Wróć do katalogu

Opowieść wigilijny. Dlaczego św. Mikołaj nie istni

Prawda i tylko prawda. O Mikołaju, elfach i losie, które odpłaca za nadobne.

berg, opublikowano , 15 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Upstrzone gwiazdami niebo górowało nad pokrytą białym puchem doliną. Smużki dymu z domowych kominków wiły się ku srebrzystej tarczy księżyca, niby zmysłowe tancerki raqs sharqi. Przykryte zimową pierzyną dachy, niczym nie różniły się od okolicznych wzniesień i pagórków, wprowadzając zamęt w umyśle mistrza sztalugi i pędzla. Przemykający zaśnieżonymi uliczkami mroźny wiatr, szeptał świąteczną opowieść, niosąc ją ku samym szczytom Gór Bożonarodzeniowych. Tego wieczoru nawet donośnie pohukująca zawsze sowa, zamieszkująca dziuplę jednej z tutejszych sosen, w skupieniu wsłuchiwała się w słowa zimowego wichru. Delikatnie prószący śnieżek doprawiał bajeczną scenerię, a zapach wymykający się przez uchylone okno cukiernika Thomasa, łechtał zmysły powonienia. Raz po raz, pomiędzy majestatycznie wyglądającymi budynkami, migała ciemna sylwetka latarnika, zapalającego przydrożne latarnie. Mieszkańcy Quietown pogrążeni w spokojnym śnie, śnili o przepysznych wigilijnych potrawach, wymarzonych prezentach i pachnących radością świętach. Był wówczas 23 grudnia. Odmienna sytuacja miała miejsce na innej szerokości geograficznej, dokładnie rzecz ujmując tuż przy kole podbiegunowym. Brunatno-zielona armia w pocie czoła uwijała się przy taśmach produkcyjnych, coraz bardziej nerwowo spoglądając na dużą klepsydrę, umieszczoną nieprzypadkowo w miejscu doskonale widocznym z każdego miejsca hali. Pozlepiane od potu włosy, wystające spod fikuśnych, przypominających ścięte w połowie choinki, czapek i rumiane policzki elfów dobitnie świadczyły o zbliżającym się deadline-ie. Pokrzykiwania kadry nadzorującej, mieszały się z odgłosami pracujących młotków, pilników i pił oraz wprawianych w ruch taśm i skrzypiących kół wozów transportowych. Spod dłut tutejszych rzemieślników wychodziły znamienite dzieła. Począwszy od kolorowych pajacyków; pstrokato ubarwionych koników na biegunach i dostojnie ubranych lalek; przez różnej wielkości piłki; bajecznie odwzorowane modele lokomotyw, okrętów i samochodów; po drewniane klocki i jednobarwne kapelusze pokryte pobłyskującymi cekinami i jedwabnymi wstążkami. Nie sposób wyliczyć ile zabawek zostało wyprodukowanych tego, jaki i pozostałych wieczorów. Miały one trafić do rąk dzieci na całym świecie, a radość wywołana z ich otrzymania, mająca na długo wypełnić ich maleńkie serduszka, stanowiły cel główny dla dzielnych pracowników "Fabryki Zabawek Świętego Mikołaja". Prace trwały nieprzerwanie. Mechaniczne ruchy szwaczek przypominały koncert smyczkowy, a wirujące w ich palcach igły, niczym czarodziejskie różdżki zmieniały fragmenty tkanin w arcydzieła. Sprawne dłonie zespołu stolarzy nadawały bezbarwnym kawałkom drewna wyraziste kształty, a umięśnione ramiona młociarzy napędzały młotki, wystukując rytmiczną symfonię. Mistrzowie pędzla malowali, snycerze zdobili, hafciarki wyszywały, a piasek wskazywał 0:01, dnia 24 grudnia. Nastał wigilijny poranek. Gdzieś nad widnokręgiem pomarańczowe, nieco zaspane jeszcze słońce, przeciągało się niemrawo. Purpurowo granatowe niebo, powoli przeistaczało się w gładki, błękitny bezkres. - Zapowiada się piękny, świąteczny dzień - rzekł miejscowy piekarz, kłaniając się uprzejmie Jonowi, gaszącemu ostatnią, świecąca jeszcze latarnie. Georg nie wiedział jak bardzo się mylił, wypowiadając te słowa. Nie mógł wiedzieć. Mieszkał przecież tysiące mil od koła podbiegunowego, a jego ukochane Quietown położone było na zupełnie innej szerokości geograficznej. * Przyczyną powstania lawiny jest najczęściej mały, niesforny kamyczek, bezwładnie wędrujący w dół stoku. Pogrążona w beztroskim pląsie iskra, staje się sprawcą dzikiej, ognistej furii. Wzburzony wulkan wyrzuca w niebo następstwa niekontrolowanego wybuchu gniewu. Z rany tryska krew, tam gdzie padnie o jedno słowo za dużo. * Ostatnie ziarnko piasku dopełniło stożek w szklanej bańce. Wyczerpane elfy, resztkami sił dopracowywały szczegóły ostatniej partii zabawek. Mieszczący się tuż obok hali produkcyjnej wielki magazyn, pękał w szwach. Piętrzące się ku sufitowi regały, zapełnione były po ostatni metr kwadratowy swojej powierzchni. Prace ustały. Nieznośne napięcie, które od dłuższego czasu wypełniało pomieszczenie, momentami przyjmując postać wręcz namacalną, uchodziło niczym powietrze z pękniętego balona. Pierwiastki tlenu i azotu łączyły się z wszechobecnym poczuciem spełnienia, satysfakcji i czegoś jeszcze. Czegoś co krążyło pomiędzy i czaiło się niczym wygłodniały sokół wypatrujący ofiary, czekający na idealny moment by zaatakować. Pomocnicy świętego Mikołaja tłoczyli się w małych grupkach, wymieniali spostrzeżenia, rozmasowywali obolałe mięśnie i przecierali dłońmi zmęczone twarze. Część stała samotnie wsparta o ścianę, inni siedzieli oparci o kolumnę podtrzymującą konstrukcję dachu. Jednak wszyscy czekali na pojawienie się głównego przełożonego, który krótkim przemówieniem miał podziękować za pracę oraz oficjalnie ogłosić zakończenie przygotowań do świąt. Gdy na drewnianym podeście zjawił się otyły mężczyzna w czerwonym płaszczu, przepasany czarnym, skórzanym pasem, ucichły rozmowy i nastała długo wyczekiwana chwila. Siwobrody jegomość wsparł się rękoma o balustradę, obejmując ją grubymi niczym bochenki palcami i beznamiętnym spojrzeniem zimnych oczu, osadzonych pod krzaczastymi brwiami dokładnie zlustrował otoczenie. Burknął coś pod nosem, obejrzał się przez ramię, po czym z wysiłkiem powrócił do pierwotnie przyjętej pozycji. Jeżeli ktoś spodziewał się słodko pierdzącego dziadunia z rumianymi policzkami, to odsyłam do działu "Baśnie i mity". - Drogie elfy - zaczął szczurkowaty przyboczny, który niczym cień wyłonił się zza masywnej sylwetki Mikołaja - Za nami ciężki i pracowity okres czasu. Już za parę godzin stworzone waszymi dłońmi zabawki, trafią do rąk dzieci na całym świecie. Niestety nie wszystkie - dodał zgarbiony chudzielec, unosząc znad kartki wyłupiaste oczy i spoglądając na zaciekawiony tłum. - Niektóre z nich nie spełniają wymogów jakościowych oraz odstają od wytycznych normatywnych, dlatego też nie mogą zostać dostarczone do dzieci w formie świątecznych prezentów - wyjaśnił po krótkiej chwili, wypełnionej odgłosem miotającej się w pajęczej sieci muchy. Szczurek przełknął nerwowo sporą ilość śliny, podrapał się po łysiejącej głowie, by po chwili wrócić do odczytywania dalszej części, skrzętnie sporządzonej notatki. - Gwoli realizacji corocznych celów, wadliwe zabawki należy zastąpić nowymi, bądź dokonać niezbędnych poprawek na produktach o stosunkowo niewielkim odchyleniu. Dlatego niezbędnym jest, nałożenie na zespół produkcyjny dodatkowych godzin pracy - zakończył odczyt łysiejący elf, oblizując spękane usta. W tym czasie dwóch rosłych pomocników zajęło się już ustawianiem w pozycji wyjściowej piaskowego zegara. Ostatnie słowa wzbudziły falę stopniowo narastającego niezadowolenia, przejawiającego się splotem ginących w kakofonii słów i bliżej nieokreślonymi ruchami rąk. Jednak nie to przybrało postać metaforycznej iskry. Bezpośrednią przyczyną zajść i ostatecznego rozwiązania kwestii istnienia instytucji świętego Mikołaja, stały się słowa wypowiedziane chwile później. * "...Z relacji naocznych świadków, którzy zdążyli ujść, bądź nie brali udziału w masakrze wynika, iż kroplą która przepełniła czarę było nałożenie na pracowników pełnej odpowiedzialności za powstałe błędy i opóźnienia. Jak wspomina jeden z byłych już pracowników…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych