Wróć do katalogu

Pani Ciesielska

Do kamienicy, w której mieszka Wiktor, przeprowadza się starsza kobieta. Ciekawy nowej sąsiadki Wiktor postanawia ją przywitać i w tym celu składa wizytę w jej mieszkaniu. Szybko się okazuje, że pani Ciesielska skrywa pewną mroczną tajemnicę.

dmdyrkacz, opublikowano , 33 min czytania, 4,5 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Wiktor spojrzał przez oko judasza na klatkę schodową. Dwóch osiłków przyodzianych w niebieskie uniformy, na których dostrzegł naszywkę znanej firmy od przeprowadzek, taszczyło masywną dębową szafę w stylu wiktoriańskim. Mężczyzna idący z przodu był wyższy od kolegi i ciężko sapał, jego twarz zalana była intensywnym pąsem, a na czole kolonizowały się krople potu. Drugi pracownik był bardziej krępy niż umięśniony, jednak poruszał się znacznie zażywniej i nie wyglądał na przemęczonego – raczej na sfrustrowanego fatalną kondycją pozornie bardziej wysportowanego kolegi. – Dawaj, dawaj, jeszcze jedno piętro – ponaglił ten z tyłu. – No panowie, jeszcze jedno pięterko – usłyszeli jowialny, wtórujący głos gdzieś ponad nimi i spojrzawszy do góry dostrzegli drobną starowinkę. Przystanęli. Miała długie, lśniące, srebrne włosy, bladą jak kartka papieru cerę i spojrzenie, które było tak żywe, że zapatrując się w nie zbyt długo, można by pomyśleć, że nie jest to starsza kobieta u schyłku życia, ale młoda niebieskooka dziewczyna, dla której czas nie odcisnął jeszcze swojego piętna. Jej smukłą kibić przepasał kuchenny fartuch o kubistycznych pstrokatych wzorach, przyprószony mąką w okolicy klatki piersiowej, która zachowała swój dawny powab. A więc to jest pani Ciesielska, ta nowa spod jedenastki – pomyślał Wiktor. – Pani wybaczy, kurcze, strasznie to bydle ciężkie – powiedział ten z przodu. – Przestań jęczeć i rusz się – zniecierpliwił się jego kolega. – Mam dla was chłopcy zimną lemoniadę – powiedziała i wróciła do mieszkania. – W dupę se wsadź swoją lemoniadę – wymamrotał pod nosem pracownik, podczas gdy jego twarz przybrała już kolor dojrzałej wiśni. Wdrapali się na kolejne dwanaście schodów i zniknęli za balustradą na zakręcie półpiętra. Wiktor odkleił policzek od bukowych drzwi. Zastanawiało go, co może być powodem przeprowadzki starszej kobiety w wieku na oko osiemdziesięciu, może dziewięćdziesięciu lat. Starsi ludzie na ogół dożywają kresu swych dni w domach spokojnej starości albo u boku bliskich. Na klatce schodowej rozbrzmiał przytłumiony przez solidne bukowe drzwi tubalny głos jednego z pracowników: – Dziękujemy bardzo za lemoniadę. – Jeszcze tylko ta drewniana skrzynka i będzie wszystko, proszę pani – powiedział drugi.

Wiktor mieszkał sam. Był postawnym mężczyzną, choć o lichej muskulaturze. Mimo tego jego ostro zarysowana twarz, krótko przystrzyżone czarne włosy i zawsze perfekcyjnie dobrane i dopasowane ubrania, czyniły z niego kawał naprawdę przystojnego młodzieńca. Umawiał się na randki od czasu do czasu i raz nawet coś zaiskrzyło, ale nie na tyle by wzniecić ogień. Nie potrafił żyć w stałym związku. Czuł zadzierzgającą się na jego szyi pętlę ubezwłasnowolniającej smyczy, dlatego szybko rezygnował z przeciągających się relacji. I nie miał z tego powodu absolutnie żadnych wyrzutów sumienia. Kobiety w jego życiu pełniły rolę jednorazowego sprzętu domowego – Upustnicy Ciśnienia w Rurach. I gdyby jeszcze same nie wskakiwały na niego! Ale każda, dosłownie każda, która pojawiła się w jego mieszkaniu – Niezłe mieszkanko, przystojniaku! – wchodziła zadowolona, wychodziła zadowolona, no może trochę mniej, jako że nadzieje na kolejne spotkanie – Zobaczymy się jeszcze? – Myślę, że będzie lepiej, jak poprzestaniemy na tej jednej, cudownej nocy – znikały. Niemniej nie był casanową z prawdziwego zdarzenia. Po prostu miał w sobie jakiś nieokreślony magnetyzm, który działał na kobiety jak błystka wahadłowa na szczupaka. Jednak tego dnia obudził się w łóżku sam. Była sobota i dochodziła godzina dziewiąta. Całą noc ślęczał nad materiałami do pracy magisterskiej, które próbował jakoś złożyć do kupy, posegregować i odrzucić to, co zbędne. Termin złożenia pracy zbliżał się nieubłaganie, a on grzebał się jak mucha w smole. Wyciągnął z lodówki cztery jajka i wbił je na patelnię, na której skwierczała roztapiająca się kostka masła. Drewnianą łyżką rozbełtał glutowatą masę. Gotową jajecznicę przysypał solą i pieprzem, po czym przełożył do fajansowego, jaskrawoczerwonego półmiska z Ikei. Wyciągnął z chlebaka sporą pajdę pieczywa i przeniósł się ze śniadaniem do salonu. Pokój był urządzony bardzo gustownie. Hebanowe meble idealnie komponowały się ze ścianami w kolorze écru. Na jednej z nich był zawieszony pięćdziesięciocalowy telewizor LED. Po jego obu stronach stały symetrycznie dwie serwantki z pamiątkami z Peru, Indii, Japonii, Sri Lanki i wielu innych krajów. Ojciec Wiktora był bowiem drugim Cejrowskim, choć tylko hobbystycznie. I wszędzie ciągał ze sobą syna, któremu w gruncie rzeczy podobało się całe to podróżowanie. W oknach wisiały ażurowe firany i ciężkie, czarne atłasowe zasłony upięte w feston na skraju dwóch panoramicznych okien. Na przeciwko telewizora była skórzana kanapa i Wiktor umościł się w niej wygodnie. Sięgnął po pilota, który spoczywał na szklanym stoliku obok i włączył telewizor. Na ekranie pojawiły się sceny jakiegoś serialu kryminalnego. Zanurzył widelec w złocistej ciapce, zabierając się za swoje le plat spectaculaire – danie popisowe w jego mniemaniu, choć sztuka kulinarna w jego wydaniu pozostawiała wiele do życzenia. Mieszkanie dostał od rodziców na dwudzieste pierwsze urodziny. Jego ojciec zanim poświęcił – jak to mawiał – tą lepszą resztę życia podróżom, zbudował silną firmę informatyczną, oferującą usługi outsourceingowe. Firma rozwinęła skrzydła na długo przed boomem komputerowym, co później, w erze internetu wzniosło ją na wyżyny sukcesu. Ojciec zatrudniał dwa tuziny programistów, grafików i testerów z olbrzymim doświadczeniem, o których konkurencyjne małe i średnie firmy mogły tylko pomarzyć. I tak w ciągu niespełna dwudziestu lat jego majątek osiągnął ośmiocyfrową sumę. Dlaczego Adam Kozera uważał wiek czterdzieści plus jako tą lepszą resztę życia? To oczywiste, chociaż sprawdza się tylko w przypadku nowobogackich krezusów takich jak on. Bo co lepszego można robić w ramach wczesnej emerytury, niż wydawać na potęgę pieniądze, które się zdobywało przez całe życie krwią, potem i szarganymi nerwami? W życiu każdego biznesmena, który odniósł sukces pojawia się na pewnym etapie życia rozwidlenie, gdzie może wybrać albo dożywotni pracoholizm, albo zbieranie plonów dotychczasowego pracoholizmu. Niektórzy idą w lewo, inni w prawo. On poszedł w prawo i pięć lat temu, tuż przed wybuchem kryzysu, sprzedał firmę za bajońską kwotę sześćdziesięciu pięciu milionów złotych. Czy kiedykolwiek tego żałował? Zdecydowanie nie. Wiktor nie był dzieckiem zepsutym przez rodzinną fortunę. Wręcz przeciwnie. Ojciec był jego wzorem do naśladowania i choć Wiktor był mu wdzięczny za mieszkanie, sam zamierzał osiągnąć sukces bez finansowego wsparcia z jego strony. Odstawił na bok pusty półmisek i strzepnął z siebie okruchy chleba. Z klatki schodowej dobiegło go niewyraźne pogwizdywanie. Pewnie pomagierzy wnieśli ostatni mebel. Wiktor uznał że to dobry moment, żeby przywitać się z nową sąsiadką, choć nad dobrym wychowaniem dominowała raczej ciekawość.

Godzinę później po tym jak wziął prysznic, przywdział czarne dżinsowe spodnie, śnieżnobiały pulower i spryskał się perfumami Hugo Bossa, wyszedł z mieszkania i udał się na ostatnie piętro. Stanął przed drzwiami ze złotym, zmatowiałym numerem 11 i poprawiwszy machinalnie włosy ruchem który opanował do perfekcji, zapukał do drzwi. Przez dłuższą chwilę stał, nie słysząc w mieszkaniu najdrobniejszego szmeru. Na klatce panowała absolutna cisza i nawet ruch uliczny jakby umilkł, co wydało się dziwnie osobliwe. Może wyszła na zakupy? Wiktor obrócił się na pięcie, kiedy gdzieś z tyłu w głębi mieszkania rozległ się tupot, w swej lekkości przypominający kroki dziecka. Obrócił się z powrotem w stronę drzwi. Tupot ucichł i po chwili zamek szczęknął i drzwi uchyliły się na dziesięć centymetrów. Zabezpieczał je lichy łańcuszek. Czy człowiek, który wymyślił tego typu zabezpieczenie, zrobił to ze względu na groźnych młodocianych wolontariuszy Green Peace? Śmiechu warte! Nawet mizernie zbudowana kobieta mogłaby z łatwością wejść do środka, popychając drzwi jedną ręką. W ciemnej szczelinie między drzwiami i framugą Wiktor dostrzegł hipnotyzujące, niebieskie oczy, które spoglądały na niego niczym wilcze ślepia z mroku. Dopiero później zauważył zarys twarzy kobiety i jej usta zaciśnięte w cienką blado czerwoną kreskę. Wpatrywała się w niego milcząc i Wiktor poczuł się skonfundowany. – Dzień dobry – zaczął niepewnie i widząc, że staruszka nie kwapi się do odpowiedzi, kontynuował. – Nazywam się Wiktor Kozera. – Staruszka taksowała go podejrzliwie, łypiąc co chwilę na klatkę schodową, jakby wypatrywała kogoś. – Och, nie, jestem sam – uspokoił ją i wziął głęboki wdech. Tyle razy zagadywał piękne kobiety, tyle razy imponował im swoim odważnym, ognistym sposobem wypowiedzi, a teraz nie mógł sklecić jednego porządnego zdania i nie był pewien dlaczego. – Pani Ciesielska, prawda? Będziemy sąsiadami, mieszkam pod numerem ósmym, dokładnie pod Panią – dopiero teraz udało mu się zdobyć na uśmiech. Drzwi się zamknęły, coś zagrzechotało i ponownie się otworzyły, tym razem na oścież. Kobieta stała w progu i wyglądała na zupełnie inną osobę. Teraz uśmiechała się serdecznie, a jej spojrzenie stało się dobroduszne. – Mów mi Maria, mój drogi, tak mam na imię – powiedziała łagodnie głosem kochającej babuni. – Wiktor – wyciągnął rękę w jej kierunku, ale ona nie odwzajemniła gestu. – Nie przez próg, mój drogi, nie przez próg – powiedziała szybko, ale Wiktor dostrzegł coś w jej spojrzeniu. – Wejdź do środka, zapraszam. Dlaczego nie chciała podać mu ręki? I czym było to, co dostrzegł w jej oczach? Jakby na ułamek sekundy uleciało z nich życie. Wszedł do środka. Znalazł się w kwadratowej ciemnej sieni. Na wprost, standardowo jak w tego typu budownictwie, znajdowało się dwoje białych drzwi do toalety i łazienki. Były stare i miejscami popękane, z witrażowymi okienkami z miodowo-brązowego szkła. Na lewej i prawej ścianie znajdowało się po parze takich samych drzwi. Miały dwukrotnie większe okna, przez które wpadały strzępy światła dziennego, przefiltrowane przez kolorowe szkło i rzucające złotawy blask na wytartą terakotę w przedpokoju. Oprócz niewielkiego obrazka przedstawiającego Buddę, pomieszczenie było surowe. Ze ścian zerwano tapetę i gdzieniegdzie odpadał tynk. Mieszkanie pewnie było przygotowywane do kapitalnego remontu. Spojrzał do góry. Pod sufitem wisiał kiczowaty żyrandol kupiony zapewne w jednym z tych pseudo-supermarketów, gdzie pojedyncze sztuki różnych sprzętów mają wzbogacić ofertę sklepu. Z połączonych krzyżowo aluminiowych profili sterczały cztery obłe plastikowe obudowy gniazd do żarówek, ale w żadnym z nich nie było takowej. – Mogę pani pomóc z żarówkami. Ma pani jakieś? – Odezwał się, kiedy pani Ciesielska zniknęła za drugimi drzwiami po lewej. Wiktor zrobił krok do przodu. – Nie trzeba, mój drogi, i tak będę wymieniać ten żyrandol na inny. Poza tym mam świeczki. – A nie lepiej, żeby do tego czasu wkręcić choć jedną żarówkę? – Zapytał nieco zdziwiony. – Dam sobie radę, naprawdę. Jesteś bardzo miły, ale na razie nie trzeba. Wiktor zrobił kolejny krok do przodu i wyzierając przez krawędź futryny, zajrzał do kuchni. Była zagracona sprzętami ułożonymi w rachityczne wieże. Rozpoznał mikrofalówkę, opiekacz, toster, sokowirówkę, mikser, przynajmniej dwa komplety garnków pomieszanych ze sobą i sporo innych drobnych przedmiotów. Obok całej tej sterty stała niewielka srebrna lodówka i jeśli nie była nowa, to najwyżej ledwo używana. Poza wąskim drewnianym blatem pod oknem który nie wiadomo czy był stolikiem, czy parapetem – pewnie jedno i drugie – pomieszczenie również było surowe. Ściany pokrywały paskudne wyblakłe tapety w lilie i Wiktor pomyślał, że gołe, kruszejące ściany w sieni prezentowały się znacznie lepiej. Staruszka wygrzebała dwa kubki ze sterty naczyń i sztućców u podnóża góry sprzętów i położyła je na blacie pod oknem. Wyprostowała się, ogarnęła wzrokiem kuchnię w proszku i sięgnęła po plastikowy elektryczny czajnik. Postawiła go obok kubków, wetknęła wtyczkę do gniazdka i wcisnęła mały pstryczek na grzbiecie ucha. Fascynujące było to, jak sprawnie poruszała się pani Ciesielska, biorąc pod uwagę jej wiek. – Napijesz się kawy czy herbaty, mój drogi? Herbatę mam na pewno, ale nie jestem pewna, czy zostało coś z kawy. Muszę zrobić dzisiaj zakupy... – Z przyjemnością napiję się herbaty. Ale to wystarczy, proszę sobie nie robić kłopotu. – Co wystarczy? – Zapytała, a Wiktor znów dostrzegł to krótkotrwałe martwe zmętnienie w jej oczach. Tym razem poczuł trwożliwy ucisk w okolicy żołądka. Wtedy mogło mu się to przywidzieć, ale teraz mógł przysiąc, że jej źrenice i tęczówki zniknęły na ułamek sekundy przykryte bielmem. – Ja... tylko... – Mamrotał, wpatrując się tępo w jej akwamarynowe oczy. – Dobrze się czujesz, Wiktorze? Na dźwięk swojego imienia wyrwał się z otępienia i nieco uspokoił, zaliczając owe omamy na karb nieprzespanej nocy. – Chciałem powiedzieć, żeby nie robiła pani sobie kłopotu, jeśli miała pani zamiar szukać jakichś ciastek czy czegokolwiek poza herbatą. – Och, mój drogi, obawiam się, że i tak nic więcej nie mam. Nawet gdybyś chciał, to musiałbyś poczekać do wieczora, aż zrobię zakupy – wydała z siebie dychawiczny chichot i dopiero teraz Wiktor zrozumiał, że czas nikogo nie oszczędza.

Salon umiejscowiony naprzeciwko kuchni w niczym nie przypominał reszty mieszkania. Przede wszystkim był urządzony. Dolną część ścian pokrywała elegancka boazeria. Wiktor nigdy nie przepadał za tym akcentem, ale tutaj wyglądał rewelacyjnie. Szmaragdowozielone tapety w romboidalne wzory rozciągały się powyżej. Z sufitu zwisał orientalny, wrzecionowaty żyrandol, wykonany z setek sandałowych płatków połączonych razem. Zaraz przy wejściu, w lewym narożniku stała monstrualna dębowa szafa. Wiktor oszacował, że musi ważyć przynajmniej ćwierć tony. Obok niej pyszniła się piękna ludwikowska kanapa obita białym zamszem. W parze z nią stała niewielka lampa do czytania z beżowym abażurem, z którego zwisały krótkie złote frędzelki. Pod przeciwległą ścianą mieścił się tylko stolik w stylu biedermeier, a na nim stary, kineskopowy telewizor z zaokrąglonym ekranem. Podłogę przykrywał turecki dywan, a na jego środku stał jeszcze jeden niski stolik ze szklanym blatem. Całość robiła fenomenalne wrażenie. – Czy reszta mieszkania też będzie tak wyglądać? – Zapytał Wiktor, upijając z kubka łyk jeszcze zbyt gorącej herbaty. – Znaczy jak? – Staruszka również przełknęła łyk naparu, który sądząc po jej minie, nie był dla niej parzący. – No... – Wiktor zatoczył dłonią ósemkę w powietrzu. – Tak. – Raczej nie – odparła pani Ciesielska, uśmiechając się. – Dlaczego? To wnętrze wygląda fantastycznie! – Cieszę się mój drogi, że przypadło ci do gustu. – Powinna pani wszystkie pokoje urządzić w podobnym stylu. – Chciałabym, mój drogi, chciałabym. – Zasępiła się. – Nie stać mnie jednak na aż takie luksusy – dodała po chwili. No tak – pomyślał Wiktor – bo skąd staruszka na rencie miałaby wytrzasnąć taką kupę forsy, jaką trzeba by było wyłożyć na zakup równie eleganckich mebli, jak te tutaj? Wszystko, co zgromadziła w tym jednym pokoju zapewne stanowiło rodzinne dziedzictwo. – Pani Mario, mogę zadać pani może niedelikatne pytanie? – Oczywiście – odparła jowialnie. – Dlaczego pani się przeprowadziła? – Upił łyk herbaty, która ochłodziła się o kilka stopni i już nie parzyła aż tak. Chciał uniknąć jej spojrzenia, gdyby jego pytanie okazało się jednak nader nietaktowne. – Miałam pewne kłopoty z poprzednimi sąsiadami – odpowiedziała wymijająco. – To długa historia, Wiktorze. Nie chcę cię nią zamęczać. Wyczuł, że jego nowa sąsiadka nie tyle troszczy się o jego rozrywkę podczas herbatki integracyjnej, ile zwyczajnie nie chce o tym mówić. I to było zastanawiające. Jakie sekrety mogą mieć przeciętni ludzie – a do takich według Wiktora zaliczała się pani Ciesielska – u schyłku życia? Dopili herbatę rozmawiając głównie o nim, jego studiach, podróżach – co szczególnie zainteresowało sąsiadkę – i dziewczynie, której rzecz jasna nie miał. Na to ostatnie pytanie Wiktor odpowiedział równie zdawkowo co ona na pytanie o przeprowadzkę. Pani Maria wstała, wzięła od niego pusty kubek i podreptała do kuchni. Odprowadził ją wzrokiem i gdy zniknęła w mroku przedpokoju, zaczął szperać spojrzeniem po salonie. Szukał czegokolwiek, co mogłoby mu coś powiedzieć o tej kobiecie, uchylić rąbka tajemnicy choć trochę. Rozczarował się. Nie było tu żadnych zdjęć. Żadnych książek. Żadnych…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych