ONA...
Opowiadanko inspirowane książką "Frida" Barbary Mujici, traktuje o rzeczywistej tolerancji w naszym kraju.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
To o czym chcesz rozmawiać? O tym jak się zaczęło, tak? Nie wiem. ONA była od zawsze, odkąd pamiętam. Czasami chciałem udawać, że JEJ nie ma. Bywało, że zasypiała na miesiąc, może dwa, ale kiedy się budziła, to zawsze robiła to w najmniej spodziewanym momencie. W toalecie, w szkole, na ulicy... Kiedy mama powiedziała mi, że cierpię na NIĄ, nie pytałem dlaczego właśnie ja. Od dziecka traktowałem JĄ jako cząstkę swojej osoby. Nie żebym się tym z początku przejmował. Ale kiedy wysłali mnie do przedszkola, zaczęło się. Najpierw byłem jak wszyscy. Wyrzucałem po kryjomu szpinak do śmieci, nie chciałem leżakować, bawiłem się w chowanego. Jakbym był zupełnie normalny. Mogłem wszystko, wszędzie i ze wszystkimi. Oj, trochę to dwuznacznie brzmi, ale mniejsza. Moje szczęście skończyło się wraz z pierwszym atakiem. Pamiętam, to było na karuzeli. Strasznie zakręciło mi się w głowie. Chyba chciało mi się wymiotować i już miałem zeskoczyć z krzesełka, ale... film mi się urwał. Potem inne dzieciaki opowiedziały mi, że okropnie się trząsłem, że myśleli, że umrę i w ogóle. Nawet się nie rozpłakałem. W końcu zdążyłem się przyzwyczaić i wiedziałem, jak to z zewnątrz wygląda. Widziałem w telewizji. Ale oni zobaczyli atak po raz pierwszy i bardzo się przestraszyli. Tak bardzo, że kilkoro z nich przepisało się do przedszkola na sąsiedniej ulicy. Tam nie było żadnych świrów, ktoś mi kiedyś powiedział. Część rodziców zagroziła tym samym, jeśli nie zastosuje się wobec mnie specjalnych środków ostrożności. Jakie środki? Oddzielny stoliczek przy posiłkach, odsunięty na bezpieczną odległość leżak, indywidualna piaskownica itd. Wszystko zrobili bez słowa. Mama powiedziała, że jeśli wyrzucą mnie z przedszkola za to, że jestem chory, pójdzie z tym do sądu. Przestraszyli się, nie ma co. Zdawałoby się, że to całkowita izolacja, ale przedszkole nie było jeszcze takie złe. Bachory wprawdzie wytykały mnie palcami, wyzywały mnie od ułomków, kalek i debili, ale przynajmniej były szczere. Prostolinijne. Małe dzieci, które w jednej chwili mieszały mnie z błotem, za moment bawiły się ze mną w berka jak gdyby nigdy nic. Nie to co w podstawówce. Tam „koledzy” byli już lepiej wychowani. Nabrali ogłady, wiedzieli, co można, a czego nie. Niby rozmawiali ze mną, ale ja wyczuwałem w ich głosie tę nutkę wyższości, niekiedy zabarwioną też litością. Nawet w ławce nie siedziałem sam. Zaakceptowali mnie, mówisz. No... nie. To była fałszywa tolerancja, fałszywa akceptacja. Zachowywali się tak tylko na lekcjach, przy nauczycielach. Po szkole obchodziłem ich tyle, co nic. W nogę nie chcieli ze mną grać, bo się bali, że będę miał napad. Jeden gość kazał swojemu bratu mnie spałować. Kiedy dostałem baseballem w głowę, mój oprawca powiedział, że mi wyjdzie na dobre, bo idiot ze mnie. A takiego jak się w łeb pyknie, to może zmądrzeje. Ataki miałem różnie. Raz był calutki miesiąc spokoju, a raz nawet trzy razy w tygodniu. ONA nie chciała dać za wygraną. Jeździłem jeszcze do profesora Karskiego, który mamił moich rodziców jakimś nowym, rewolucyjnym lekiem. Brałem, ale nic nie pomagało. Dopiero po czterech latach spostrzegliśmy, że jestem tylko królikiem doświadczalnym, nikim więcej. Gdyby nas nie oszukiwał, gdybym zaczął się leczyć w klinice te dwa lata wcześniej... Może byłbym już zdrowy, albo... pół – zdrowy. Nie miałbym ataków. ONA zasnęłaby na dłużej... Mam nie schodzić z tematu? Dobrze się uczyłem, nawet bardzo dobrze. Z matmy miałem szóstkę, wygrywałem konkursy. Mama mówiła, że oni są zazdrości o naukę i dlatego mnie tak traktują. Ale Klaudia miała jeszcze lepsze stopnie ode mnie, a ją lubili. Im chodziło o to, że byłem inny, chory, nie tak wspaniały jak oni. A najgorsze było to, że nie tylko dzieciaki wolały ograniczyć kontakty ze mną do minimum. Kiedy chciałem pojechać na wycieczkę, wychowawczyni tłumaczyła się brakiem miejsc. Gdy marzyłem, żeby grać w klubie w siatkę, trener wprost oznajmił mi, że nieudaczników nie potrzebuje. Kiedy... takich sytuacji były tysiące. Każdą z nich będę pamiętał do końca życia. Tak samo jak wzrok ich wszystkich – dzieci i nauczycieli w szkole, przechodniów na ulicy, pasażerów w autobusie i całej reszty. To coś w ich oczach. Ta mieszanka lęku, niepokoju, oburzenia, może współczucia... Nie wiem, jak to dokładnie określić. W każdym razie to bardziej raniło niż słowa. Udawałem, że nie widzę, jak na mnie patrzą i jak się wobec mnie zachowują. Nie reagowałem. A po co? Żeby zniżać się do ich poziomu? Czasami czułem, że gdybym tylko spróbował coś powiedzieć, wybuchnąłbym płaczem. Okazałbym wtedy swoją słabość. Nie mogłem sobie pozwolić na coś takiego. Oni tylko na to czekali, żebym się przyznał. Wtedy jeszcze się JEJ wstydziłem... Musiałem stale udowadniać całemu światu, że jestem od nich lepszy. Poświęciłem się matematyce. Miałem cudowną nauczycielkę. Jej ojciec był chory na to, co ja. Rozumiała mnie jak nikt inny. Nazywałem ją nawet drugą matką. Co po szkole podstawowej? Dobra, już mówię Mieszkaliśmy w małym miasteczku. Każdy znał każdego, mieszkańcy praktycznie nie mieli przed sobą tajemnic. O mojej chorobie wiedzieli wszyscy. I prawie wszyscy odnosili się do mnie nieufnie. Rodzice widzieli, jak bardzo się męczyłem. Dlatego postawili mnie przed faktem dokonanym i pewnego pięknego dnia oznajmili: „Synku, w wakacje, po szóstej klasie, przeprowadzamy się do większego miasta”. Nie za wielkiego, nigdy nie przepadali za molochami takimi jak Łódź czy Warszawa, ale nie za małego. Takiego, żeby można było zachować pewną anonimowość a jednocześnie nie czuć się zbyt anonimowym. Zmienili posady na gorzej płatne, nawet mi o tym nie wspominając. Argumentowali, że w nowym miejscu zamieszkania istnieją większe możliwości rozwoju zawodowego. Przeprowadziliśmy się. Bezstresowo. Starzy nie sprzedali starego mieszkania. Wynajęli. Powiedzieli, że zawsze możemy tam wrócić, jeśli tylko zechcę.…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil poomacku
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…