Wróć do katalogu

Pan Bonheur

Jakeśmy z Burnsem uszli. W ostatniej chwili.

Robin Goodfellow, opublikowano , 6 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Pan Bonheur

Słońce ziewało tego dnia nad wyraz często. Rzecz jasna skrzętnie się z tym skrywało i rozdziawiało swoją paszczę tylko wtedy, kiedy przysłaniały ją chmury, ale ja już tam wiem, ja je znam. Szedłem akurat do redakcji na poły amatorskiego pisma „Baczne Oko”, by zdać tam swój bezdennie nudny artykuł o wrześniowym posiedzeniu Rady Miasta. Minęła mnie jakaś zakochana para. Uśmiechnęli się do mnie szeroko i ciepło, więc w naturalnym odruchu odwzajemniłem uśmiech. Chwilę później tak samo miły gest spotkał mnie ze strony idącego z pracy umorusanego robotnika. Zrobiło mi się jakoś lżej i cieplej na sercu. Dobrze wiecie, jak to jest – pozy, pozami, a tak naprawdę, każdy z nas to tylko żałosne ciepłe kluchy z mnóstwem małych, zidiociałych tęsknot, które potrzebują, żeby ktoś utulił czasem ich zakompleksienia i smutki. Więc, mimo że nigdy nie napisałbym tego w żadnym utworze artystycznym, ba, nie przyznałbym się za nic w towarzystwie, to uśmiechy mnie cieszą. Tak, do czorta, cieszą. Dreptałem tedy uśmiechami ucieszony i zapewne tak ucieszony wszedłbym do redakcji, i ucieszony dał do łamania tekst, i ucieszony wyszedł, i ucieszony wróciłbym do domu, i ucieszony zaczął swe rutynowe smucenie, gdyby coś nie wzbudziło moich podejrzeń. Minęła mnie baba. A baba była to nie pozbawiona wszelkich ohydnych babich przymiotów. Taka wszechbaba z plaskatym odwłokiem i dławiącą purpurą rozlaną po twarzy. I, Święci Pańscy, również ona uraczyła mnie uśmiechem (a wcale nie była to jedna z bab mi znajomych!). Uśmiechnęła się i polazła dalej. A mnie trwoga zaczęła doskwierać i już nie cieszyły uśmiechy, choć każdy, kogom mijał, narzucał mi się to serdeczniejszym, to zaś pełniejszym miłości. W pewnym momencie rozpoznałem w dali dobrze znaną mi sylwetkę człowieka, którego nigdy tak naprawdę nie rozszyfrowałem, a który był mi przyjacielem, choć może bardziej aniołem stróżem, a może wyrzutem sumienia – czy to taka wielka różnica? Tak czy siak, poznałem go po czarnym kapeluszu, a potem już wyostrzyły się rysy jego twarzy i dojrzałem te skórzane trzewiki, na których zawsze jak harmonijka układały się przybrudzone spodnie. Był to Burns. Burns biegł, a gdy się zbliżył, dostrzegłem, że twarz jego ma wyraz niezwykły i przyprawiający o zgrozę, jakby podczas beztroskiej kąpieli w wodach Amazonki dopadły go właśnie piranie, albo ktoś podważał szpilką paznokcie. Z oczu leciały mu łzy, ale nie był to płacz, ni łkanie. Był to chaotyczny potok kropel słonej wody pozbawiony smutku, podszyty bojaźnią, charakterystyczny dla paniki. Pamiętam: też raz czy dwa tak ciekły mi łzy, np. kiedy uciekałem przed goniącym mnie psiskiem, czując na sobie jego gorący oddech, a płot, który miałem przeskoczyć, był jeszcze tak daleko... Zrazu

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych