Wróć do katalogu

Pan Zbysiu w Ameryce

Zeby nie bylo, ze same mroczne historie pisze, oto jest prosze komedia...

LegendaPoranka, opublikowano , 14 min czytania, 4,8 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Brat pana Zbysia serdecznie zapraszał. Przynajmniej pan Zbysiu był przekonany, że zapraszał, bo jak ich mama umierała, to coś takiego mówił. Tylko, że brat pana Zbysia zapraszał, bo mama umierała a umierającej matce przez telefon obieca się wszystko. Więc tak naprawdę, to raczej nie zapraszał. Ale pan Zbysiu i tak poleciał. Bo już sprzedał miejscowej wariatce ślepą mućkę, starego knura i bezpłodnego koguta. Sprzedał nawet kulawego psa, który i tak gospodarstwa już nie pilnował, bo mu się nie chciało. Dzięki tym pieniądzom i jeszcze innym, co umierająca mama cudem z materaca wydobyła, pan Zbysiu do Ameryki poleciał.

Pan Zbysiu zawsze lubił latać. Tak mu się przynajmniej wydawało, bo nigdy tego nie robił. Ale podróżując za ocean przekonał się, że miał rację. Dlatego zadowolony i bardzo z siebie dumny stawił się na lotnisku, które się Hartsfield Jacks nazywało. Pan Zbysiu był z siebie wyjątkowo zadowolony, bo podróż na odległy kontynent zupełnie gładko mu poszła. Pan Zbysiu był zaprawiony w odległych podróżach. Czasem ze swojego rodzinnego Bakałarzewa podróżował do Giżycka. Raz do roku nawet do Suwałk się mu przytrafiało podróżować. Kiedyś nawet, gdy służył w wojsku do Krakowa podróżował. Dlatego i ta podróż bez trudów przebiegła. Autobusem do Giżycka. Pociągiem do Szczecina. Znów autobusem do Warszawy. Znów pociągiem do Częstochowy. Do Rzeszowa. Do Krakowa. A na koniec wreszcie bezpośrednio do Katowic.

Potem już samolotem do Frankfurtu. Dwie doby na ławce, bo terminal 2a był trudny do odnalezienia. I ostatecznie pięknym i luksusowym boeingiem lini delta wprost do Ameryki.

I jeszcze tylko cztery godziny błądzenia po lotnisku, żeby odnaleźć bagaż i wydostać się na zewnątrz.

A pan Zbysiu nie mógł sobie pozwolić na utratę bagażu, czy właściwie plecaka. Wszystko dlatego, że zakupił ów plecak tuż przed podróżą do Ameryki i nawet Łysy Franek, miejscowy cwaniak przyznał, że jest to szczyt techniki, solidne i wygodne arcydzieło godne najwytrawniejszych koneserów turystyki z całego świata. Pan Zbysiu kupił ten plecak w Tesco za czterdzieści dziewięć złotych.

Niestety na miejscu okazało się, że brat pana Zbysia jest zapracowanym człowiekiem. W gruncie rzeczy był tak bardzo zapracowany, że nie znalazł wcale czasu, by odebrać pana Zbysia z lotniska. Dlatego ten postanowił po niespełna dobie oczekiwania na betonowej ławce, oddalić się i pieszo udać do brata.

Ponieważ pan Zbysiu, człowiek jezior i lasów, w zieleni czół się najlepiej, powędrował wprost przed siebie przez rozliczne chaszcze i krzaki przypominające mu nic innego, jak tylko dżunglę. Pan Zbysiu bardzo obawiał się dinozaurów, anakond, aligatorów i innych krwiożerczych zwierząt, które na własne oczy widział w amerykańskich filmach. Szczęśliwie nie spotkał ich. Za to spotkał wiele wiewiórek, saren, jeleni, kilka niedźwiedzi i trochę małych węży.

Czasem przecinał potężne autostrady liczące nawet po siedem pasów w jedną stronę. Jednak ruch na tych gigantycznych drogach nie stanowił problemu dla pana Zbysia. Bo potrafił bardzo szybko biegać.

Po kilku dniach wędrówki, pan Zbysiu bardzo zgłodniał, gdyż jego zapasy jedzenia w plecaku skończyły się. Zawitał więc do ekskluzywnej i przepięknej restauracji Wendy’s, którą jego sokole oczy dostrzegły podczas przecinania kolejnej autostrady. Zakupił za zawrotną cenę dziesięciu dolarów niepowtarzalny i zapewne bardzo wartościowy posiłek pozawijany w papiery.

Może dziesięć dolarów wydawało się sporo, jak za posiłek, ale pan Zbysiu wiedział, że restauracja Wendy’s zna wartość swoich dań. Tak jak pan Zbysiu znał wartość dolara. Przed podróżą zakupił u Łysego Franka, miejscowego cwaniaka sześćdziesiąt dolarów. Kosztowało go to równowartość renty, czyli sześćset złotych. Dlatego pan Zbysiu znał wartość dolara jak mało kto. I dlatego znał też wartość posiłku w restauracji Wendy’s.

Niestety po godzinie dalszego marszu okazało się, że amerykańskie jedzenie, tak drogie i zdrowe niespodziewanie rozbudziło życie w jelitach pana Zbysia, który nie zważając na nic, rzucił się w okoliczne krzaki, ściągnął spodnie i stęknął z ulgą.

Gdy już skończył- pomyślał, że może przeliczył się co do wartości amerykańskiego jedzenia i z obnażoną dolną częścią ciała zaczął poszukiwać liści. Niefortunnie jednak, pan Zbysiu przybył do Ameryki jesienią- niedługo przed świętami - kiedy wszystkie liście leżą na ziemi wysuszone na wióry i nie nadają się do podcierania. Kiedy więc cofał się w tył szukając między nogami czegoś poręcznego, zobaczył kawałek materiału koloru khaki. I tak ciągnąc z całej siły, wyciągnął z krzaków za nogę najprawdziwszego amerykańskiego myśliwego ze strzelbą. Na dodatek ten myśliwy sunąc na plecach uderzył uniesioną w zdziwieniu głową w wypięte tyły pana Zbysia.

Otóż myśliwy a w zasadzie to dwóch myśliwych oczekiwało w bezruchu i milczeniu już drugi dzień na niedźwiedzia, który miał przyjść, jak się im wydawało. Ale nie przyszedł. Zjawił się za to pan Zbysiu i niechcący zepsuł zasadzkę na niedźwiedzia. Który i tak by nie przyszedł.

Tak więc myśliwi w dowodzie swojej niezmiernej wdzięczności i świeżo zawiązanej przyjaźni polsko- amerykańskiej wpakowali pana Zbysia do swojej ciężarówki, wywieźli do małego miasteczka i puścili wolno bez plecaka i bez spodni.

Pan Zbysiu myśląc, że to okoliczny zwyczaj chadzać bez spodni, pomachał odjeżdżającym myśliwym i udał się w dalszą drogę. A plecaka nie bardzo żałował, bo ten szczyt techniki, to solidne i wygodne arcydzieło pruło się i rozpadało nieubłaganie.

Szczęśliwym zrządzeniem losu znalazł się pan Zbysiu w odpowiednim miejscu i odpowiednim czasie. Otóż nad pięknym ogrodem jednego z okolicznych domów pracowało trzech mężczyzn z małej firmy ogrodniczej. Jeden z nich, bezdomny Jim, choć nie tak do końca bezdomny, bo mieszkający w schronisku, przebrał miarkę i doprowadził swojego szefa, pana Williamsa do granic furii, za co został zwolniony. Otóż bezdomny Jim miał pewien brzydki nawyk i gdy pracownicy firmy pana Williamsa oczyszczali ogrody i parkingi z liści i śmieci, często ku obrzydzeniu klientów chował do kieszeni różne papierki, patyczki, zużyte gumy. Wszystko mogło być przydatne dla bezdomnego Jima. Kiedy jednak schował do kieszeni znalezioną prezerwatywę, pozostawioną uprzedniej nocy przez samochodowych kochanków- przebrała się miarka. Bo zrobił to na oczach pani Shifton, najważniejszej klientki pana Williamsa. Pani Shifton, niezwykle wrażliwa kobieta nie zwymiotowałaby może, gdyby nie fakt, że bezdomny Jim zrolował starą prezerwatywę do wyjściowego stanu i wytarł ręce w spodnie.

Tak też pan Williams dostrzegł półnagiego pana Zbysia i zaoferował mu pracę sądząc, że lepszy w firmie ekshibicjonista, niż zbieracz prezerwatyw. Pierwszego można ubrać, ale drugiego nie da się powstrzymać, bo i tak zawsze coś po kryjomu uknuje.

Pan Zbysiu dostał więc firmowe spodnie,

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych