Wróć do katalogu

Ostatnie życzenie

Dzień z życia weterana

bushmaster, opublikowano , 12 min czytania, 3,8 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Marek niedospanym wzrokiem spojrzał na brudny ekran, trzymanego na kolanach, laptopa. Skrzynka pocztowa po którejś z rzędu próbie otwarła się, obwieszczając nadejście kilku nowych wiadomości. Mężczyzna, nie przeczytawszy ich odłożył komputer na stół i spokojnym krokiem przeszedł z werandy do kuchni, lekko odbijając się po drodze od drewnianej framugi przeszklonych drzwi. Kuchnia była niewielkim pomieszczeniem, skromnie urządzonym w ciemnym, opalanym drewnie. Znajdowało się tam też kilka nowoczesnych akcentów; mikrofalówka, stalowa, niezabudowana lodówka i sporej wielkości ekspres do kawy. Właśnie to ekspres sprowadził mężcyznę do kuchni. W pomieszczeniu roznosił się zapach świeżo zaparzonego naparu. Zapach na tyle mocny, iż świadczący o silnym uzależnieniu kogoś pijącego tak mocną kawę. Zaraz obok parującego urządzenia znajdował się zlew, w którym to walały się nieumyte naczynia i jedna rozbita szklanka. Z tym niezbyt przyjemnym bałaganem kontrastował widok z dużego okna, mieszczącego się bezpośrednio nad zlewem. Widać było przez nie łąkę, gdzieniegdzie naznaczoną kępami krzewów i niższych drzew. Polanę przecinała polna drogą, kończąca swój widoczny bieg w równej granicy wysokiego, sosnowego boru. Marek nalał sobie kubek kawy i powrócił na werandę. Oparł się na drewnianej, szorstkiej poręczy i spojrzał niedzisiejszym wzrokiem na las. W ustach wciąż czuł smak alkoholu, sam już nie wiedział, czy jest to coś rzeczywistego, czy też zmaterializowanie jego pragnienia. Mark miał w domu mnóstwo alkoholu; wysokoprocentowych, drogich, kolorowych butelek. Najbardziej miał jednak ochotę na kilka łyków prostego piwa, z Polski bądź Czech, byle byłoby ono zimne i mokre. Mężczyzna spojrzał na zaniedbany komputer i pomyślał, iż jeśli w najbliższym czasie nie opuści domu, choćby na chwilę, to nie wytrzyma i pójdzie zrobić sobie drinka. Nie mógł sobie jednak pozwolić na kolejny, wyrwany z życia dzień. Tym razem musiał coś zrobić. Z przedpokoju wziął kluczyki do auta i zostawiwszy na werandzie włączonego laptopa, odpalił terenowe suzuki, zaparkowane na trawie przed jego domem. Marek czuł się fatalnie, po przejechanie kilkuset metrów stwierdził, że nie jest w stanie prowadzić, a organizm domaga się snu. Oczy sklejały mu się z wielką, niezależną od niego siłą. Słońce raziło niemiłosiernie, a okulary, które zawsze mieściły się w schowku, gdzieś przepadły. Po kilkunastu minutach katorgi dojechał wreszcie do miasteczka. Niezdarnie zaparkował przed barem szybkiej obsługi, omal nie ścinając hydrantu. „Oj, nie jest dobrze!”- pomyślał Mark wychodząc z auta i wybuchnął nienaturalnym śmiechem. Znów lekko zataczając się, mężczyzna wszedł do baru i usiadł na starym fotelu, przypominającym wiekowe siedzenia w autobusach.

W barze przy ladzie właśnie zamówienie składała matka z dwojgiem dzieci. Kobieta naraz rozmawiała przez telefon, trzymała szamoczące się młodsze dziecko oraz układała na tacy hamburgery, frytki, a także olbrzymi kubek kawy. Podziękowawszy skinieniem głowy sprzedawcy, ujrzała wtaczającego się do sklepu mężczyznę. Na oko miał on jakieś czterdzieści lat. Ubrany był w skórzaną, czarną kurtkę i sportowe, górskie spodnie w kolorze khaki. Na twarzy widać było kilkudniowy zarost. Mężczyzna był ewidentnie pijany, lecz kiedy niezdarnie usiadł na fotelu blisko drzwi, w jego ruchach widać było jakąś godność, do zniszczenia której potrzeba by z pewnością więcej, niż alkoholu. Nieznajomy stanowił niewątpliwie intrygujący widok, lecz po kilku minutach pilnowania energicznych dzieci, dla matki siedzący kilka stolików dalej czterdziestoletni alkoholik nie miał już żadnego znaczenia. Od opiekowania się dziećmi, które z lubością jadły hamburgery, ale unikały sałatki, narzekając na jej obrzydliwy smak, kobietę oderwał lekko uniesiony głos mężczyzny. -Czy masz blade pojęcie, kim ja jestem? Zapytał on jakby od niechcenia, rozglądając się po lokalu. Schludnie ubrany człowiek wyglądający na właściciela lokalu zaczął coś cicho mówić. Kobietę zdziwił jego ton- był on może nie uległy, lecz wycofany i jakby, opiekuńczy. Sprzedawca spokojnym głosem odwodził klienta od pomysłu zakupu piwa. -Czy w takim razie, jak pójdę do sklepu za róg i wrócę z własnym piwem w puszce, to wyrzucisz mnie z knajpy?- zapytał mężczyzna przerywając sprzedawcy. Pomimo słów, które wypowiadał, ton jego głosu był bardzo obojętny. Nie było w nim ani odrobiny pychy. -Nie sir, nigdy nie wyrzucę Pana z mojego baru- odparł sprzedawca, po czym zrezygnowany odszedł od stolika. Kawa, lejąca się po stole z kubka przewróconego energicznym machnięciem ręki dziecka oderwała matkę od przyglądania się sytuacji.

Mark spokojnie przyglądał się lokalowi, niejako kontemplując tępe pulsowanie w głowie i ogólne uczucie wyniszczenia organizmu. Wiedział o tym, że kilka miejsc dalej siedzi matka z dwojgiem dzieci. W najmniejszym stopniu go to nie interesowało, choćby z tego powodu, że przy matce siedziała dwójka chłopców, a sam był ojcem dziewczynki. ( Spokojny, odrętwiający nastrój przerwało mu coś, co sprawiło, że natychmiastowo (zanim pomyślał o tym, co widzi), jego nogi zmieniły się w watę, po czym serce zaczęło nieregularnie podskakiwać. Pod tym względem Mark dobrze znał swój organizm, jeszcze zanim uzmysłowił sobie to, co widzi, wiedział, że za chwilę w całym ciele poczuję przyjemny luz, a w tle słyszeć będzie miarowe bicie pobudzonego adrenaliną serca. Przyczyną zwierzęcej reakcji jego organizmu było to, że matka nagle wzięła sterczący z sałatki widelec i przebiła nim opartą o stół dłoń kilkuletniego dziecka. Mark, po kilku sekundach krytycznego odrętwienia zerwał się na równe nogi. Widział wszytko dokładnie; niemy ból na oczach dziecka i skurcze uszkodzonych nerwów, wyginających spazmatycznie jego ranną kończynę. Drugie dziecko patrzyło na to z szeroko otwartymi ustami. Matka po chwili bezruchu, zaczęła przekręcać widelcem wbitym w dłoń chłopca, co u każdego…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych