Wróć do katalogu

Opowieści z Hellsound: Bratnie dusze cz2

Część druga o Sigelu i Mise - dla zainteresowanych i tych z przypadku. Dosyć długie.

AnnDie, opublikowano , 24 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

4. Sigel zgniótł jedną z ostatnich grudek śniegu – tyle pozostało po zaspach, gdy przyszło wiosenne ocieplenie. Rzeka jak prawie co roku wystąpiła z brzegów, podtapiając najbiedniejsze dzielnice do wysokości pierwszego piętra. Teraz co prawda woda już się cofała, lecz pozostawał po niej śmierdzący muł i pełno podgniłych śmieci. Jeden budynek o słabszych fundamentach zawalił się – teraz krążył po szczątkach tłum bezdomnych, zbierających szczątki drewna, metalowe pręty, a nawet zwykły gruz. Sigel rzucił im krótkie, obojętne spojrzenie i kontynuował swoją drogę przez brud. Powinien rozglądać się w poszukiwaniu mieszkania pokoju lub chociaż jakiegoś kąta do spania – powinien, ale mijał ulice jedna za drugą, zatopiony we własnych myślach. Dotarł w pobliże starych murów. W pobliżu Kell znajdowała się wyrwa, przez którą w dawnych czasach do miasta przedostawały się osoby, jakich tutaj nie chciano. Czasem turyści chcieli ją obejrzeć – odpędzał ich jednak odór i grupy bandziorów, koczujące w pobliskich kryjówkach. Po rozsypanym fragmencie muru przedostał się na jego drugą stronę, gdzie rósł mały zagajnik, z karłowatymi drzewami i krzakami tarniny. Przedostał się wąską ścieżyną na jego drugą stronę, w wąską przerwę między murem a kamienicą. Uśmiechnął się w myślach, wsuwając wystający spod krzaka róg koca na miejsce. Jedna z kryjówek w Hellsound, które zawsze były zajęte przez dzieciaki na gigancie. Ale Sigel nie zatrzymał się tutaj. Przeszedł w miejsce, gdzie róg kamienicy prawie przylegał do muru i wspierając się nogami i rękami wspiął się ponad dwa metry nad ziemię. Była tam wąska ścieżka w murze, o której mało kto z oficjałów wiedział. Właśnie na nią się wciągnął i ruszył stromo w górę. Niewiele pod szczytem zatrzymał się i usiadł, wpatrując się intensywnie w ciągnące się pod nim miasto i dalej, pola i błyszczącą w jakimś odległym miejscu rzekę – wszystko raz po raz kryjące się w chmurach dymu. Słyszał chrzęst ścieżki pod ciężkim obuwiem. - Można? – zapytała Mise. Starał się nie okazywać żadnego z uczuć, które nim wstrząsnęły, gdy po takim czasie usłyszał jej głos. - Jasne. To ziemia niczyja. – odpowiedział, wciąż ze wzrokiem wbitym w panoramę miasta. Kamienie znowu zachrzęściły i po chwili dwoje ciężkich butów z wystającymi z nich chudymi nogami zawisły tuż obok dwojga umięśnionych nóg w ciężkich butach. - Myślałem, że już nigdy się do mnie nie odezwiesz. - Byłoby tu pięknie, gdyby usunąć ten dym i tę szarość. Pomalować kamienice. – powiedziała bez związku. Podniósł na nią wzrok. Jasne włosy upięła wysoko, pojedyncze kosmyki wymykały się, tworząc artystyczny bałagan. Nie miała też swojego płaszcza, zastąpiła go czerwona bluza z kapturem. Na jej twarzy nie gościł uśmiech. - Nie było by to już Hellsound. Tutaj od setek lat panuje chaos. Popatrzyła mu prosto w oczy. Wyglądała na zmęczoną – poszarzała twarz, podkrążone oczy; prawie widział jeziora wstrzymanych łez. Odwróciła wzrok. - Pomogę ci spotkać się z Balerine. Ale nie zgadzam się na morderstwo. Decyduj. – powiedziała. Pierwsza kropla deszczu wylądowała na jej skroni. - To było celem mojego życia. Zemsta. Siedzieli milcząc; gdy rozpadało się na dobre, dalej nie ruszyli się z miejsca. - Nie wiem, co mam robić, Mise. Wszystko stało się takie trudne... - Powinniśmy się wspierać, niby mamy być rodzeństwem. - Nie chcę być Twoim bratem! – odpowiedział ze złością, zrywając się z miejsca i zbiegając po ścieżce w dół. Był już na samym dole, gdy dopiero odważył się spojrzeć w jej stronę. - Bądź jutro pod Velle! – zawołała. Spojrzała w dół – Sigel zdążył już gdzieś zniknąć. Podniosła się więc i powoli ruszyła jego śladem. Zastanowiła się, w jaki sposób tamten zdołał zbiec po śliskich cegłach i nie spaść. Gdy stanęła na ziemi, oparła się o ścianę kamienicy, oddychając głęboko. Nie powiedziała ani jednego słowa o tym, o czym chciała rozmawiać. Ale to, co on powiedział dało jej dużo do myślenia.

Stanęła przed wielką otwartą bramą Velle i przyjrzała się dwom straszliwie starym posągom wilków. Ich postumenty zdobiły wątpliwej jakości graffiti, lecz krążyła plotka, że same posągi okaleczają każdego, kto odważy się do nich zbliżyć, mając zamiar oszpecenia ich. Ktoś w szkole podobno stracił w ten sposób dwa palce. Minęła bramę, rozglądając się po ponurym parku. Krótkie spojrzenie poświęciła zamkowi (ostatnia królowa kazała go wreszcie odrestaurować, twierdząc, że sama magia nie pomoże budynkowi utrzymać się w miejscu) i skierowała się bliżej jeziora. Widziała go z daleka – mroczna sylwetka, pochylona, czekająca. Zaczerpnęła powietrza i udając śmiałość podeszła bliżej. Usiadła. - Ojciec jest w szpitalu. Dali mu miesiąc życia. Ostatnie stadium. – wyszeptała. Zacisnął zęby. Zmrużył oczy. - Balerine powiedziała, że nie zamierza utrzymywać tego wielkiego mieszkania i już znalazła sobie kawalerkę gdzieś w centrum. – dodała. - W jej stylu. – dopowiedział. – A co z tobą? - Ja? Mam znaleźć sobie jakąś robotę i zająć się sobą. A chciałam jeszcze poprzebywać z tatą, dopóki jest tutaj... Przeniósł wzrok na nią. - Jeszcze jedna osoba zmieści się w naszym pokoju. Ale z tym przebywaniem, to się nie łudź. – zniżył głos. - Nie znajdą czasu. Pokiwała głową. Zdziwiła się, czując płynącą po policzku łzę. Sigel też to zauważył i przytulił ją. - Teraz... Ja też już nie wiem, co mam robić. Siedzieli na ławce przytuleni, patrząc gdzieś w dal na jezioro. Każde zatopione było we własnych myślach, lecz myśli te biegły podobnym torem. - Wieczorem pójdziemy po twoje rzeczy i przeniesiesz się już do motelu. Teraz chodź do szpitala, może jej tam nie ma. Nim pomyślała, co robi, pocałowała go w policzek. Wstała i ruszyła powoli ścieżką, ocierając łzy. Sigel rzucił jej pytające spojrzenie, którego nie zauważyła. Zacisnął zęby i dogonił ją, w pocieszającym geście obejmując jej ramiona. - Co zrobimy, jeśli Balerine tam będzie z ojcem? – zapytała, pociągając nosem. - Wejdziemy. Ona i tak nie wie, kim jestem. Przedstawisz mnie jako znajomego ze szkoły. Pokiwała głową, obojętnie mijając wysokiego strażnika. Spojrzenia tamtego i Sigela na chwilę się skrzyżowały – zwierzęce zmysły natychmiast rozpoznały niepełne człowieczeństwo drugiego – po czym rozeszli się, każde w swoją stronę. Szpital Księżniczki Ywen, przeznaczony dla zamożniejszych biedaków, jakkolwiek to brzmi, mieścił się na pograniczu zachodniego i północnego Hellsound. Był to prostokątny budynek z mnóstwem rzeźbionych gnomów i gargulcami, wyszczerzonymi w ironicznym uśmiechu. Niewielki taras, mieszczący się z jego drugiej strony, miał wystarczyć pacjentom za miejsce do spaceru. Mise podeszła do informacji, by zapytać o ojca, jej towarzysz rozejrzał się po odrapanych tynkach i wyszorowanej podłodze z brakującymi kafelkami. Starał się nie patrzeć na lekarzy i pielęgniarki, ba na pewno zauważyliby jego dziwne oczy. Drobna dłoń zacisnęła się na jego ramieniu, zmuszając by odsunął się od informacji. Nie był to delikatny uścisk. - Kim, do cholery, jesteś, że odważyłeś się przyjść? – wściekły głos syknął mu prosto do ucha. - To, że pytasz, najdobitniej świadczy o tym, że znasz odpowiedź. – odpowiedział, nim jednym ruchem wyrwał się z mocnego uścisku. Stanął twarzą w twarz z własną matką. Wydawał się być spokojny, lecz w jego oczach zapłonęło zło. Jej oczy patrzyły z nienawiścią pomieszaną ze strachem. Nachyliła się delikatnie, niczym tygrysica szykująca się do skoku. Mise zauważyła ich, stojących naprzeciwko siebie w rogu Sali: jego złowieszczy uśmiech i jej wściekłość wypisaną na twarzy. - Skąd się tu wziąłeś? Jak to możliwe! – krzyknęła Balerine, ignorując to, że pielęgniarki zwróciły na nich uwagę. Sigel jeszcze wyżej uniósł górną wargę w uśmiechu. Stał przed matką, ciesząc się z jej szoku. Mise podeszła bliżej. - Przecież ty nie żyjesz! Nie mogłeś nagle ożyć! - Przepraszam. – przeszkodziła jedna z pielęgniarek. – Ale pacjenci potrzebują spokoju. - Już się rozchodzimy. – odpowiedział. – Do zobaczenia którego wieczora, Balerine... Mise patrzyła za macochą, gdy tamta z wściekłością wychodziła. - Ona się boi... – wyszeptała, idąc za Sigelem po schodach w stronę pokoju ojca. – Pierwszy raz się boi... - I ma czego. – odpowiedział jej ochrypły szept, którego prawie nie rozpoznała. Popatrzyła na jego ściągniętą twarz, determinację w oczach i bijący z niego blask satysfakcji. Widziała, że osiąga swój cel w życiu. I już wiedziała, że jego nic nie powstrzyma; że prędzej spłonie w piekielnym ogniu niż pozwoli swojej matce żyć. - Nie wchodź do środka. Przestraszysz go. – powiedziała, naciskając klamkę. Prawie do niego nie dotarła, że zniknęła za drzwiami. Oparł się o ścianę, czując bijące szybko serce i prawie wyczuwając w powietrzu ciężki zapach krwi. Odetchnął głęboko, pragnąc go poczuć wyraźniej. Ale wtedy coś przestało idealnie pasować. Poczuł dziwny ból w podbrzuszu. Wychodząc godzinę później, Mise zastała go już siedzącego spokojnie na ławie. Patrzył na nią prawie skruszonym wzrokiem - Możemy iść po moje rzeczy... – zaczęła, ale jej przerwał. - Wątpię, by nie zabarykadowała drzwi przed nami. Chodźmy od razu do mnie. Nie mogła nie przyznać mu racji. Wyszli z budynku, kierując się ku motelowi. I znowu padało...

5. Stojąca wśród drzew puma rozdwoiła się, roztroiła... Tuż przy niej pojawiła się męska sylwetka, skupiona na treningu jakichś uderzeń i wykopów. Mise przyglądała się temu, siedząc bezpiecznie na ławce nieopodal. Nie zazdrościła temu, kto spotkałby wściekłego Sigela na swojej drodze. Przytuliła policzek do ławki. Życie stawało się coraz trudniejsze. Balerine zamknęła się w mieszkaniu, nigdzie nie wychodząc, ojciec uwierzył jej, że Missea nastaje na jej życie, więc zabronił córce przychodzić. A Sigel skupiony był głównie na myśli o zemście... - O czym tak rozmyślasz? – przerwał jej smutne rozważania. - Skończyłeś już? - Zaczyna padać. – roześmiał się. – Musiałaś być naprawdę daleko stąd, skoro nie poczułaś. Uśmiechnęła się blado, wstając. Sigel pogładził ją po policzku. - No już, nie smuć się, to nie w twoim stylu. Mruknęła coś niewyraźnie, odwracając się i powoli ruszając w drogę do motelu. Stłumił więc westchnienie i powlekł się za nią, intensywnie wpatrując się w jej plecy. Odwróciła się. - Nie lubię tego twojego uśmiechu. – powiedziała. – Jest taki sadystyczny. - Ale gdy się nie uśmiecham, też ci się nie podoba. Pokręciła głową, nie chcąc kontynuować wątku. - Missea... Wiesz, że jak twój ojciec umrze, a macocha zniknie to będą cię usiłowali wpakować do bidula? - Mówiłam ci, że nie chcę poruszać tego tematu. - Ale ja muszę wiedzieć, co z tobą zrobić, jak zostaniesz sierotą. – zaprotestował. Mise miała ochotę go przekląć. Z trudem zdusiła to w sobie. - Adoptuj mnie. Teoretycznie jesteś moim bratem... - ...prawnym, ale tylko gdyby Balerine uznała mnie oficjalnie za syna. - Czy to takie okropne: być moim bratem, że tak się przed tym bronisz? – tupnęła nogą, zatrzymując się na środku chodnika. Zatrzymał się obok niej, chowając ręce do kieszeni i wpatrując się we własne buty. - Odpowiedz... Czy to takie straszne być jakkolwiek związanym ze mną? – wyszeptała. Podniósł wzrok na nią; tylko po to, by od razu odwrócić go na ścianę budynku. - Nie. Chętnie bym się z tobą związał. – westchnął. – Ale nie więzami braterskimi. Zapadła cisza, tylko samochody rozpryskiwały kałuże, a deszcz bębnił po szybach witryn sklepowych. - Miałeś życie poświęcić tylko zemście... – szepnęła. - Wiem. Wierz mi, nie miałem w planach, ze się w tobie zakocham. – przełknął ślinę. – Chodźmy już, pada coraz mocniej. Nie wierzyła. Nie mógł naprawdę powiedzieć tego, co…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych