Ostatni Raj na Ziemi - Rozdział V
Sprawy znacznie się komplikują.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
{i}Rozdział 5{/i}
Czuła suchość w ustach. Ramię bardzo bolało, a głowa ciążyła niczym ołów. Leżała na czymś miękkim. Było jej ciepło i wygodnie. Spróbowała otworzyć oczy, ale okazało się to zbyt trudne dla wyczerpanego organizmu. - Leż spokojnie Marina – usłyszała znajomy głos. – Wszystko dobrze. Jestem przy tobie. Ponownie zapadła w sen, na granicy którego, wydawało się jej, usłyszała znaczącą groźbę. Obudziła się ponownie i od razu zauważyła za oknem granatowe niebo. Była w domku na drzewie. Od razu poczuła się lepiej. To Peter ją tu przywiózł. Zrobił to ryzykując życie. Musiała go zobaczyć i zadać te wszystkie pytania kotłujące się w mózgu. Chciała usiąść, ale zakręciło się jej w głowie. Spojrzała w bok. Na stoliku przy łóżku stał kubek z orzeźwiającym napojem, którego miała okazję spróbować. Wypiła wszystko i dotknęła zranionego ramienia. Było profesjonalnie opatrzone i nie bolało już tak bardzo. Drzwi otworzyły się cicho i wszedł Marcus. Widząc, że jest przytomna, odetchnął z ulgą. - Będę miał okazję cię zabić – warknął. – Coś ty sobie wyobrażała?! – Zaczął krzyczeć. – Głupia baba! Usiadł na łóżku i przytulił ją nieoczekiwanie mocno. - Głupia, głupia baba – powtórzył cicho głaszcząc po plecach. – Dlaczego to zrobiłaś? Odsunęła się i spojrzała mu w oczy. Nie miała pojęcia, co powiedzieć. Jak wytłumaczyć swoje postępowanie. Na szczęście ponad jego ramieniem dostrzegła wybawienie. Marcus odwrócił głowę i uśmiechnął się. - Poznałaś mojego brata – powiedział. Tego się nie spodziewała. Nie byli do siebie podobni. Marcus nie wypuszczał jej z objęć, a Peter zmarszczył czoło na ten widok. Czuła, jak rumieniec podstępnie wpełza na jej policzki, gdyż nie chciała, żeby wiedział, że łączy ich jakakolwiek zażyłość. Zdrowym ramieniem odepchnęła Marcusa. - Powinnam cię co najmniej uszkodzić – odezwała się sucho. Miała ochotę powybijać mu wszystkie zęby. - Co z Anatolą? – Znalazła neutralny temat. Marcus roześmiał się głośno. - Już nie może doczekać się, żeby cię zobaczyć. Peter podszedł do Mariny i wprawnymi ruchami zmienił opatrunek. - Na razie odpoczywa – wtrącił. – Jak twoje obrażenia? Szybko dotknęła twarzy. - Muszę wyglądać okropnie. Skrzywił się. - Przyniosę ci maść. Odwrócił się i wyszedł, a Marina ze złością spojrzała na Marcusa. - Ciekawa jestem, co jeszcze przede mną ukrywasz? - Naprawdę nie wiem, o co ci chodzi. Jego ręce znowu objęły jej ramiona. Próbowała się wyrwać. Wiedziała, że zachowuje się jak małe dziecko, ale wciąż była roztrzęsiona ostatnimi wydarzeniami. Poza tym potrzebowała poczucia bezpieczeństwa. W końcu skapitulowała i wtuliła się w niego. - Jesteś synem prezydenta. Czuła jak się wyprostował. Zaskoczyła go. - Twój ojciec chce dać prawa mieszańcom. Nie wszystkim to odpowiada, więc utworzyli grupę, która ma za zadanie nie dopuścić do przejęcia władzy przez silniejszych osobników. Raj jest tylko pretekstem, prawda? – Zajrzała mu w oczy. – Oni chcą pozbawić władzy człowieka, którego wybrał cały naród. Myślą, że jak wywołają wojnę, to ludzie odwrócą się od niego. Kto za tym stoi? Spojrzał na nią, jakby zobaczył ją po raz pierwszy. - Nie doceniałem cię – zmarszczył brwi. Roześmiała się ironicznie. - Teraz będziesz musiał potraktować mnie jak najbardziej poważnie, ty szowinisto – odepchnęła go. – A zaczniemy od wyjaśnienia tej sprawy. Odetchnął głęboko. - Piętnaście lat temu mój ojciec próbował sięgnąć po władzę, niestety z bardzo mizernym skutkiem. Był przekonany, że państwu potrzebny jest jeden władca. Nie miał zamiaru wprowadzać dyktatury. Chciał zostać „głosem narodu”, jak to określał. Aby dopiąć swego zrobił jedną, fatalną w skutkach rzecz. Rozpowiedział ludziom o Raju, do którego od jakiegoś czasu przybywali ludzie różnych ras, szukający spokoju i domu po wielkiej wojnie. Kiedy zrozumiał swój błąd, próbował obrócić wszystko w żart, ale wiele osób już mu uwierzyło. - Wtedy to się zaczęło – szepnęła. – Moi rodzice zginęli, bo uwierzyli twojemu ojcu. - Za tą sprawę zginęło wiele osób – uściślił. – Moja żona, moja matka i moja siostra. O mały włos nie zginęła moja córka – żal wyrażał całą tragedię. – Zabierają nam kobiety, bo są słabsze. Łatwiej je zabić. - Kim są ci ludzie? - Słoneczni i Nocni zjednoczyli się pod hasłem „śmierć wszystkim mieszańcom” – usłyszała gorycz w jego głosie. – Większość z nich nie ma pojęcia, że celem jest pozbawienie władzy prezydenta. Myślą, że walczą o swoje prawa do miejsc takich, jak Raj, nie zdając sobie sprawy, że nie ma o co walczyć. Niestety wciąż nie wiemy, kto im przewodzi. Lepin jest tylko wykonawcą rozkazów. - Czyli tylko on może powiedzieć nam, kto jest jego szefem. A twój brat, skąd wziął się u niego? – Zastanowiła się. – Przecież twoją wtyczką był ktoś inny. Przeczesał dłonią włosy, jak zawsze, kiedy czuł się zakłopotany. - Nikt nie zna motywów kierujących Peterem. On jest bardzo skryty. - Ale przecież jest twoim bratem – zdziwiła się. - Tak jakby – jego zakłopotanie rosło. – Widzisz Marino, Peter nie jest taki jak ja. - Masz na myśli, że nie jest mieszańcem? Uśmiechnął się półgębkiem. - Dokładnie tak. Mój ojciec począł mnie poprzez gwałt, ale sumienie nie dało mu spokoju, kiedy dowiedział się, że dziewczyna, którą potraktował w tak okrutny sposób jest w ciąży. Zapewnił mi wszystko, czego mały chłopiec może oczekiwać od życia, oprócz swojej obecności. Pamiętam, jak bardzo zdziwił i rozzłościł go mój awans na przywódcę Ludzi Nocy. Wiedział, że będzie musiał zacząć się ze mną liczyć. Niedługo potem został prezydentem, dzięki temu, że dałem mu swoje poparcie. Chyba chciałem go kupić – parsknął śmiechem. Pochyliła się i dotknęła jego twarzy. Oczy Marcusa stały się czujne. - Przestań się ze mną bawić w kotka i myszkę, Marina – zabrzmiało to jak groźba. Cofnęła się. - Chciałam być miła – poczuła się urażona. - Daj spokój, przecież obydwoje jesteśmy dorośli. Jeśli coś ode mnie chcesz, to możesz to wziąć, chyba, że się boisz – uniósł jedną brew i patrzył na nią wyzywająco. Zadrżała. Tak bardzo go pragnęła. W końcu dotarło do niej, że to myśl o Marcusie pozwalała przetrwać jej te wszystkie upokorzenia, których doświadczyła w kwaterze głównej. Chciała, żeby był ze niej dumny. Tak naprawdę bała się odrzucenia. - Czego ty ode mnie chcesz? – Spytała groźnie. – Co z twoją żoną, czy już o niej zapomniałeś? Widziała, jak puls na jego szyi zaczyna przyśpieszać, jednak twarz pozostawała spokojna. - Kochałem swoją żonę. Wiele nas łączyło i bardzo żałuję, że zginęła. Była moja przyjaciółką i towarzyszką i zawsze będę o niej pamiętał. Czy fakt jej istnienia wyklucza nasz związek? - To zależy – nie dawała za wygraną. – Poza tym jesteś dla mnie za stary. Rozbawiła go. Sama zaczynała dostrzegać swoją głupią upartość. - Ile masz lat Marina? Dwadzieścia sześć? - Widzę, że dobrze przestudiowałeś mój życiorys – powiedziała z przekąsem. Uśmiechnął się. - Wyobraź sobie, że ja mam trzydzieści jeden. Rozdziawiła buzię. - Aż tak staro wyglądam? – Roześmiał się. – To wszystko przez Anatolę. Byłem bardzo młody, kiedy się urodziła. Spojrzał na nią łobuzersko i wstał szybko. - Pójdę już. Odpoczywaj. Później na pewno odwiedzi cię moja córka, więc musisz mieć siłę. - Marcus? Odwrócił się w drzwiach. - Ja cię chcę, tylko mam wrażenie, że nie powinnam tego czuć – wytłumaczyła swoje uczucia najlepiej jak mogła. Powoli skinął głową, jakby się nad czymś zastanawiał i wyszedł bez słowa.
Noc przespała spokojnie, a nad ranem jej stan był na tyle dobry, że mogła zjeść śniadanie ze wszystkimi. Powoli zsunęła z łóżka, czując, że kręci się jej w głowie, ale po chwili opanowała omdlenie i pewnie stanęła na nogach. Kiedy weszła do domku Roca i Taszy, Peter podniósł się na nogi, a Anatola rzuciła się Marinie na szyję. - Uważaj, bo ją przewrócisz – Peter delikatnie odciągnął ją na bok. – Jak się czujesz? Anatola skrzywiła się za jego plecami i wywróciła oczami. Marina miała ochotę parsknąć śmiechem. - Dziękuję, już lepiej – opanowała się i wyminęła go, przytulając dziewczynę. – A ty, jak? – Pogłaskała ją po rudych włosach. Spojrzała na nią z wdzięcznością. - Tata chciał cię zabić za to, że przyszłaś mi na ratunek, ale ja bardzo się cieszę. - Ja też tego nie żałuję, bo teraz jesteśmy tu razem. Usiadła naprzeciwko Marcusa, który przyglądał się jej z takim samym, zamyślonym wyrazem twarzy, jak wczorajszego dnia. W końcu posłał Marnie słaby uśmiech i zajął się jedzeniem. Po posiłku przeszli na taras, gdzie podano napoje. Dołączyła do nich także Emilia i pies – albinos, którego przywieziono z domu Marcusa. Anatola usiadła na drewnianej podłodze i bawiła się z Pedrem. Dopiero teraz Marina dostrzegła, jaka jest wychudzona i blada. Na szczęście nie widać było śladów pobicia, albo czegoś jeszcze gorszego. Cieszyła się, że żaden z ludzi Lepina nie odważył się jej dotknąć. Przeniosła wzrok na staruszkę, która bacznie ją obserwowała. Ściągnęła usta, jakby była niezadowolona z jej postępowania. - Już niedługo nie będzie tu tak spokojnie – Roco wygodnie rozsiadł się na ratanowym fotelu. Zajęli miejsca wokół stołu na podobnych fotelach. Tylko Peter stał przy barierce i patrzył gdzieś w dal. Jego wysoka, szczupła postać wyprostowana była do granic możliwości. Zastanowiło Marinę, skąd u niego to nienaturalne napięcie. Bardzo interesowały ją relacje zachodzące między braćmi. Wyczuwała, że dziwne zachowanie Petera w stosunku do jej osoby wynika z jakieś dziwnej rywalizacji, która na pewno ma już swoją historię. - Za parę dni ściągną tu moi ludzie, więc będzie nas więcej – Marcus chwycił kubek. – Niestety nie na wszystkich mogę liczyć. Parę osób przyłączyło się do Lepina. - Miejmy tylko nadzieję, że jeśli przyjdzie do zabijania, zawahają się. Wstała i podeszła do Petera. Uśmiechnął się na widząc ją. - Co robiłeś w kwaterze głównej? – Postanowiła zapytać wprost. Popatrzył na rozciągający się przed nimi widok na miasto. - Szpiegowałem – odpowiedział. Odniosła wrażenie, że to nie wszystko. Było w nim coś, co nie dawało jej spokoju. - Skąd ten pomysł? Odwrócił się powoli, a jego wzrok przeszywał ją na wylot. Był tak inny od Marcusa, tak zimny i niedostępny. W jego zachowaniu wyczuwało się wyrachowanie i mimo zaufania, jakim darzył go brat, ona nie była w stanie mu uwierzyć. - Powinnaś się cieszyć, że byłem na miejscu – odprawił ją. Najwyraźniej nie miał zamiaru odpowiadać na żadne pytania. Wzruszyła ramionami. - Nikt cię nie prosił, żebyś nas ratował. Jego uśmiech zmroziłby piekło. - Ciebie nikt nie prosił, żebyś pakowała się w pułapkę. Nie wiesz, dlaczego zginęła Amanda, prawda? Miał na myśli pierwsza żonę Marcusa. Odwrócił się na pięcie. - Zapytaj go – zmrużył oczy. – Ciekawe czy później też będziesz miała ochotę tak bardzo chronić Marcusa? Usiadł na krześle i włączył się do rozmowy. Pedro szturchnął Marinę w nogę. - Marina chodź na spacer – roześmiana Anatola oparła się o barierkę. Była zasapana, lecz oczy jej błyszczały. - Powinnaś odpocząć – poleciła, widząc jej zmęczenie, ale od razu się naburmuszyła. - Gadasz jak tata – burknęła. – Czuję się dobrze. - Ale Marina nie – Marcus podszedł do nich tak cicho, że wzdrygnęła się, kiedy stanął za plecami Mariny i położył jej rękę na zdrowym ramieniu. – To ty powinnaś odpocząć. Wyglądasz gorzej od Anatoli. Zupełnie jakby nie spodziewał się oporu, objął ją i zaprowadził przez taras, do domku. Dopiero, kiedy przykrył ją kołdrą pod sam nos, oprzytomniała, ale na protesty było już za późno. Nachylił się jeszcze nad nią i pocałował w czoło, jak małe dziecko. - Odpoczywaj – szepnął, kiedy zamknęła oczy. – Czekają nas ciężkie dni. Usłyszała jeszcze westchnienie i odgłos zamykanych drzwi.
Postawiono kolację przy łóżku, kiedy spała. Skubnęła trochę znajomego owocu i chleba. Patrząc na małą, czerwoną kulkę w ręku nie dziwiła się, że za to miejsce można było umrzeć. Po wielkiej wojnie, kiedy nastała ciemność, ponad połowa ludności wyginęła z głodu. Ci, co przetrwali, nauczyli się szanować każdy kawałek, nawet popsutej żywności. Dlatego z takim entuzjazmem powitano powrót słońca, dzięki któremu rośliny znowu mogły wydawać owoce w ogromnych szklarniach, na które nie żałowano wody. Lecz to miejsce było wytworem natury. Było dzikie i nieokiełznane, co tylko stanowiło pretekst, żeby je zdobyć. Na dworze zdążyło się już ściemnić, ale Marina nadal nie zapaliła świeczki. Patrzyła na szarobure niebo pokryte gęstymi chmurami i biła się z myślami. Musiała porozmawiać z Marcusem, gdyż zaniepokoiły ją jego ostatnie słowa. O czym jeszcze jej nie powiedział? Wiedziała, że ma on swoje sekrety, których nie ma zamiaru wyjawiać, ale szóstym zmysłem czuła, że w jakiś sposób chce je przekazać. Nagle usłyszała uderzenie pod domkiem. Wyjrzała przez barierkę i zobaczyła oddalający się płomień lampy. Ubrała się cieplej, zjechała na dół i podążyła za światłem. Jakby na czas jej wędrówki, chmury rozstąpiły się i na niebie pokazał się księżyc, omiatając swym blaskiem cały las. W ręku trzymała broń przygotowaną na niespodziewany atak. Skupiła wzrok na mdłym świetle co chwilę znikającym za drzewami, aż w pewnym momencie prawie wpadła na Marcusa, który niespodziewanie zatrzymał się na małej polance. Już miała do niego podejść, kiedy zrobił to ktoś inny. Na ten widok zaklęła pod nosem i zaczęła się po cichu wycofywać. Niespodziewanie poczuła na swych ustach czyjąś dużą dłoń. - Cicho, to tylko ja – usłyszała szept Petera. Odetchnęła z ulgą. - Co tu robisz? – Spytała zdziwiona. - To samo, co i ty. Szpieguję swojego brata. Widząc jej zakłopotanie uśmiechnął się lekko. - Nie wiedziałaś, że Marcus jest zdrajcą? – Przysunął się bliżej i wskazał na Lepina, z którym rozmawiał przywódca Ludzi Nocy. To słowo nie mieściło się jej w głowie, kiedy patrzyła na tą scenę. Nie słyszała głosów. Widziała tylko spokojną postawę Marcusa i pełne frustracji gesty Lepina. - Już wcześniej wiedziałem, że zdradził – Peter sączył do ucha jadowite słowa. – Dlatego tu jestem. Mój brat oszukał najbliższych, stanął naprzeciw rodziny, a nie z nią. Nie jest już jednym z nas. Spojrzała na jego zaciętą twarz, lecz nadal nie rozumiała, jaki Marcus miałby w tym interes. Dlaczego narażałby życie córki? - Nie wierzę ci – powiedziała w końcu, mimo że zaczynała mieć wątpliwości. Powoli docierał do niej sens słów Petera. Zrozumiała, dlaczego Marcus nie chciał, żeby ratowała Anatolę. Jeśli współpracował z Lepinem, to nic by się jej nie stało. Nie mogła uwierzyć, że tak się dała nabrać. - Marino, to przykre dla ciebie wiedzieć, że Marcus stoi za tym wszystkim – Peter zrobił…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil MartaG
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…