczy i długie jakby energicznie rozdęte w wysiłku nozdrza. Chłopiec zatarł nogą głębokie kontury i w przypływie złości chciał wściekle splunąć, lecz zauważył, że w ustach ma zupełnie sucho i że bardzo chce mu się pić. Głód i pragnienie nasiliły się w jednej chwili równocześnie podrażniając ściśnięte gardło. Było to bardzo nieprzyjemne uczucie i chłopiec pomyślał, że rozrywa jego pragnienia tak jak mocną linią kamienia mógł rozerwać dwie splecione w uścisku ryby. W tym samym momencie przypomniały mu się dwa zakochane koty, które widzieli rano, lecz postanowił natychmiast o nich zapomnieć. Bez namysłu otworzył duże, solidne drzwi i zanurzył się w chłodnym półmroku. Przez chwilę pozwalał promieniom słońca oświetlić wnętrze, a kiedy zaczął już wyraźnie rozróżniać przedmioty cicho zamknął drzwi i wszedł po kilku murowanych stopniach. Odgarnął brudną, wygniecioną płachtę i wszedł do zacienionego pomieszczenia. Na środku ustawiony był okrągły, drewniany stolik z rozłożoną, nieukończoną partią szachów, a w każdym rogu pokoju stał niski, pufiasty taboret. Naprzeciw wejścia było przysłonięte zasłoną okno, a po lewej drzwi prowadzące do dalszych pomieszczeń. Chłopiec podszedł do stolika i schylił się wyciągając dzbanek wody. Z niezadowoleniem zauważył, że jest prawie pusty i powoli przyłożył sobie zimny, szklany lejek do ust. Kiedy skończył pić poczuł się trochę lepiej, a ściśnięte gardło wydawało się nieco bardziej rozluźnione. - Kiedy Dziadek wróci – pomyślał – na pewno będzie chciał pić. Moim obowiązkiem jest, aby mógł się od razu napić. Wypiłem całą wodę, więc teraz muszę ją przynieść. W końcu jestem młodym, odpowiedzialnym mężczyzną. Tak, to mój obowiązek. Mieć czyste sumienie, Bóg tu nie ma żadnego znaczenia. Kiedyś zastanowię się czy istnieje. Chłopiec spojrzał czy na stole nie ma żadnych pieniędzy, ale były tam tylko porozrzucane figury szachowe. Chwilę przyjrzał się ustawieniu na szachownicy i zdecydował, że wieczorem dokończą partię. Przez moment chciał przesunąć kilka pionków, lecz gwałtownie rozmyślił się i poczuł głębokie zakłopotanie. Wtedy po raz pierwszy zastanowił się co tak naprawdę stałoby się gdyby Dziadek umarł. Chłopiec przystanął starając się skupić uwagę na czymś innym, lecz złe myśli mają to do siebie, że najtrudniej jest się ich pozbyć i mimo usilnych starań pozostają w głowie. A była to bardzo smutna i bardzo nieprzyjemna myśl, dopuszczająca wiarę w życie po śmierci, lecz chłopiec nie chciał na razie o tym myśleć. Być może nigdy nie będzie chciał. Mocno chwycił pusty dzbanek, z całych sił zaciskając obolałą dłoń na szklanym uchu, po czym odsłonił wejściową przesłonę, zbiegł po schodach i wyszedł na zewnątrz. Promienie popołudniowego słońca padały już na całą ulicę nie pozostawiając żadnego cienia i chłopiec zatrzymał się mrużąc oczy. Po chwili krążące wokół białe plamki znikły co oznaczało, że wzrok na powrót przyzwyczaił się do mocnego światła. Myślał już o czymś zupełnie innym, czuł się bardzo odpowiedzialny i wydawało mu się, że jest znacznie starszy od beztroskiego dwunastoletniego chłopca, którym był jeszcze rano. Jednak szybko zrozumiał, że nic wyjątkowego na razie nie wydarzyło się i że z powrotem może być tym beztroskim chłopcem. Kiedy zastanawiał się nad tym szedł w dół ulicą i skręcił w boczny mały zaułek. Znajdowała się tam ręczna pompa wody otoczona wielką, brudną kałużą. Stał w niej do połowy zanurzony kosz zgniłych owoców, zapewne pozostawiony zeszłego dnia przez jakiś roztargnionych turystów. Krążyło nad nim mnóstwo małych muszek i chłopiec wściekłymi ruchami rąk starał się je odganiać. Wreszcie podszedł do pompy i nadstawił dzbanek, który napełnił kilkoma energicznymi pociągnięciami. Poczuł jak woda z kałuży przesiąka przez buty i ostrożnymi krokami by nie zanurzyć całych stóp wyszedł z powrotem na ulicę. Obtupał buty i zabił muszkę, która usilnie próbowała dostać się do jego ucha. Przeszkadzała mu nieprzyjemna lepka wilgoć butów, ale nic nie mógł na to poradzić. Żałował, że nie jest jeszcze na tyle silny by zamiast dzbanka móc nosić wielki, plastikowy pojemnik, który każdego ranka uzupełniał wodą Dziadek. Zawsze starał się w tym pomóc widząc starcze zgarbione plecy i napięte, uwypuklone mięśnie grzbietu i ramion. Dziadek niechętnie godził się na te współpracę i wciąż powtarzał, że to kiedyś uczyni go bezużytecznym. Mówił to z miłym, delikatnym uśmiechem, który podkreślał zmarszczki w kącikach jego ust. Właściwie z całego uśmiechu chłopiec zawsze najbardziej pamiętał te zabawne, przypominające korytarze rzek w atlasie twarzy zmarszczki. - Zbierz się w sobie – mówił bezgłośnie – ty mały, niedojrzały chłopcze. Wiesz, że jesteś niedojrzały i że zachowujesz się głupio. Ale masz do tego prawo. Nie usprawiedliwiaj się! Jednak dobrze byłoby myśleć jak dorosły mężczyzna. Nie bać się, bo przecież mężczyźni nie boją się, prawda? Powinieneś zastanowić się co powiedziałby Dziadek, ty mały, tchórzliwy dzieciaku. No nie, tak na pewno by nie powiedział. Ale mógłby użyć tych swoich dosadnych słów. Dziadek używa bardzo wymownych określeń. Zawsze mogłem go zrozumieć, zupełnie nie to co z ojcem. Z tatą – poprawił zatrzymując się przed drzwiami domu – ojciec brzmi surowo i nieswojo, ma negatywne, smutne zabarwienie. A więc nie to co z tatą, chociaż i z tym bywało różnie. Teraz on jest daleko i myśl o nim dobrze. Z bramy obok wyszedł ten sam pulchny, czarnowłosy mężczyzna, który mijał go wcześniej. Tym razem spojrzał w stronę chłopca i uśmiechnął się. Przez moment sprawiał wrażenie jakby chciał coś powiedzieć, lecz swoim chybotliwym krokiem poszedł dalej. - Dzień dobry panu – w myślach szepnął chłopiec i wydało mu się, że bardzo chce z kimś porozmawiać. – Dzień dobry... Był bardzo dumny z dotrzymanego postanowienia i z zadowoleniem zostawił wodę na stole w domu i wrócił z powrotem na schodek. Nie znalazł już nigdzie cienia, więc posiedział chwilę i zdecydował, że miło będzie przejść się nad morze. Jednak w tym samym momencie jego uwagę przykuła dwójka bardzo mocno opalonych, młodych ludzi. Byli oni oczywiście dużo starsi od niego, ale chłopiec w myślach nazwał ich „młodą parą” i z ciekawością im się przyglądał. Kobieta miała jasne blond włosy, mocno kontrastujące z ciemną opalenizną ciała. Poruszała się bardzo zgrabnie, co chwila wymieniając się z mężczyzną jakimiś uwagami. Był on prawie równie ciemny jak ona, lecz brązowe, wypłowiałe od słońca włosy nie stwarzały tak uderzającego kontrastu i w odróżnieniu od kobiety wyglądał zupełnie przeciętnie. Przechodząc przy chłopcu mężczyzna uśmiechnął się i kucnął kładąc przy nim pięciodinarową monetę. Zrobił to z nieukrywaną ostrożnością, jakby obawiając się jego reakcji. Chłopiec siedział przez chwilę bez ruchu zbierając myśli. Wreszcie wstał i uniósł monetę podając ją mężczyźnie. - Proszę – powiedział najmilszym głosem na jaki mógł się zdobyć. – Nie potrzebuję pieniędzy, nie jestem żebrakiem. Czy pan mnie rozumie? Kobieta wzruszyła opalonymi ramionami i roześmiała się głośno do swojego partnera. Mężczyzna z lekko zakłopotaną miną cofnął się i ruszył za nią nie patrząc nawet na chłopca. Z niesmakiem wyminęli rozkładające się na ulicy cuchnące łajno i poszli dalej. Nie byli stąd. - Nie jestem żebrakiem – powtórzył chłopiec. – Nie potrzebuję tych pieniędzy. W ułamku sekundy zdecydował się nie iść za parą turystów i bez słowa odprowadził ich spojrzeniem dopóki nie znikli za zakrętem na dole ulicy. - Nie jestem żebrakiem – zawzięcie powtórzył w myślach – Mam dom, mam rodzinę, więc chyba nie jestem żebrakiem. Jak mogłem pozwolić im zostawić te pieniądze. Powinni widzieć jak wyrzucam je gdzieś daleko co pokazałoby, że wcale ich nie potrzebuję. Chociaż mógłbym ich potrzebować. Ale jeszcze nie teraz, jeszcze nie. Słońce zeszło już nisko nad horyzont i niebo nabrało zupełnie nowych barw. Jednolity blady błękit przemienił się w mieniący fioletowo czerwonymi pasami bezkres. Biały mur mocno odcinał się od nieba rzucając nierówny cień. Rosnące w dole drzewa cytrynowe wydawały się być przysłonięte brudnoszarą zasłoną. Promienie słońca nie były już tak dokuczliwe i coraz wyraźniej czuć było wieczorny wiaterek, niosący powiew świeżości i ochłodzenie. Chłopiec poczuł się bardzo smutny i bardzo samotny. Zawsze gdy coś było nie tak…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Dymitr
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…