Pani z kotami
dla każdego, kto czasem lubi się zastanowić...
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Wyjrzała przez szarobure okno. Znowu dzień miał być słoneczny – promienie przedzierały się do jej skromnego mieszkanka mimo brudu dawno niemytych szyb... Zamiauczał kot. Mruczek. Odwróciła się płynnym ruchem, by pogładzić go po czarnej, aksamitnej głowie. Jej pupil zamruczał z lubością w odpowiedzi na delikatną pieszczotę jej rąk. Znów zatopiła się w rozmyślaniach.
Mijały właśnie dwa lata, odkąd wprowadziła się do tego „przybytku chłodu i głodu”. Dwa i pół roku od utraty ostatniej pracy – przecież firma, aby prosperować, musi przynosić zyski – a około dwudziestu pięciu miesięcy od dnia eksmisji. Zadłużenie mieszkania było zbyt duże,a lokatorka bez stałego dochodu nie wróżyła szybkiej spłaty zaległości... Nie było tak fatalnie, jak być mogło. Nie została zupełnie opuszczona przez państwo – znaleziono jej lokal zastępczy do wynajęcia. Szkoda tylko, że na drugim piętrze bez windy...
Kicia właśnie zapragnęła wyjść na zewnątrz i głośnym miaukiem upomniała się o swoje prawa. To wyrwało Małgorzatę z zadumy. Otworzyła drzwi i z przyjemnością patrzyła za kotem zbiegającym po schodach „lotem błyskawicy”. Po chwili wróciła do swojej poprzedniej czynności – a raczej jej braku, bo myślenie uważała raczej za stan.
A więc dwa lata... I co się zmieniło? Chyba mniej wychodzi do ludzi. Mniej? To oszustwo tak twierdzić. Wychodzi codziennie. Tylko oni o tym nie wiedzą. Bo skąd niby mają wiedzieć, jakie wieści potrafi przynieść jeden kocurek do zapomnianego przez wszystkich mieszkanka...? Poza tym odkąd pojawiła się kicia, coś zaczęło się dziać. Kotka zmusza ją do wyjrzenia przez okno, by obserwować zobojętniały jej do niedawna świat hałasu, zgiełku i zagubionych w tłumie, samotnych samotnych ludzi...
Małgorzata zerknęła jeszcze raz za okno. Jak to dobrze patrzeć na dzieci biegające po podwórku, jak cudownie było czuć nogi niosące cię z lekkością i bez bólu... Teraz ledwie raz na tydzień, wczesnym rankiem lub późnym wieczorem zdarza jej się pokuśtykać ze schodów. Czy aby na pewno raz na tydzień? Dwa tygodnie...? Zaraz, kiedy to ona właściwie ostatnio...? Boże, to już prawie miesiąc.
Otworzyła szeroko okno. Chciała zobaczyć, jak kicia z żywością wspina się na żywopłot, aby przeskoczyć na sąsiednie podwórko. Nagle usłyszała jakiś krzyk, świst i ostry miauk przeszywający powietrze. Kicia spadła z żywopłotu. Nie wstała. Jakiś łobuz rzucił w nią kamieniem z takim impetem, że nie miała szans... Małgorzata zatrzęsła się. To musiał być ten łobuz, który mówił, że „pani z kotami” to tylko kłopoty przynosi, bo się futrzaki panoszą i „nieładnie” mu pachną.
Kilka dni później przyszło ochłodzenie. Sąsiadkę zaciekawił Mruczek siedzący smętnie pod drzwiami klatki schodowej. Jego właścicielka zwykła wpuszczać go na górę. Teraz domofon odgradzał go od wnętrza budynku, którego mieszkańców ulubieńcem nigdy nie był... Kobieta podeszła pod drzwi Małgorzaty i poczuła, że znalazła się w zimnym powiewie, zupełnie jakby przez szpary w drzwiach „przeciekało” lodowate powietrze, jakby ktoś nie zamknął okna...
Policja wyważyła drzwi. O ileż za późno...
Żaden z sąsiadów nie znał nazwiska starszej kobiety, dopiero przeszukanie mieszkania pozwoliło znaleźć jej dokumenty. Małgorzata Wolnak. Albo po prostu „pani z kotami”...
***
Alicja nalegała. Zależało jej na dokumentach starszej pani. W końcu nie miała ona żadnych krewnych, którzy by ją odwiedzali, a po co policji „papierzyska” jakiejś nieznanej kobiety...? Udało jej się przekonać jednego z policjantów – chyba bardziej proszącym uśmiechem, niż siłą logicznych argumentów... Ale dokumenty uzyskała.
W kawiarence internetowej o 10 rano nie było tłumów. Ala siadła więc do komputera i zaczęła wstukiwać w wyszukiwarkę wszelkie przychodzące jej do głowy konstrucje słowne na temat pani Wolnak. Niestety bez większego powodzenia. Znalazła kilka anglojęzycznych stron oferujących odnalezienie dalekich krewnych kobiety zza oceanu. Jednak nie to ją interesowało. Nie chodziło jej tu o odbudowę drzewa genealogicznego. W związku z wydarzeniami ostatnich dni Alicja czuła się raczej w obowiązku zdobycia jakiejkolwiek wiedzy o życiu pani Małgorzaty i niej samej.
Po ponad godzinie postanowiła się poddać, a przynajmniej jeszcze raz zastanowić nad swoim pomysłem i tym, gdzie mógł on ją zaprowadzić... Już już miała wyłączyć komputer, gdy na ekranie pojawił się dość interesujący wynik... Archiwum rzeszowskiej gazety lokalnej. Czyli drugi koniec Polski. Alicję ogarnęło zbudzone ponownie zainteresowanie. Niestety nad ekranem ukazała się głowa prowadzącego kawiarenkę chłopaka. Pora kończyć. Jeszcze tylko szybko, nie patrząc, wydrukowała wszystko, co w ostatniej chwili wyświetlił komputer. Pobiegła na uczelnię...
Czasami świadomość posiadania czegoś nieznanego i wciąż trochę niedostępnego, bo skorzystać z tego nie możemy w danej chwili, dosłownie „parzy właściciela”. Na ćwiczeniach, na które ledwo zdążyła, plecak zdecydowanie „palił”Alę. Dla postronnego obserwatora wydałoby się to co najmniej niemożliwe, gdyż workopodobny przedmiot spoczywał niewinnie na podłodze - w dodatku w pewnym odstępie od dziewczyny...
Czegóż to jednak nie potrafią zrobić z człowiekiem emocje. Alicja nie wytrzymała. Wyszła – a raczej wybiegła – z zajęć pod pretekstem złego samopoczucia. Znalazła spokojny kąt i zaczęła szperać w nowozdobytych wydrukach. Dużo było budzących uznanie, lecz mimo tego średnio Alę interesujących, wzmianek na temat kariery zawodowej pani Małgorzaty; znalazło się również kilka starych nekrologów rodziny Wolnak; jednak uwagę studentki przykuły na dłużej dwa inne tytuły. „Tragiczny wypadek” oraz „Wdowa skacze z okna”...
W przepiękny, słoneczny dzień, w ciemnym kącie uczelni siedziała skurczona ze smutku, zapłakana studentka...
***
Zawsze robiła wszystko „dla mamy”, „żeby mama była z niej dumna”, „aby mamy nie zawieść”, bo przecież musiała ona gdzieś tam z góry spoglądać na poczynania córki. Praktycznie od szkoły podstawowej wciąż pięła się po szczeblach drabiny, na której szczycie czekać miał wyśniony „sukces”. I osiągnęła go. Dopięła swego. Była dumna z siebie i szczęśliwa, bo mama na pewno cieszyłaby się razem z nią. Tak... była szalenie szczęśliwa, tylko musiała sobie o tym często przypominać, bo jakoś dziwnie łatwo było zapomnieć i ponieść się złudzeniu... Złudzeniu, że coś umyka, albo może co gorsza już było umknęło.
Za jego sprawą okazało się, iż to nie zwida, czy chłód zimnych nocy szczypał ją gdzieś w okolicach serca od czasu do czasu. To nie uczucie spełnienia towarzyszło jej w samotnych spacerach po parku, gdzie ukradkiem zerkała na dwudziestoparolatki z wózkami. „Bachory”. „Ryczą”. Tylko dlaczego jakoś tak łezka potrafiła się w oku zakręcić, kiedy taki „okropny smarkacz” obdarzał ją szczerbatym uśmiechem...?
Tak, za jego sprawą wszystko się wyjaśniło.
***
Kobieta wzięła głęboki, rzężący wdech i mówiła dalej: Widzisz, ona nigdy nie była łatwą rozmówczynią, ani „duszą towarzystwa”. „Szczerość – tak, wylewność – nie” – tak w skrócie można było opisać jej postawę wobec otaczającego ją świata. Musiało mieć to coś wspólnego z tym, jak traktowali ją ludzie, kiedy była dziewczynką. Wciąż czegoś od niej wymagano, ale nie zawsze dotrzymywano obietnic. Ojciec był ciągle w rozjazdach, a od śmierci matki w zasadzie się nią nie zajmował. Zostawiał ją mamce. A mamka to były tylko niekończące się polecenia i zakazy. Nic dziwnego, że Małgosię cechował potem swego rodzaju chłód. Od kogóż miała nauczyć się ciepła.
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Kasia P
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…