Ostatni Raj na Ziemi - Rozdział III
Marcus zabiera Marinę do Raju.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
{i}Rozdział 3{/i}
Obudziło ją lizanie po twarzy. Otworzyła oczy i zamarła na widok ogromnego pyska psa znajdującego się dokładnie nad nią. Wyglądałby jak ogromny husky, gdyby nie jego biała jak śnieg sierść. Niebieskie oczy wpatrywały się w Marinę intensywnie, a ona bała się poruszyć. Nie wyglądał groźnie, kiedy z przekrzywionym łbem i głupią miną stał na jej łóżku, ale wolała zachować daleko posuniętą ostrożność. - Pedro do nogi – Anatola stanęła w drzwiach. – Przepraszam cię Marina, ale jego tak trudno upilnować. Miała na sobie lekkie ubranie w kolorach ziemi. - Pospiesz się. Musimy jeszcze zjeść coś przed wyjściem. Zastanawiała się czy Marcus będzie im towarzyszył. Taki wyciągnęła wniosek z wczorajszej rozmowy i zastanawiało ją, jak człowiek ze skórą tak wrażliwą na każdy dotyk słońca nie obawia się jego działania. Szybko ubrała się, zostawiając kurtkę na krześle, i wyszła za drzwi w poszukiwaniu jadalni. Nie wiadomo skąd pojawił się Nocny i zaprowadził Marinę do sali na samym dole, przez którą weszły wczorajszego wieczoru. Przy ogromnym, prostokątnym stole siedzieli Ludzie Nocy i patrzyli na nią w milczeniu. O dreszcz emocji przyprawił ją widok tylu par kocich oczu, do których ciągle nie mogła się przyzwyczaić. Z końca stołu podniósł się Marcus i skinął na Marinę. Podążyła na wskazane przez niego miejsce, po prawej stronie. - Dla was to śniadanie czy kolacja? – Spytała Anatolę. - Dla Nocnych kolacja, a jeśli już pytasz mieszańca, to właściwie obiad – odpowiedziała po chwili zastanowienia. Marina pochyliła się nad swoim talerzem i szybko pochłonęła posiłek. Nie miała ochoty przebywać w towarzystwie tylu Nocnych dłużej, niż to było konieczne. Domyśliła się, że Marcus wytłumaczył im jej obecność, bo po chwili nikt już nie zwracał na uwagi na jej osobę i przy stole podniósł się gwar. Chwyciła metalowy kubek i pociągnęła spory łuk. Na moment straciła oddech. - Co to jest, do diabła? – Zakrztusiła się. Marcus posłał jej rozbawione spojrzenie. Miała ochotę go zastrzelić. - To wino pędzone z naszych specjalnych roślin kwitnących tylko w czasie najdłuższych nocy w roku. Smakuje ci? – Anatola zrobiła całkiem niewinną minę, ale w oczach miała iście szatańskie błyski. - Ten spirytus nazywasz winem? – Nie mogła wyjść z podziwu dla jej ignorancji. Roześmiała się. - Kwestia przyzwyczajenia. U nas nawet niemowlęta to piją. Marina spojrzała na nią przerażona, ale ona nie miała zamiaru wyjaśniać, więc doszła do wniosku, że przesadziła, żeby zrobić na niej wrażenie. Podsunęła jej kubek. - No to do dna. Za naszą sprawę – wzniosła toast. Rzuciła Marinie spojrzenie złapanego w pułapkę zwierzęcia, ale po chwili dumnie uniosła głowę i wypiła wino. Po raz kolejny stwierdziła, że dziewczynka ma charakter. Zastanawiało ją czy odziedziczyła go po ojcu. - Chyba zwymiotuję. Marina ujrzała, jak Anatola robi się zielona i właściwie została opluta wymiocinami. Zrywając się od stołu, przewróciła krzesło. - Och ty! – Ryknęła i wszystkie kocie oczy spojrzały w jej stronę. Marcus, któremu nie umknął najmniejszy fragment owej wymiany zdań miał dziwną minę i cały aż trząsł się od tłumionego śmiechu. Po chwili doszedł do siebie i wydał polecenie, żeby przyniesiono dla Mariny czyste ubranie, więc uznała posiłek za zakończony i podążyła za młodą kobietą do pokoju, w którym spędziła noc. Nie minęło pół godziny, kiedy weszła Anatola. - Przepraszam – bąknęła. Marina przemyślała całą sytuację i nie miała zamiaru się gniewać. - Smakowało ci? – Posłała jej triumfujący uśmiech. Dziewczyna zmrużyła oczy, ale odwzajemniła uśmiech. - Następnym razem się nie nabiorę. - Mam nadzieję. Podeszła do Mariny i pomogła zawiązać bluzkę na plecach. Spojrzała w wypolerowany metal udający lustro. - Chyba nie najgorzej – stwierdziła. - Lepsze to niż ubranie w ciapki. Złapała się za brzuch. - Co? – Przyprawiła tym Marinę o chęć ucieczki. – Znowu? Rzuciła się do drzwi i po chwili słychać było donośny odgłos wymiotowania. Marina miała nadzieję, że tym razem dziewczyna zdążyła do ubikacji. Poczuła litość i wyrzutu sumienia, ale przynajmniej miała pewność, że niemowlęta na pewno nie piją tego świństwa. Kobieta, która przyniosła jej ubranie, sprowadziła ją na dół, lecz tym razem zeszły poniżej poziomu ziemi. - W dzień mamy swoje sposoby na przemieszczanie się po mieście. Znajdowały się w starej stacji metra, którego Słoneczni nie używali od czasu wielkiej wojny. Ludzie Nocy musieli doprowadzić je do porządku, bo na peronie stał krótki pociąg. Podeszła do Marcusa rozmawiającego z Nocnym, którego widziała już w noc zabójstwa. - Tomasz przyniósł ważne wiadomości – oznajmił. Tomasz skinął głową. - Szuka cię cała policja – uśmiechnął się złośliwie. – Jesteś dla nich bardzo cenna. - Po nitce do kłębka – wzruszyła ramionami. – Ale chyba nie znajdą mnie tak łatwo. - Wiedzą, że jesteś u nas, a przynajmniej tak podejrzewa twój przyjaciel, który kazał ci przekazać, żebyś wracała, bo jesteś mu potrzebna. - Marcin – westchnęła. – Lekarz, z którym pracuję – wytłumaczyła zaciekawionemu Marcusowi. – To on powiedział szefowi policji o Anatoli. - Zdrajca? – Marcus uniósł brwi. - Raczej głupiec. - Uważaj, bo ambitni głupcy bywają niebezpieczni – ostrzegł. - Gdzie Anatola? – Zainteresowała się. - Nie jedzie. Źle się czuje. - Mam nadzieję, że jej nie zaszkodziłam – zmartwiłam się. - Nic jej nie będzie – powiedział uspokajająco. – Chodźmy już. Tomasz został na stacji, a Marcus z Mariną w towarzystwie jeszcze kilku osób wsiedli do pociągu. - Czeka nas dwugodzinna podróż – Marcus usadowił się na wygodnej kanapie. – Proponuję, żebyś się przespała, bo prawdopodobnie zostaniemy tam jakiś czas. - Zabierasz mnie tam na kilka dni? – Ten człowiek potrafił ją zaskoczyć. – Ale ja nie mam ze sobą żadnych rzeczy do przebrania. Uśmiechnął się widząc, że wyprowadził ją z równowagi i wskazał znajomą torbę stojącą obok kanapy. - Moi ludzie przynieśli trochę twoich ubrań. Skrzywiła się. Żeby to zrobić musieli wejść do biura. Już nigdy nie poczuje się w pełni bezpieczna, wiedząc, że koś może wejść do mieszkania o każdej porze dnia i nocy. - Mam nadzieję, że Anka ich nie zobaczyła – mruknęła pod nosem.
Delikatne szarpanie za ramię wyrwało ją z drzemki. To Marcus nachylał się nad nią. - Jesteśmy na miejscu. Wyjrzała przez okno. W końcu jakieś krajobrazy. Wyjechali na otwartą przestrzeń. Słońce osiągnęło zenit, więc oprócz jednego okna, wszystkie pozostałe zaciągnięte były grubymi, czarnymi kotarami. Przez moment nie mogła oderwać wzroku od okna. Nigdy w życiu czegoś takiego nie wiedziała. Oczy Mariny, przyzwyczajone do pustyni, chłonęły teraz każdy, najmniejszy szczegół widoku. Nie było żadnej pustyni, o której z takim przejęciem mówił Lepin. - Tu jest pięknie – aż sapnęła z wrażenia. Zaczynała rozumieć, za co ginęli ci wszyscy ludzie. - Poczekaj aż zobaczysz resztę, a wierz mi, jest co oglądać. Wysiadła z pociągu wprost do zielonego, pachnącego lasu. - Nigdy nie widziałam takich drzew. Skąd to się wzięło? Przecież cała roślinność wyginęła. Tyle pytań cisnęło się na jej usta. Patrzyła na delikatne liście wysokich drzew w pełni rozkwitu i miała ochotę krzyczeć z radości. - Opowiem ci wszystko, ale teraz musimy iść. Podał jej torbę i ruszyli przed siebie. - Jak to się stało, że nie boisz się słońca? Dopiero teraz zauważyła, że szli tylko we dwójkę. Pozostałe osoby zostały w pociągu, w którym przyciemniono szyby. Marcus, z plecakiem zarzuconym na ramię, podążał przodem. - Nauczyłem się tolerować słońce dla mojej żony i dzieci. Nie odwrócił się i więcej już nic nie powiedział. Jego cierpienie było zrozumiałe. Minęło południe, kiedy oczom Mariny ukazało się miasto. Wszystkie domy były drewniane, zbudowane na szczytach drzew, pomiędzy którymi zwieszały się tarasy połączone linami. Ujrzała też ludzi. Zadziwiająca mieszankę wielu narodowości. Od razu wiedziała, że żyją oni zgodnie z naturą, tak samo w dzień, jak i w nocy. Ich włosy miały najprzeróżniejsze barwy, począwszy od bardzo płowego, do kruczoczarnego. Podszedł do nich mężczyzna o ciemnej cerze i czarnych włosach. Wyciągnął do Marcusa rękę. - Przyjacielu – Jego głos pełen był radości. – Jak dobrze cię widzieć. Uścisnęli się. - Roco poznaj Marinę. Pomoże nam. Roco uścisnął jej dłoń patrząc z powagą, a Marina uśmiechnęła się. - Tu jest pięknie – tylko tyle była w stanie powiedzieć. Obaj głośno się roześmieli. - Wybacz to nieokrzesanie, ale ta dziewczyna jeszcze mało w życiu widziała – Marcus mocno klepnął ją w plecy, popychając do przodu. Już miała ochotę zaprotestować, ale zrozumiała, że bezczelnie żartuje. Ciekawa była, czy do tego miejsca dotarły już pogłoski o śmierci najbliższych przywódcy Ludzi Nocy. Sądząc po smutku, jaki malował się na twarzy Roca, kiedy patrzył na Marcusa dotarły na pewno. Taktownie nie wspominał o tym smutnym wydarzeniu. A może znali się lepiej, niż się jej wydawało i po prostu nie musiał głośno wyrażać swojego żalu. Roco zaprowadził ich pod jedno z drzew i windą splecioną z lin wjechali na górę, do wielkiego domu. Gdyby nie widziała na własne oczy, nigdy nie uwierzyłaby, że ktoś może tak mieszkać. Wskazał siedzenie splecione z cienkich witek. - Co to za miejsce? – Spytała zanim usiadła. Uśmiechnął się. - Ostatni Raj na Ziemi. - Nie bardzo wiem, co to jest Raj – nie zrozumiała. Zastanowił się chwilę. - Przed wielką wojną prawie wszyscy ludzie na Ziemi wierzyli w tak zwanego Boga, czyli jakąś siłę wyższą, która nad nimi czuwa. Bóg miał wiele imion i był czczony na różne sposoby. Jedno z wyznań mówiło, że stworzył on Ziemię w siedem dni i pierwszym miejscem stworzonym przez Boga był właśnie Raj, miejsce idealne, pełne zielonych drzew i soczystych owoców, gdzie zwierzęta żyły w zgodzie z ludźmi. Kobieta owinięta kolorowym materiałem przyniosła kubki wypełnione żółtawym płynem. Marinę męczyło pragnienie, ale jedną chwilkę poświęciła na powąchanie obcego napoju i pociągnęła łyk. Miał cierpki, ale orzeźwiający smak. Odprężyła się. - Czy ten sam Bóg stworzył też ludzi? - Ponoć tak. Pismo mówi, że stworzył najpierw mężczyznę, a później z jego żebra powstała kobieta. Jednak później okazało się, że życie na Ziemi powstało w drodze ewolucji i część osób przestała wierzyć w Boga. - Niestety nie wszyscy – wtrącił Marcus. – Wielka wojna rozpoczęła się w imię Boga. Bóg podzielił świat na pół i każda strona chciała narzucić drugiej swoją religię. Robili to w bardzo brutalny sposób. - Skąd to wszystko wiecie? Czuła jak kręci mi się w głowie od tych wszystkich wiadomości. A może to było działanie dziwnego napoju? Roco spojrzał na nią z uwagą. - Myślę, że powinnaś się położyć – powiedział przeczuwając, co się za chwilę wydarzy. - Ale nic mi nie jest – zaprotestowała i za chwilę poczuła jak leci głową w dół. Marcus złapał Marinę w ostatniej chwili, zanim uderzyła o podłogę i straciła przytomność.
Obudziła się parę godzin później. Z okna domku widziała czerwone słońce chylące się nad horyzontem. Czuła się jakby przespała tydzień i w końcu odpoczęła. Rozejrzała się dookoła. Znajdowała się w wielkiej izbie, która stanowiła całość domu. Wszystkie meble były oczywiście z drewna. Plecak leżał na krześle obok. Podniosła się z wygodnego materaca i wyjrzała przez okno. Jeszcze trochę kręciło się jej w głowie, ale było to do zniesienia. Na drugim drzewie dostrzegła Marcusa rozmawiającego z młodą, jasnowłosą kobietą. Chwyciła się liny i niepewnie stanęła na tarasie. Zacisnęła zęby i ruszyła przed siebie starając się za bardzo nie bujać. Nie miała ochoty spaść z wysokości kilkunastu metrów. - Co mi się stało? – Wolała sobie darować wszelkie grzeczności. Kobieta uśmiechnęła się do niej. - Zawroty głowy, delikatne mdłości i omdlenia? – Spytała z uśmiechem. Marina spojrzała na nią uważniej. - Skąd wiesz? - Każdy, kto jest tu po raz pierwszy to przechodzi. To chyba przez to powietrze. - A już myślałam, że to znów przez napój. Marcus uśmiechnął się pod nosem. - To jest Liwie, siostra mojej żony, a to Marina – przedstawił sobie kobiety. - Słyszałam o tobie – powiedziała Liwie, co nieco zaintrygowało Marinę. Nie wiedziała, że jest sławna. – Jesteś chyba jedyną sprawiedliwą policjantką. Uśmiechnęła się w odpowiedzi. - Ludzi mówią o tobie, że jeśli zdarzy się morderstwo, to ty na pewno odkryjesz prawdziwego sprawcę. Miała wrażenie, że próbuje ją ułaskawić, ale zważając na fakt, że była siostrą zamordowanej, wcale jej nie dziwiło, że chciała aby odnaleziono zabójcę. Nie lubiła rozgłosu, a przede wszystkim nie czuła, że robi coś dobrego. Przecież przez cały czas myślała, że to Ludzie Nocy zabili jej rodziców. - Bardzo mi przykro z powodu śmierci twojej siostry i siostrzeńca – wyraziła swój żal, czego nie powiedziała Marcusowi. – Postaram się dołożyć wszelkich starań, żeby znaleźć mordercę. Skinęła głową i wyminęła ich. - Spotkamy się na wieczornym posiłku – rzuciła przez ramię i zjechała na dół. Marina oparła się o barierkę i spojrzała na Marcusa. Jego skóra nabrała złotego odcienia. - Pewny…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil MartaG
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…