Wróć do katalogu

Ostatni sen Ptasznika

Opowiadanie SF w klimacie "Post-Rydzyk Cyberpunk".

rootsrat, opublikowano , 20 min czytania, 4,5 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

{b}. OSTATNI SEN PTASZNIKA .{/b}

Kilka elegancko ubranych osób przyglądało się w milczeniu leżącemu na łóżku mężczyźnie. Łóżko było wysunięte z głębi jednej z kilkudziesięciu szuflad, równomiernie rozłożonych na ścianach pomieszczenia przypominającego nieco kostnicę. Mdłe światło lamp rtęciowych rzucało upiorny blask na nagie ciało. Klatka piersiowa unosiła się i opadała miarowo, a do żył na rękach mężczyzny podłączone były kolorowe przewody, niknące w mroku szuflady. Jego głowę otaczała opaska Mind Playera. Jedno oko przysłaniał mikroprojektor urządzenia, natomiast gałka pod drugą powieką poruszała się nieustannie. Mężczyzna ewidentnie znajdował się w fazie głębokiego snu. Jako pierwsza ciszę przerwała jasnowłosa kobieta.

.oOo.

Biegłem. Zdawało mi się, że całą wieczność. Wąska, metalowa rampa zawieszona wysoko nad kanałem uciekała spod moich stóp, a stukot ciężkich butów odbijał się echem od ścian wznoszących się po obu stronach. Wysoko w górze granat wieczornego nieba kontrastował z szarością betonu. Rampa ciągnęła się prosto przez jakieś sto, może dwieście metrów, po czym znikała za ostrym zakrętem. Zaczynałem odczuwać brak sił. Zaryzykowałem szybki rzut oka za siebie. Dwóch ścigających mnie facetów zmniejszało odległość. Nadludzkim wysiłkiem przyspieszyłem kroku. Zakręt był coraz bliżej. Nagle coś z tyłu trzasnęło głucho. Niemal w tym samym momencie spory kawałek betonu odpadł ze ściany obok, pociągając za sobą kaskadę białego pyłu. Padł drugi strzał i tym razem usłyszałem świst plazmy tuż kolo ucha. Udało mi się dobiec do zakrętu, zanim wystrzelono po raz trzeci. Z ulgą pokonałem ostry łuk i wpadłem prosto w pustkę. Rampa była zerwana tuż za rogiem - jej część musiała przerdzewieć i zapaść się. Zdążyłem tylko krzyknąć i runąłem wprost w płyciznę kanału, jakieś piętnaście metrów w dół. Poczułem serce w gardle… ...i otworzyłem oczy. Uniosłem soczewkę mikroprojektora i zamrugałem, odzyskując ostrość widzenia. Następnie wyciągnąłem z ucha igłę złącza, po czym zdjąłem z głowy Mind Playera. Lekka dezorientacja jak zawsze minęła po kilkunastu sekundach. - I jak preview? – zapytała młoda kobieta siedząca w fotelu za biurkiem. - W porządku, Moni – odparłem. Przez moment miałem uczucie déjà vu. – Daje radę, wezmę. Gość połamał sobie kręgosłup, ale przeżył, mówisz? Jestem pewien, że znajdę kilku masochistów, którzy będą chcieli za to zapłacić. - Michał… Uważaj na siebie. Ostatnio podejrzanie często kręci się tu KSP. Widziałam też paru tajniaków bez koloratek. Mam zamiar zmienić miejscówkę. Chyba przeniosę się bliżej centrum okręgu. - Nie boisz się konkurencji? – zdziwiłem się. Monika była zazwyczaj ostrożna, nie lubiła ryzyka. - Wolę bać się konkurencji niż pancernych koloratek – na jej twarzy przez chwilę zakwitł uśmiech. – Tę pierwszą zawsze można wykończyć. Czarny rynek rządzi się swoimi prawami, szczególnie w naszej branży. Przecież nie muszę ci tego mówić. - Nie musisz – zgodziłem się. Wiedziałem, że Kościelne Służby Policyjne składały się z doskonale wytrenowanych oddziałów. Kościół katolicki, który dawno temu wyszedł poza sferę duchową i stał się organizacją polityczną, a w 2032 roku przejął władzę w ogarniętym powiększającym się kryzysem państwie, bardzo dbał o poziom szkolenia nowej policji. Pancerne koloratki, czyli wyszkoleni klerycy, którzy zastąpili standardowe jednostki prewencyjne i porządkowe, nie miały sobie równych pod względem umiejętności bojowych. - Najdalej za tydzień już mnie tu nie będzie. Za gorąco się robi. - Ile za ten dream? – poklepałem leżący obok Mind Player. - Jak dla ciebie czterdzieści. Plus dzisiejsza noc dla mnie, włączając w to kolację przy świecach i opróżnienie butelki wina z niesyntetycznych winogron. Co ty na to? Zapadło milczenie. Nie musiałem odpowiadać. Zmierzch sączył się do pokoju przez duże okna, zatapiając pomieszczenie w półmroku. Dziewczyna posłała mi powłóczyste spojrzenie spod kaskady blond włosów i zamrugała niemożliwie długimi rzęsami. Nie, zdecydowanie nie musiałem odpowiadać. Po prostu uległem. Jak zawsze, przez całe dwa lata naszej znajomości. Nie wiem, dlaczego do tej pory nie byliśmy razem. Chyba obydwoje zbytnio ceniliśmy niezależność i swobodę. Poza tym, gdybyśmy stworzyli związek z prawdziwego zdarzenia, ciężko byłoby nam ze sobą handlować nielegalnymi projekcjami. Chociaż z drugiej strony… Gdyby połączyć dostawców Moni z moimi koneksjami wśród odbiorców dreamów, moglibyśmy rozkręcić razem niezły biznes. Kobieta wyrwała mnie z zamyślenia dotykając lekko dłoni. Nawet nie widziałem jak podchodziła. Kiedy tylko chciała, potrafiła się skradać jak kotka. Po kolacji na zmianę kochaliśmy się i przysypiali, dopóki blady świt nie zajrzał w okna apartamentu. Wtedy zasnęliśmy na dobre, wtuleni w siebie; szczęśliwi, zmęczeni i zupełnie nieświadomi nadchodzącej tragedii.

.oOo.

Promienie słońca padające na łóżko zbudziły mnie koło południa. Po cichu wygrzebałem się spod kołdry, starając się nie obudzić Moniki. Odwróciła się tylko na drugi bok i westchnęła lekko przez sen, a jej włosy rozlały się po poduszce jasną falą. Wziąłem szybki prysznic i ubrałem się, pakując przy okazji do plecaka wkładkę z nagraniem. Na parter zjechałem windą. W jej drzwiach minąłem się z trójką facetów w długich, czarnych płaszczach. Nie mieli koloratek, ale zdecydowanie wyglądali na tajniaków z KSP, o których wspominała wczoraj kobieta. Gdy zniknęli w windzie, momentalnie dopadłem drugiej kabiny. Chwilę musiałem odczekać, zanim zjawiła się na dole. Podjechałem na piętro poniżej apartamentu mojej wspólniczki i wszedłem po schodach na górę, zachowując czujność. Drzwi do mieszkania były lekko uchylone. Wślizgnąłem się do środka. Ostrożnie stawiałem kroki, posuwając się powoli w głąb przedpokoju. Nagle z sypialni dobiegł mnie urwany krzyk, zmieszany z brzękiem tłuczonego szkła. Wpadłem tam jak burza, wyciągając z kieszeni płaszcza mały pistolet plazmowy. Wielkie okno znajdujące się na ścianie naprzeciwko wejścia było rozbite. Na zewnątrz kołysała się w powietrzu Ważka – smukły i zwrotny pojazd, służący do transportu niewielkich oddziałów KSP. Z pokojem łączyła ją dość szeroka, wysuwana rampa, po której dwóch facetów w płaszczach wynosiło nieprzytomną Monikę. Trzeci właśnie wznosił pistolet do strzału. Uskoczyłem za fotel stojący obok, a w miejscu, gdzie przed chwilą stałem, dywan zamienił się w parującą, zieloną papkę. Odczekałem kilkanaście sekund, a gdy spodziewane kolejne strzały nie padły, ostrożnie wychyliłem głowę. Zobaczyłem tylko jak ostatni z napastników znika we wnętrzu Ważki, a ta wznosi się pionowo w górę, wciągając jednocześnie rampę. Odważyłem się wyjść dopiero kiedy huk silników zginął w codziennych odgłosach Miasta. Zakląłem szpetnie i sprawdziłem mieszkanie. Wszystkie pomieszczenia były w nieładzie. Tajniacy ewidentnie czegoś szukali i widać było, że znają się na swojej robocie. W ciągu tych kilku minut dokładnie przeczesali cały apartament, na który składały się sypialnia, łazienka, pokój dzienny oraz kuchnia. Nie byłem pewien czy znaleźli to, za czym węszyli, ale przypuszczałem, że nie – skoro zabrali Moni żywą. Jeszcze raz przeszukałem mieszkanie – tym razem dokładniej – licząc na jakieś poszlaki, jednak bez powodzenia. Zrezygnowany wymknąłem się z budynku i skierowałem swe kroki do pobliskiej speluny.

.oOo.

Knajpa nazywała się “Ostatnie namaszczenie” i była obskurna. W ciemnym, zadymionym wnętrzu powietrze zdawało się ciężkie i gęste. Barman skrzypiał nienaoliwionymi kończynami i co rusz mylił się przy nalewaniu trunków. Sala mieściła kilkanaście stolików, z których zaledwie parę było zajętych przez pojedynczych klientów. Z ukrytych gdzieś pod sufitem głośników sączył się stary jak świat jazz. Coltrane, o ile dobrze rozpoznałem charakterystyczny saksofon. Zamówiłem syntetyczne piwo i oparłem się o stojącą obok baru maszynę do spowiedzi. Była nieczynna. Pęknięty ekran nie wyświetlał żadnego obrazu, a materiał pokrywający klęcznik był brudny i potargany. W miejscach takich jak to raczej mało kto z nich korzysta, skonkludowałem. Większą popularnością cieszyły się na ulicach i w urzędach, gdzie skatolicyzowane i zindoktrynowane społeczeństwo mogło się natychmiast wyspowiadać, czy to w nagłym wypadku, czy po prostu kiedy czuło taką potrzebę. Wystarczyło wcisnąć przycisk i konspiracyjnym szeptem powierzyć automatowi swoje winy. Konto bankowe delikwenta natychmiastowo pomniejszano o adekwatną do popełnionych czynów kwotę, zgodnie z cennikiem ustalonym przez Kościół. Następnie ze slotu pod ekranem wylatywała mała, plastikowa karta, która potwierdzała uzyskanie rozgrzeszenia – co przydawało się na przykład podczas obowiązkowego cotygodniowego nabożeństwa, na którym nieobecność była karana grzywną. Barman postawił przede mną piwo. Było całkiem smaczne, jak na syntetyk. Zastanawiałem się, czego mogły szukać Służby u Moniki. Jedyne, co mi przychodziło do głowy, to nielegalne nagrania. Miałem jednak pewne wątpliwości. Wykorzystanie Ważki wskazywało na powagę sprawy. Normalnie zgarnęliby ją do radiowozu i zawieźli na najbliższy kaplicariat. Tam - przesłuchali i wypuścili, z braku dowodów. Jak zawsze. Monika dobrze wiedziała, jak się wybronić z takich sytuacji. Nie, to musiało być coś poważniejszego niż zwykły nalot w celu konfiskaty dreamów… Czy jest coś, o czym nie wiedziałem? Może wplątała się w jakieś niebezpieczne interesy? Całkiem możliwe. To by tłumaczyło nagłą decyzję o przeniesieniu biznesu bliżej centrum okręgu. Poczułem się nieco zawiedziony. Ba, zdradzony nawet! Żachnąłem się. Myślałem, że mówiła mi o wszystkim, a jednak miała swoje tajemnice. Usiadłem przy jednym z wolnych stolików w najciemniejszym końcu sali, wyciągnąłem comdeva – poręczne urządzenie, łączące w sobie cechy starych telefonów komórkowych, palmtopów i kilku innych podobnych gadżetów - i powoli sącząc piwo, wykonałem kilka połączeń. Miałem wtyki tu i ówdzie, a kilka osób było mi dłużnych przysługi. Tak…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych