Wróć do katalogu

Ostatni z rodu - rozdział 1

Zagrożenie ze strony planety-wędrowca, która zagraża zamieszkanej planecie. Wyprawa mająca na celu ocenić przydatność tego kawałka skały do celów wydobywczych nieoczekiwanie przekształca się w misję ratunkową dla dawno wymarłego - jakby się zdawało -

neweta, opublikowano , 20 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Prolog System Czarnej Mgławicy został odkryty w sposób zupełnie przypadkowy. Zdarzyło się mianowicie, że jeden ze statków – przetwórni, które operowały w tym rejonie, pozyskując cenne gazy z mgławic, stracił sterowność i wszedł w gęsty obłok mikrometeorytów. Jednostka została bardzo dotkliwie uszkodzona, awaria groziła rozszczelnieniem grodzi i śmiercią całej załogi. Ekipa, która ruszyła na ratunek do wnętrza mgławicy, odkryła przy okazji gwiazdę i kilka okrążających ją planet. Gwiazda świeciła na tyle słabo, że nie rozświetlała swym blaskiem mgławicy, ale też na tyle jasno, że na dwóch z sześciu planet panowały warunki sprzyjające rozwojowi życia. Jedną z nich nazwano Varanger, na cześć okrętu, który przyczynił się do jej odkrycia i ludzi, którzy na nim zginęli, druga zaś otrzymała nazwę Euripik. Wszystkie planety systemu Mgławicy zostały skatalogowane, opisane i niemal natychmiast zapomniane. Przez dziesiątki lat mało kto zapuszczał się w tamte rejony – dostępu skutecznie broniło pole mikrometeorytów, zdolne przerobić na sieczkę kadłub każdego statku. Matką wynalazków jak zwykle okazała się potrzeba. Na jednej z planet systemu Yarboo ciśnienie demograficzne osiągnęło punkt krytyczny – część ludności należało przesiedlić na inną planetę i to szybko. Wówczas przypomniano sobie o Euripik. Varanger musiała najpierw zostać poddana terraformowaniu, ale i to było do zrobienia – z odpowiednimi funduszami. Pieniądze wkrótce się znalazły, a wkrótce także i sprzęt, który oczyścił wąski korytarz z kosmicznego śmiecia, by mogły przezeń przelatywać okręty. Statki kolonizacyjne od czternastu lat znajdowały się w przestrzeni, wioząc tysiące ludzi do ich nowych domów na nowym świecie. Oczywiście, wszyscy zostali poddani hibernacji, jedynie nieliczna załoga pozostawała w stanie częściowego czuwania. Czternaście lat temu flotylla opuściła Yarboo i nadszedł wreszcie końcowy etap wyprawy. Rozpoczęły się procedury powolnego wybudzania ludzi z kriosnu, hamowania olbrzymimi silnikami, wchodzenia na orbitę, transportu ludności i sprzętu, koniecznego by nowa kolonia szybko stała się samowystarczalna. Nikt nawet nie podejrzewał, że w trzewiach jednej z planet spoczywa groza, mogąca postawić pod znakiem zapytania istnienie całej ludzkości. Od tysięcy lat uśpiona i nieświadoma. Czekająca, by się uwolnić.

Rozdział pierwszy Istnienie starożytnych ruin w zasadzie nie zdziwiło profesora Ingvila Lindstrema. Bardziej zadziwiający byłby raczej ich brak. Opłaciło się czternaście lat hibernacyjnego snu: oto na planecie Euripik w układzie Mgławicy natrafiono na kolejne dowody istnienia obcych cywilizacji. Profesor był przekonany, że im więcej takich znalezisk, tym bliższa chwila odnalezienia żywych przedstawicieli obcego gatunku. Kilka tygodni zajęło ekipie profesora Lindstrema skompletowanie sprzętu, roztasowanego podczas załadunku po ładowniach różnych statków kolonizacyjnych i narzekanie na biurokratyczny bałagan. Potem naukowcy musieli jeszcze poczekać na wybory do nowych władz, by uzyskać pozwolenie na prowadzenie wykopalisk. W końcu, po trzech miesiącach oczekiwania, mogli ruszyć do pracy. Miasto zachowało się w zaskakująco dobrym stanie, biorąc pod uwagę upływ czasu. Dwa rzędy murów zaporowych wciąż powstrzymywały napływ piasku z pustyni, choć w kilku miejscach erozja wiatru i deszczu dała im się zdrowo we znaki. Budynki wewnątrz murów miały kopulaste dachy i wysokość nieco ponad metr. Wszystkie wyglądały tak samo, we wnętrzu każdego z nich znajdowało się wejście do korytarza, prowadzącego w dół. Wyglądało na to, że właściwe miasto znajdowało się pod powierzchnią. Naukowcy rozłożyli sprzęt i rozpoczęli badania. Do spenetrowania tuneli postanowili wykorzystać niewielkie, specjalistyczne roboty wyposażone w kamery i czujniki. Niektóre korytarze były zasypane, inne natomiast bardzo wąskie – służyły zapewne jako kanały wentylacyjne. Dzięki robotom uczeni odkryli kilkanaście komór różnej wielkości – niektóre z nich pewnie stanowiły spichlerze, ale ich prawdziwego przeznaczenia można się było jedynie domyślać. Absolutną pewność powinni uzyskać dopiero po przeprowadzeniu szczegółowych badań. Ruiny na Euripik różniły się od innych, znajdowanych od setek lat na innych światach. Oczywiście między nimi wszystkimi występowały różnice – w końcu zamieszkiwały je istoty o odmiennej fizjologii i przystosowaniach, istoty, które wyewoluowały niezależnie. Było jednak coś, co łączyło wszystkie stanowiska ksenoarcheologiczne na wszystkich niegdyś zamieszkanych planetach. Mianowicie to, że wszystkie te gatunki istot inteligentnych zniknęły mniej więcej w tym samym czasie. Jakby w pewnym momencie ktoś dał sygnał do wymarszu – zamykamy interes, ostatni gasi światło. Żadne z dotychczas odnalezionych i rozszyfrowanych zapisów nie wspominały o przyczynach tego exodusu. Musiały one być bardzo poważne, skoro dotknęły kilkunastu planet jednocześnie. Odpowiedź na pytanie, co spowodowało zniknięcie wszystkich tych cywilizacji była bardzo istotna – kiedyś w końcu mogą pojawić się takie same zagrożenia, który postawią pod znakiem zapytania istnienie ludzkości. Naukowcy nawet nie zdawali sobie sprawy, jak ważne jest to zagadnienie. Euripik wyróżniała się spomiędzy całego szeregu planet między innymi tym, że znajdujące się na jej powierzchni ruiny nie zawierały żadnych przekazów, choćby nawet najprostszych naskalnych rytów. Wszędzie indziej znajdowano fragmentaryczne zapisy na różnorakich nośnikach: od inskrypcji w kamieniu po kości pamięci holograficznej. Poziom skomplikowania formy zapisu świadczył jednocześnie o poziomie zaawansowania cywilizacyjnego danego gatunku. A ten na ogół był dość wysoki. Na Euripik – nic. Nagie ruiny. Żadnych inskrypcji, żadnych przekazów w jakiejkolwiek formie. Poza tym na innych światach znajdowano urządzenia i sprzęty –w większości, niestety, tylko ich pozostałości. Nierzadko zastosowane technologie wprawiały w podziw nie tylko ksenoarcheologów, ale i inżynierów. A na Euripik znowu nic – zarówno na powierzchni, jak i pod ziemią. Przynajmniej jak dotąd naukowcy niczego nie znaleźli. Nie pozostawało im nic innego, jak dalej szukać. Czegokolwiek. Co o byłych mieszkańcach mówiły im same ruiny? Korytarze miały najwyżej półtora metra wysokości, a więc ich budowniczowie nie mogli mieć więcej. Budynki na powierzchni miały najwyraźniej za zadanie tylko skrywać wejścia do tuneli, a więc nie były domami mieszkalnymi. To komory, połączone siecią korytarzy stanowiły miasto. Ciężko było cokolwiek powiedzieć o ich życiu. Jak nazywali samych siebie? Swoje miasto? Swoją planetę? W co wierzyli? Jakie mieli obyczaje, tradycje? Jak wyewoluowali? Jak żyli? Pytania, pytania, pytania. Wprost idealnie dla ciekawskiego człowieka.

Po kilku miesiącach żmudnych badań ekipa Lindstrema trafiła w końcu na coś interesującego. Nowo odkryta komora miała w przybliżeniu kolisty kształt i wysokość około dwóch metrów – inaczej niż te odkryte dotychczas, które były dość niskie, choć niemal tak samo rozległe. Jej sklepienie było dodatkowo wzmocnione przez grube filary, co również zaskakiwało – żadna inna komora takowych nie posiadała. Kamery robota przekazały naukowcom obraz kilkunastu obiektów, rozmieszczonych pionowo na obwodzie komory w regularnych odstępach. Nieco większy obiekt znajdował się pośrodku, w pozycji poziomej. Wyglądało na to, że postawiono go tam celowo, raczej nie był jednym z tych stojących pod ścianami, który mógł się przewrócić pod wpływem ruchów tektonicznych. Poza tym za jednym z filarów robot znalazł coś w rodzaju drzwi – okrągły, zamknięty otwór w ścianie. Niestety, maszyna nie zdołała się temu bliżej przyjrzeć, ponieważ w pewnym momencie natrafiła na jakąś przeszkodę i zwyczajnie się wywróciła. W dodatku tak pechowo, że jedna kamera uległa uszkodzeniu, a obiektyw drugiej został skierowany w sufit. Profesor Lindstrem, jako kierownik badań, podjął decyzję o wykopaniu korytarza do owej komory, by z bliska przyjrzeć się jej wyposażeniu. Postanowił, iż w tym celu zostanie wykorzystany jeden z już istniejących tuneli, odpowiednio poszerzony i zabezpieczony przed zawaleniem. Znalazło się wielu kolonistów chętnych do zarobienia paru kredytów, tak więc prace postępowały stosunkowo szybko. Kilka tygodni później korytarz był już gotowy. Profesor Lindstrem, uzbrojony w latarkę, wszedł jako pierwszy. Kilkoro jego asystentów ostrożnie wsunęło się za nim. Światła latarek zatańczyły na ścianach, suficie i podłożu komory. – Dajcie tu agregat i lampę! – polecił Lindstrem, kiedy potknął się o przewróconego robota. Profesor podszedł najpierw do leżącego obiektu. Miał on kształt zbliżony do prostopadłościanu, około dwa metry długości oraz półtora szerokości i metr wysokości. Ostrożnie oczyścił fragment jego powierzchni z grubej warstwy kamienia. Użył do tego celu specjalnie zaprojektowanego skalpela sonicznego, rozbijającego kamień na miałki, łatwy do usunięcia proszek. Oczom profesora ukazała się ciemnoszara powierzchnia, gładka niczym szkło i chłodna w dotyku niczym lód. Oczyścił jeszcze fragment, ale wyglądało na to, iż jest to jednolita bryła. – No, dobra – oznajmił profesor i rozejrzał się. Generator zasilający lampę buczał cicho, a jej światło rozpraszało półmrok. – Do roboty! Naukowcy i studenci, każdy uzbrojony w skalpel, zabrali się za oczyszczanie każdy swojego kawałka powierzchni. Przypuszczenia profesora okazały się słuszne. Obiekt rzeczywiście był jednolitą, gładką bryłą, bez żadnych załamań, zarysowań czy pęknięć. Jakby wykonano go zaledwie przed godziną, a nie setki tysięcy lat temu. Proste linie i kąty. Piękny w swej prostocie. Do czego mógł służyć – któż to wie? Może do obrzędów religijnych? Albo do rzeczy, jakie nikomu nawet nie przeszły przez

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych