Wróć do katalogu

Olstírr

No więc... jest to jedno z pierwszych opowiadań, jakie napisałem. Przeleżało nieruszane bardzo długi czas, gdyż nigdy nie chcialem go nigdzie publikować. I chyba miałem rację... jak pisałem, jest to jedno z moich pierwszych i dlatego może się wam nie

Jarl, opublikowano , 2 godz. 38 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Wersję *.doc tego opowiadania można ściagnąc używając poniższego linku: http://[adres IP]/~hellscream/jf/olstirr.rar Gdyby coś nie działało, proszę mnie powiadomić o tym. Z góry dziękuję. Po przeczytaniu prosiłbym o powrót do tej strony i skomentowanie, ew. ocenienie.

Olstírr – By Jarl Fenrir

-I- Wyprawa

Dzień był nadzwyczaj piękny, słońce świeciło, niebo było bezchmurne, w oddali widać było góry. Dlatego zawahał się na chwilę, nie chciał tracić tego widoku z oczu, ale przecież nie mógł spędzić całego dnia wpatrując się w niebo. Wszedł do karczmy, rozejrzał się. Wewnątrz było prawie pusto, tylko przy niektórych stolikach siedzieli elfowie, ale on szukał kogo innego. Wypatrzył w końcu. Podszedł do stolika, przy którym siedział karzeł w towarzystwie Ehmanna. Gdy tylko się do nich zbliżył, karzeł go zawołał: - Witaj Svear, usiądź z nami, a raczej ze mną, bo Manfé niestety musi stać. - Taka już moja natura. – Stwierdził. Svear usiadł na krześle naprzeciwko karła. - Jak wam się podoba w Siquil? – Zaczął rozmowę. – Dla Ehmannów specjalnych krzeseł niestety nie mamy, więc będziesz musiał stać, jak już Droen zauważył. - Bo specjalnych krzeseł w ogóle nie ma – odpowiedział Manfé – ale nie używaj, proszę, przy mnie określenia „ehmann”. - w porządku. Tylko jak wy się sami nazywacie? Ce… cę… cętka, czy jakoś tak? - Nie cętka, a centaur. Zapamiętaj: Manfé jest c-e-n-t-a-u-r-e-m, nie ehmannem. - Dobrze, już dobrze, przejdźmy do konkretów. Droen – zwrócił się do karła – zabrałeś już swoją część łupów? - Owszem, jest ukryta w Dvarvheim. – Odpowiedział karzeł nazwany Droenem. – Zebraliśmy się, tak jak po każdej wyprawie, w celu wypowiedzenia wszelkich niesprawiedliwości, jakie mogły mieć miejsce podczas dzielenia łupów, ale ja nie mam żadnych pretensji. - Nic dziwnego – wtrącił centaur, zwany Manfém – dostałeś chyba najwięcej złota, ale i ja nie mam żadnych pretensji. w końcu dostałem łuk, jeden z lepszych, jakie kiedykolwiek widziałem. - to ja was rozczaruję – powiedział Svear, który mieszkał w mieście Siquil i jak wszyscy mieszkańcy tego miasta był elfem – ja mam pewne pretensje. a mianowicie: dlaczego wtedy znaleźliśmy tak mało bogactw? Ja nie przyszedłem oznajmić wam, że jestem zadowolony z łupów, jakie otrzymałem, ale po to, by zaproponować wam jeszcze jedną wyprawę tego typu. Jesteście zainteresowani? – Elf nie czekał na odpowiedź, wiedział, że są zainteresowani. Elfy rozumieją takie rzeczy bez słów. - Czytałem ostatnio o mieczu – kontynuował – który może dać swemu właścicielowi nieśmiertelność oraz wzmocnić umiejętności mentalne lub, jak karły powiadają, magiczne. Ponieważ miecz jest jeden, będziemy musieli się nim albo wymieniać co jakiś czas, albo po prostu sprzedać, a zarobione pieniądze pozwolą nam opływać w luksusy do końca życia. Słuchacie uważnie? – Zrozumiał, że tak – Wiecie, gdzie jest Samotna Góra, zwana Górą Sławy? – Oboje pokiwali głowami – Miecz jest tam ukryty. Będziemy musieli tylko tam dojść, odnaleźć miecz i wrócić. - Wydaje się być proste, ale oczywiście jest jakiś haczyk, prawda? – Przerwał Droen. -Ano, haczyk jest taki, że wcale nie wiadomo co żyje w jaskiniach, gdzie jest ten cały miecz, zwany Olstírrem, jeśli ma to dla was znaczenie. – Odpowiedział Elf. - Pod tą samotną górą kiedyś mieszkały karły, być może to w ich pałacu mamy szukać tego Olstírra. – Stwierdził karzeł. – Pałac jest od dawna opuszczony, więc mogą się tam teraz gnieździć jakieś robactwa i takie rzeczy. w najgorszym wypadku spotkamy tam mantikorę, a we trzech damy jej radę. - Ja jestem za, idę na tą wyprawę. – Zgłosił się Manfé. - Ja oczywiście również – dodał Svear – nie proponował bym wam czegoś, na co sam bym się nie pisał. - Jak wszyscy, to wszyscy. – Powiedział Droen. – Kiedy wyruszamy? - Możliwie najszybciej. – Objaśnił elf. - Widzę, że oboje macie ze sobą broń, ale ja zostawiłem w Iv, mieście, gdzie mieszkam – oznajmił Manfé. - Rozumiem, że będziemy musieli wybrać się z tobą do tego Iv? – Zapytał Svear, chociaż potwierdzenia nie oczekiwał. znał odpowiedź. - Więc kiedy wyruszamy? Może nawet jeszcze dzisiaj? – Zaproponował Manfé. - Racja, nie ma co tracić czasu – potwierdził Droen – Jeszcze przed południem, jesteśmy wszyscy wypoczęci… - Racja, choćby i zaraz, idę po swojego konia, poczekajcie. – Po tych słowach Svear wyszedł z karczmy. Za nim, trochę wolniejszym krokiem Droen i Manfé. Karzeł wziął swego tarpana ze stajni, która znajdowała się przy karczmie. Po niedługim czasie zjawił się Svear na swym śnieżnobiałym rumaku. Droen dosiadł swego szarego tarpana i popędził go w stronę Elfa. Centaur pobiegł za nim.

W jakiś czas później byli już na gościńcu, wszyscy troje oczywiście. Elf Svear, w zielonej koszuli, wykonanej z materiału znanego tylko elfom, z mieczem u pasa i łukiem na plecach, jadący na białym koniu. na lewo od niego jechał karzeł Droen, dosiadał szarego tarpana, znacznie niższego od konia. Karzeł miał na sobie kolczugę, a na plecach ciężki topór, do którego był dowiązany rzemień, mocny gruby. Dzięki niemu Droen mógł go transportować na plecach tak, jak elfowie transportowali łuki. Po prawej od Sveara biegł o własnych siłach ehmann lub, jak wolał on sam, centaur Manfé. Miał na sobie jedwabną koszulę. Ponieważ dolna jego część przypominała wyglądem konia i była okryta włosiem, szatę nosił tylko na górnej połowie, która przypominała człowieka. Gościniec prowadził przez las. Nie był to jednak taki zwykły las, w którym co kawałek można było spotkać jakieś plugastwo. Był to las, leżący w pobliżu Elvheim, kraju elfów, a jak powszechnie wiadomo, elfy są szczególnie uczulone na wszelkiego rodzaju ohydztwa. Dlatego w lesie tym już od setek lat nie ma żadnych chimer, mantikor, wargów ani nic temu podobnego. Droen, który mieszkał w zupełnie innych stronach, z początku bał się tej drogi, ale w końcu udało mu się pojąć co znaczy wyrażenie „bezpieczna droga przez las”. Postój robili najwyżej dwa razy dziennie. Zapasów żywności prawie nie mieli, więc musieli polować na to, co z lasu nie zostało wypędzone, znaczy dziki, żubry i tego typu zwierzynę.

- Daleko jeszcze to twoje Iv? – Droen skierował swe pytanie do Manfégo. - to jezioro, które mamy po lewej – odpowiedział centaur – dla mnie zawsze było wyznacznikiem połowy drogi, czyli jesteśmy w połowie. - Jezioro Elfie, dla ścisłości – wtrącił Svear. - Postaram się zapamiętać. – Odparł Manfé. - a długo tam zabawimy? – Zaciekawił się elf. - Raczej nie, najwyżej jedną noc, w końcu jedziemy tylko po mój ekwipunek, prawda? – Rozwiał wątpliwości ehmann, jeżeli jakiekolwiek były.

Gdy znikło im z oczu jezioro, znów jechali lasem. Karzeł jednak już pamiętał o „bezpiecznej drodze przez las”. Było to w końcu jedyne miejsce, gdzie takowa istniała. Gdy po lewej stronie zaczęli widzieć bagna, Manfé objaśnił, że już są prawie na miejscu. w kilka godzin później rzeczywiście stali w mieście Iv, przed namiotem Manfégo, który szukał swego łuku. Centaury preferowały namioty bardziej niż domy, gdyż przy ich postawieniu nie trzeba się bardzo namęczyć i łatwiej się przeprowadzić. Centaury bowiem, lub jak mówiły inne ludy, ehmanni, dawniej prowadziły koczowniczy tryb życia. Dopiero tutaj, nad rzeką, którą nazwano Ehvaz, założono liczne miasta, takie jak Yer, Alga, czy Tiyr. w późniejszym czasie utworzono na obszarze tych i innych miast kraj, nazwany Ehmannheim. Obecnie uważa się, że centaury pozostaną nad rzeką już na zawsze, no ale nigdy nic nie wiadomo.

- Mam! – Ktoś krzyknął z namiotu. Po chwili wyszedł z niego Manfé, bogatszy o łuk na ramieniu. – Mam, znalazłem. - to dobrze, zostajemy tu na noc, czy idziemy dalej? – Zapytał Droen. - Ja bym wolał zostać- zaproponował Svear – niedługo będzie zmierzchać, a widzę, że namiot masz dość pokaźny, Manfé. - Namiot jak namiot, ale masz rację, zmieścimy się – stwierdził centaur – Za bardzo nie mam czym was ugościć, wystarczy jakaś zupa? - w gości się nie wybrzydza – stwierdził Droen – daj co masz, bylebyśmy z głodu nie pomarli. - Skoro tak mówisz… - Manfé zamyślił się na chwilę, ale już po chwili wszedł do namiotu, wyciągnął z niego jakieś jarzyny i wziął się za przygotowywanie wszystkiego. Elf, chcąc pomóc, poprosił o jakieś naczynie i poszedł po wodę. Droen zaś zajął się rozpalaniem ognia.

Chwilę potem jedli zupę z drewnianych misek, za pomocą drewnianych łyżek. - a właściwie, to ile ten Olsttírr może być wart? – Spytał Manfé, podnosząc łyżkę do ust. - Ile? – Zadał pytanie Svear, jednak odpowiedzi nie oczekiwał. Nie trzeba być elfem, by wiedzieć, że to było pytanie, na które się nie odpowiada – szczerze mówiąc, to nie wiem, ale na pewno nie jest to mała suma. Rozumiem, że wolałbyś sprzedać ten miecz, niż sobie zostawić? - Raczej tak, bo w końcu wieczne życie może się znudzić. - i ty to mówisz? – zadrwił Droen – Sam masz nikłe szanse na dożycie setki i elfa pouczasz, który ma już kilka setek za sobą? - On ma rację – wtrącił Svear – Zbyt długie życie może się znudzić, ale dopiero po kilku setkach. Sam żyję ponad dwie i jeszcze nie mam dość tego świata. Zapadła chwilowa cisza, którą przerwał Droen: - Nie zastanawiało was nigdy, dlaczego czas dany nam, mieszkańcom Midgardu, jest taki różny? Ja na przykład mogę nie dożyć sto pięćdziesiątki, Manfé już na pewno nie dożyje setki a ty, Svear, będziesz żył ile dusza zapragnie. - Rzeczywiście, nie równo zostaliśmy obdarzeni – mówił w odpowiedzi Svear - ale co do jednego mylisz się. Ja wcale nie będę żył ile dusza zapragnie. Skąd wam, karłom przyszło do głów, że elfy są nieśmiertelne? - Tylko nie «karłom». Jakoś nie lubię tego wyrażenia. Lepiej brzmi «krasnoludom». a skoro się mylę, to powiedz mi, jak jest naprawdę. - w porządku – elf wziął głęboki oddech – rzeczywiście, żyjemy bardzo długo, ale nie wiecznie. Najstarszy elf ma trzy tysiące i jeszcze żyje, ale tak naprawdę mało który elf przekracza dwa i pół. - No dobrze – Droen wydawał się zrozumieć – ale czym jest sto pięćdziesiąt w porównaniu z dwoma tysiącami? - a wiecie co ja wam powiem? – Wtrącił Manfé. - Tak, oczywiście, że wiemy! – Zironizował Droen. - Ja myślę – centaur kontynuował – że po prostu każda rasa ma spojrzeć na świat z innej perspektywy. Większość istot żyje na tyle długo, by zorientować się jak ten świat wygląda i potem umierają, a elfy na przykład obserwują liczne procesy zachodzące na ziemi, dla nich czas płynie szybciej, ale jednocześnie wolniej. - Racja – przerwał Svear – Prawda jest taka, że my, elfowie, ogólnie się nie spieszymy, ale widzimy jak szybko wszystko przemija. Czasem nie jesteśmy w stanie nadążyć za tym wszystkim. Znowu zapadła cisza. w końcu przerwał ją Droen: - a wiecie jakie ja mam zmartwienie? Gdzie będziemy spać! - Mam w namiocie jakieś skóry – odparł Manfé – będzie się wygodnie spało – wskazał towarzyszom wejście do namiotu i pokazał gdzie one leżą. Każdy wziął sobie kilka, okrył się nimi i niedługo potem wszyscy spali.

Następnego ranka jako pierwszy wstał Droen. Obudził Sveara i Manfégo. Centaur zajął się juczeniem karlego tarpana, gdyż mimo swego wzrostu, to tarpan był silniejszy od konia. Pakował różne rzeczy, ale przede wszystkim prowiant i wodę. Svear sprawdzał właśnie sprawność swego łuku. Oręż zdał egzamin, o czym świadczył jeleń, którego elf przytaszczył z okolicznego lasu.

Podczas konsumpcji rozważali dalszą drogę. - Mówisz, że ten miecz ukryto gdzieś pod Samotną Górą? – Zapytał ehmann. - Owszem, w tym kierunku nam droga wypada – potwierdził elf. - Którędy tam dojdziemy? – Pytał dalej centaur – jedyny gościniec stąd prowadzi do Elvheim. - Możemy iść przez bagna na skróty – zaproponował Krasnolud. - a ty wiesz co tam można spotkać? – Manfé zadał kolejne pytanie. - Nie, ale mam zamiar się dowiedzieć. – Odparł karzeł. - Ja bym był za tą drogą przez bagna – wtrącił Svear. - w końcu od czego mam topór? – dodał Droen – Wy też gołych rąk nie macie. - No dobra, skoro tak chce zdecydowana większość… - mówił centaur – w końcu za bagnami głosuje dwa razy więcej niż przeciw. ale żeby nie było, że nie ostrzegałem! - Oczywiście, ale skoro jelonek się skończył, to chyba możemy ruszać dalej? – karzeł wyrzucił kość, którą właśnie ogryzł. -II- Bagna

Z początku kierowali się na południe. Kilka godzin później, wędrowali już po podmokłym terenie. w powietrzu unosił się nieprzyjemny zapach i do tego jeszcze zapadała mgła. Robiła się coraz gęstsza. Bagna były zupełnie puste, toteż mogli jechać prosto w obranym kierunku. Co chwila słyszeli za sobą jakieś dziwne, podejrzane odgłosy, jakby czyjeś kroki. - Słyszycie to? – Svear chciał potwierdzić, czy nie ma omamów. - Ktoś idzie za nami. – Stwierdził Droen. - Ktoś, lub coś idzie, ale niekoniecznie za nami – powiedział Manfé – mówiłem, że różne bestie można tu spotkać. Być może robią podchody na się wzajem, by przegonić konkurentów do władania określonym kawałkiem bagna. - A jeżeli uznają, że to my chcemy władać jakimś kawałkiem bagna? – Zaniepokoił się Droen. - To być może właśnie na nas się gdzieś czają – w głosie centaura był dziwny spokój – ale pamiętajcie, ostrzegałem. Od tej chwili jechali w ciszy. Nagle ujrzeli przed sobą jakąś postać. Wydawała się ona być zwykłym cieniem, gdyż spowijała ją mgła. Nie widzieli żadnych szczegółów, a jedynie sam zarys. Elf wstrzymał swego konia, karzeł tarpana a centaur, nie mając wierzchowca, musiał sam się zatrzymać. Dostrzegli jak obok postaci zarysowuje się dłoń z jakimś orężem. Nie trzeba było nikomu tłumaczyć, co to może oznaczać. Svear zeskoczył z konia i dobył miecza. Po chwili na ziemi znalazł się Droen z toporem w obu dłoniach. Manfé przygotował łuk. Postać chyba zrozumiała to jako przyjęcie wyzwania, gdyż zaczęła się powoli zbliżać. Stopniowo zarysowywały się jej szczegóły. Cera biała, jakby kościana, postać wychudzona, a poszarpane odzienie rozwiewał wiatr. W ręku trzymała pordzewiały miecz. Manfé pierwszy zrozumiał z czym mają do czynienia. Karzeł i elf dopiero po chwili. Postać wcale nie miała kościanej cery. na twarzy nie miała skóry, goła czaszka. Był to niemartwy, ktoś, kto nigdy nie pogodził się ze swą śmiercią i mimo, iż ciało już dawno uległo rozkładowi, szkielet nadal się poruszał. Centaur wystrzelił z łuku. Strzała trafiła obcego w miejsce, gdzie powinno być serce. Niemartwy zatrzymał się na chwilę. Droen doskoczył do niego, zaatakował toporem, tnąc na oślep i szybko odskoczył w bok, unikając ciosu przeciwnika. Svear nie miał odwagi nic zrobić, strach go sparaliżował, ale gdy zobaczył tonące w bagnie kilka żeber, które znalazły się tam po cięciu krasnoluda, odzyskał kontrolę nad swymi emocjami. Stanął w lekkim rozkroku, z lewą nogą lekko wyciągniętą przed siebie, miecz trzymał wzdłuż prawej nogi, skierowany klingą w stronę buta. Niemartwy zawahał się chwilę. Po swojej lewej miał karła, a na wprost elfa i kawałek dalej centaura. Postąpił kilka kroków w stronę Sveara, uniósł miecz wysoko i uderzył najmocniej jak mogły uderzyć jego kościane ręce z poprzyczepianymi resztkami mięśni. Svear machnął swym orężem w górę, trafiając w miednicę, po czym odskoczył w prawo, cofnął miecz kierując go w stronę swej piersi. Klinga jednak napotkała na drodze mostek niemartwego. Elf po chwili stał za plecami wroga, któremu pozostawił długą szramę na mostku i żebrach. Po chwili doskoczył Droen, uderzył wroga pionowo od góry gruchocząc mu czaszkę. Gdy karzeł odskoczył wstecz, Svear uderzył wroga w kręgosłup, łamiąc go w połowie. Chwilę jeszcze kończyny jego miotały się, ale w końcu wsiąknęły w podmokły grunt i tam zostały unieruchomione na zawsze. - Żyjecie? – Manfé zbliżył się do towarzyszy. - A co, nie widać? – Zadrwił Droen. - Ty się tak nie ciesz, mogliśmy zginąć – zganił go Svear. - Lepiej chodźmy dalej, nie wiadomo co jeszcze tu się czai – ponaglił centaur i po chwili karzeł i elf siedzieli na swych rumakach. Nie ujechali daleko, gdy drogę zastąpił im troll. Skórę miał zieloną, odziany był w kubrak z niedźwiedzia, w ręku dzierżył topór o długim drzewcu i do tego sam był wielki. - Czego tu szukacie? – Głos trolla brzmiał nieco dziwnie, niski ton i taki jakby przytłumiony, ale wyraźny. - My nic, tak tylko przechodzimy… – odpowiedział Manfé. - Tak tylko przechodzicie? A jak wam nie pozwolę tak sobie przechodzić? - Mamy zawrócić? – Głos Sveara drżał – w porządku, idziemy… - Nie tak prędko… - oczy trolla zwróciły się w kierunku karła. Trolle od zawsze nienawidziły karłów, gdyż były od nich słabsze w obróbce kruszców – chciałbym z wami przedyskutować kilka spraw… Droen, rozumiejąc o co się rozchodzi, zsiadł z tarpana, chwycił topór w obie dłonie i stanął naprzeciw trolla. Ten również przygotował ciężki oręż. Uderzył pionowo od góry, myśląc, że zgniecie mniejszego przeciwnika jak robaka. Krasnolud natomiast doskoczył bliżej trolla i zasłonił się ostrzem swego oręża. Drzewiec trollowego topora uderzył o krasnoludzki oręż z taką siłą, że sam pękł i zwalił Droena na plecy. Manfé nie czekając na dalszy bieg wypadków wpakował strzałę trollowi między oczy. Droen podniósł się z ziemi i szybkim ruchem odciął przeciwnikowi nogę. Zielonoskóra maszkara stała jeszcze na jednej nodze, spoglądając oczyma zalanymi krwią. na jego twarzy malowało się zdziwienie i niedowierzanie. - Jak się nogi nie ma, to się leży i zdycha! – Krzyknął Svear puszczając cięciwę swego łuku. Strzała poszybowała prosto, godząc trolla w bok głowy z taką siłą, że ten w końcu upadł – zbierajcie się, trolle rzadko chodzą samotnie, ich tu może być cała masa! Po chwili karzeł dosiadł tarpana. Usłyszeli z każdej strony bojowe okrzyki trolli. Pogalopowali w kierunku wschodnim, gdyż tak im teraz droga wypadła. Widzieli za sobą trolli zbijających się w grupy i usiłujących biegnąć za nimi tym wyraźniej, bo mgła opadała. Galopowali jeszcze długo, bojąc się, że jeszcze ich nie zgubili, co rzecz jasna było niedorzeczne. Mało który karzeł potrafił biegać tak długo, a co dopiero troll. w końcu zgłodnieli i wtedy pojawił się problem. Nie mogli zrobić tu postoju, dlatego podczas już spokojnej jazdy przegryzali jakieś suchary wyjęte z juków. - Padam z nóg! – Oznajmił Manfé. – Jeszcze nigdy tak długo nie biegałem. Wam to dobrze, dosiadacie zwierzęta, moich bardzo dalekich kuzynów. - Jak tylko opuścimy te bagna, zrobimy całodniowy postój! – Obiecał Droen. - Świetny pomysł. – Zgodził się Svear. Dzięki galopowi oszczędzili sporo czasu. Dwa dni później byli już nad rzeką Bers. Tam, jak było w planach, zatrzymali się na cały dzień. Sucharów mieli dość, dlatego poszli do lasu coś upolować. Trafili tylko na wilka, a z braku innego zwierza, zabili go, upiekli i zjedli, a następnie napełnili bukłaki wodą z rzeki. Nocowali pod gołym niebem. Spało im się naprawdę dobrze, bo spanie na ziemi w porównaniu ze spaniem w siodle było wielkim luksusem, a na bagnach nie dało się inaczej, jak spać w siodle. Następnego poranka również woleli zjeść choćby wilka niż suchary, ale los chciał inaczej. Zjedli zająca. Gdy już wypoczęli, ruszyli w kierunku południowym wzdłuż rzeki. Następnego dnia byli już na gościńcu, przeszli rzekę po moście i jechali teraz na wschód. Gdy w końcu przeszli most na kolejnej rzece, zwanej Úr, która gdzieś na południowy zachód łączy się z Bersem, zawahali się. Gościniec co prawda był uklepany, droga była twarda, ale jednak prowadził w stronę kolejnych bagnisk. Co prawda znacznie mniejszych od poprzednich, ale tam również nie wiadomo, co mogło czyhać. - Krasnoludy zawsze tędy podróżują i nic im nie jest – uspokajał Droen. - Ale nigdy nic nie wiadomo – Manfé miał już dość moczarów. - Twoje zdanie znam – oznajmił karzeł – a ty Svear? Którędy chcesz iść? - Skręcenie gościńcem w prawo wydaje się mało rozsądne, gdyż nadłożymy drogi – mówił elf – ale do bagien będę czuł jeszcze wstręt przez długi czas. - Więc chcesz iść naokoło? – Zdziwił się Droen. - Nie – zaprzeczył Svear – uważam, że moglibyśmy obejść bagna od strony zachodniej i dojść do Dvarvheim. w końcu ty stamtąd pochodzisz, a tamtędy możnaby na skróty. - Chyba masz rację – krasnolud dał za wygraną – zrobimy, jak mówisz. Ruszyli więc wzdłuż bagien, ale w bezpiecznej odległości od nich, znaczy tak by było je jeszcze widać, ale żaden niemartwy ani troll nie podkradł się niezauważony. Dookoła było pusto, rosła tu tylko trawa, dzięki czemu można było widzieć dokładnie miejsce, gdzie błękitne niebo łączyło się z ziemią. Wszyscy jednak wiedzieli, że to tylko złudzenie. Już nie jeden próbował dojechać w to miejsce, a ono cały czas się oddalało i nikt nigdy go nie dogonił. Jechali szybko, toteż pod wieczór tego samego dnia dojeżdżali już do gościńca, gdy spostrzegli na ziemi siedzącego trolla. Ten szybko się zerwał i dobył miecza. Wyglądał znacznie groźniej od tego, którego spotkali wcześniej. Miał na sobie zbroję płytową, a głowę osłaniał mu hełm. Wyglądał na żołnierza, ale co tu robiłby samotny żołnierz? Czyżby jakiś dezerter? Manfé i Svear szybkim ruchem napięli cięciwy swych łuków strzałami błyskawicznie dobytymi z kołczanów. Elf oczywiście zrobił to pierwszy, ale ehmann niewiele później. Trollowi nie zrobiło to jednak żadnej różnicy. Karzeł, nie zsiadając z tarpana chwycił w dłoń topór. Był to oręż co prawda za ciężki dla kawalerii, przeznaczony dla piechoty, ale gdyby Droen zsiadł, byłby znacznie niższy od swego przeciwnika. Troll trzymał miecz wysoko. Nikt jednak nie kwapił się zadać pierwszy cios, a tym bardziej zacząć rozmowę o pokojowym rozejściu się. W końcu Manfé nie wytrzymał, palce mu ścierpły, toteż puścił cięciwę łuku. Strzała wbiła się w pancerz. Svear również strzelił, celując w serce i strzała również ugrzęzła w pancerzu. Droen popędził tarpana do przodu, troll ruszył mu naprzeciw. Karzeł w uderzenie włożył całe swe serce, ale troll przyblokował je. Szczęknęła stal i na klindze miecza zostało głębokie wyżłobienie. Tym razem troll zaatakował karła, a ten zasłonił się ostrzem topora. Elf strzelił ponownie, strzała świsnęła Droenowi koło ucha i trafiła trolla w szyję, rozrywając mu krtań. Wtedy Krasnolud uderzył toporem jeszcze raz, najsilniej jak potrafił tak, że ostrze weszło w blachę pancerza jak w masło. Po walce ruszyli dalej, pozostawiając krztuszącego się jeszcze trolla, by skonał w samotności. Postój zrobili dopiero na gościńcu. Było już grubo po północy, toteż z zaśnięciem nie mieli większych problemów. Gdy się obudzili, nie byli sami. Kilka metrów dalej płonęło ognisko a dookoła siedzieli krasnoludowie. Kobiety, dzieci i starcy. - Nareszcie zechcieliście się obudzić! – Zawołał jeden z nich, miał chyba najdłuższą brodę ze wszystkich, na której były splecione liczne warkocze. - Kim wy jesteście? – Manfé zerwał się na równe nogi. - Nie widzisz? Przecież to moi! – Droen również wstał. a po nim Svear. - Pozwólcie, że wszystko wam opowiem, bo wy chyba nic nie wiecie – zaczął mówić karzeł – nazywam się Stoin i mieszkałem w Dvarvheim od narodzin, czyli przeszło sto lat. - Coś złego się stało w Dvarvheim, prawda? – Droen szybko wyczytał z miny Stoina - Chciałbym, byś się mylił, ale masz rację, w Dvarvheim toczy się wojna. My stamtąd uciekamy. - Ale nam droga tamtędy wypada! – wtrącił Svear. - To nie ze mną się wykłócaj, ja nic nie poradzę, nie przejdziecie. – Oznajmił Starzec. - Tam moi giną, muszę tam iść! – Mówił Droen stanowczo. - Sam niewiele poradzisz – stwierdził Manfé - Racja – zgodził się Stoin – myśmy myśleli, że pójdziecie kawałek z nami, bo jeszcze nas wargowie gotowi rozszarpać, a z wojownikami zawsze raźniej. - To jest trochę samolubne! – warknął Svear. - Ale on ma rację, do Dvarvheim nie dojdziemy, więc musimy obejść dookoła. – Oznajmił centaur. - Odprowadzicie nas przynajmniej do miejsca gdzie ten gościniec krzyżuje się z gościńcem prowadzącym do miasta Heimhobb. – Objaśniał Stoin - Potem udacie się do owego miasta i stamtąd gdziekolwiek zechcecie. To jedyna bezpieczna droga. - Heimhoobb? – zdziwił się Manfé – nie słyszałem. - To takie niewielkie miasto – objaśniał starzec – gdzie mieszkają hobbitowie, nie słyszeliście? Hobbitowie, lub Hobbici, to rasa wyglądem przypominająca ludzi, ale są od nich znacznie niżsi. Wiecie chyba jak wyglądają ludzie? – nikt nie zaprzeczył – tam na pewno udzielą wam wskazówek odnośnie waszej wyprawy, gdziekolwiek się udajecie. - Rzeczywiście, masz rację – zgodził się Droen.

W dwie godziny później wszyscy zgodnie ruszyli na północ. Posuwali się wolno, ale nie było co narzekać, gdyż krasnoludy pilnowały, by żadnemu z ich obrońców nie zaschło w gardle, albo co gorsza zaburczało w brzuchu z głodu. Wystarczyło jedno skinienie głową i wszyscy rzucali się z pieczywem i bukłakami w rękach. Mówiąc wprost: czuli się jak królowie. Jednak wszystko co dobre, szybko się kończy. Już dwa dni później musieli się rozstać. Krasnoludy poszły dalej na północ, do Elvheim, szukając azylu, a Droen, Svear i Manfé ruszyli w kierunku południowo-wschodnim, trzymając się gościńca. Elf i karzeł Zmusili Manfégo do szybkiego biegu, popędzając swe wierzchowce, gdyż chcieli nadrobić czas, który tracili przez ostatnie dni. W końcu dojechali do lasu. Las był malutki, ale zatrzymali się. Chcieli poszukać grzybów, które można było transportować dłużej niż mięso. Aż sami sobie się dziwili, dlaczego nie zbierali ich wcześniej. Konia i tarpana przywiązali do jednego drzewa, a sami weszli w głąb lasu. Szli razem, woleli się nie rozdzielać. Nie był to już bezpieczny las pomiędzy Elvheim i Ehmannheim. Różne maszkary mogły się tu czaić. No i mieli rację. Nagle niewiadomo skąd, stanął przed nimi wyrośnięty wilk. Warg – pomyślał Droen – gdzie jeden, tam i reszta. Piana ciekła wargowi z pyska, wyglądał jakby miał zaraz zaatakować. Krasnolud wolał go jednak uprzedzić. Chwycił topór, doskoczył i uderzył z taką szybkością, że cel nie zdążył odskoczyć. Ciemnoczerwona krew buchnęła, obficie zalała leśne runo i naznaczyła karli topór. Fragmenty wargowej czaszki leżały na ziemi. - Wiejmy, bo zaraz ich tu będzie pełno! – Krzyknął Droen. Zaczęli więc uciekać, tym szybciej, bo już słyszeli w oddali ujadania wargowych pysków. Elf wskoczył na konia, karzeł tarpana i czym prędzej uciekli z tego lasu. Wargowie nie mieli zamiaru ich ścigać. Gnani strachem jechali dość szybko, toteż na wieczór byli już w Heimhobb. Wtedy po raz pierwszy zobaczyli prawdziwych hobbitów. Rzeczywiście byli mali, żaden z nich nie przerastał nawet Droena. Popytali o jakąś gospodę i w końcu jakąś jedną im wskazano. Nie wybrzydzali, mimo iż na porządną nie wyglądała. Zapłacili za przechowanie i wykarmienie konia i tarpana w stajni, sobie kazali podać ciepłej zupy i wynajęli pokój na piętrze. Po raz pierwszy spali tak dobrze jak tej nocy. Posłania wydawały się być nadzwyczaj wygodne. Noc była piękna, księżyc był dobrze widoczny, gdyż niebo było bezchmurne, gwiazdy układały się, jak co noc, w dobrze wszystkim znane figury, takie jak mały i duży topór. Nikt nie wiedział, kto pierwszy nazwał tak te zbiory, bo gdyby uprzeć się, że gwiazdy rzeczywiście układają się w topór, to miałby dziwne, kanciaste ostrze i wygięty drzewiec, a nie ma na świecie rasy, która by sporządzała broń w ten właśnie sposób. Mniejsza jednak o to. Istotny może być fakt, że spód trzonka małego topora zawsze wskazywał kierunek północny, co elfowie zauważyli już ponad pięć tysięcy lat temu. Gdyby jednak dłużej się zastanowić, to i ten fakt wydawał się w danej chwili nieistotny. Nawet to, że niebo wyglądało naprawdę cudownie nie miało większego znaczenia. Teraz najistotniejsze było cieplutkie i mięciutkie posłanie. Dnia następnego wyszli z pokoju do pomieszczenia, gdzie gospodarz częstował gości różnymi pysznościami. Gospodarzem był oczywiście hobbit, a na imię mu było Fen. - Fen, podaj nam baraniny, jeśli łaska! – Zawołał Droen, gdy zajął miejsce przy stoliku, do którego dostawione były cztery krzesła. - I placków ziemniaczanych! – Dodał szybko Manfé. - A i o winie nie zapomnij. – Powiedział już spokojniej Svear – dzisiaj opuszczamy twą gospodę i wolelibyśmy by wiązały się z nią nam same pozytywne myśli, więc nie dolewaj doń wody. - Oczywiście! – Usłyszeli głos dobiegający z kuchni. Po chwili kilku młodych hobbitów przyniosło pieczeń na tacy, talerze z plackami ziemniaczanymi i dzban wina. Gdy tak jedli i pili, pewien ktoś, o czarnej cerze i wzroście nieco większym niż wzrost Sveara podszedł do nich. - Można? – Zapytał i nie czekając na odpowiedź usiadł na jednym z dwu wolnych krzeseł. Dwu, bo centaur tradycyjnie musiał przy stole stać. - Witam szanownych panów, zwą mnie Kunakiem i jak widzicie jestem orkiem… - Owszem, widzimy – odpowiedział elf – ja zaś jestem Svear, a to moi towarzysze: Droen i Manfé – kolejno wskazał ich gestem dłoni. - Zastanawia mnie, czego panowie szukają w tych stronach? – Zapytał ork, nie kryjąc ciekawości. - Jesteśmy w podróży i droga nam wypadła przez to miasto. – Oświecił go karzeł. - Może mógłbym pomóc – zaproponował Kunak – siedzę tu, w Heimhobb od dłuższego czasu i żywcem nie mam co robić. Może przydałbym się wam w podróży? - Potrafisz władać orężem? – Zaciekawił się Droen. - Owszem, i to całkiem nieźle – odpowiedział ork. - Myślę, że się możesz jednak przydać – oznajmił towarzyszom karzeł. - Racja, czwarty do pomocy nie zawadzi – zgodził się również Manfé. - Ja mam jedno tylko zastrzeżenie – wtrącił Svear – od samego początku chcieliśmy podzielić się zdobyczą na trzech, bo na czterech to wyjdzie mniej, rozumiesz…? - Chyba tak – powiedział Kunak. - My bierzemy co nasze, a ty dostaniesz coś, czego możemy się tam nie spodziewać, bądź coś, czego żaden z nas nie zechce – elf dokończył. - Rozumiem i godzę się – w głosie Kunaka był spokój, zero rozczarowania. Droen pomyślał, że on rzeczywiście musi się nudzić, skoro gotów jest iść w nieznanym sobie kierunku, z obcymi i do tego za darmo. Domyślał się, że ork coś wie więcej i zamierza ich wykiwać przy podziale łupu. Uznał jednak, że dopóki domysły się nie sprawdzą, nigdy się tego nie dowie, więc wolał na razie milczeć, stawiając pod znakiem zapytania powodzenie całej wyprawy. -III- Góra Sławy

Kunak miał nawet własnego konia, o czym przekonali się, gdy poszli do stajni po swoje wierzchowce. W milczeniu doładowali kilka juków na tarpana i wyruszyli gościńcem w kierunku południowym, wzdłuż lasu. Żaden z nich nie kwapił się do wszczęcia jakiejkolwiek konwersacji, toteż milczeli, podziwiając niebo, po którym przesuwały się liczne chmury. Po lewej mieli las, po prawej łąki. Manfé przyśpieszał kroku, toteż towarzysze popędzali zwierzęta, których dosiadali. Centaur zdążył przywyknąć już do biegów długodystansowych, w związku z czym taki lekko szybszy truchcik nie sprawiał mu trudności. Jechali prosto. Od czasu do czasu któryś próbował zapoczątkować jakąś rozmowę, ale jego wysiłek zawsze kończył się niepowodzeniem. Wszelkie rozmowy ucichały po wymianie kilku zdań, a czasem słów. Chmury na niebie zaczęły przybierać z początku odcienie różu, a następnie czerwieni. Słońce skrywało się gdzieś daleko za linią polan. W tym miejscu zatrzymali się. Było już za ciemno, by polować, więc najedli się suchego pieczywa i lekko podsmażonych grzybków. W którymś momencie, nim jeszcze całkiem się ściemniło, spostrzegli na linii lasu jakąś postać, która się im przyglądała. Gdy Svear ją dostrzegł, momentalnie zjeżył mu się włos na głowie. Zorientował się, że jego towarzyszom również. Jedynie Kunak wydawał się być spokojny. Postać po chwili znikła. - Widziałeś? – Droen skierował swe pytanie do Kunaka. - Nic nie widziałem, ale spokojnie, w okolicach tej góry często mają miejsca różne halucynacje – ork udawał mądrzejszego niż był w rzeczywistości. Droen nabierał coraz większych wątpliwości co do dobrych chęci nowego towarzysza. Przecież widział miny Sveara i Manfégo, oni również dostrzegli to coś. A jeżeli to była zbiorowa halucynacja, to jakim cudem nie uległ jej Kunak? Nic jednak na razie nie mówił. Mógł się przecież mylić. Sądził, że tej nocy już nie zaśnie, ale również się pomylił. Zmęczenie przemogło niepewność i inne uczucia nie pozwalające normalnie spać. Następnego dnia jechali szybciej, gdyż gościniec prowadził przez las, a oni chcieli mieć go jak najszybciej za sobą. Nie było w nim wcale tak ciemno, jak się spodziewali. Drzewa rosły dość rzadko tak, by promienie słonecznie mogły przedrzeć się i oświetlić to, co znajdowało się pod osłoną cienia. Gdy w końcu wyjechali z lasu, mogli już dostrzec zarys Samotnej Góry, kresu wyprawy, który z każdą chwilą stawał się wyraźniejszy. Nim jednak zdążyli podjechać pod sam stok, zastała ich noc. Tym razem również dostrzegli postać przyglądającą się im z linii lasu. Przelękli się nie mniej bardziej niż poprzednio. Po chwili nikogo już tam nie było i dopiero wtedy ochłonęli. Nikt nic nie mówił, ale Droen coraz mniej ufał orkowi. Gdy w końcu wzeszło słońce, podjechali pod Górę Sławy, lub Samotną Górę, jak kto wolał, odnaleźli wejście do środka. od razu rozpoznali, kto musiał je tu wykuć i kto prawdopodobnie kuł dalsze podziemne korytarze, do których mieli zamiar wejść. Oczywiście była to solidna krasnoludzka robota. Zostawili oba konie i objuczonego tarpana przy wejściu, a sami weszli do środka. Wbrew oczekiwaniom wcale nie było ciemno. Co kilka stóp paliła się pochodnia, co było jeszcze dziwniejsze. Korytarz był kręty, ale na razie bez żadnych rozwidleń. Co chwilę mijali drewniane bale podtrzymujące strop. Robiło się coraz zimniej, jednakże szli przed siebie, nie ustając ani na chwilę.

Nagle zza zakrętu wyłonił się podłużny cień. Droen, który szedł przodem, gestem wstrzymał towarzyszy, zdjął topór z pleców i dał znak, by pozostali uczynili podobnie. Kunak wyjął zza pasa szablę, Manfé przygotował łuk, a Svear chwycił w dłoń miecz. Cień się przesuwał w ich kierunku. Droen bacznie go obserwował. Gdy uznał, że to coś jest wystarczająco blisko, wskoczył za zakręt, wykonując uderzenie toporem. Po chwili trysnęła krew, znacząc ściany groty. Słychać było jak topór trafiał raz w coś miększego, raz w coś twardszego, czym mogła być skała lub tarcza wroga. Po chwili zza zakrętu wyłonił się Droen, cały ociekający krwią, puścił się do wyjścia pędem, machnął ręką na znak, by pozostali biegli za nim. z początku nie wiedzieli o co chodzi, ale gdy usłyszeli szczęk stali, dobywający się niewiadomo skąd, zrozumieli. Wybiegli na zewnątrz, byle tylko zobaczyć słońce. Kilka minut później siedzieli na trawie, ledwo łapiąc oddech. - Droen, co to było? – Spytał Manfé. - Śmierć to była! – Wydusił z siebie karzeł -Dziesiątki zbrojnych! Krasnoldy, ale to nie moi rodacy. Tamci mają ciemną skórę. - No i co teraz, Svear? – Zapytał centaur. - Ja nie wiem, nie sądziłem, że to tak może wyglądać. – Odpowiedział elf – Olsttírr, jak widać, jest czymś bardzo ważnym, skoro jest tak pilnowany. – Zorientował się, że właśnie wygadał cel ich wyprawy przed orkiem, któremu celowo nie zdradzono szczegółów. Kunak jednak nie wyglądał na zaskoczonego, wręcz przeciwnie, wyglądał jakby od dawna wiedział o wszystkim. A może on wie coś więcej niż my sami – pomyślał Svear. - Sądzę jednak, że nie powinniśmy się poddawać – stwierdził Manfé. - Racja, przeszliśmy tyle, to nie będziemy wracać z pustymi rękoma – zgodził się Droen. - A jakie mamy szanse wejść do środka i wrócić stamtąd cali razem z mieczem? – Zadał pytanie elf, całkiem poważnie – raczej niewielkie. - Korytarz jest dość ciasny – zaczął Kunak – a więc, otoczenie nas byłoby rzeczą prawie niemożliwą do wykonania. Gdy będziemy walczyć z pierwszymi szeregami, łucznicy z dalszych nie będą strzelać, gdyż strop jest za nisko, musieliby przejść do pierwszych szeregów, a w pierwszych szybko zginą. - Rozumiem – przerwał Manfé – że chcesz powiedzieć, iż nie będą mogli w pełni korzystać ze swej przewagi liczebnej, tak? - Wniosek prosty – oznajmił Svear – nim oni zabiją nas, my wybijemy im aż połowę, bardzo optymistycznie! – w jego głosie była teraz sama ironia - ja jednak nie chcę ginąć tylko po to, by ci, którzy przyjdą tu po nas, w tym samym celu co i my, mieli mniej strażników do pokonania. - Na nich trzeba mieć jakiś sposób – powiedział niezwykle mądrym tonem ehmann. - Niby jaki? – Zaciekawił się Droen – trzeba ich wytłuc co do jednego, masz lepszy pomysł? - Myślę, że ja będę mógł coś poradzić – oznajmił elf – mam sposób, a jaki, to dowiecie się wewnątrz. Schodzimy.

I zeszli. Szli korytarzem ostrożnie, ale szybko. Wiedzieli już, że nie jest krótki, a na podziwianie go nie mieli czasu, ni ochoty. W którymś momencie usłyszeli z daleka znajome już odgłosy, z naprzeciwka zbliżała się grupa krasnoludów-strażników. Gdy w końcu mogli ich ujrzeć, obie strony zatrzymały się naprzeciw siebie. Droen miał już przygotowany topór, więc za jego przykładem do broni sięgnęła reszta kompani. Ci, którzy stali naprzeciw również mieli już w rękach broń, głównie topory i kusze. Jedynie Svear nadal miał puste ręce. Wyszedł przed swoich, postąpił kilka kroków i stanął pomiędzy jednymi a drugimi. - Dlaczego zakłócacie spokój tego miejsca? – Krzyknął któryś z ciemnoskórych krasnoludów. Nikt mu nie odpowiedział. Chciał ponowić pytanie, ale zaniechał. Zobaczył oczy elfa, które zdawały się wyglądać jak oczy trupa, a cera jego poczęła blednąć. Można by pomyśleć, iż nagle umarł, ale nie, elf nadal zachowywał pionową postawę, czego umrzyki nie mają w zwyczaju. Po chwili to samo zaczęło się dziać z ciemnymi krasnoludami, z tą różnicą, że u nich na tym nie poprzestawało. Im zaczęły odpadać kawałki skóry, wypadać włosy. Po prostu umierali na żywo. Po chwili dał się słyszeć odgłos pękających kości, i krasnoludy poczęły się łamać, padać na ziemię i rozpadać. Krwi jednak nie uroniła się ani kropla. W żyłach ich bowiem były same skrzepy. Z gardzieli konających nie wydobyło się już żadne słowo, żaden krzyk, żaden jęk, żaden odgłos, najcichszy nawet. Po chwili oczom Sveara, które nabrały już normalnego koloru, ukazał się okropny widok. Dziesiątki połamanych, na wpół przegniłych ciał. - Droga wolna – powiedział do osłupiałych z wrażenia towarzyszy. - Cóż to było!? – Zapytał Droen – to jest ta słynna elfia magia, której nigdy wcześniej nie chciałeś nam zademonstrować? - Magia? Nie lubię tego słowa – mówił Svear - wolę określenie „zdolności mentalne”, znaczy efekt wywołany za pomocą siły woli umysłu. Wystarczyło nadać sobie dość nieprzyjemnego wyglądu w celu wystraszenia wroga, a kiedy ktoś się boi, jest bardziej podatny na tego typu rzeczy. Dlatego poszło mi tak łatwo. - Będziesz mnie musiał tego nauczyć! – Powiedział karzeł. - Nie ma sprawy – zgodził się elf – teorię mogę ci wyłożyć w godzinę, ale gorzej z praktyką. Będziesz potrzebował co najmniej stu lat by osiągnąć jakieś efekty, a by zostać mistrzem w tej sztuce tysiąca mogłoby być mało. Więc kiedy chcesz zacząć? Wszyscy żart zrozumieli, znając przeciętną długość życia karłów, ale nikt się nie zaśmiał. Po prostu poszli korytarzem dalej. Potem pojawiły się liczne odnogi, ale uznali, że najlepiej będzie iść cały czas prosto, dzięki czemu się nie zgubią. Na końcu korytarza znajdowała się swego rodzaju komnata. Weszli do środka. na ścianach przyczepione były liczne pochodnie, oraz wymalowane były różne sceny. Niewiadomo, czy to miała być jakaś przepowiednia, czy odzwierciedlenie autentycznych zdarzeń z historii Midgardu, czy też po prostu nic nie znacząca dekoracja. Jedno malowidło przedstawiało walkę krasnoluda ze smokiem. Krasnolud miał na plecach miecz dwuręczny, a w dłoni dzierżył oręż jednoręczny. Już na pierwszy rzut oka było widać, że krasnolud nie miał żadnych szans, walczył widać w imię pewnej ideologii, za którą gotów był zginąć. Następne malowidło przedstawiało elfa. Elf ten miał czarne oczy, nie tylko same tęczówki, białka również. Obok niego stał ehmann i inny elf, albo morze elfka? Trzecie malowidło wyobrażało pole po bitwie. Mnóstwo martwych ciał orków, ale szczególnie wyszczególnione były dwie postacie. Człowiek, prawdopodobnie einherjar, oraz konający ehmann. Nad ehmannem pochylała się, tu już widać dokładnie, elfka mówiąc coś do niego. Einherjar, to znaczy ktoś, kto raz zginął, odszedł z Midgardu, ale powrócił. Einherjarowie wyróżniali się muskularną budową ciała, ciemną, wręcz czarną zbroją. Na ostatnim malowidle widniał miecz, taki sam miecz jak ten, który znajdował się w tej komnacie. Na środku pomieszczenia był umiejscowiony swego rodzaju kamienny cokół. Na cokole położony był miecz. Klinga jego miała rzadko spotykany kształt. w dolnej części, po lewej i prawej stronie, były po trzy zęby, ułożone jeden nad drugim. Tam gdzie się one kończyły, było ostrze o zarysie łukowatym, wygiętym do wewnątrz. Jelec był półokręgiem skierowanym w górę. na końcach odstawały po dwa kolce, jeden w górę, drugi w dół. w dolnej części rękojeści umieszczony był zielony kamień, prawdopodobnie szmaragd. Stal , z której miecz został wykonany miała odcień lekko zielonkawy, co mogło świadczyć tylko o tym, że miecza nie wykuto w Midgardzie. Tym jednak się nie przejęli, przynajmniej na razie. Droen chwycił ten dziwny oręż i wsunął go za pas. Nie miał pojęcia, że właśnie tym gestem wpłynął na dalsze losy całego Midgardu. Nie mógł wiedzieć. Cała kompania pośpiesznie opuściła to miejsce. Pamiętali, by iść cały czas prosto. Gdy wyszli na zewnątrz, stwierdzili, że jest już ciemno. Na niebie nie było widać żadnych gwiazd. Nie mieli już na nic siły, więc pośpiesznie coś przełknęli i ułożyli się do snu. Miecz Olsttírr nadal spoczywał przy pasie Droena.

-IV- Storrad

Gdy następnego dnia, już po zjedzeniu uprzednio upolowanego zwierza usiedli na ziemi i zaczęli rozmowę na temat swej zdobyczy. - Więc komu powierzymy tymczasową opiekę nad mieczem? – zapytał elf Svear. - U mnie będzie bezpieczny – zaofiarował się ork Kunak. - Ty to się lepiej zamknij! – Odpowiedział mu ostro, wedle zwyczaju krasnoludów, Droen. - Racja – zgodził się ehmann Manfé – Zgodziłeś się na wyprawę za darmo, więc trzymaj łapy z dala od naszej własności! - Dobrze, już dobrze, ja tak tylko pytałem… - zmieszał się ork. - Jest wśród nas ktoś, komu ten miecz może się naprawdę przydać – spokojnie powiedział elf – spójrzcie po sobie, spróbujcie odgadnąć kogo mam na myśli. - Manfé – po chwili Svear mówił dalej – jako jedyny z nas nie posiadasz broni siecznej. Twój łuk nie zawsze będzie świetną bronią. Czasem trzeba stanąć z przeciwnikiem twarzą w twarz. Myślę, że powinieneś się tymczasowo zaopiekować Olsttírrem, aż do chwili naszego powrotu do Siquil. - Dobrze gada, dać mu suchara! – Zawołał karzeł, celowo kalecząc znane powiedzenie. Próbował nawiązać do tego, że gdyby nie liczyć zwierzyny, którą upolują, to w ich jukach dominują suchary. Centaur przyjął miecz bez słowa i dopiął go sobie do pasa. - Wypadało by wracać, czyż nie? – Zauważył Droen i po tych słowach wszyscy, oprócz oczywiście centaura, dosiedli swych wierzchowców i ruszyli w kierunku północno-zachodnim. Nim dojechali do rozwidlenia, w sercu karła odezwały się ponownie patriotyczne uczucia. - Słuchajcie, chyba odbijam od was – oznajmił – muszę jechać do Dvarvheim, bo tam chyba nadal wojna trwa. - Przecież to jest szaleństwo! – Stwierdził ork – Zginiesz tam! - Przecież jesteś naszym druhem, przyjacielem – Manfé mówił tak jakby nie usłyszał słów orka – jesteśmy z tobą. - Tak, nie opuścimy cię – zgodził się Svear – zawsze walczyliśmy razem, w bardziej lub mniej słusznej sprawie, ale zawsze razem. I nie trzeba nam porad żadnego orka. - Chyba jednak pójdę z wami – odezwał się Kunak – nie chcę znów zostać sam. Co prawda orkowi nie ufali, ale nie zabroniali mu tego. Szli więc nadal w czteroosobowym składzie. Pod wieczór zatrzymali się, gdyż zmęczenie dało o sobie znać. Nie myśleli już o niczym innym, jak o tym, by się przespać. I nie było istotne gdzie i na czym. Spali w pobliżu lasu, tak jak ostatnimi razy. Las ten, bowiem był rozległy i towarzyszył im od wyruszenia z Heimhobb. Dzień następny mógłby być zwykłym nudnym dniem, gdyby nie pewne zdarzenie, które znacznie wpłynęło na dalsze decyzje. Gdy las widoczny po ich prawej stronie zdawał się kończyć, nagle niewiadomo skąd wypuszczona strzała wbiła się w ziemię tuż obok kopyta Manfégo. Wszyscy się zatrzymali. w ich stronę pędziła czwórka zbrojnych trolli, a za nimi stał szósty z łukiem. Elf błyskawicznie chwycił w dłonie łuk, napiął cięciwę strzałą, wycelował i zwolnił brzechwę z uścisku palców. Trafił tego szóstego prosto w oko. Manfé złapał za rękojeść Olstírra i rzucił się pędem na nadbiegających, a za nim na tarpanie Droen, dzierżąc w dłoniach topór. Centaur wbiegł między nich, powalił jednego na ziemię kopytami, drugiemu zaprezentował jak klinga miecza łatwo przechodzi przez gardziel, po czym przeniósł ciężar ciała na przednie kopyta i tylnymi trącił kolejnego wroga. Po chwili karzeł rozwalił swym orężem hełm innego, oszołomionego przedstawieniem Manfégo. Ehmann i karzeł oddalili się w celu sprawdzenia strat, jakie kto poniósł, oraz dać pola łucznikowi. Nie minęła chwila, jak kolejna strzała ugodziła jednego z leżących zielonoskórych monstrów. Drugi leżący zdołał już wstać, z drobną pomocą towarzysza. Stali teraz obaj, obok nich leżały trzy trupy, za nimi karzeł z toporem i ehmann z mieczem wykonanym z dziwnie zielonkawej stali. Przed sobą zaś mieli elfa z łukiem i orka, który dopiero teraz dobył swej szabli. Nawet najgłupszy wojownik, jakiego wydała rasa trolli wiedziałby, że w takim położeniu nie mają szans. Jednakże w sytuacjach beznadziejnych u niektórych wojowników, a zwłaszcza u tych zielonoskórych, tępych maszkar, zwykle pojawia się coś takiego jak szał bitewny, a osobnik dotknięty tą przypadłością zwany był berserkerem. Berserker, gdy w jego sercu zrodził się ów szał, zapominał o wszystkim, liczyło się tylko zadawanie ran wszystkim wrogom w pobliżu. O własne życie się nie bał, nie myślał o tym, że może zginąć. A berserkerzy ginęli często i gęsto. Przypadłość ta oczywiście skaziła w tej chwili serca tych dwojga wojowników. Jeden rzucił się na Manfégo, a drugi pobiegł w kierunku Sveara. Centaur wybiegł trollowi naprzeciw, a gdy zbliżyli się do siebie na podwójną długość miecza, ehmann pochylił przednią część swego torsu do ziemi, niemalże kładąc się. Uniknął dzięki temu ciosu meczem, troll wpadł na niego, i wtedy Olsttírr przeszedł przez ciemną zbroję, wbił się w zielone plecy i zatrzymał się dopiero na żebrach. Troll zawył z bólu i wtedy włączył się Droen, uciszając go uderzeniem topora pionowo od góry w miejsce, gdzie wróg powinien mieć mózg. ale czy był, nikt nigdy się nie dowiedział. Svear musiał sobie inaczej poradzić z trollem, który go wybrał jako obiekt swych zamierzeń. Elfi łuk nie radził sobie z tą zbroją, toteż musiał dobyć miecza. Klinga zalśniła w powietrzu słonecznym blaskiem, który troll mógł zinterpretować tylko w jeden sposób: tyle krwi już po mnie spłynęło, twoja będzie następna. Nie przeraził się on jednak ani trochę. Chciał zmieść elfa szarżą, ale Svear odskoczył na bok, a troll wpadł prosto na orka, który nastawił szablę. Po chwili Kunak wygrzebał się spod ciężkiego ciała, które jeszcze żyło. Wzięty litością skrócił cierpienia trollowi, który dopiero co zamierzał ubić elfa. - Widzicie co na nas czeka – zwrócił się do reszty kompanii, a zwłaszcza do karła – śmierć i nic więcej. Im bliżej Dvarvheim tym częściej będziemy natykać się na patrole trolli. No chyba, że od razu trafimy na wojsko. - Chcesz byśmy zawrócili? – Zdziwił się Manfé – Byśmy zostawili naszego druha, który zawsze był z nami w potrzebie? - Wolicie zginąć? - Lepiej zginąć niż żyć ze świadomością, że nie towarzyszyło się przyjacielowi w ostatniej jego przygodzie. - To dobrze, że tak mówisz Manfé – wtrącił Droen – bo ja wracam. Rzeczywiście, marne mamy szanse tam dojść cali, a co dopiero przechylić szalę zwycięstwa. Rozsądniej będzie zrobić tak, jak zrobiliśmy przychodząc tu. Ominiemy mój dom, cóż mi z niego, jeżeli zginę? Być może moje życie jeszcze się przyda. - Jesteś pewien tego co mówisz? – Zapytał Svear. - Jak najzupełniej. Pojedziemy na północ wzdłuż lasu, to dotrzemy do gościńca, a dalej do Heimhobb. – Droen wsiadł na grzbiet myszatej maści tarpana i wskazał ruchem ręki kierunek jazdy. Za jego przykładem elf i ork dosiedli swych koni i ruszyli we wskazanym kierunku. Za nimi o własnych siłach biegł Manfé, gdyż jeszcze żadnemu centaurowi nie udało się dosiąść żadnego wierzchowca, a on nie miał zamiaru nawet próbować. Z decyzji karła zdawał się być najbardziej zadowolony Kunak. Zdziwiło to Droena, który orka obserwował od dłuższego czasu. Cieszył się z tego, że nie będzie musiał ginąć w Dvarvheim w imię przyjaźni? Przecież nikt w drużynie nie uznawał go za przyjaciela. Jeśli nie chciał, to mógł odejść w każdej chwili, ale z jakiegoś powodu cały czas był z nimi. Czyżby wiedział coś więcej o Olsttírrze? Czyżby chciał ich okraść ze zdobyczy przy najbliższej okazji? A może ma jeszcze inny plan? Bardziej podły? Już nie spuszczę z niego oka – postanowił sobie karzeł. Nawet podczas jutrzejszego polowania miał bacznie obserwować ciemnoskórego i, prawdopodobnie, czarnokrwistego towarzysza. Pilnował, czy nie właduje strzały komuś między żebra, na przykład Manfému, tymczasowemu właścicielowi miecza, tłumacząc to potem przypadkiem, że nie utrzymał cięciwy, albo że pomylił ehmanna z jeleniem. Na szczęście nic takiego miejsca nie miało. Nie oznacza to jednak, że Droen wyzbył się wszelkich podejrzeń. Obserwował Kunaka aż do dnia, w którym dotarli do miasta Hobbitów. Tam bowiem nie mógł ich tak łatwo wykiwać przy tylu mieszkańcach miasta. Odnaleźli gospodę Fena, w której ostatnim razem nocowali. Zapłacili stajennym za opiekę nad końmi, a sobie zafundowali rosół drobiowy. Jedli bardzo szybko, gdyż już dawno nie zaznali tego, ani podobnego smaku. Gdy Kunak odszedł od stołu, twierdzą, że ma jeszcze jakąś sprawę do załatwienia, do stolika na jego miejsce dosiadł się jakiś człowiek. Był odziany w czarną skórę, u pasa miał miecz a na plecach okrągłą tarczę. od czasu do czasu dał się słyszeć odgłos zdradzający iż pod ubraniem nosi on kolczugę. na twarzy miał tak czarny zarost, jak czarne były jego włosy. Patrzył na nich brązowymi oczyma i był ciut wyższy od Sveara, ale oczywiście niższy od Manfégo. - Można się dosiąść? – Zapytał kulturalnie. - Chwilowo to miejsce jest wolne, więc proszę – odpowiedział mu elf. - Gdzie wybieracie się w takiej dość nietypowej kompanii? - Właściwie to wracamy, a celem nam jest Elvheim. - Słyszeliście o wojnie w Dvarvheim? – Człowiek zdawał się spoglądać od czasu do czasu na miecz centaura. - Jakże mogliśmy nie słyszeć? - A wiecie, że w prostej linii stąd przejść się nie da do miast elfów? Wszędzie wokół patrole łapiące uciekinierów. - Dlaczego nam to mówisz? - Nie chciałbym, byście padli ich ofiarą. I jeszcze jedną mam uwagę. Widziałem z wami orka. Lepiej byście na niego uważali. Ta rasa służy temu samemu panu co i trolle. Znacie tego… - Kunaka? Właściwie to poznaliśmy go kilka dni temu. - Więc uważajcie, nie pozwalajcie mu na podejmowanie jakichkolwiek decyzji, gdyż mogłyby okazać się dla was zgubne. - Zapamiętamy. Człowiek wstał od stołu i usiadł przy innym. Gdy odszedł, Droen zagadnął do Sveara: - Ty, wiesz co? Ten Kunak to od samego początku mi się nie podobał. Ten ludź, czy jak się tam zwie, może mieć rację. - Mi też coś do gustu nie przypadł – zgodził się z karłem Manfé. - A jeśli obaj się mylicie? - Dlatego nie mówiłem wam nic wcześniej – powiedzieli krasnolud i ehmann równocześnie, a potem się zaśmiali, gdyż rozbawiło ich to. Szybko jednak się opanowali. - Będę więc ostrożny na niego, ale powiedzcie mi teraz którędy mamy dalej jechać? – Zastanowił się elf. - …albo iść… - dokończył Manfé. Chwilę później ten człowiek, który potwierdził podejrzenia, zjawił się ponownie. Chyba wybrał najodpowiedniejszą chwilę by przynieść takie wieści. - Witam was ponownie. Właśnie dostałem świeże informacje od hobbitów przy tamtym stoliku – wskazał ręką stolik, ale tak naprawdę to nikogo nie obchodziło skąd miał te informacje – twierdzą, że obecnie jedyna nie pilnowana droga prowadzi prosto do warowni niejakiego Muspela. Słyszeliście? – Nikt nie potwierdził – Muspel to prawdopodobnie demon, chcący podbić wszystkie ziemie. Marzy mu się władza nad całym Midgardem. Wiem, nie on pierwszy i pewnie nie ostatni o tym myśli, ale on ma sposób. Mniejsza jednak o to. Jeśli chcecie dojść cało do elfich miast, to musicie udać się drogą w kierunku północno-wschodnim, obejść warownię, dojść do rzeki czarnej i dalej na zachód aż do granicznej rzeki Úr. Jeśli jest jakakolwiek inna droga, to ta jest najbezpieczniejsza. - Mam jedno tylko pytanie do ciebie – zaciekawił się Manfé – nawet nas nie znasz, a mimo to udzielasz nam informacji jakby ci zależało byśmy cało dostali się tam, gdzie chcemy, jakbyś nas dobrze znał. - Sądzę, że jeszcze się poznamy – odrzekł – do widzenia – podkreślił te dwa ostatnie słowa jakie do nich wypowiedział i wyszedł z gospody. Siedzieli tam jeszcze chwilę, mimo iż rosół dawno się skończył. I siedzieli by tak jeszcze dłużej, gdyby nie zjawił się Kunak i wyrwał ich z osłupienia słuszną uwagą. Zapomnieli zapłacić sobie za nocleg. Zrobili więc to teraz i wieczorem mogli spać na ciepłych posłaniach. Svear miał bardzo dziwny sen. Zaniepokoił się nim tak bardzo, że następnego dnia podczas śniadania w gospodzie cały czas o nim myślał, zapominając o tym co w tym momencie robił. W rezultacie zjadł jako ostatni. Ale gdy już opuścili Heimhobb, uznał, że nie warto zawracać sobie dłużej głowy jakimś głupim snem. W śnie tym Svear, Manfé i jakaś nieznajoma elfka uciekali przed czarnymi kroplami spadającymi jakby z nieba. w chwili gdy jedna kropla miała spaść mu na głowę, obudził się. Zapamiętał jeszcze kilka szczegółów ze scenerii owego snu. Był pewien, że akcja toczyła się na jakiejś bezleśnej górze. w ziemię był wbity ogromny dwuręczny miecz. Oręż jakiego elf nie znał. Żadna z istot, które znał lub spotkał, nie nosiły takiego miecza. Z początku sądził, że sen ten może obrazować niedaleką przyszłość, ale czarne krople spadające z nieba nie miały żadnego sensu. A poza tym nie było tam Droena, który przecież nie mógłby opuścić kompanii. Po za tym Manfé nie miał ze sobą Olstírra. Czyli sen mógł powstać na podstawie informacji z przeszłości, a nieznajoma elfka to tylko taki dodatek. A co jeśli miecz został skradziony? – zastanowił się. Gdy na horyzoncie pojawiła się wieża, elf już zapomniał o całej sprawie. Teraz zastanawiał się co to za fortyfikacja. Nie wiedział o tym, że wybudował ją sam Muspel, którego imię po raz pierwszy usłyszał wczorajszego dnia, w celu nie znanym nikomu. Nawet wtedy, gdy ją stawiano, nikt nie spodziewał się, że dzisiaj w tym właśnie miejscu, dokładnie w dzień czterysta pięćdziesiątej pierwszej rocznicy rozpoczęcia użytkowania wieży, rozegrają się zdarzenia, jakie miały się za kilka chwil rozegrać. Wieża zdawał się z każdą chwilą przybliżać. Było już dobrze po południu, toteż nie widzieli cienia, gdyż był on po drugiej stronie budowli. Jednakże żaden z nich się tym nie przejął, żaden nie zwrócił uwagi na ten małoistotny szczegół. Bo rzeczywiście było to małoistotne. Pod wieżą stało pięciu orków uzbrojonych w szable, a na szczycie wieży było dwóch z kuszami. Nie trzeba było zgadywać o co im chodzi. Woleli jednak wszystkich obecnych uświadomić. - Dalej nie pojedziecie – powiedział groźnie jeden z nich, jedyny który miał na sobie zbroję płytową. Pozostali zasłaniali swe ciała karacenami – macie coś, co musimy wam zarekwirować w imię prawa pana naszego, Muspela. - Powiedzcie co to jest, a na pewno jakoś się dogadamy – zaproponował Svear. - Nie sądzę byście oddali to po dobroci. Zabić ich wszystkich! Wszyscy, napastnicy i ofiary, dobyli oręża. Elf wybrał łuk. Znał swe umiejętności strzeleckie i wolał najpierw pozbyć się kuszników, których nikt inny stąd by nie sięgnął. Zwłaszcza, że kryli się za blankami. Manfé chciał doskoczyć do wrogów z mieczem w ręku, ale coś mu przeszkodziło, coś czego nikt się nie spodziewał. Kunak rozciął mu prawe ramię szablą, uniemożliwiając władanie mieczem. Olsttírr upadł na ziemię. - Ty zdrajco! – Krzyknął Droen i w doskoku uderzył orka toporem w tors tak, że pękło mu kilka żeber i czarna krew obficie wypłynęła znacząc obficie soczyście zieloną trawę. Teraz dopiero się zaczęło. W powietrzu świsnęły dwa bełty, mijając o parę cali karła, a po chwili, w odpowiedzi, poszybowała strzała wystrzelona z elfiego łuku. Nikt nie był w stanie dojrzeć, czy chybiła celu, czy też nie. Pięciu orków z szablami w dłoniach rzuciło się na Sveara, a ten szybko naciągnął cięciwę łuku ponownie i chwilę później było jednego orka mniej. Pozostała czwórka już zdążyłaby elfa poszatkować szablami, No ale oczywiście musiało zdarzyć się coś, czego nikt nie zrozumie, ale ocali jedno elfie istnienie. Nagle, niewiadomo skąd, między orków wpadł jeździec na karym koniu, szybkim ruchem miecza rozlał orkową krew, która wypłynęła z ogromnej rany, powstałej na podbródku, przechodzącej przez skroń a kończącej się prawie że na szczycie głowy. I tak błyskawicznie jak się ów jeździec zjawił, oddalił się na bok, nie dając orkom żadnych szans na zadanie ciosu. Droen mógłby teraz, korzystając z faktu, że przeciwnicy byli zdezorientowani, przetrącić jakiś czerep. Mógłby, ale sam był zaskoczony. Jeździec obrócił konia tak, by miał przed sobą czarnoskórych. Oni zaś nie wiedzieli już co robić. w powietrzu świsnął kolejny bełt, wbijając się jeźdźcowi w plecy. Oprzytomniało to elfa, który chwycił w dłoń strzałę i za pomocą łuku posłał ją w strzelca na wieży. Również teraz nikt nie mógł stwierdzić, czy strzała dosięgła celu. Droen dobiegł do orków, wpadł między nich, trafił jednego toporem i byłby zginął, gdyby nieznajomy go nie zasłonił. Szczeknęła stal, miecz jeźdźca i orkowa szabla spotkały się razem, za chwilę ponownie ten sam szczęk. Karzeł zdradziecko podciął kolana jednemu, który zasłaniał się przed ciosem zadawanym z wysokości konia. Gdy Droen się oddalił, Svear wystrzelił ponownie. Strzała minęła karego konia i ugrzęzła w gardzieli, z której polała się ciurkiem czarna maź. Nieznajomy w czarnym kapeluszu zsiadł z konia i stanął naprzeciw wroga odzianego w zbroję płytową. Zdjął z pleców tarczę i zdziwił się bardzo, gdy ujrzał uwięzionego w niej bełta. Teraz dopiero zrozumiał, że gdyby nie jego niesamowite szczęście, mógłby już być trupem. W duchu podziękował ojcu swemu, który zawsze uczył go, że tarczę najwygodniej nosi się na plecach. Ork zaatakował człowieka, bo ów nieznajomy to był prawdopodobnie człowiek, ale szabla jego zatrzymała się na tarczy. Nieznajomy pchnął mieczem orka z taką siłą, że miecz nie tylko przebił zbroję, ale wyszedł z drugiej strony, przez plecy. I była to ostatnia krew, którą wytłoczono tego dnia w tym miejscu. Gdy człowiek wycofał miecz, by schować go w pochwie, ork upadł na ziemię już bez czucia. - Kim jesteś człowieku, że ratujesz nam życie? – Wykrztusił z siebie zaskoczony elf. - Mówiłem, że się jeszcze zdążymy poznać – odpowiedział odchylając kapelusza – tak więc, na imię mi jest Storrad. - Ja jestem Svear – odpowiedział elf, nadal nieco zdziwiony. - Chodź tu, musisz mi pomóc! – Zawołał karzeł. Teraz dopiero zobaczyli co się stało. Droen próbował zatamować krwotok u Manfégo. Podeszli szybko bliżej. Gdy Storrad rozeznał się w sprawie, rozerwał materiał, który wystawał jednemu z orków spod karaceny mówiąc, że jako zwycięscy mają prawo do łupów wojennych. Ścisnął mocno kawałkiem szmaty rękę nad i pod raną, a większym kawałkiem ścierał krew. Gdy krwotok zmniejszył się, zrobił prowizoryczny opatrunek. - Lepiej nie obciążaj zbytnio tej ręki. Gdyby to była lewa, to pół biedy, ale niestety dostałeś w prawą i teraz nie będziesz mógł władać mieczem. A przydała by się teraz ta umiejętność. Może lepiej zacznę jeszcze raz od początku to, co zacząłem z elfem. Jestem Storrad. - Mi mów Droen –rzekł karzeł – a ten ranny to Manfé. - A elf to Svear, już wiem – kontynuował, gdy karzeł skończył – działam przeciw Muspelowi i jechałem za wami, gdyż domyślałem się, co może was tu spotkać. - A co ci tak na nas zależy? – Zaciekawił się elf – Nie żebyśmy nie byli wdzięczny, no ale… - Oczywiście, rozumiem. Od razu wypatrzyłem miecz tego ehmanna. - Centaura! – poprawił nie kryjąc zdenerwowania Manfé. - Jak wolisz. Klinga tego miecza jest zielonkawa i wiadomo mi, iż w całym Midgardzie jest tylko jeden taki miecz. Opowiem wam co o nim wiem. Otóż jest to miecz szczególny. Musicie o tym wiedzieć, bo w przeciwnym razie nie ryzykowalibyście życia, by go wydostać z podziemi góry sławy, ale jednak powiem: prawdopodobnie właściciel tego oręża zyskuje nieśmiertelność oraz zdobywa wiedzę i umiejętności skupiania energii mentalnej, sztukę znaną tylko elfom. Sądzę że nasz Svear mógłby nam wiele pokazać. Sądzę również, że te nadzwyczajne umiejętności strzeleckie są tożsame z tymi zdolnościami. - A ty wiesz, że masz rację? – wtrącił elf – Szybkie naciąganie cięciwy to po prostu kwestia wprawy, no ale kto by jej nie miał po ponad stu latach obcowania z łukiem? A to, że strzały prawie zawsze dosięgają celu, to już kwestia tej, jak to nazwałeś, umiejętności skupiania energii mentalnej. Słyszałem o moich ziomkach, którzy potrafili tak wystrzelić strzałę, by kierowała się sama do ruchomego celu, niczym sowa kieruje się na mysz. - No ale pewnie mieli za sobą ze dwa tysiące lat obcowania z łukiem – zgadł Manfé. - Racja. - Pozwólcie, że dokończę… - zaproponował Storrad – otóż mieczem tym zainteresował się Muspel, demon, pan warowni. Gdyby zdobył taki artefakt, jego zdolności mentalne wzrosły by znacznie. Demon potrafi wiele zła uczynić samą myślą, A gdyby jeszcze mu podwoić siłę myśli, to może nawet potrafiłby stworzyć armię zdolną spustoszyć i zniszczyć cały Midgard w ciągu trzech dni. Chyba teraz zdajecie sobie sprawę z powagi sytuacji? – złowił spojrzeniem trzy przytaknięcia. - Jedna jeszcze kwestia mnie zastanawia… - mówił po chwili ciszy centaur – kto wykuł ten oręż? Nawet krasnoludy nie potrafią po pierwsze nadawać stali zielonkawego odcienia, a po drugie wyposażać jej w takie zdolności. - Tego nie wie nikt – odpowiedział człowiek – wiadomo, że kiedyś znalazł go pewien krasnolud na ziemiach zamieszkałych przez smoki. Odważny był, gdyż nie wielu się tam zapuszczało. Gdy wyszło na jaw co potrafi Olsttírr, ktoś karła zabił dlatego tylko, iż nie chciał oddać miecza po dobrej woli. I tak zaczął się okres, w którym zabijano się dla tego dziwnego oręża. W końcu postanowiono go ukryć gdzieś, gdzie nikt go nie znajdzie. I jak widać nie ukryto go należycie. Świadczy o tym fakt, że miecz ów leży teraz na trawie, kilka stóp od nas. - Więc co proponujesz? – spytał Droen. - Myślę, że najlepiej zanieść go do Elvheim i tam się postanowi co dalej – objaśnił Storrad. - Wy się martwicie co potem, a nam trzeba wiedzieć co teraz - zauważył Manfé – konkretnie, to chodzi mi o to, czy idziemy dalej, zawracamy czy nocujemy tutaj i jutro podejmiemy decyzję. - Zawracać nie ma sensu – objaśnił człowiek – a iść dalej również. Mam na myśli, że tu zjemy coś, prześpimy się i jutro pójdziemy dalej. Propozycja zyskała ogólne poparcie. Mieli dużo szczęścia, gdyż we wieży znalazło się trochę pożywienia. Nie martwili się, że to orkowe, że to trujące i w ogóle. Nie byli dziećmi i nie dla nich bajki o orkach jadających wszelkiego rodzaju paskudztwa. W lnianych workach było mnóstwo owoców, głównie jabłka, gruszki, ale ku największej uciesze ehmanna były również winne grona, które on po prostu uwielbiał. Były oczywiście i inne rzeczy, takie jak suszone rośliny , zwane przez hobbitów fajkowym zielem, a przez elfów po prostu nicotiną. Ziele to znacznie wpływało na umysł osoby palącej, pobudzało logiczne myślenie, ale nikt z kompani nie chciał go próbować, gdyż powszechnie było wiadomo, iż roślina ta uzależnia, a być może nawet szkodzi zdrowiu. Jedynie hobbici opierali się jej uzależniającym właściwościom. Wszyscy palili je codziennie od najmłodszych lat, aż po wiek starości i żaden z nich nigdy się nie uzależnił. Słońce już zaszło, Midgard ogarnęły ciemności i gdyby nie gwiazda nocnych wędrowców, nic nie było by nic widać. Gwiazda ta nosiła taką, a nie inną nazwę, ponieważ w nocy, gdy słońca nie było, byłą jedynym źródłem światła. Dawała go niewiele, ale zawsze. Był to największy i najjaśniejszy obiekt na nocnym niebie. Dość jednak o tym. Istotniejsze jest to, co działo się gdy gwiazda nocnych wędrowców uciekła za horyzont i, jak zwykle wzeszło słońce, które, dla kontrastu, ktoś chciał nazwać gwiazdą dzienną, ale pomysł się nie przyjął. Wszyscy bowiem wiedzieli, iż słońce gwiazdą nie jest, gdyż nie widać go w nocy i jest zwyczajnie za duże w porównaniu z innymi gwiazdami. Gdy tego dnia zbierali się do dalszej drogi, nie podejrzewali nawet, że w niedługim czasie ponownie będą zdani na elfie umiejętności, zwane przez karłów magią. Nikt nie wie dlaczego znaleźli akurat takie słowo, gdyż pozostałe ludy i nieludy zwały to po prostu zdolnościami mentalnymi, lub skupianiem energii mentalnej. Elf, który chciał przenieść kamień z jednego brzegu rzeki na drugi, bez pomocy rąk, po prostu siadał i próbował wmówić sobie, że kamień sam przeleci na drugą stronę. I w zależności od stopnia opanowania tej sztuki, kamień przeskakiwał bród, albo uparcie leżał w miejscu, nie myśląc w cale o skakaniu. - Gotowi wszyscy? – Zawołał człowiek odziany w czarną skórę, pod którą nosił kolczugę, kapelusz na głowie o imieniu Storrad. - Oczywiście! – Odpowiedzieli mu ehmann Manfé, zwący swój gatunek centaurem, karzeł Droen, który wolał określenie krasnolud i elf Svear, któremu było za jedno jak go zwą. Człowiek, którego wszyscy zaczęli traktować jako przewodnika, wskazał drogę przez las. Twierdził, że warownię trzeba okrążyć od tyłu, gdyż od frontu jest najwięcej straży. Posłusznie pojechali za nim. Gdyby chciał w tym momencie wydać ich wrogom, to jest sługom Muspela, nawet by się nie zorientowali. Tak wielkie zaufanie wzbudził w nich ów człowiek. -V- Úral

Im głębiej w las, tym robiło się ciemniej, jednak nigdy nie było na tyle ciemno, by nie było widać którędy iść. Dało się poznać, że Storrad znał te okolice, albo przynajmniej miał spore doświadczenie w poruszaniu się po lasach. Nie zatrzymywał bowiem konia ani na chwilę, by zastanowić się którędy droga. A dlaczego, to zorientowali się dopiero później. Droga, po prostu prowadziła cały czas prosto, a na takowej zabłądzić nie sposób. Las jednak nie był zupełnie pusty i nie chodzi tu o zwierzęta łowne. W lesie było coś gorszego coś, co już spotkali na swej drodze, ale nie w takiej ilości. Drogę zastąpił im warg. Po chwili zaczęły wychodzić inne, otaczały ich, zamykając wszelkie możliwe drogi ucieczki. Było ich coraz więcej. Droen próbował ich liczyć, ale gdy doszedł do dziesiątego, uznał, że jest ich po prostu «dużo za dużo». Manfé stwierdził, że serce zaczyna mu szybciej bić, czuł ciągle napływającą strumieniami adrenalinę, robiło mu się gorąco, pierwsze krople potu wystąpiły na jego czoło. Stwierdził również, że podobne objawy dotknęły jego druhów. Stał tak chwilę, nim zrozumiał, co powinien zrobić. Chwycił w dłonie łuk, a za jego przykładem i elf. Storrad już wcześniej przygotował miecz i tarczę, a karzeł jako ostatni sięgnął po topór. Zapowiadało się, że będzie gorąco. Jeden z wargów rzucił się na człowieka, a ten zasłonił się tarczą, na której pękły dwa wargowe kły, po czym Storrad zatopił klingę swego miecza w brzuchu napastnika. Dużo życia mu nie pozostało, zdychał wolno, brocząc krwią, ale dopóki drzemała w nim jeszcze cząstka życia, pozostali jego współbracia nie atakowali stojąc, jakby w osłupieniu, o ile w ogóle byli zdolni do odczuwania takich lub podobnych uczuć. Gdy Manfé napiął cięciwę łuku, odezwał się ból w ranie na ramieniu, zadanej mu poprzedniego dnia. Chybił oczywiście celu, ale elf po nim poprawił i wtedy się dopiero zaczęło. Storrad, przyparty teraz plecami do drzewa, ciął mieczem na lewo i prawo, zasłaniając się okrągłą tarczą, krasnolud zamiatał toporem niczym zmiotką, i to nadzwyczaj skutecznie. Musiał się jedynie cały czas kręcić, by nie wskoczył mu który na plecy. Svear biegał w kółko, przeskakując nad wargowymi paszczami miotając pociski z łuku. Oczywiście celnie. Centaur musiał unikać kontaktu z wrogiem, gdyż nie był w stanie strzelać z łuku, ani walczyć mieczem. Jedynym jego orężem w obecnej chwili były twarde kopyta. Walka trwała około pół godziny i trwała by pewnie dłużej, ale wargowie, widząc , iż giną nadaremnie, po prostu wycofali się. Elf próbował jeszcze do niech strzelać. Co prawda nie chybił ani razu, ale wielu uszło z życiem Gdy było po wszystkim, Storrad zauważył coś, na co nikt inny by nie wpadł, gdyby nie powiedział. - Nie chciałbym was martwić, ale nie jesteśmy teraz w najciekawszym położeniu. Wargowie również służą Muspelowi i, jeżeli któryś z nich przyuważył miecz u Manfégo, mogą donieść swemu panu; chyba rozumiecie, co to oznacza? - Chyba tak – odpowiedział centaur – chcesz nam powiedzieć, że jedyna bezpieczna droga, stała się dla nas nieprzejezdna? - Obawiam się, że masz rację… - oznajmił człowiek. - Więc co dalej? Zawracamy? – Spytał elf. - Myślę, że wracać nie ma teraz sensu – objaśnił Storrad – zajęło by nam to za dużo czasu, a prawda jest taka, że każda chwila zwłoki jest nam nie na korzyść. Musimy zaryzykować, bo z każdą chwilą jest coraz mniej pewne, czy dojdziemy do tego Elvheim cali.

Nie mając lepszych pomysłów ruszyli dalej. Kierunek wypadł im na wschód, więc słońce mieli już za plecami. W lesie robiło się coraz ciemniej, dlatego postanowiono o powrocie na gościniec, co było rzeczą ryzykowną, ponieważ znajdowali się już tuż pod samym siedliskiem wroga. Podjęli to ryzyko, gdyż bardziej obawiali się dzikich zwierząt, które mogły by ich rozszarpać niż nieprzyjaciela, któremu zawsze mogliby się poddać. W rzeczywistości jednak, nie zamierzali się nikomu poddawać. Sądzili, iż muszą walczyć do końca, choćby i z setką wrogów, bo byli odpowiedzialni właściwie za cały Midgard, o czym jakiś czas temu uświadomił ich Storrad.

Między słowem a czynem jest jednakże przepaść wielkości morza.

Gościniec nie był pusty. Pilnował go mały oddział zbrojnych orków, wyposażonych przeważnie w szable i zbroje karcerowane. Kilku miało kusze. Momentalnie połapali się, że ktoś, idący z lasu, zmierza tą drogą. Momentalnie poderwali się z ziemi, z przygotowanych już posłań do spania. Momentalnie chwycili za broń i skierowali w stronę obcego kilka kusz. Momentalnie również zorientowali się, że konny jeździec nie jest sam, że jest z nim troje towarzyszy. Momentalnie zrozumieli, jak należy teraz postąpić. - Stójcie intruzi! – Zawołał któryś, chyba dowódca. Zatrzymali się. - Zsiądźcie z koni i zbliżcie się, ale powoli – wszyscy zsiedli z wyjątkiem jednego – a ty dlaczego nie zsiadasz? – Wytężył wzrok i już wiedział dlaczego – podejdźcie bliżej, ale ehmann przodem, żebym dobrze go widział. Gdy miał intruzów w odległości pięciu stóp od siebie kazał się im rozbroić. Karzeł posłusznie rzucił topór na ziemię, człowiek położył obok swój miecz, nie uznając za konieczne odłożenie tarczy, elf rozbroił się ze wszystkiego, znaczy łuku, miecza i kołczanu. Ehmann natomiast odrzucił łuk, ale wahał się co do miecza. Pozbył się go dopiero wtedy, gdy jego oczy napotkały gorącą prośbę, wręcz namowę do tego czynu w oczach orka. Twarz dowódcy oddziału przybrała taki wyraz, że centaur w końcu odłożył miecz. - A twoja tarcza? – Pytanie orka miało raczej wydźwięk rozkazu – Myślisz, że jak zaczniesz nam uciekać, to uchroni cię przed bełtami? Błąd, bo będziesz musiał ją zdjąć. Zdjął więc. Związano ich. Najwięcej problemu sprawiał im Manfé, ale ostatecznie związano mu wszystkie kończyny osobno, nogi z nogami, ręce z rękami. Każdy inny miał ręce związane z rękami pozostałych dwóch. Ponieważ było już ciemno, orkowie zasypiali, pozostawiając troje na straży. Droen momentalnie ocenił, że teraz dysponują przewagą liczebną, ale biorąc pod uwagę ich własne położenie i uzbrojenie wroga, doszedł do wniosku, że nie ma sensu nawet próbować podejmować z nimi walkę. - Moglibyście przestać się wiercić? – Poprosił Svear – usiłuję się skoncentrować, a w tej sytuacji potrzebuję zachowania bezwzględnego spokoju z waszej strony. Z góry dziękuję. Co chciał zrobić tym razem, mogli się tylko domyślać, ale nie uznali za stosowne pytając mu w tym przeszkadzać. Z początku słyszeli tylko szum wiatru, ale po chwili zaczął towarzyszyć mu szum ognia, który zaczął ich otaczać. Chwilę później wszyscy już płonęli, słychać było krzyki orków, którzy pewnie teraz się pobudzili. W powietrzu zaczął się unosić nieprzyjemny zapach kojarzący się ze spalenizną. Elfa nawet to nie wzruszyło, a pozostali stwierdzili, że ogień jest zimny, że wcale nie parzy. Czuli jak pękają liny, krępujące im ręce, palone żarem, ale zimnym. Storrad był tym wszystkim zadziwiony najbardziej, mimo że wiedział doskonale czyja to robota. Dużo wiedział o rasach Midgardu. Gdy już wszystko się wypaliło, co było przeznaczone do wypalenia, stwierdzono jeszcze jeden zadziwiający fakt. Nic nie stało się roślinności, porastającej okoliczne ziemie. Spalili się tylko orkowie. - Dużo słyszałem o elfich umiejętnościach, ale żeby coś takiego? – Zagadnął Storrad, gdy wszyscy odnaleźli swą broń – ogień, który spala tylko wybrane obiekty! - Właściwie to niewielu udało się coś podobnego osiągnąć – odparł Svear – ci, którzy to potrafili, mieli przeszło dwa i pół tysiąca lat praktyki, a ja mam znacznie mniej. To był chyba przypadek. - Strach dodaje skrzydeł, co? – Wtrącił Droen. - Poszukajcie lepiej koni i tarpana – przypomniał Manfé. - Tam, do drzewa je przywiązali – oznajmił człowiek – Jechać chyba już nie będziemy, musimy tu przenocować.

Kolejne dni mijały im bardzo powoli. Poruszali się ostrożnie, gdyż znajdowali się chyba w najmniej bezpiecznym miejscu, jakie istniało, biorąc pod uwagę ich sytuację. Warownię obeszli dookoła wzdłuż rzeki Czarnej, gdyż tam spodziewali się jak najmniej wrogich patroli. Warownia była tak umiejscowiona, że gdyby ktoś chciał ją napaść, co było teraz całkiem możliwe, byłby zmuszony podejść od zachodu. Od południa był las, przez który niełatwo byłoby przejść wojsku, na północy rozciągały się tereny podległe władzy Muspela, a na wschodzie żyły ogniste jaszczury, które z pewnością nie pozwoliłyby przemaszerować po ich ziemiach nawet jednemu oddziałowi i ani jeden oddział nie odważyłby się wkroczyć na te tereny. Krążyły dawniej legendy o pogromcach smoków, którzy w pojedynkę, lub w małych grupach kładli gada trupem. Mało komu jednak udało się zdobyć więcej niż jeden smoczy łeb i wszyscy skończyli w ogniu potencjalnej naściennej ozdoby, której nie uśmiechało się zachwycanie gości w salonie. Po prostu żaden pogromca nie wiedział kiedy się wycofać.

W sześć dni później zatrzymali ich strażnicy mostu na rzece Czarnej. Było tam kilku trolli i orków, którzy nikogo nie przepuszczali przez most. - Stać, nie przejdziecie dalej! – krzyknął jeden z orków. - Ale my nie idziemy przez most – odparł Storrad. - Nie szkodzi, nie przejdziecie, nikt tędy nie przejdzie. - Ale my nie na most, a jedynie obok. - Nie szkodzi, nie przejdziecie. - Więc co nam radzisz? - Byście nie przechodzili dalej. - Więc mamy tu stać tydzień? - Macie nie przechodzić i to dłużej niż tydzień! Człowiek rozejrzał się. Strażników było za dużo, ale miał na nich sposób. - Z czyjego rozkazu pilnujecie tego mostu? – zapytał już spokojniej. - Z rozkazu naszego pana, którego imienia nie wyjawię obcym. - A jak brzmiał wasz rozkaz? - Pilnować, by nikt mostu nie przekroczył. - I ty masz tych wszystkich strażników za takich głąbów, że nie wiedzą gdzie most się kończy? Ty ich obrażasz – wypowiedź ta, gdyby się zastanowić nie miała większego sensu, ale podziałała. Podszedł jeden z trolli, widać urażony słowami Storrada i postawą orka. - Dlaczego ich nie przepuścisz? Nie wiesz, gdzie most się kończy, nie wiesz czego masz pilnować? – powiedział zielonoskóry – Idźcie precz. Odeszli więc. W oddali widzieli jeszcze jak obaj kłócą się ze sobą jeszcze, mało nie nastając sobie na gardła wzajem. Nie była to jednak jedyna przygoda, która spotkała ich na tej drodze. Już następnego dnia gościniec zatarasowały im trzy mantikory. Mantikory, to takie dziwne lwy, co mają czerwoną skórę i ludzką twarz, a w ogonie kłębowisko zatrutych kolców, którymi potrafią miotać niczym z procy. Dla człowieka lub elfa często jedna dawka jadu bywa śmiertelna.

- Jakie macie propozycje? – Spytał Manfé. - Ja myślę, że można by je pozabijać – stwierdził Droen. Trzy mantikory spały na gościńcu i chyba właśnie się budziły. - A gdyby tak obejść je dookoła? – Zaproponował Svear. - Nie ma potrzeby, chyba mogę je zabić – rzekł Storrad – wy nawet nie próbujcie, ja się mogę zasłonić tarczą przed ich kolcami. - Ale one są w liczbie trzech – zauważył elf - A ja w liczbie jeden. Tylko dwa różnicy, a dwa to wcale nie jest dużo… prawda? – Zauważył Człowiek i w tym momencie zdjął tarczę, która dotąd chroniła jego plecy, w prawicę chwycił miecz i postąpił kilka kroków w stronę śmierci ukrytej pod postacią czerwonej maszkary, śmierci, która mimo wysiłków wcale nie musiała go doścignąć. Jedna z bestii podniosła się z ziemi, a za nią pozostałe. Storrad już biegł na nie zasłaniając się tarczą przed kolcami, które zaczęły już lecieć w jego stronę. Gdy stanął w odległości dwóch stóp od wroga, uderzył mieczem w jego twarz, na której do tej chwili wymalowana była wrogość, a po tej chwili wymalowana była już tylko ogromna szrama biegnąca zza ucha, przez oko i nos do policzka. Storrad szybko wykonał półobrót, tak by mieć kolejny cel przed sobą, by móc osłonić się tarczą przed kolejnymi pociskami. Doskoczył i zręcznym cięciem po linii poziomej pozbawił wroga jedynego oręża, znaczy ogona. Chciał zaatakować jeszcze trzecią mantikorę, ale stwierdził, iż ona już jest martwa, a z jej grzbietu wystają trzy drzewce, a czwarty leżał w piasku, obok ścierwa. - Gdyby nie my, prawdopodobnie już byś był martwy, albo właśnie byś dogorywał – oznajmił Manfé podchodząc bliżej, by zebrać strzały. Dwie wsadził sobie do kołczana, a dwie podał elfowi, który właśnie przewiesił sobie uprzednio ściągnięty łuk przez ramię. - Miałeś sporo szczęścia – po chwili powiedział Droen – gdyby oni nic nie zrobili, ja bym na pewno się nie odważył podejść. - W końcu nic nie ryzykowaliśmy - dodał Svear – mój łuk jest celniejszy i bardziej dalekosiężny od ogona tej poczwary. - Chyba powinienem wam podziękować, mimo iż złamaliście mój zakaz, by stać z tyłu i nic nie robić – Storrad obniżył ton głosu. - No ale trzeba nam dalej w drogę – zauważył karzeł, który przez cały czas siedział na grzbiecie tarpana. Gdy pozostali dosiedli swych koni, ruszyli dalej. Przed nimi było jeszcze kilka dni drogi. Rzeki nie było już widać po prawej ich stronie. Znikła gdzieś za horyzontem. Pojawiła się dopiero dwa dni później, ale to już nie była Czarna, to była Úr, graniczna rzeka Elvheim, a to oznaczało, że są już prawie na miejscu. Wystarczyło jeszcze tylko odszukać most, a najprostszą i jednocześnie najskuteczniejszą metodą było przejście wzdłuż rzeki. Szli więc, a raczej jechali tak jeszcze dwa dni, nim doszli do mostu. ale most oczywiście również był pilnowany, z tą tylko różnicą, że przez elfów. - Co tu się dzieje,…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych