Opowieści o trójkątnym psie (opowieść trzecia)
Opowieść o tym jak Sonia (to tytułowa bohaterka) chodziła do szkoły. (Oparte na faktach).
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Opowieść trzecia O tym, jak Sonia chodziła do szkoły
Sonia, oprócz tego, że jest psem trójkątnym, jest także psem ambitnym. No może nie do końca wiadomo, czy to Sonia jest taka ambitna, czy to może jej Pancia i Pancio są tacy ambitni, że postanowili wyrobić ambicje u Soni. Chyba raczej to drugie i dlatego ambitni Panciostwo Soni, którzy bardzo chcieli mieć – jak to się mówi – dobrze ułożonego psa, zapisali Sonię do szkoły. - Od jutra Soniu, będziemy chodzić do szkoły. Nauczysz się jak być „psem towarzyszącym”, w skrócie PT. Gdy zdasz egzamin po takim podstawowym kursie będziemy mogli powiedzieć, że jesteś „dobrze ułożonym psem towarzyszącym”. - Uczyć się bycia psem towarzyszącym, w skrócie PT? – zdziwiła się Sonia. – A co ja niby cały czas robię? Przecież ciągle wam towarzyszę. Gdy idziecie na spacer, to wam towarzyszę. Czasami, gdy idziecie na zakupy też wam towarzyszę. Gdy czytacie, rozmawiacie, albo oglądacie telewizję też wam towarzyszę, chociaż czasami usypiam, bo to szalenie nudne. Gdy zaczynacie się kłócić, o to wtedy dopiero muszę wam potowarzyszyć i szczekać, żebyście natychmiast przestali. Nawet, gdy idziecie spać i zgasicie światło, to też, hop, i już wam towarzyszę w łóżku, żeby nie było wam zimno. I mnie chcecie uczyć towarzyszenia! – oburzyła się Sonia. - Ależ Soniu – Pancia trochę się speszyła – tu chodzi o takie ... – długo się zastanawiała – takie towarzyszenie zgodnie z przyjętymi normami towarzyszenia – wydukała wreszcie, nie całkiem pewna tego co mówi. – Chodzi o uczenie się komend na przykład siad, waruj, zostań, aport, chodzi o posłuszeństwo. Zresztą przyszła już prawdziwa wiosna, a wiosną dobrze jest rozpocząć coś nowego, więc ty rozpoczniesz szkolenie. - No dobra, zobaczmy co to takiego ta szkoła. Skoro tak wam zależy – zgodziła się Sonia, która wcale nie lubiła zmian i wcale nie miała ambicji, żeby „towarzyszyć zgodnie z przyjętymi normami towarzyszenia” i mieć stopień „psa towarzyszącego”, w skrócie PT. *** Minął tydzień od tej rozmowy, gdy Sonia, Pancia i Pancio wybrali się do szkoły. Szkoła nie była taką typową szkołą i to nie tylko z tego powodu, że nie szkoliła ani dzieci, ani młodzieży, ani nawet dorosłych. Ta szkoła szkoliła przede wszystkim psy. Poza tym, była to szkoła pod chmurką, to znaczy nie miała swojego szkolnego budynku, a jedynie szkolne boisko. Zresztą słowo „boisko” jest trochę na wyrost. Szkoła zagospodarowywała po prostu kawał łąki, położonej na tak zwanym niezwykle atrakcyjnym inwestycyjnie terenie. Teren ten był aż tak niezwykle atrakcyjny, że potencjalni inwestorzy i władze nie mogli się zdecydować jaką inwestycję tam rozpocząć i dzięki temu psy miały się gdzie szkolić. Co w końcu też było inwestycją, bo przecież każda nauka jest, jak to się mówi, inwestycją w przyszłość (bo przecież nie w przeszłość). Tak więc, cała rodzina Soni z Sonią na czele wybrała się w słoneczny sobotni poranek na owe atrakcyjne tereny. Okazało się, że chętnych do nauki i ambitnych było całkiem dużo. Zewsząd schodziły się psy i ich Panciostwo lub Panciostwo i ich psy (zależy kto był bardziej ambitny i kto kogo ciągnął). Instruktorzy szybko podzielili towarzystwo na grupy i zaczęły się zajęcia. Najpierw uczono chodzenia. - Też mi szkoła – drwiła Sonia. – A jaki wysoki poziom. Ho, ho. Już szczeniaki potrafią chodzić, a tutaj wyprawiają z tym takie hece. W szkole nie uczyli jednak takiego zwykłego chodzenia. Uczyli chodzenie „przy nodze” Panci lub Pancia. Chodzenia na smyczy i bez smyczy (to już wyższa szkoła jazdy). - Chodzi o to, żeby pies, a dokładnie jego łopatki – mówił Pan Instruktor - chodziły równo ze swoim właścicielem. To znaczy nie same łopatki psa mają chodzić, ale cały pies, z tym że łopatki psa mają chodzić równo z nogami właściciela – nie upraszczał sprawy Instruktor. - Oj, po prostu chodzi o to, żeby pies ani nie ciągnął do przodu, ani nie zostawał w tyle. Gdy tak się dzieje właściciel ma szarpnąć za smycz i głośno krzyknąć: „równaj”. Psy zabrały się do nauki z wielkim entuzjazmem. Większość chciała szybko zaliczyć pierwszy krok (chodzenie) i przejść do drugiego (biegania). Panciostwo musieli z całej siły wstrzymywać zapędy co bardziej ambitnych uczniów, których wprost rozpierała energia i pęd do wiedzy. Żeby towarzystwo się zbytnio nie rozeszło i nie rozbiegło we wszystkich kierunkach, Pan Instruktor kazał wszystkim chodzić w kółko: jeden pies plus jego właściciel za drugim. Po półgodzinie takiego chodzenia wszystkim zakręciło się w głowach i nawet ci wcześniej aż nazbyt ochoczo nastawieni do biegania przestali wyprzedzać swoich Panciów i Pancie. Widząc, że zapał w uczniach i ich opiekunach słabnie, Pan Instruktor kazał zmienić kierunek chodzenia. I znów na początku, co bardziej ambitni uczniowie rwali do przodu, zmieniając chód w trucht, trucht w bieg, a bieg w galop. I znów ich właściciele ledwo co utrzymywali się na nogach. I znów po półgodzinie wszystkim zakręciło się w głowach. I znów wszyscy mieli dosyć. I wtedy Pan Instruktor krzyknął: „przerwa, biegaj”. Początkowo wszyscy przystanęli lekko zdezorientowani. - Jak to, o co chodzi? – psy pytały swoich Panciów i Pancie. Już po pięciu sekundach okazało się jednak, że wszyscy uczniowie to wprost geniusze, wszyscy w lot pojęli co oznacza ta komenda. Psy zaczęły szczekać, skakać w kółko i domagać się odpięcia smyczy. Na tym właśnie polegała przerwa: na bieganiu, szczekaniu, podgryzaniu się, uciekaniu właścicielom, ganianiu za patykami i wszystkim co się rusza. Sonia, nie namyślając się długo, wyszukała w trawie całkiem potężną gałąź i jednoznacznie zakomunikowała swojemu Panciostwu, że teraz chętnie im potowarzyszy w zabawie w rzucanie patyczka. Po półgodzinie szaleństwa, Pan Instruktor krzyknął: „koniec przerwy, do nogi”. Teraz geniusz uczniów i ich pojętność trochę zawiodły i następne półgodziny trwało dobieranie się w pary: pies – właściciel, czyli, innymi słowy, nakłanianie psów, żeby dołączyły do właściwej dla nich nogi (a nawet dwóch) i dały się wziąć na smycz. Potem przez kolejne pół godziny chodzono w kółko w prawą stronę, potem chodzono w lewą stronę, potem znowu była przerwa, potem odszukiwanie się i kompletowanie par. Potem wszystko jeszcze raz. Po trzech takich cyklach wszyscy i psy, i właściciele mieli tak serdecznie dosyć, że wlekli się noga za nogą a w dodatku każdy pies szedł niezwykle przepisowo: jego łopatki były dokładnie obok nogi Pancia lub Panci. Wtedy Pan Instruktor stwierdził, że jest bardzo zadowolony z postępów w nauce, że na dzisiaj wystarczy i że trzeba ćwiczyć w domu. Sonia westchnęła: „wariactwo”, jej Panciostwo westchnęli: „ojejku” (cokolwiek miałoby to oznaczać) i we trójkę zmachani, nachodzeni i wybiegani udali się do domu. Tak się skończyła pierwsza lekcja. *** Chociaż Sonia nie była tym szczególnie zachwycona jej ambitni właściciele dzielnie kontynuowali szkolenie. - Musimy być konsekwentni – przekonywali sami siebie. - Nie możemy się tak łatwo zniechęcać, nawet jeśli Sonia nie należy do grupy prymusów. W końcu osiągamy jakieś małe sukcesy. I rzeczywiście, osiągali. Na przykład Sonia, podobnie zresztą jak i inne psy, doskonale przyswoiła komendę: „przerwa, biegaj”. Ale przecież nie tylko to. Sonia była również mistrzynią w realizowaniu komendy: „aport”. Podczas gdy, inne psy rozglądały się zdezorientowane dookoła i kombinowały, w jakim to niby celu ich Panciostwo rzucają kawałkiem ostruganego drewnianego kołka, jakby nie mogli ciskać normalną gałęzią (Pan Instruktor wyraźnie powiedział, że ten „specjalny przyrząd do nauki aportowania” jest znacznie bardziej odpowiedni niż zwykłe patyki), Sonia wcale się nad tym nie zastanawiała, wcale nie kombinowała, Sonia po prostu biegła za tym, czym rzucali jej Panciostwo, czymkolwiek by to nie było. - Jak rzucają, to trzeba biec – myślała Sonia. – Widocznie jest w tym jakiś głęboki sens, że Panciostwo rzucają czymś tak dziwnym. Ja może tego nie rozumiem, ale oni na pewno tak. I miała rację. Panciostwo doskonale rozumieli: znajomy Pana Instruktora produkował te specjalne przyrządy do nauki aportowania, a Pan Instruktor podnosił zyski firmy znajomego. No, ale nic, Panciostwo zakupili kawałek drewnianego kołka zakończony z dwóch stron kwadratowymi klockami i ciskali…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil małgoś
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…