Pamiętnik Adama Jowialisa
Druga część opowiadań pt. ,,strach zagląda w oczy".
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Pamiętna noc z 24 czerwca na 25 czerwiec. Późnym wieczorem w budynku katechetycznym, który znajduje się obok zboru trwało wystąpienie pastora parafii w Greisbergu wielebnego Romualda Leffera. Na jego wykładzie zgromadziła się pokaźna liczba uczestników w liczbie 70. Ludzie wsłuchani w słowa pastora ,z coraz większym skupieniem i grozą wpatrywali się w jego oblicze. Byłem też tam i ja, zwykły śmiertelnik Adam Korfanty Jowialis. Nie przypuszczałem że ta noc zostawi w mojej pamięci takie wspomnienia. Wróćmy jednak do konkretnych wydarzeń jakie wydarzyły się tej pamiętnej nocy. Sam wykład wygłoszony przez pastora miał traktować o zniekształconej moralności na przestrzeni wieków a zwłaszcza u progu XIX wieku. Pastor jednak już od dłuższej chwili schodził z tematu i zaczynał napiętnować grzechy jakim ulegają mieszkańcy, wytykał im po kolei wszystkie ułomności, które usłyszał na spowiedzi, ale nie odnosił się do konkretnych osób. Ludzie ledwo nadążali z pojmowaniem,tym bardziej że pastor znowu zmienił nieco ton i temat, powodując wśród zebranych gości niemały postrach i wzburzenie. -Piekło naprawdę istnieje-grzmiał pastor z ambony. Musimy stać na baczność i uważać by nie wpaść w sidła szatana, który krąży szukając kogo pożreć. Kręcący się do tej koło ambony kościelny podszedł teraz do niej i zaczął szukać czegoś w podręcznych notatkach plebanach. Tymczasem on nie zważając na tą zaistniałą sytuację mówił swoje. -Jeśli mi nie wierzycie spytajcie starego Wodzyńskiego, on miał do czynienia z nieczystymi siłami a swojego czasu był jednym z najlepszych egzorcystów. Większość ludzi wpatrywała się w kapłana ze strachem a także napięciem i ciekawością co dalej powie. Jeszcze nigdy nie widzieli go w takiej formie, często przemawiał w transie, ale jeszcze nigdy z taką zawziętością, z taką werwą. Co niektórzy poczęli jednak wychodzić z kościoła zniecierpliwieni wysłuchiwaniem tych niedorzeczności (użyto łagodnych określeń). Zauważyłem że pastor w tym dniu miał niedobrą cerę, być może poprzedniego dnia dostał jakiegoś zatrucia pokarmowego. Po skończonym kazaniu pleban poszedł z kościelnym oraz dwoma ministrantami do zakrystii. Był to dość duży stary ceglano - kamienny budynek połączony z nowo wybudowanym zborem. Gdy zabrakło pastora oniemiali ludzie siedzący do tej jak posągi w ławkach zaczęli w coraz większym pośpiechu wychodzić z domu katechetycznego. Ja także nie czekając dłużej udałem się kierunku spowitej ciemnościami zakrystii w celu załatwienia pewnej sprawy oraz zaznajomienia się z ciekawymi poglądami pastora, jako że naówczas dopiero co wróciłem z zagranicznych wojaży ciekawiły mnie wszelkie przejawy nowych prądów w nauce i moralistyce. Otworzyłem ciężkie dębowe drzwi i wszedłem do środka. Jako że w pomieszczeniu tliła się tylko jedna duża świeca, niemal po omacku zbliżyłem się do plebana. -Ale macie tu ciemno jak w d..- w ostatniej chwili powstrzymałem się.-Nie działa wam elektryczność czy co? - uśmiechając się uprzejmie odezwałem się powtórnie. -Proszę sobie nie drwić z duchownego. Dzisiaj mamy pełnię... Nie rozpoznał mnie od razu, skrzywił tylko twarz w potwornym grymasie i zaczął nad czymś rozmyślać. Pastor był już wiekowym starcem a z uwagi na to że ze wsi wyjechałem dobre dwadzieścia lat temu, zapuściłem gęsto brodę oraz zakupiłem elegancki frak miał do tego prawo. Zresztą pastorowi w pamięci bardziej utkwili rabusie, którzy podpalili jego plebanię niż młody nieopierzony zawadiaka ciągle kręcący się koło pustelni dziadka Romana. -No i co z tego. -Światła muszą być pogaszone, poza tym oszczędzamy prąd. -Widzę że się tu wiele zmieniło od mojej ostatniej wizyty. -To ty młody Jowialisie?- ochrypłym głosem odezwał się do mnie wielebny.. -Tak to ja. Po chwili zastanowienia odezwał się nieco dziwnym głosem. -Po co przybyłeś. Nie ma tutaj miejsca dla takich jak ty. Zdziwiły mnie te słowa, chociaż i tak nigdy w młodości za mną nie przepadał (w przeciwieństwie do pustelnika)to teraz przeszedł samego siebie. -Tutaj dzieje się zło, wracaj skąd przybyłeś-kontynuował. Nie zrozumiałem wtedy jego aluzji i kontynuowałem moje wywody. -Ja chcę tutaj zostać a niech tego przejawem będzie chęć założenia rodziny.Już teraz pragnę by moja rodzina była normalną rodziną o standardowym wzorze 2+1+1, czyli ja z żoną,dziecko i pies. -A masz już żonę-odezwał się pastor. -Nie,właśnie tu jest pies pogrzebany.Szukam kandydatki na żonę,ale mam z tym niemałe problemy. -Najwyższa pora się ustatkować.-odezwał się kościelny. -Tak, mam już czterdzieści lat i chciałbym się w najbliższym czasie ożenić. Czy ojciec prowadzi jakieś kursy przedmałżeńskie czy porady rodzinne? -Nie teraz, jestem już zmęczony proszę przyjść jutro, to pogadamy. -Ja panu pomogę, proszę na bok - odezwał się cicho kościelny. -Kursu ksiądz pleban już nie będzie prowadził.Znudziło mu się. -Szkoda. -Niech się pan nie martwi, mój dziadek prowadzi pewne kursy, które nomen omen dotyczą wielu ciekawych zagadnień, sam nazywa je tajnymi kompletami,są oczkiem w jego głowie. Prowadzi szkoły rodzenia, naucza tam sporo o życiu w małżeństwie, seksie oraz etyce w biznesie. -Może coś z tego będzie. -Ooo..tak, tym bardziej że po skończonych wykładach dziadek wydaje odpowiedni papier. -Ile dziadek ma lat skoro pan ma pięćdziesiątkę na karku. -No, dziadkowi stuknie wnet setka. -Musi mieć końskie zdrowie, a tak w ogóle muszę panu podziękować. Jest pan dla mnie taki miły. Kościelny pokiwał lekko głową z aprobatą. -To wystarczy ?-podałem mu flaszkę. -Może nie wystarczyć. -Co chcesz jeszcze buziaka? -Miło by było. Wtedy pod wielkim zdumieniem wystawiłem w jego kierunku gały. -Żarty się ciebie trzymają panie kościelny. -Tak mnie wychowywali rodzice. Mój dom był chałupą gdzie żarty i zabawa była na porządku dziennym (czyt. na pierwszym miejscu). Okres komuny wymagał aby człowiek się rozwijał w oderwaniu od szarości dnia codziennego, aby nie sczeznął doszczętnie. Pamiętam kolejki kiedy mama stała za mięsem,które było poszukiwane przez mamusie jak złoto w rzece przeszukiwane jest przez traperów, gaz przez Rosję czy trufle przez ryj świński. Gdy mamie udało się chwycić chociaż trochę podgardla albo karczek na jej twarzy gościł uśmiech jakby wygrała w totka. W domu zawsze z tych smakołyków starała się robić papkę wymieszaną z grysikiem.Co to był za przysmak!Ale wracając do tematu; to ludzie w tamtych czasach snuli się po ulicach jakby zostali wyrwani prosto z sennego koszmaru. Bezdomni pchali wózki z podartymi ubrankami.Stare kobiety kulały na jedną nogę. Dzieci chodziły usmarkane. Większość ludzi żyła na prochach. Eternit, ebonit i skażone odpadki walały się po ulicach. Nawet pogoda nie nastrajała pozytywnie, często kapał deszcz, niebo było przykryte ciemnymi chmurami. Słońce wyszło dopiero w dniu pierwszych demokratycznych wyborów czyli 4 czerwca 1989 roku. Obecnie jesteśmy w Unii, żyje się dobrze, Niemcy siedzą dość spokojnie, ale niestety Rosja postradziecka ciągle nam się dobiera do dupy. -Proszę ciszej panie Kościelny jesteśmy przecież w miejscu świętym. -Duchy wychodzą z grobów-odezwał się pastor, który zaczął wychodzić z zakrystii tuląc do siebie jakiś podręczny zbiór ksiąg.. Trzasnęły drzwi. Pastor opuścił budynek.
-Słuchaj pan, niech pan już sobie idzie, ale proszę uważać, tutaj po zmroku dzieją się dziwne rzeczy. Jeśli pan natrafi na czerwonego kapturka albo na wilka to proszę uciekać co sił w nogach i płucach.-Kościelny skierował się w kierunku kotary ,która zasłaniała dalszą część zakrystii. -No jasne, będę czujny -rzekłem na odchodne i udałem się po omacku w kierunku wyjścia. Wychodząc z zakrystii zobaczyłem że wśród ciemności w pewnym oddaleniu od zboru iskrzy się światło, najprawdopodobniej ktoś oświetlał sobie drogę pochodnią bądź lampą oliwną. Teren wokół zboru porośnięty był lianami, wierzbami oraz różnymi krzakami; wszędobylska była zwłaszcza tarnina, tylko gdzieniegdzie obszar stawał się znośny i przeistaczał się w dzikie pastwiska i nieużytki. Teren o tyle był niebezpieczny że na pokrytej gruzem drodze oprócz wystających korzeni często wystawały także duże kamienie. Pod tymi kamieniami zaś często legowiska miały żmije.
Pośrodku zakrzaczeń niedaleko drogi wznosił się stary olbrzymi dąb. Niektórzy opowiadali naówczas że w znajdującej się w nim dziupli widywali wystającą łeb starej wiedźmy, która podobno ukryła tam nieprzebrane skarby.
Nagle z dachu zakrystii cicho zleciało jakieś duże ptaszysko i runęło w moim kierunku.W ostatniej chwili uchyliłem głowę. -Co za wstrętne ptaszysko-powiedziałem do siebie i zszedłem po kamiennych schodach.
Rozejrzałem się dobrze po okolicy. Zauważyłem że obok domu katechetycznego i zboru połączonego z zakrystią wybudowano nową plebanię. W czasie mojej nieobecności we wsi zmieniło się wiele.Moją uwagę przykuły zwłaszcza ruiny starego domu pustelnika,znajdującego się kiedyś za plebanią Dom pustelnika przypominał mi zawsze czas dziecięcej radości i uśmiechów,ale i horror młodzieńczych lat. W tamtych czasach w tym budynku mieszkał bowiem pustelnik, który był dla większości dzieci jak rodzony dziadek. Z uwagi na to że wcześnie straciłem rodziców zostałem umieszczony w bidulu, znajdującym się w jednej ze starych kamienic w centrum wsi. Nie było mi tam jednak dobrze i często uciekałem, wówczas to pustelnik przyjmował mnie pod swój dach. Stary dziadziu od dziecka się ze mną bawił, pocieszał w chwilach smutku, później zaś chodził ze mną na polowania, jeździł konno, uczył zielarstwa. Bawił się także z innymi dziećmi,ale od czasu gdy zginęło dwoje dzieci padł blady strach na wieś.Podejrzenia od razu skierowane zostały na starego pustelnika.Presja na ukaranie ,,winnego'' była tak wielka że kilku chłopów dokonało na starcu samosądu.Lincz wywołał u jednych poklask u innych skrywane oburzenie.Ja sam nigdy nie uwierzyłem w jakakolwiek winę eremity. Wielebny, który przybył tutaj po śmierci pustelnika kazał zburzyć pustelnię,a pustelnika pochować pod starym grabem na skraju lasu. Często później ludzie opowiadali że jakoby przebywając w okolicy tego miejsca czuli się nieswojo.
Ale hol,hola powrócę może do mojej opowieści. Na czym to ja skończyłem...Aa no właśnie gdy się tak rozglądałem nagle usłyszałem jakieś szmery dobiegające z plebanii. Ruszyłem w tamtym kierunku. Już trochę poniewczasie schowałem się za murem, zobaczyłem bowiem że otwierają się drzwi i z wnętrza budynku wychodzą dwie postacie jedną z nich był pleban. Drugą osobą okazał się być nadworny architekt plebana Franciszek Boriolczyk, który miał wykonać dla niego zdobną boazerię na plebanii. W zasadzie nic nie słyszałem oprócz ostatniego echa rozmowy. -Wynagrodzenie otrzymasz po skończonej robocie-rzekł pleban. -Daj Bóg a już jutro zacznę pracę nad tym dziełem. Pleban na odchodne go jeszcze pobłogosławił i udał się z powrotem na plebanię. Ja tymczasem zacząłem się przesuwać się wzdłuż ściany w kierunku dużego okna znajdującego się w salonie. Miałem zamiar opuścić to miejsce, ale pragnąłem jeszcze zobaczyć jak teraz się prezentuje wyposażenie salonu pastora. Nagle moją uwagę pochłania co innego.Głównym wejściem ze zboru cicho wychodzi pewien koleś ubrany w habit z naszytym kapturem na głowę, być może jest to jakiś zakonnik. Czuję się coraz bardziej niepewnie, momentalnie nieruchomieję, serce zaczyna mi bić coraz szybciej. Zakonnik niesie zapaloną świecę. Chowam się za filarem. Słyszę jakieś głosy, lecz nie mogę odgadnąć ile ich jest i skąd dochodzą. Chyba zaczynam tracić zmysły, coraz obficiej zaczyna spływać po mnie pot. Zakonnik, który przedtem jeszcze kręcił się koło zboru, nagle gdzieś zniknął. Co nie nastraja mnie pozytywnie Idąc wzdłuż ściany przesuwam się na tył plebanii. Nie czuję się zbyt komfortowo, teren usiany jest różnego rodzaju odpadkami i gruzem. Gdzieś w oddali pohukuje puszczyk czy inna sowa a w głębi wsi szczekają psy. Na starej zrujnowanej latarni znajdującej się z tyłu plebani włącza się światło. Jestem nieźle przerażony, gdyż wokół latarni kręci się jakiś gościu, który na nieszczęście akurat zmierza w moim kierunku a w dodatku lekko się zatacza i majaczy coś pod nosem. Chociaż jest dość widno gdyż święci księżyc, to jednak od czasu do czasu pojawia się mgła, która zmniejsza widoczność Dodatkowo wzmaga się wiatr i jest coraz to chłodniej. Bardziej jednak teraz niepokoi mnie ,,panicz'', który jakby przyspieszył znacznie kroku. Jest on na tyle blisko że mogę zauważyć u niego postępujące objawy trądu. Mam w tym nieco doświadczenia, bo będąc kiedyś w odwiedzinach u swego przyjaciela na misjach zetknąłem się z łagodnym objawem tej choroby. Trędowaty zatrzymuje się,po czym rozgląda się wokoło.Czuję że zaraz spojrzy też w moją stronę..I jak na zawołanie koleś udając przy tym jakąś niewinną owieczkę czy dziewicę spogląda w moim kierunku. Nie podoba mi się wyraz jego twarzy, na której widać grymas ni to bólu ni to rezygnacji.Widać że coś przeżywa.Mruży oczy, próbując mnie jakby dojrzeć w tej ciemności. Najbardziej przerażają mnie jednak w nim jego czarne oczy, w których odbija się ulotność ludzkiego życia, nicość a nadto głód, pożądanie.Na szczęście w razie jakichkolwiek problemów mam w kieszeni sztylet, którego nabyłem swego czasu w Indiach, a do dzisiaj jest on niezastąpiony. Piękna rękojeść tegoż sztyletu zdobiona jest kością słoniową a oprawiona skórą krokodyla, Ostrze zaś wykonane zostało ze stali szlachetnej podwójnie hartowanej. Na sztylecie widnieje wizerunek złotego rajskiego ptaka... Na niebie pojawiają się chmury i przysłaniają powoli księżyc. Nasz bohater opowiada dalej swoją historię.. ..
Wycofałem się spokojnie na główną drogę, z uwagi na znaczne pokrycie terenu gruzem zrobiłem to bardzo powoli, dwa razy zastanawiając się gdzie powinienem położyć stopę, aby jej nie urazić o wystający gdzieś kamień. Natomiast mój ,,współtowarzysz'' nic sobie nie robiąc z trudności stąpał po drodze jak meserszmit. Zatrzymałem się, wyciągnąłem sztylet i krzyknąłem w jego kierunku. -Czego chcesz przybłędo. Jeśli potrzebna ci pomoc to ja ci nie pomogę, lepiej będzie jak każdy pójdzie w swoją stronę.
Wtedy zesztywniałem. Ten z pozoru chory żebrak na moją odpowiedź otworzył szeroko ,,pysk" i wystawił w straszliwym grymasie zęby przypominające piłę do drewna( a może do mięsa).Trząsłem się na całym ciele jak osika, serce łomotało mi w piersi jak oszalałe. Odwróciłem się i ruszyłem pędem przed siebie. Stwór pozostawał w tyle. Dobiegłem do starego baobabu o rozłożystych konarach i dużej dziupli, która służyła jako otwór wejściowy. Niestety owa dziupla była przyparta drewnianymi drzwiami, które były zaryglowanie od środka(kłódka też była przy drzwiach, ale tak rozszabrowana że do niczego się nie nadawała. Jednak ja się nie poddałem. Jestem w końcu Adam Kosanty Jowialis..... Zacząłem pukać a później walić w nie pięścią i przy tym przeraźliwie zawodzić, prosząc o ratunek i zmiłowanie. Gdy już straciłem wszelką nadzieję i zawodziłem nad moim żałosnym końcem, nagle po drugiej stronie słyszę szmer i odgłos odsuwanego rygla. Drzwi ustępują i staje w nich mały człowieczek. Nic nie mówiąc jednym ruchem reki zaprasza mnie do szybko do środka po czym równie szybko rygluje drzwi. Wygląd karzełka nie jest zbyt przyjemny. Pod zmierzwioną brodą kryją się zepsute zęby a z nosa co chwila wisi mu flegma. Ma na głowie brudną szarą czapkę a na sobie zatęchłe staromodne ubranie. Pomieszczenie w dziupli jest dość obszerne i zajmuje jakieś trzy metry kwadratowe(!) Znajduje się tam mały stoliczek, coś na kształt kuwety, łóżeczko oraz niewielki barek. Krasnal musi przecież coś pić. -Spocznij mężu- gospodarz wskazał na swoje niewielkie łóżko. -Dlaczego mnie nie wpuściłeś. -Musiałem się upewnić. -Co do czego. -Czy to ty jesteś tym wybranym. Nie skończył jeszcze tych słów a drzwi się zatrzęsły pod czyimś ciężarem. -Co się dzieje-spojrzeliśmy sobie po oczach. -Znalazł nas a teraz próbuje drzwi wyważyć- krasnal wydawał się spokojny, ale w jego głosie dało się zauważyć zniecierpliwienie. -Kim on jest. Spojrzał gdzieś w przed siebie i zaczął recytować jakiś fragment czytadła które dobył spod łóżka. Pod drzwiami wzmogło się przerażające skomlenie, które z minuty na minuty było coraz bardziej żałosne. Karzeł zaczął nucić szamańską pieśń: -Jest jak wrzód Jak mara senna Wciąż krąży Czy zdąży czy pożre mnie -Co u diabła ty mówisz krasnalu? -Cicho. -Co on kurwa robi? -Skrobie po drzwiach. Wtedy przerażający krzyk wdarł się do dziupli. -Upolowali go. Nastała cisza. -Wloką go po ziemi.Słyszysz? -Co kurwa?..Kto to mógł zrobić.Kto był taki dobry? -Próbował się tu dostać za wszelką cenę.Wiedział że go otoczyli. -Przerażasz mnie. -Na jego nieszczęście ONI postanowili wyjść na kolacje akurat o tej porze. -Nie rozumiem, mów jaśniej. -Opiekowałem się nim, często go przyjmowałem w swojej dziupli, ale gdy zszedł na złą drogę musiałem zerwać z nim braterską więź. -Jaką konkretnie złą drogę masz na myśli? -Zarazę, która niszczy nie tylko ciało, ale i duszę. -Czyli znałeś tą szkaradną istotę? -Tak to był kiedyś mój przyjaciel. -A Kim są ci ,,łowcy" -Zobaczysz, ich podczas biesiady.
Tutaj przerywamy pamiętnik, który jest niemal ,,naocznym opowiadaniem''.Pan Jowialis z uwagi na upojenie alkoholowe nie pamięta niektórych szczegółów a pisana przez niego historia jest w tym momencie tak chaotyczna że darujemy ją sobie. Postaramy się ją streścić korzystając jednak z urywków jego niebywałego dzieła. Więc kontynuujmy. Krasnal i Jowialis chwilę patrzyli w siebie, po czym zaczęli nucić jakieś przygodne pieśni. Gospodarz zaprosił wtedy gościa na skromny poczęstunek; z barku wyciągnął kawałek kiełbasy oraz alkohol własnej roboty. Po dłuższym delektowaniu się pysznościami, nieco już podpity wędrowiec zagaił do dziadka. -Powiedz mi kurd-uplu. -Cooo...? -Mieszkałem tu prawie osiem lat. Czy dużo się zmieniło odkąd wyjechałem,a wyjechałem dwadzieścia lat temu. -Dużo się zmieniło i to na złe. -Oj..jojoj. -Muszę wejść na drugie piętro po schodkach, ale w takim stanie nie wiem czy podołam. Będziesz mnie musiał asekurować. W pniu były przymocowane drabinki które prowadziły w górę. -Powinienem nakarmić mojego drugiego gościa. Krasnal wziął bochenek chleba oraz kawał sera i począł piąć się ku górze. Pan Jowialis niezdarnie go asekurował. Krasnal znalazł się na górze, po nim wdrapał się Pan Adam -Co to za niebiańska istota- odezwał się Jowialis -To moja pacjentka, jest lekko ranna. -Ładna. Dziewczyna lekko uśmiechnęła się pod nosem. -Chyba śpi...Kolację zostawimy jej na tym pniaczku. -Co się jej stało. -ONI próbowali się do niej dobrać. -Ostre słowa. -Teraz spróbujemy wyjść na platformę widokową, gdzie znajduje się wyjście z naszej dziupli. Gospodarz i Jowialis wdrapali się na drabinę i mozolnie udali się w planowane miejsce. -Przeczekamy tutaj do czasu gdy pojawią się nasi gwiazdorzy. -Spójrz tam, ktoś idzie z pochodnią. -schowajmy się, to stary grabarz Jan Modil, którego dusza nie zaznaje spokoju. -Wiem że popiłem i nie wyrażam się zbyt jasnoo.. ale powiedz mi co miałeś na myśli mówiąc że jestem tym wybranym. -Stare legendy głoszą że pokonasz krwiożercze krasnale. -Takie jak ty., -Nie jestem krasnoludkiem, to picie tak mnie skurczyło. -Jestem śpiący, zdrzemnę się chwileczkę. -Dobra śpij, ja zostanę na czatach. Wędrowiec usnął. Gospodarz, który widniał w pamiętnika Jowialisa jako Crepheranhko Wokhi..toriynko, a którego dla wygody i dla jaj nazwaliśmy Czepanko Wykastranko również walczył z błogim snem. Zdarzyło mu się nawet kilka razy przysnąć, ale jako wytrawny, wychowany w buszu men na którym spoczywał spory ciężar odpowiedzialności nie dał sobie w kaszę dmuchać i postanowił pokazać na co go stać.....i mężnie trwał na posterunku. Po pewnym czasie nastała wreszcie chwila na którą wszyscy czekamy. Wykastranko który lekko przysnął nagle się ocknął. A gębę która ukazała brak zębów otworzył w kierunku Jowialisa -Wstawaj! zaczyna się. O co ci chodzi, nie czuję się najlepiej, zostaw mnie ... -Dodałem do alkoholu pewien specyfik ,który osłabił nasze zmysły i świadomość. -Po kiego czorta. Gospodarz nic się nie odezwał, obrócił tylko głowę w kierunku doliny. -Ja nic nie widzę. -Popatrz tam.-pokazał paluchem na skraj parku, gdzie ktoś kiedyś ustawił rozlatującą się ławkę. -Nic nie widzę. -Masz osłabione zmysły.Mój specyfik działa, a poza tym drzewa rzucają cień. -Ktoś chyba siedzi na ławce. -A jednak go zauważyłeś. To coś wstało z ławki po czym wyszło z cienia i zaczęło przesuwać się w ich kierunku. Po czym zatrzymało się na niewielkiej łące i zaczęło się rozglądać to raz w prawo to raz w lewo. -To jeden z NICH. -Z NICH..? -KRWIOŻERCZY KRASNAL. -To jest jakiś wieśniak. -Nie, nie.. Ja go poznaję to żarłoczny TATUŚ BATKO. Ja to widzę..już go Otoczyli. Po tych słowach gospodarza jak na zawołanie zaczęli wychodzić z buszu jakieś ludki czy gobliny. Jeden z nich niósł dużą pochodnię. Następni dwaj za nim na palach nieśli upolowaną sarnę oraz jakąś martwą szkaradę. -O matko! jak on wygląda,przecież ta jego twarz wyjęta jest żywcem jak z koszmaru, jest tak strasznie zniekształcona i zmasakrowana. -Jowialis mimo upojenia alkoholowego był nieźle roztrzęsiony. -To krwiożercze hominidy, które w procesie ewolucje wykształciły nieco odmienny tok postępowania od ludzkiego.-Ten z pochodnią to smakosz. Grupa niewielkich dzikusów zaczęła się zbliżać ku BATKO, który szykował już ognisko. Wtedy Jowialis zobaczył twarz TATUSIA BATKO. Nie była tak okropna jak tamtego, ale za to była strasznie zarośnięta a spod obfitych wąsów wystawały obrzydliwe zębiska. Po chwili ognisko rozpaliło się na dobre, hominidy usiadły wokół BATKO, który do nich przemówił: -Wiecie że jestem dla was jak ojciec i matka. -Taak..- wzdłuż doliny niósł się ponury głos wydobywany z kilkunastu gardeł, a wydawałoby się jakby wydobywał się z kilku tysięcy. Jeden z trolli zaczął tańczyć w rytm jakiejś złowrogiej muzyki wokół ogniska. Otaczały go zajadające się mięsem inne krasnale. -Baaba ilu kanoea si eylte nuerueve.- BATKO ciągnął w jakimś nieznanym narzeczu. Po chwili bezsensownego klecenia uspokoił się i zniknął gdzieś w wiecznych odmętach starodawnej świątyni boga plubobliu.. Wtedy jeden z mniejszych krasnali zamienił się w czarne obrzydliwe ptaszysko i odfrunął. Wśród hominidów pojawiło się niezłe zamieszanie i powiało grozą. -Lepiej się schowajmy, żeby przypadkiem nas nie wypatrzyli, zmysły mają świetnie wyostrzone.-odezwał się gospodarz. Na szczęście jutro nie będzie po nich żadnego śladu. Noc była niespokojna. Co rusz słychać było godowe wrzaski, potworne mlaskanie krasnali czy świstanie wiatru. Jowialis ledwo spał usnął tylko na godzinę a obudził się już o czwartej o świcie. Gospodarz zapakował mu do przygotowanego tobołka nieco sucharów i starego sera. -Mam..y wobec ciebie plany. Liczymy na ciebie. -Wróciłem do miejsc mojego dzieciństwa, niestety widzę że są one pod wpływem niezbyt czystych sił. Krasnale, zjawa wyglądająca jak mnich, jakaś zaraza, to jest nie na moje siły. -Jesteś naznaczony -Coś ci się musiało pomieszać. -Nie, nie.. ty dobrze o tym wiesz -Przyjmijmy że może masz rację. To jaka jest moja rola,c o mam robić.. -Więcej ci już nic nie powiem. Musisz znaleźć .... -Kogo..? Wykastranko wziął po raz wtóry jakiś stary urywek papieru i zaczął wyczytywać z niego jakieś bazgroły. -Był ból gdy wychodził z łona urodziła w tym miejscu go ona Skalany nie czyście złym przykładem Przejęty do głębi swym stanem Ukojenie ratunkiem jego Nieprzytomny z przerażenia jak dzieciak Miejsce tak działa na niego W piersi jego wyryło znak Niezmordowany Joachim S.
Ps. Dwa razy powtórz te słowa To morze nie pojawi się ONA
-Kim jest ten Joachim S. -Nie wiemy o nim…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Gregorz Pietrzak
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…