Wróć do katalogu

Papierowy łabędź

Opowiadanie o miłości, muzyce i miłości do muzyki. Napisane dla mojej dobrej znajomej. Chyba pierwsze w moim życiu, z którym połączył mnie tak wielki sentyment.

Zwierciadełko, opublikowano , 31 min czytania, 4,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Nie ważne ile wykwintnych restauracji z najwyższej półki powstałoby w Zielonej Górze, cała śmietanka mieszkańców miasta bez wątpienia pozostałaby wierna jednemu lokalowi. „Lux Aeterna”, choć było to miejsce schludne i zadbane, z duszą i klimatem, brakowało wiele do przepychu zarezerwowanego dla restauracji mogących cieszyć się kompletem gwiazdek Micheline, kucharzami o międzynarodowych nazwiskach oraz daniami pieszczącymi najbardziej wybredne podniebienia. Restauracja mieściła się na parterze budynku przemysłowego, którego piętra zajmowały biura firm przeróżnych branży. Szorstki, szary tynk, naznaczony wyrwami ukazującymi wątpliwej jakości pobladłe cegły i odrapane drzwi wejściowe dla postronnych przechodniów, przyjezdnych czy turystów nie stanowiły na pewno przekonywującej zachęty. Za szaro – zielonymi, brudnymi drzwiami skrywał się dość wąski korytarz, w dużej mierze skąpany w ciemności. Za jedyne źródło ubogiego światła służyła samotnie wisząca żarówka. Wydawało się, że już dawno powinna dokonać swego żywota, tymczasem ostatkiem sił wyznaczała wąską ścieżkę w korytarzu ciemności. Gość musiał przejść tym osobliwym holem około 50 m by wypatrzeć po lewej stronie kolejne drzwi, tym razem szklane. Zrobienie w takim miejscu szklanych drzwi mogłoby wydawać się szaleństwem. Kto z gości restauracji chciałby bowiem podziwiać ciemny, brudny korytarz? Nie w tę stronę miało to jednak działać. Szklane drzwi były wabikiem. Kiedy już bowiem ktoś zapuścił się w obskurny korytarz, pierwszym co widział w nieprzyjemnym, przenikającym mroku była łuna ciepłego, miękkiego światła wylewająca się na posadzkę i ścianę przed drzwiami. W przebłysku geniuszu właściciel „Lux Aeterny” umieścił na tym skromnym skrawku jaśniej oświetlonej ściany wymalowany purpurowymi literami napis „Zapraszamy”. Wystarczyło jednak zajrzeć za szklane drzwi, by czmychnąć z nieprzyjaznego korytarza i skryć się w przytulnym lokalu. „Lux Aeterna” była miejscem urządzonym z niezwykłą fantazją i wyobraźnią. Cały lokal skąpany był w pomarańczowym, ciepłym świetle. Naprzeciwko wejścia stał masywny bar, zrobiony z ciemnego, starego drewna. Na półkach za nim lekko połyskiwały butelki najlepszych trunków. Przystojny, elegancko ubrany barman nieśpiesznie wycierał blat śnieżnobiałą szmatką, jakby chciał udowodnić wszystkim wkoło, że miejsce jego pracy jest nienagannie czyste. Całą lewę stronę restauracji zajmowały drewniane, kwadratowe stoliki, do których dostawione było w większości cztery krzesła. Gdzieniegdzie stały stoliki okrągłe, przeznaczone tylko dla par. Każdy stolik przykrywał bordowy obrus, na pierwszy rzut oka gładki. Dopiero po dokładnym przyjrzeniu się można było zobaczyć ptaki, misternie wyhaftowane lekko połyskującą nicią, niewiele jaśniejszą kolorem od materiału obrusu. Na środku każdego stolika stała w wąskim flakoniku pojedyncza, czerwona róża a obok płonęła niewielka świeca. Ptaki na obrusach nie były przypadkiem. Te piękne, skrzydlate stworzenia były patronami restauracji. Każdą ścianę zdobiły wizerunki najpiękniejszych, najbardziej kolorowych gatunków. Pod sufitem zawieszone było kilka klatek, w których wesoło świerkały te o najdelikatniejszych głosach. Pod nogami gości natomiast, w podmuchach przeciągu czy kroków fruwały niewielkie piórka, kolorowe jak tęcza. Po lewej stronie baru, w najodleglejszym kącie przeznaczono miejsce na scenę. Właściwie było to niewielkie, drewniane podwyższenie, wystarczająco duże, by zmieściło się na nim fantazyjnie pomalowane pianino i pojedynczy mikrofon. To właśnie dla tej sceny „Lux Aeterna” zapełniała się po brzegi każdego czwartku. Dla tej sceny i dla kobiety, która raz na tydzień stawała na niej, by zaśpiewać. *** - Drodzy Państwo, proszę o uwagę. – na scenę wyszedł barman i przemówił do gości zgromadzonych w lokalu. Znów wszystkie stoliki były zajęte. Na sali zapadła wyczekująca cisza. – Nadszedł czas na występ gwiazdy naszej restauracji. Proszę przywitać brawami naszą piękną panią, naszą diwę, Paulinę. Kobieta, która do tej pory stała z boku zrobiła krok na deski sceny. Barman podał jej rękę i spoglądając na nią nieśmiało podprowadził do mikrofonu. Restauracja wypełniła się oklaskami. Młoda kobieta podeszła do mikrofony i usiadła na stojącym przy nim wysokim krześle. Miejsce przy fortepianie zajęła dziewczyna, na oko w tym samym wieku, co śpiewaczka. - Dziękuję ci, Adamie. – powiedziała w stronę barmana melodyjnym głosem, posyłając mu delikatny uśmiech. Ten ukłonił się szarmancko i wrócił na swoje miejsce pracy, wciąż jednak od czasu do czasu rzucając dyskretne spojrzenia w stronę dziewczyny. Paulina obdarzyła uśmiechem wciąż oklaskujących ją gości. Nawet ubrana dość swobodnie, w czarne jeansy i ciemno brązową tunikę, z botkami na obcasie, robiła piorunujące wrażenie. Była młoda, miała zaledwie 20 lat. Wszystko, co robiła, robiła z wdziękiem. Poruszała się z wdziękiem, mówiła z wdziękiem, spoglądała z wdziękiem. Była zgrabną osobą o nienagannej figurze. Delikatną twarz o morelowej cerze okalała kaskada czekoladowych włosów naznaczonych, wydawałoby się, złotymi kłosami. Fryzura spływała na miękkie ramiona, pod którymi delikatne linie obojczyków znaczyły drogę rozkoszy każdego mężczyzny. Gdy śpiewała cała męska część widowni skupiała uwagę na jej ustach – wąskich i aksamitnych, delikatnie muśniętych błyszczykiem – poruszających najtrwalsze i najbardziej oporne wyobraźnie. Kobiety natomiast nie mogły oderwać wzroku od jej oczu. Melodia jej głosu nie płynęła bowiem tylko z gardła, ale także z brązu jej oczu. W tych oczach można było wyczytać ból, cierpienie, smutek, wyczekiwanie, tęsknotę a także radość, podekscytowanie – wszystko, o czym mówiły piosenki, które Paulina śpiewała. A kobieta obdarzona była wręcz nieziemskim głosem. Jego czystość i barwa mogły konkurować tylko z diamentami a skala głosu z najwyższymi górami. Gdy ona śpiewała nawet grający w tle fortepian zdawał się być tylko zawadą na drodze do perfekcyjnego utworu. Występ Pauliny nie trwał krótko, zazwyczaj kończył się po pół godzinie. Ale to właśnie te pół godziny, wypełnione niebiańskim głosem było kartą przetargową „Lux Aeterny”, przynoszącą jej krociowe zyski.

***

Świat mój tak zwyczajny Pod niebem biało-czarnym Ludzie są wycięci z szarych stron Ze środka ksiąg

Piękni są z romansu tła Zmęczeni tylko z gazet A ja jestem białą, czystą kartką Pośród Was

Aksamitny głos Pauliny rozpływał się po restauracji niczym fala, niosąca przyjemność i ukojenie. Dla każdego z gości nie liczyło się już nic. Była tylko ta chwila, był tylko ten głos. Słowa nabierały nowego znaczenia, miały głębszy sens. Przygaszone na czas występu światło tylko potęgowało wszelkie doznania. Niektórzy zamknęli oczy, inni woleli wraz z pięknem muzyki podziwiać urodę kobiety.

Dzisiaj proszę Cię Ten jeden raz zatrzymaj się Ten jeden raz stań tuż obok mnie Dziś czuję, że brak mi sił Ten jeden raz bądź blisko mnie Poczuć mi daj, że to wszystko ma sens Dziś wiem, że brak mi sił

Przejścia między piosenkami były ledwie wyczuwalne. Nikt nie miał odwagi ani nawet chęci przerywać występu oklaskami. Liczył się tylko śpiew, liczyła się tylko Ona. Paulina siedziała na krzesełku na scenie z półprzymkniętymi oczami. Jedną ręką obejmowała mikrofon, drugą, zaciśniętą na jakimś przedmiocie trzymała przy sercu. Obserwował ją z tego miejsca, co zawsze, najbardziej oddalonego, schowanego w głębokim cieniu. Wysoki, przystojny brunet o niebieskich oczach. Czarny garnitur leżał na nim idealnie. Biała koszula, rozpięta u góry idealnie komponowała się z jego ciemną karnacją. Popijał szkocką z lodem – niespiesznie, małymi łykami. Nie spuszczał wzroku z kobiety, odkąd tylko weszła na scenę. On jeden wiedział, co trzyma w dłoni przy sercu. Podarował jej tę ozdobę rok temu, dzień po tym, jak zatrudnił ją w „Lux Aeternie”. Wyciągnął otwartą dłoń w jej stronę i szepnął tylko „Proszę”. Radosnymi oczami patrzyła na niewielką figurkę jastrzębia spoczywającą na jego ręce. Złote kontury ptaka podtrzymywały diamentowe skrzydła i dziób. Całość wykonana była z dbałością o najmniejsze szczegóły i nawet mimo niedużej wielkości prezentowała się zachwycająco. Tej samej nocy zostali kochankami. Od tamtej pory nie opuścił ani jednego jej występu. W każdy czwartek najpierw wraz z gości restauracji rozkoszował się jej głosem, nocą zaś już zupełnie sam rozkoszował się jej miękkim ciałem. - Pańska szkocka – przerwał jego rozmyślania barman, przesuwając w jego stronę na nowo zapełnioną szklankę. Adam pracował u niego od samego początku. Był sumiennym i odpowiedzialnym młodym chłopakiem, rozpaczliwie zakochanym w Paulinie. Wiedział o tym, nie trudno było to dostrzec. Zresztą trzeba było być idiotą, by nie zakochać się w takiej kobiecie. Idealnej.

Ile popłynęło łez zanim los przywrócił sens, Ile pustych dni nim uwolniłam się z tamtych chwil, Każdy dzień oddala gniew, bo jego ramię siłą jest, Ocaliła mnie czułość wyśniona i spełniona

Zawsze powtarzała mu, że to dzięki niemu śpiewa z takimi uczuciami. Że to on wyzwolił w niej tę piękną duszę. Traktowała diamentowego jastrzębia jak talizman. Miała go przy sobie zawsze. „Mój głos płynie przez jego kryształowe ciałko” – szeptała mu do ucha, gdy leżeli razem w łóżku, w ciemności. A potem całowała delikatnie i zasypiała wtulona w jego ramiona. Kochał ją jak szalony, z każdym dniem coraz bardziej. Zginąłby, gdyby coś jej się stało. Nie wybaczyłyby sobie, gdyby ktoś ją skrzywdził. Wyjął komórkę, by po raz setny chyba przeczytać SMS-a, którego otrzymał tydzień temu. „Albo pieniądze, albo Ona”. „Lux Aeterna” istniała już rok, zanim stała się jedną z najsłynniejszych restauracji w okolicy. Był to rok marny i biedny. Niewielu gości przez ten rok przestąpiło próg lokalu a on miał coraz to nowsze rachunki i kredyty do spłacenia. Długi piętrzyły się z każdym miesiącem. W akcie desperacji skorzystał z pomocy ludzi, których normalnie omijałby szerokim łukiem. Procent był zabójczy, ale miał nadzieję, że interes nieco opóźniony, ale wkrótce ruszy. Paulinę znalazł zupełnie przypadkiem. Był deszczowy dzień. Szedł szybko, kuląc się przed zacinającym deszczem. Przechodził właśnie obok kościoła, gdy ją usłyszał. Głos Anioła w Domu Boga. Wszedł do środka i usiadł w ostatniej ławce. Niewielu wiernych zdecydowało się w taką pogodę na modlitwę, naliczył zaledwie kilkanaście osób, pochylonych w skupieniu i modlitwie. A ona śpiewała. Głos niósł się po ogromnym wnętrzu budynku, odbijał o ścian i robił piorunujące wrażenie. Siedział jak zaklęty, wpatrzony w młodą, piękną dziewczynę stojącą na ołtarzu. Wiedział, że to jego jedyna szansa. Wiedział, że jej głos ściągnie tłumy do jego podupadającej restauracji. Gdy skończyła śpiewać wstał i podszedł do niej pospiesznie. Nie mógł zmarnować tej szansy, danej mu chyba przez samego Boga. Na początku była nieufna. Nie chciała dać się przekonać. Była jeszcze młoda, na utrzymaniu rodziców, więc nie musiała zarabiać. Użył całego swojego uroku i zapewniał ją, że będzie mogła w każdej chwili zrezygnować. W końcu uległa. Nie zrezygnowała, śpiewała dla niego do dziś. Tydzień po tygodniu do restauracji zaczęło przychodzić coraz więcej ludzi. Plotki o wspaniałej dziewczynie o diamentowym głosie wędrowały przez miasto ściągając coraz to nowszą klientelę. Kredyty zaczęły maleć a „Lux Aeterna” w końcu przynosiła zyski. Pozostał mu już tylko jeden jedyny dług do spłacenia, niestety ten najgorszy. Pieniądze przelewał co tydzień, oni co tydzień domagali się więcej. Zaczął panikować, sytuacja wymykała mu się spod kontroli. Bał się, że tego kredytu albo nie spłaci do końca życia, albo zapłaci go swoim życiem. Gdy zaczęli mu grozić stracił nadzieję, że kiedykolwiek się z tego wyplącze. Znał rozwiązanie, ale omijał je szerokim łukiem, wmawiając sobie, że jest inne wyjście z tej sytuacji.

Może ciepło twoich ust Może echo twoich słów Ukołyszą mnie do snu Na poduszce zapach Twój Nim otulam się do snu Chcę spokojnie zasnąć znów

Z zamyślenia wyrwała go burza oklasków. Koncert właśnie się zakończył. Spojrzał na scenę, na której stała roześmiana Paulina. Uwielbiał ją taką oglądać. Tuż po zakończeniu występu, gdy z sali płynęły w stronę sceny gromkie brawa stała patrząc na wszystkich gości najbardziej wesołymi oczami na świecie, jakby niezmiennie dziwił ją zachwyt zgromadzonych w restauracji ludzi. - Dziękuję Wam bardzo. – powiedziała tylko i odeszła od mikrofonu. Poderwał się szybko z miejsca i już chwilę potem był przy niej. Złapał ją w ramiona i przytulił. Zapach jej włosów i perfum uderzył w jego zmysły. Stali tak wtuleni w siebie, a ona śmiała mu się do ucha najbardziej niewinnym i wspaniałym śmiechem na świecie. Czuł jej delikatne, niemal wątłe ciało. Tak piękne i tak przez to bezbronne. Nie chciał jej już nigdy puszczać ona jednak pocałowała go w policzek i odsunęła się delikatnie. Ujrzał jej twarz i oczy w kolorze głębokiego brązu. - Byłaś wspaniała. – powiedział jak zawsze. Ona jak zawsze podziękowała mu pocałunkiem. – Co byś powiedziała na to, żebyśmy dzisiaj wcześniej wrócili do domu? – spytał łapiąc ją za rękę. - Nie mam nic przeciwko. – odpowiedziała, ściskając mocniej jego dłoń. - Zajmiesz się wszystkim? – zwrócił się do Adama, ten przytaknął tylko głową i wrócił do rozmowy z klientem. Gdy wyszli na ulice miasta objął ją szczelnie ramieniem. Była duszna noc. Latarnie oświetlały im drogę, co jakiś czas na ulicy obok przejeżdżał samochód. Wciąż delektował się zapachem jej ciała. Wdychał niespiesznie, jakby chciał bardzo dokładnie zapamiętać tę woń. Szli powoli, rozmawiając o wszystkim i o niczym – co będą robić jutro, jakie piosenki zaśpiewać za tydzień, czy jeść kolację czy od razu się położyć. Standardowo po piętnastu minutach przekraczali próg domu. Nie zdążyła nic powiedzieć. Objął ją szczelnie ramionami i zaczął zachłannie całować. Delektował się smakiem jej ust, jednocześnie zdejmując z niej ubrania. Drogę do sypialni pokonał na pamięć. Godzinę później spała zmęczona przy jego boku. Obserwował ją dokładnie, delikatnie wędrując palcem po jej nagim ciele. Nachylił się i pocałował ją w usta. Poruszyła się lekko, ale nie obudziła. Powoli, chcąc zachowywać się jak najciszej wyszedł z łóżka i przeszedł do łazienki. W jaskrawo oświetlonym pomieszczeniu spojrzał w lustro na swoją twarz. Zmęczoną, szarą, z workami pod oczami. Nie mógł tak ciągnąć swojego życia. Nie mógł dłużej oszukiwać siebie i jej. Przemył twarz zimną wodą i ubrał się w te same ciuchy. Wyszedł z łazienki i znów spojrzał na Paulinę śpiącą w jego łóżku. Podjął już decyzję, ale nie zmieniało to faktu, że wahał się za każdym razem, gdy na nią patrzył. Z wewnętrznej kieszeni marynarki wyjął dużą, białą kopertę. Położył ją na łóżku obok niej i szybko wyszedł do przedpokoju. Wyjął z szafy zapakowaną walizkę, ubrał buty i wziąwszy ze stolika kluczyki do samochodu wyszedł z mieszkania. Blade światło latarni wpadające przez okno do sypialni oświetlało delikatnie imię „Paulina” wypisane starannie i elegancko na wierzchu koperty. Pierwsze promienie słońca przedarły się przez niedosunięte zasłony w oknach i spoczęły lekkim ciepłem na ciele Pauliny. Strużki światła muskały jej policzki i ramiona. Dziewczyna obudziła się i nie otwierając jeszcze oczu przeciągnęła się na łóżku, szeroko się uśmiechając. W końcu…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych