Wróć do katalogu

Ostatni płatek Róży

Opowieść fantastyczna o Silthene, młodej księżniczce, którą poznajemy w momencie, kiedy do jej zamku wtargają demony, które zabijają całą jej rodzinę i dwór.

Auril, opublikowano , 42 min czytania, 4,8 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Silthene wstrzymała oddech; w ciszy mroku popłynął dźwięk tłuczonego szkła. Najwidoczniej nie tylko ona nie śpi. Odgarnęła za ucho pukiel włosów. Od małego ich nie lubiła; zupełnie jakby natura nie mogła się zdecydować, czy obdarzyć ją kasztanowymi, czy też jasnymi. Ostatecznie ich kolor przybrał odcień pomyj. Przywarła do ściany. Po pozornie pustym, zamkowym korytarzu echem niosły się kroki. Jeśli niczego nie zrobi, prędzej czy później jakiś Rethon ją znajdzie. I odbierze jej Athẽr! Językiem zwilżyła spierzchnięte usta. Wbiła wzrok w podłogę i nasłuchiwała. Cisza... Zaczęła skradać się do północnej części zamku korytarzem prostopadłym do tego, w którym usłyszała kroki. Starała się iść bezszelestnie. Zgrabnie wymijała królewskie wazy i zbroje. Musiała wydostać się z zamku! Nie istniała dla niej przyszłość. Od małego uważała, że nie ma czegoś takiego jak na przykład przeznaczenie. Ludzie tymi słowami tłumaczyli mniej lub bardziej dziwne zbiegi okoliczności. Ale tak naprawdę nikt nie ma ułożonej przyszłości. Sam musi ją sobie zakreślić i stworzyć. Mimo to po królewskich ziemiach od lat krążyło kilku rzekomych jasnowidzów, którzy pozwalali poznać chętnym — dodajmy także: bogatym — tajemnice najbliższych zdarzeń. Kto wie? — może Silthene, gdyby wierzyła w ich przepowiednie i zgodziła się wysłuchać jednego z nich, którego napotkała pewnego wieczoru, ocaliłaby życie swoich bliskich? Los zgotował dla niej nieprzyjemną niespodziankę. Zaledwie tydzień temu ukończyła siedemnaście lat. Dzisiaj już straciła rodziców... Do zamku królewskiego tłumnie wkroczyły demony ciemności, Rethoni, spowici w peleryny z czarnej mgły... Wzbudzali w każdym śmiertelny strach, ich widok potrafił równie dobrze przyspieszyć bicie serca, jak i je zatrzymać. Wiele osób zginęło z ich ręki — srebrne ostrza mieczy Rethonów ociekały krwią niewinnych poddanych i rodziny królewskiej. Były strasznymi maszkarami, nieudanymi imitacjami człowieka bezdusznego. Zabiły każdego, kto przebywał w zamku i na jego terenach. Oprócz Sil. Jej nie mogli nigdzie znaleźć, co dziewczę mogło przy swoich wierzeniach zawdzięczać jedynie przypadkowi i niebywałemu szczęściu. A ona się musiała teraz postarać, aby nie zrobili tego nigdy. Do czasu, aż zdobędzie siłę zdolną ich pokonać. Zemścić się... Bo Silthene At Kiëra się zemści... Jeśli tylko przeżyje. Szła dalej, jak najciszej, przemierzając samotnie puste korytarze, w których ziała śmierć. Czuła we własnym Athẽr ogromny ból, cierpienie, rozpacz. Słyszała widma. Słyszała ich Athẽr, które nigdy nie zaznają spokoju...

***

Miała wrażenie, że czuje na karku oddech Rethonów. Wiedzieli, że żyje. Czuli jej zapach... Oni {i}widzieli{/i}dźwięk. Nawet to jej najcichsze stąpnięcie. Widzieli! Silthene zamknęła oczy. Tak; pamiętała wygląd ich źrenic. Wtedy, kiedy była mała... Trafiła zupełnie przypadkiem do jakiejś komnaty w zamku, w której siedział malarz. Był niewidomy, ale malował... Jeden z jego obrazów przedstawiał Rethona. Malarz nigdy ich nie widział, nie widział tego, kogo maluje. Nigdy w życiu nie widział Rethona. Tłumaczył wtedy Sil, że to Oni każą mu malować. To Oni kierują jego dłonią. Że jest przeklęty, dlatego siedzi sam w tej komnacie. Rethoni wstąpili w jego Athẽr. To oni nim byli... Sil uciekała wtedy jak najdalej. Nie mogła jednak zapomnieć tamtego obrazu. Postać okryta mgielnym, czarnym płaszczem z narzuconym na głowę kapturem. Twarz ginęła w cieniu. Tylko oczy... Krwiście czerwone, błyszczące w mroku obrazu... Sil odetchnęła głęboko tak, jak oddycha ktoś, kto przed chwilą bardzo mocno i długo płakał. Musi zobaczyć... Musi zobaczyć, czy Rethoni znaleźli i zniszczyli ten obraz! Coś kierowało jej umysłem. Musiała iść to zobaczyć... {i}Po co? Musisz wymknąć się z zamku, a nie szukać jakiegoś głupiego, koszmarnego obrazu z lat dziecięcych... {/i} Ale była pewna, że to przeznaczenie. Że musi ten obraz zobaczyć. {i}Nie musisz go zobaczyć! To nie przeznaczenie! Tylko to sobie wmówiłaś! {/i} Nie była zdolna uciec z zamku... {i}Jesteś zdolna zeń uciec, nic cię tu nie trzyma! Tylko twoje własne przeświadczenie! {/i} To nie było przeświadczenie... To była magia Rethonów, ich przekleństwo... Aby nie mogła uciec! {i}Silthene At Kiëra! Rzucasz sama na siebie przekleństwo! Uciekaj z zamku! {/i} Stanie naprzeciwko obrazu... Zabije Rethona na nim... {i}Zabijesz tylko własne wyobrażenia! {/i} Zabije ich wszystkich... {i}Oni ciebie zabiją. {/i} Co to był za głos w jej głowie? Rzuciła się pędem przez kolejne korytarze. Znajdzie ten obraz! W jej sercu zatlił się mały płomyk odwagi. Odwagi...? Może głupoty...? Sil nie potrafiła wyczuć tej subtelnej różnicy: była jak cienka nić.

***

Komnata była pusta; pośrodku stały jedynie sztalugi zasłonięte prześcieradłem i rozlane na podłodze farby. {i}Kompletnie nie rozumiem, po co tu biegłaś. Czyż ci nie mówiłem, że nie ma sensu? {/i} Och, przymknij się. {i}Ostrzegałem. {/i} Podeszła do sztalug i mocnym szarpnięciem odkryła obraz. Cofnęła się przestraszona w tył, niemal połykając własny krzyk. Dzieło było ukończone. Twarz demona już nie kryła się w cieniu. Te same krwistoczerwone oczy z ognikami obłędu, duży, niezwykle haczykowaty nos i usta, które przypominały zeschniętą skorupę. Na pomarszczone, przynoszące na myśl popękaną, wysuszoną ziemię czoło opadał karmazynowy kosmyk pozlepianych włosów, który wyglądał niczym płomień. Spod czarnego płaszcza wyłaniała się łapa zakończona długimi na kilka cali pazurami, która coś czule obejmowała: jakiś zamazany kształt. Silthene westchnęła. Żal jej było niszczyć obraz. Niech tu zostanie... Rethoni go nie zniszczą... {i}Idiotka. Po co Rethoni mieliby niszczyć coś, co sami właściwie stworzyli? Wszak to oni kierowali dłonią malarza... I co dało ci przybiegnięcie tutaj? {/i} Odwróciła się, by podnieść prześcieradło i z powrotem zakryć to straszne dzieło. Zdziwiła się: na zakurzonej szmacie czerwieniła się duża jak dłoń plama krwi. Sil instynktownie złapała się za ramię. Poczuła pod palcami coś mokrego. Kiedy podniosła dłoń na wysokość oczu, krzyknęła: lśniła na nich krew. Zakryła szybko obraz, zostawiając na skraju prześcieradła krwawe ślady palców. Duża plama była tam, gdzie powinna być twarz Rethona. Dotknęła jeszcze raz ramienia. Czuła wyżłobiony w nim rowek, przypominający w dotyku literę "S". Podniosła wzrok na drzwi. {i}Jesteś naprawdę głupia. Gratuluję. {/i} W drzwiach stały trzy zakapturzone postaci. Ich twarzy nie było widać. Ale księżniczka wiedziała, że to Rethoni. RETHONI! Miała przez chwilę wrażenie, jakby w pomieszczeniu zerwał się wiatr. Zadrżała. Przynieśli ze sobą odór śmierci. {i}Ty sobie nie zdajesz sprawy z tego, co robisz. Możemy się już pożegnać. Zostały ci, jak zakładam, najwyżej dwie minuty życia. Korzystaj z tego. {/i} Cudowne. {i}Prawdziwe. I równie żałosne. {/i} Jeden z demonów zbliżył się do niej o krok; cofnęła się. Kolejny krok — kolejne cofnięcie. I jeszcze jeden — koniec, ściana. A On coraz bardziej się przybliżał... Jego twarz była kilkanaście centymetrów od jej twarzy. Nie widziała jej, ale czuła na sobie gorący, cuchnący oddech Rethona. Pisnęła ze strachu.

— Czego chcesz? — zapytała łamiącym się głosem. Nie odpowiedział. Objął ją w pasie swoimi szponami i przycisnął jej usta do swoich w geście pocałunku. A więc tak zabijają... Zabijają?

Chciała się odsunąć. Nie mogła. Poczuła na wargach lepką ciecz. Demon włożył do jej gardła swój język. Przez krtań spływało coraz więcej tej substancji... Dusiła się... Krzyczała... Upadła na ziemię... Zwijała się chwilę z bólu, z bezsilności, z braku powietrza. Miała zamknięte drogi oddechowe. Umarła.

***

— Świetne — ironicznie warknęła Mysza. — I to koniec Silthene, tak? Czemu ty zawsze musisz zabijać? Nie wiesz, co zrobić z postacią, nudzi cię ona już, tak? — Wstała z łóżka, na którym leżał chłopiec opatulony w trzy kołdry i koc, i podeszła do okna.

— Nie otwieraj — wystękał chłopiec. — Mama nie pozwoliła...

— Duszno tu — odparła i otworzyła je szeroko. Chłopiec wywrócił oczami. Chciał zaprotestować, ale dziewczynka spojrzała na niego groźnie. Do pokoju wpadł lodowaty powiew zimy. Dziewczynka oparła się o framugę. Wiatr zwiał jej nieco tłuste, brązowe włosy na twarz, więc odgarnęła je niedbale za ucho. Przyglądała się uważnie przejeżdżającym po ulicy w pośniegowym błocie samochodom. — Dlaczego zabiłeś Silthene?

— Była brzydka.

— Skąd — prychnęła i odwróciła się, aby spojrzeć mu w oczy, jednak on miał je zamknięte. — Wyobrażałam ją sobie jako piękną księżniczkę o błękitnych oczach i srebrnych, długich włosach... Ze spiczastymi, jak u elfów, uszami, byłaby panią wody, łamiącą serce każdemu, nawet Rethonowi. No i zabijać, bo jest brzydka?

— Ale ona taka nie była — zaprzeczył gwałtownie chłopiec. — Miała takie... trochę przetłuszczone włosy, duży nos, wąskie usta, normalne uszy i w dodatku była głupia. Serc nikomu nie łamała. Umarła, bo nie była kimś, kto mógłby zaważyć na przyszłości świata.

— I dlatego ta historia nie tak znowu bardzo mnie zachwyciła. Nie ma w niej magii, przygody, piękna. Jest tylko kropelka śmierci... Ale dla mnie Silthene była kimś wyjątkowym...

Drzwi do pokoju otworzyły się gwałtownie i weszła kobieta.

— Julio! — krzyknęła. — ZAMKNIJ TO OKNO! — Podbiegła szybko do niego i sama je zamknęła. — Tomek, nie powiedziałeś Julii, aby go nie otwierała?! Koniec, teraz, Tomku, porządnie się wyśpisz, zaraz ci przyniosę gorącą herbatę, a ty, Julio, idź już do domu. I nie otwieraj więcej okna! Tomuś jest chory i musi się wyleżeć...

— Cześć, Mysza — pożegnał dziewczynę chłopiec, unosząc z wysiłkiem rękę i machając na pożegnanie.

— Cześć, Tomku — oparła dziewczyna. Wyszła z pokoju za kobietą, która poszła zrobić herbatę. usiadł na łóżku; przeszły go dreszcze. Inna Silthene... Silthene... {i}Silthene{/i}... Będzie inna. Spojrzał za okno. Śnieg padał dużymi płatkami.

***

Dni wypełnione opadami śniegu mijały jeden za drugim. Tomek leżał w łóżku, jak zwykle okryty grubą warstwą koców i kołder. Obiecał sobie w duchu, że napisze dla Myszy nową wersję Silthene, jednak nie mógł się na to zebrać. Wciąż go coś od zamiaru napisania odciągało, a przynajmniej mu się tak wydawało. Brak weny, tak to nazywała Mysza, wtedy, kiedy obiecał napisać specjalnie dla niej opowiastkę o księciu Siedmiu Zórz. Płatki wirowały smętnie za oknem, raz po raz przyklejając się do niego i tworząc niepowtarzalny wzór, w który Tomek ostatnio uwielbiał się wpatrywać. Był przekonany, że to tajemna mapa do magicznego świata, która pojawia się tylko raz do roku — w Wigilię. Wzory powstałe w inne dni to tylko marne kopie, udaremniające poszukiwaczowi dojście do celu. Dzisiaj patrzył na jedną z nich. Tak bardzo chciał otworzyć to okno, poczuć na języku chłód śnieżynek, chciał mieć policzki tak radośnie zabarwione na różowo od lodowatego wiatru. Tak dawno zapomniał o tym, jak cieszyć się z takich rzeczy. Od długiego czasu nie mógł poczuć na swoim wątłym ciele dotyku słońca... ani anomalii pogodowych. Myszy Tomek też już od dawna nie widział. Może była pewna, że ostatecznie skończył pisać o Silthene i nie miała po co wracać? A może była zła na jego tajemniczą chorobę, która nie pozwalała mu wstać nawet z łóżka? Uznała, że nie warto sobie Tomkiem zawracać głowy? W końcu przyszła. Długo opowiadała chłopcu o tym, co się dzieje w mieście, jakie krążą plotki, co się wydarzyło w szkole.

— Wiesz — powiedziała nagle — nie będę już tak często cię odwiedzać.

— Dlaczego? — zdziwił się.

— Mama zapisała mnie na tenisa. Będę na niego chodzić w poniedziałki i środy, na dwie godziny, zaraz po lekcjach. A... a potem — tu się zawahała, czy powiedzieć to chłopcu czy nie, bo bała się jego reakcji — jeszcze na godzinę tańca towarzyskiego...

— O! — zdziwił się Tomek, wyobrażając sobie przez chwilę przyjaciółkę tańczącą z nim samym. — A... Mysza... Bo mnie ta jedna myśl nie daje spokoju... Czy ty lubiłaś Silthene?

— Dlaczego ta myśl ci nie daje spokoju? — zapytała podejrzliwie. — Tyle czasu minęło od jej ukończenia, a ty jeszcze o tym myślisz?

— Ale lubiłaś ją?

— Tak — odparła. — No to dobra — powiedziała po chwili, naciągając na głowę czapkę. — Idę.

I poszła. Mysza długo go nie odwiedzała, a teraz była tu na tak krótko... W końcu o nim zapomni, tak jak Grzesiek i Jurek, których nie widział od pół roku, a którzy mu obiecali codzienne odwiedziny. Tak było, kiedy tylko im powiedział o swojej chorobie uniemożliwiającej mu uczęszczanie do szkoły. Wziął leniwie z biurka niebieski długopis i kartkę, która tam leżała. Bardzo mu się nie chciało pisać, ale postanowił, że to zrobi. Zamknął oczy i wyobraził sobie wszystko to, co chce napisać. Już po chwili długopis gryzmolił na kartce, która leżała na jego kolanach.

***

{i}Kiedy coś się kończy, coś się także zaczyna. Nieważne, czy tego chcesz, czy też nie. Nie masz na to wpływu. {/i} A jeśli kończy się życie ziemskie? Przychodzi czas na to wieczne? {i}Nie. Nie ma czegoś takiego. Jest życie i... Potem jest już tylko nicość. Zawieszenie w pustce chaosu. Życie bez życia w niczym. {/i} Niezbyt to rozumiem... Nic się nie robi? {i}Po prostu się jest. I nic więcej... Tylko istnienie. {/i} To co ja tu robię? {i}No właśnie nic... {/i} Przecież z tobą rozmawiam! {i}A kto tak powiedział? Jakże mogę z tobą rozmawiać, skoro mnie nie widzisz? {/i} Ale słyszę! {i}Nie sądzisz, że jesteś wobec tego szalona? Słyszysz coś, czego inni nie słyszą? {/i} Nie słyszą?! {i}Naturalnie. Myślisz, że Rethoni słyszeli, co ja do ciebie mówiłem w zamku? No i zważ na to, że nic nie mówimy. My myślimy... To są twoje myśli, Silthene... {/i} Jak to myśli? {i}Nie wypowiadasz słów. One same się tworzą w twojej głowie. {/i} Nie rozumiem... Chyba... Na pewno... Nie. Nie wiem... Zaraz. Co to są za odgłosy? {i}To odgłosy czegoś, co się może za chwilę zdarzyć. {/i} Wywnioskowałam, że tu nic się nie może zdarzać, bo nic się nie dzieje. {i}Coś się skończyło. Więc się zaczyna coś dziać. Mówiłem ci to już. {/i} Niezbyt rozumiem... nie, zostawmy ten temat już w spokoju! Kim ty jesteś? {i}Niczym... {/i}

Cisza.

{i}Nie ruszaj się. {/i} Silthene trwała w nicości, zawieszona pomiędzy nieznanymi sobie siłami. Coś szło w jej stronę... Nie, leciało... płynęło... Co to jest? {i}Nie ruszaj się. {/i} Ale co się dzieje? {i}I jeszcze się zamknij. {/i} Posłusznie zamilkła. Nie rozumiała tego, co się wokół niej działo. Kroki, szepty...

— A więc jest — powiedział ktoś; jego głos był dziwny, dobiegał jakby z oddali. At Kiëra uniosła głowę. Miała wrażenie, że patrzy na słońce: widziała biel, niezwykłą jasność. A po jej środku czerń, zamazany kształt, najwidoczniej osoby, która przemówiła.

{i}Nie ruszaj się. I nie wydaj z siebie najmniejszego dźwięku. {/i} Nawet westchnienia? {i}A po co chcesz wzdychać?! Przymknij się po prostu! {/i} Aaaaale śmieeeeszne.

— No dobra — rozległ się drugi głos; ciężki, jakby metaliczny, i pojawił się drugi kształt. — Amrethel.

— A więc umowa stoi.

Silthene zmrużyła oczy jeszcze bardziej.

— Amrethel — powtórzył.

— Amrethel. Ket. — zgodził się drugi.

Silthene poczuła, jak opuszczają ją wszelkie siły. Ból, strach, poznanie, szczęście, smutek, radość, nienawiść, miłość... Była taka zagubiona w bezmiarze uczuć, które wymijały jej ciało i szybowały gdzieś dalej...

***

Czuła się taka... ciężka. Jakby z ołowiu. Na twarzy miała włosy, które ją łaskotały, cisnęły się do ust, nosa i oczu. Zacisnęła mocno powieki. Poczuła na twarzy chłodny powiew, który zostawił na jej wargach coś mokrego. Zwilżyła usta językiem i odkryła, że to coś jest słone. Poruszyła z trudem dłońmi; potarły o drobne grudki. Piasek... I ciepła fala, która zalała jej nogi, a potem odpłynęła, zabierając go. I ten krzyk mew... Krzyk...? Skrzek. Wiatr powiał mocniej. Otworzyła powoli oczy, mrużąc je w oślepiającym świetle. Szum morza... Była nad morzem. W jej ciało powoli wstępowało uczucie lekkości, brutalnie miażdżąc pierwotną ciężkość. Stęknęła i uniosła się na łokciach. Na jej czoło opadła niemal natychmiast kaskada jasnych włosów, które odgarnęła niezdarnym ruchem. Już miała spróbować wstać, kiedy nagle coś do niej dotarło. Fala obmyła jej ciało i wróciła z powrotem do morza. Sil szybko usiadła i od razu poczuła, jak w jej ciało wstępują siły. Złapała swoje włosy i podsunęła pod oczy, aby dokładnie je obejrzeć. Źrenice rozszerzyły jej się ze zdumienia. Jej włosy były białe. Nie w kolorze pomyj, nie te, które miała przez siedemnaście lat. One były autentycznie białe. Błyszczące. Przeraziła się, że się zestarzała. Spojrzała na dłonie — były ładne, zadbane, młode. Dotknęła twarzy, na której nie wyczuła żadnych bruzd. O bogowie... Spojrzała na swoje ciało. Okrywała je tylko biała sukienka, poszarpana i mokra. Krzyk mew. Szum morza. Zakręciło się jej w głowie. Chciała wstać, ale nie mogła. Opadła na twardy, mokry piasek. Fala ponownie zamoczyła jej ciało i odpłynęła. Silthene przewróciła się na brzuch. Zobaczyła przelatującą mewę i — a niech to! — statek! Zmarszczyła brwi. Z tego, co widziała, znajdowała się na małej wyspie z jasnym, czyściutkim piaskiem. Tuż obok cumował olbrzymi, czarny okręt. Zwieszała się z niego lina, zaczepiona o jakiś kołek pośrodku wyspy. Do liny była przyczepiona siatka wypełniona błyszczącymi w słońcu rybami, które otwierały żałośnie swoje pyszczki, zdychając powoli w męczarniach. Usłyszała czyjś śmiech i uniosła głowę. Przy statku, brodząc w przejrzystej wodzie, stało pięciu młodych mężczyzn, odzianych na czarno, próbujących zdjąć ze statku kolejny sznur. Śmiali się i chlapali wodą. Sil wstała, wypluwając piach i otrzepując się. Mężczyźni gwałtownie zamilkli, patrząc na nią. Kilku spojrzało na siebie i zaczęli szybko między sobą szeptać. Zachwiała się na nogach. Jeden szybko do niej podbiegł i złapał, zanim upadła. Straciła przytomność.

***

Silthene dochodziła do siebie, leżąc na twardym łóżku. Czuła miarowe kołysanie i, przypominając sobie odbyte w dzieciństwie podróże i ich właściwości, znajdowała się na statku. Wstała i rozejrzała się po kajucie. Była mała. Stało tu biurko zawalone stertą papierów i jej koja. Na jednej ze ścian wisiał stary, obdrapany obraz, przedstawiający galerę podczas sztormu. Na przeciwnej ścianie wisiało coś, z czego dziewczyna bardzo się ucieszyła, a jednocześnie przestraszyła. Sil podeszła do małego, ubrudzonego śladami brudnych rąk lustra i spojrzała w nie. Niestety, jej oczom nie ukazała się znana dotąd księżniczka Silthene At Kiëra. Nie, ona nie poznała tej twarzy w lustrze. Rysy były delikatne, cera — niezwykle jasna. Oczy błękitne. Na czoło opadał srebrny kosmyk. Jej włosy były proste, białe. Nigdy takich nie widziała. Dotknęła palcami skroni, jakby chciała się przekonać, że to naprawdę ona. Z całą pewnością. Sapnęła ze zdumienia. Czuła się inaczej. Lekko, świeżo. Bogowie, co mi się stało? — myślała gorączkowo. Kim ja jestem? W tej samej chwili usłyszała w swojej głowie znany jej już głos, który poprowadził ją już w zamku, ostrzegając przed Rethonami. {i}Silthene. Jesteś Silthene. {/i} Głosie! — krzyknął jej umysł. Głosie, co się ze mną stało?! {i}Odrzuciłaś swe przyziemne, królewskie nazwisko na rzecz tego, jakie nadali ci bogowie, Sil. Zamaż po wsze czasy w swojej głowie nazwisko At Kiëra, bo już nią nie jesteś. Cała wasza dynastia zginęła, tron pozostaje teraz pusty. Taki był przeznaczony wam koniec... {/i} Jakie nazwisko nadali mi bogowie? Kim ja jestem? {i}Jesteś Silthene Ket Imaril. To znaczy Srebrnowłosa. {/i} Dziewczyna zmrużyła oczy. Co to znaczy? {i}Musiałbym ci wyjaśnić, co właściwie się stało. {/i} — Więc wyjaśnij — powiedziała na głos i niemal zwaliła się z nóg. Przemawiała nie swoim głosem! Ten mogła przyrównać do szeptu traw, dzwonienia dzwonków, do głosu, którego nie znała, ale który mogłaby uznać za głos ucieleśnionych marzeń. {i}Usiądź wygodnie, Ket Imaril. {/i} Usiadła. {i}TAMTEN świat, Silthene, świat dynastii At Kiëra, jest niszczony. Bogowie się pokłócili i efektem tej kłótni było zesłanie do tego świata demonicznych stworów, Rethonów. {/i} Jej ciało zadrżało. {i}Rethoni w ciągu kilkunastu lat wyniszczyli go. Jednym z ostatnich twoich wspomnień jest to, że wślizgnęli się do zamku i zaatakowali, zabijając twoją rodzinę, a później — ciebie. Tak, Silthene ket Imaril, nie wydaje ci się. To nie jest sen. Cząstka ciebie, At Kiëra, umarła, aby mogła odżyć nieznana tobie dusza Ket Imaril. Bogowie obdarzyli cię niezwykłą łaską, dając ci nowe życie w innym świecie. Korzystaj z tego dobrze. Spójrz teraz na swój dekolt... {/i} Sil spuściła głowę. Zauważyła niknący w zagłębieniu piersi łańcuszek. Złapała go i uniosła na wysokość oczu. Róża... Misternie wykonana ze srebra, malutka, ale piękna. Westchnęła.

— Piękne — powiedziała i wzdrygnęła się na dźwięk swojego…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych