Wróć do katalogu

Paulina i Adam

Historia moich przyjaciół...

mecenasstokroteczka, opublikowano , 43 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Paulina

„Słuchaj, dzieweczko! -Ona nie słucha – To dzień biały! To miasteczko! Przy tobie nie ma żywego ducha. Co tam wkoło siebie chwytasz? Kogo wołasz, z kim się witasz? - Ona nie słucha…”

- to jest ostatni wiersz, który pamiętam z mojego dzieciństwa. Gdy go recytowałam po raz ostatni, miałam 17 lat. Nie pamiętam jednak twarzy ludzi, przed którymi recytowałam „Romantyczność”, ale pamiętam, że było to na konkursie. Polonistka wystawiła mnie, bo myślała, że zrobię "widowisko". I w sumie mi się to udało. Tylko jej chyba nie bardzo o to chodziło, ale mimo wszystko widowisko było. W czasie recytacji zemdlałam. Po prostu osunęłam się na ziemię. Podobno to wyglądało strasznie. Ale to wszystko to nic. Najgorszym przeżyciem było to, że ZŁAMAŁAM OBCAS W ŚLICZNYCH BUTACH. Wydawało mi się wtedy, że była to prawdziwa tragedia. Gdy się ocknęłam, zobaczyłam dwóch facetów błękitnych kitlach. Jednym z tych mężczyzn był mój ojciec chrzestny - Tomek. Odwrócili się dopiero, gdy chciałam do nich coś powiedzieć. Wujek powyjmował mi rurki z ust i nosa. - Jak się czujesz? - zapytał, gdy już byłam wolna. - Średnio. A kto wygrał konkurs? - Odbędzie się jeszcze raz. - A dlaczego? Nie zdyskwalifikowali mnie? - zapytałam zaskoczona. - Nie. Chyba podobałaś się komisji... - powiedział lekarz, przyjaciel mojego wujka, mój zresztą też. - No, to dzisiaj już idę do domu mam rozumieć? - byłam w skowronkach, bardzo dobrze się czułam, nie tyle fizycznie, ale psychicznie. - Nie bardzo... - powiedział smutno lekarz. - Co jest nie tak? - zaniepokoiłam się. - Tylko nie ściemniajcie! - poprosiłam. - To ja pójdę poszukać Moniki, a ty wszystko wytłumacz - poprosił mój wujek przyjaciela i zniknął z sali. - A to skurczybyk - powiedział do siebie cicho Sebastian, jednak ja również to usłyszałam. - Więc mogłabym się czegokolwiek dowiedzieć? - zapytałam, znużona sytuacją. - Zemdlałaś w trakcie występu - oznajmił mi. - Inaczej nie dałabym się położyć w szpitalu. Tym bardziej w takim stanie – zaśmiałam się. - Dzięki temu odkryliśmy, że w twoim mózgu jest potężny guz – powiedział smutno. - Ale jaki guz? O co tu chodzi? – dopadała mnie już lekka panika. - Tego jeszcze nie wiemy. Dzisiaj jeszcze przeprowadzimy biopsję. - A to będzie boleć? – przeraziłam się. - Sam zabieg będzie w narkozie, a później… Nie wiem, pewnie kilka dni będzie nieprzyjemnie, ale zrobię wszystko, aby bolało jak najmniej – obiecał. - Dziękuję. Godzinę później, gdy siedziała przy mnie mama, a ja sama byłam już gotowa do zabiegu, przyszedł po mnie lekarz i zawiózł na salę operacyjną. Obudziłam się dopiero na sali pooperacyjnej i od razu poczułam, że przeraźliwie boli mnie głowa. Gdy dotknęłam jej rękami, zauważyłam, że mam na niej dość duży opatrunek. Następnego dnia przewieziono mnie na zwykłą salę, wraz z inną dziewczyną, którą poznałam na pooperacyjnej – Werką. - Jak się czujesz, Pauliś? – zapytał wujek, gdy tylko przyszedł do mojej sali. - Może być, jak wyniki? – zapytałam od razu. - Nie wiem… dopiero przyszedłem… - Ale ty chyba teraz nie masz dyżuru. - No… w sumie, ale chciałem zastąpić kumpla… - Chyba coś kręcisz. - Kochana, ciebie bym okłamał? - A nie? – odpowiedziałam pytaniem. - Nie. Zaraz idę do Rafała i o wszystko się wypytam, ok? Ty, tym czasem, zjedz śniadanko. I się nie martw! – zalecił, gdy zobaczył, jak nerwowo stukam palcami w blat stolika. – Wszystko jest okej! – zapewnił i przytulił mnie. Poprawił mi jeszcze poduszkę i wyszedł z sali. - Co ja bym bez niego zrobiła? – zapytałam retorycznie Weronikę. Ona tylko się uśmiechnęła. Czas leciał bardzo wolno. Zjadłam śniadanie, przyniesione przez moją kochaną mamusię, po czym przyszedł do mnie Sebastian. Nie wyglądał za wesoło. Szczerze mówiąc, wyglądał jak obraz nędzy i rozpaczy. W innym szpitalu miał dyżur nocny, a teraz przyjechał tutaj. Jednak ja również nie oszczędziłam mu nerwów. - Jak wyniki? – zapytałam od razu, gdy wszedł bez żadnego powitania. - Nie jest dobrze… - powiedział i wziął w dłonie moją kartę, aby ukryć swoją twarz. - Mam się bać? – już byłam przestraszona. - Nie bój się. To jeszcze nic nie znaczy. Obiecuję, że wszystko będzie dobrze. - Ale co wykryliście w tej mojej głowie? – byłam już strzępkiem nerwów. - Masz glejaka… - powiedział, przy czym przytulił mnie do swojej klatki piersiowej. - Glejaka? Co to jest, bo brzmi nieciekawie? – nie miałam pojęcia, że zaraz mój świat runie. - To nowotwór złośliwy mózgu. Podejrzewaliśmy to, jednak nie wierzyliśmy, że to może ciebie spotkać. Bardzo mi przykro. No tak, jemu było przykro, a ja już zalewałam się łzami. - Nie denerwuj się. Wszystko będzie okej. Wyjdziesz z tego, rozumiesz? - Wyjść, to można z domu! – rozkleiłam się. – Seba, czy to znaczy, że ja umrę? - W żadnym wypadku nie wolno ci tak w ogóle myśleć. Onkolodzy cię wyleczą, zrozumiano? Mają taki odgórny nakaz! - Czy to znaczy, że przeniesiecie mnie na inny oddział? Ale ja nie chce. Chce zostać tutaj, przy was. Przy Tomku i tobie! - To raczej jest niemożliwe. Ale jeśli chcesz, będziemy brali dyżury na przemian, tak żeby ktoś cały czas przy tobie był.

Po obiedzie zostałam przeniesiona na onkologię. Przyjechała moja starsza siostra - Majka, która na co dzień mieszka w Wielkiej Brytanii razem z Filipem, swoim mężem. I tak trwali przy mnie na zmianę. Po operacji zmniejszenia guza przez kilka dni nie było ze mną kontaktu, więc moi najbliżsi wymieniali się tylko – gdy mama szła zregenerować siły, do mnie przychodziła Majka z Filipem, Tomek lub Sebastian. Tak było przez prawie tydzień. Później zaczęłam przyjmować chemię. W tym czasie nie mogłam patrzeć na siebie w lustrze. Nigdy wcześniej jakoś bardzo nie przejmowałam się własnym wyglądem, jednak wtedy gdy zaczęły wypadać mi włosy, a skóra zrobiła się kompletnie blada i matowa, coś we mnie pękło. Nie potrafię zliczyć ile nocy przepłakałam z tego powodu. Jednak później stwierdziłam, że nie to było najgorsze. Gdy zaczynałam wymiotować po chemii, myślałam, że nigdy nie przestanę. To było straszne. Gdy po raz kolejny skończyłam, a kroplówka z lekami już właściwie była pusta, do mojej sali wszedł przystojny, brązowooki chłopak. - Cześć, jestem Adam – przedstawił się. - Cześć – wyciągnęłam do niego dłoń, a on ją uścisnął. – Paulina. Akurat wtedy byłam sama w pokoju. Weronika gdzieś wyszła, a ja dałam tego dnia „wolne” swojej rodzince. Powiedziałam Majce, aby zabrała mamę gdzieś na porządny obiad, bo z tego całego mojego chorowania i ona nabyłaby się jakiejś anemii. Bardzo dobrze mi się z nim rozmawiało. Dowiedziałam się, że przyszedł tu, aby zwalczyć białaczkę, która zaatakowała go już osiem lat temu. Jest ode mnie starszy o pięć lat, ale mimo to mieliśmy niewyczerpany temat do rozmowy, gdyż oboje interesowaliśmy się tańcem, a gdy mieliśmy chwilę, nasze zainteresowania znajdowały ujście na parkiecie. - Umiesz to odpiąć? – zapytałam, gdy skończyła mi się kroplówka. - Jasne? Zatańczysz? – zapytał i podał mi dłoń, gdy byłam już odpięta. - Ale tutaj, w pidżamie? - Przeszkadza ci to, bo dla mnie wyglądasz pięknie… - powiedział beztrosko, a na mój, do tej pory blady policzek, wdarł się maleńki rumieniec. Gdy Adam prowadził mnie w tańcu cały świat mógłby przestać istnieć. Choć nie miałam siły, on podtrzymywał mnie i szeptał do ucha miłe słówka: że wszystko będzie dobrze, że wyzdrowieję, on również i będziemy tańczyć gdzie tylko zapragnę. Taniec mógłby trwać w nieskończoność, jednak niestety mój organizm odmawiał mi posłuszeństwa i już po kilku minutach byłam przeraźliwie zmęczona. Adaś usiadł ze mną na łóżku. W chwilę później przyszedł pan Robert – mój onkolog prowadzący. - Adam, a co ty tu robisz? – zapytał zdziwiony. - Przywitałem się z nową koleżanką… - odpowiedział… - Aaa, w sensie w szpitalu? – dopiero później domyślił się, o co pyta lekarz. – Znowu mnie wzięło. To paskudztwo chyba nigdy się ode mnie nie odczepi. Koniec remisji – wyznał. - Damy radę! – onkolog mówił to z takim przekonaniem, jakby był tego pewien. – Pauluś, a gdzie jest twoja kroplówka? – zapytał mnie. - Adam mi odpiął. Skończyła się, więc uznałam, że… - Oj, wy młodzi… Ale dobra, wybaczam – zaśmiał się tylko. – Powiedz mi tylko gdzie wywiało wszystkich od ciebie? - Mają zakaz zbliżania się dzisiaj do szpitala. Szczególnie moja mama… - ja również się śmiałam. - Tomek ma dzisiaj dyżur? - Nie, zaraz do mnie przyjdzie. Jednak do tego czasu pozwolą panowie, że zagłębię się w lekturze bardzo ambitnej książki pod wdzięcznym tytułem „Zbrodnia i kara” – zaśmiałam się. – Bo jeśli tego nie przeczytam do świąt moja polonistka łeb mi ukręci! - A dużo ci jeszcze zostało? – zapytał Adam. - Nie, tylko jakieś… sześćset stron? – zaśmiałam się. - Cała książka ma sześćset trzydzieści… - nie chwycił żartu. - O to chodzi, ale jest beznadziejna! - Moja polonistka, gdy mieliśmy to czytać, powiedziała, że możemy przeczytać jakieś streszczenia i to wystarczy. Ona nie będzie się czepiać. - Anioł, nie kobieta. A gdzie się teraz uczysz? - Studiuję, ale nie jest to łatwe, jak co jakiś czas ląduję tutaj. A ty? - Miałam w przyszłym roku zdawać maturę, a potem iść na studia prawnicze. A tak nie wiem, co to będzie… - zasmuciła się. - A gdzie się uczysz? Tutaj w Warszawie? - W katolickim liceum. Jest chyba tylko jedno w Warszawie… - Tak, ale za to super szkoła, jestem tamtejszym absolwentem – zaśmiał się. - To kto miał z tobą polski? – zdziwiłam się, bo u nas poloniści są raczej surowi. - Ona już nie uczy. Przyszła do nas na roczne zastępstwo, ale cudna babka. - A co teraz studiujesz? - Długo się wahałem. Nawet zmieniałem studia, jednak wygrała medycyna… Jednak to jest to, co chciałbym robić w życiu, a chciałbym ratować ludzi. Odwdzięczyć się tym samym lekarzom i pielęgniarkom za to, że znoszą mnie już tyle czasu i robią wszystko, żebym w końcu pozbył się tego paskudztwa. - I dałeś radę? Mimo tego, że jesteś tutaj dałeś radę sobie ze wszystkim? – nie wierzyłam własnym uszom. - Jeśli się czegoś naprawdę pragnie, osiągnie się to mimo największych kryzysów! - Muszę to sobie chyba zapisać na czole, bo ja zawsze za wcześnie rezygnuję – przyznałam się. - Jak chcesz, możemy nad tym popracować. Wydaje mi się, że będziemy tu wystarczająco długo, aby wpoić do twojej pięknej główki – powiedział, a ja się zaczerwieniłam. Przysunął się do mnie i objął mnie ramieniem. W takiej pozycji zastał nas Tomek. Jakoś za bardzo nie przejął się tym, że jego siostrzenica „obściskuje się” (jak nazwał to potem Sebastian) z zupełnie obcym chłopakiem. - Cześć Tomuś! – przywitałam się z nim, gdy tylko wszedł do sali. - Paula, to ja spadam – oznajmił Adam. – Zajrzę do ciebie później – obiecał. - Dzięki za taniec, już dawno tak fajnie się nie bawiłam – podziękowałam. – Pa. Gdy wyszedł, wujek usiadł na krześle obok mojego łóżka, a torbę na zakupy postawił na szafce. - Nie ma mnie pół dnia, a ty już takie cyrki odstawiasz? – zapytał. - Jakie cyrki? – nie bardzo rozumiałam. - Kto to był? I o jaki taniec chodziło? - Wszystkiego jesteś taki ciekawy?! To pacjent – oznajmiłam. - No chyba nie twój. Nie zrozumieliśmy się. Pytam, kim on jest dla ciebie? Aj, te kobiety… - Ponarzekaj sobie. Dobrze ci to wychodzi. Przyszedł do mnie, aby się zapoznać. Poza tym zgadało się jakoś tak i posiedział u mnie chwilę. Pokaż lepiej co tam moja mamusia dla mnie dobrego przygotowała? – subtelnie zmieniłam temat. - Same pyszności. Taka matka, to skarb. - Co ty nie powiesz? Ciebie też już podtuczyła? - No ba… Aaa, zanim przyjechałem, dzwoniła babcia z dziadkiem i prosili, żebym cię uściskał. Oni już też niedługo przyjadą. - Nudzi im się na Mazurach? Przecież nie mogą zostawić zwierzaków… - Nie bój się o zwierzaki. Ty bój się lepiej o siebie, bo jak przyjadą, to nie będzie zmiłuj… - zaśmiał się. – Nie będzie już słodyczy, które ci przynoszę, tylko w pełni zdrowe jedzonko… - No tak, jak mogłabym zapomnieć, że babcia jest taką zwolenniczką zdrowego żarcia? – zapytałam retorycznie. - Przeżyjemy. Oni przyjadą góra na dwa dni… - Nie to, że ja ich nie lubię. Ja ich kocham, ale… - zaczęłam się tłumaczyć. - Wiem, wiem. Ale mnie też czasami wkurzają – przyznał. Zjadłam obiadek przygotowany przez moją mamę. Boże, jakie to było pyszne! W tym samym czasie był rozdawany szpitalny obiad. Gdy spojrzałam, co to jest, podziękowałam Bogu, że mam rodzinkę w Warszawie. Nie to, że jestem wybredna, ale „to coś” co było mylnie nazwane obiadem, wyglądało jak jedzenie przeżute i wyplute na talerz. Ja w swoim życiu wcześniej byłam w kilku sanatoriach, bo kiedyś miałam malutkie problemy ze skoliozą, ale chyba nigdy nie spotkałam aż tak ohydnego jedzenia. W jednym z sanatoriów, w Szczawnie – Zdroju był co prawda taki posiłek, o wdzięcznej nazwie „cha che”, ale to był raczej wyjątek niż reguła. Zresztą tam, pewien nasz opiekun, który był tak naprawdę niewiele starszy od nas, zaśmiał się, że tym właśnie posiłkiem chcieli z nas zakpić i się z nas śmiali, dlatego taka nazwa.

Następnego dnia rzeczywiście przyjechali moi dziadkowie. Babcia, jak się spodziewałam, przywiozła owoców z własnego sadu. W czasie weekendu nie miałam chemii, więc nawet wyszłam na spacer z dziadkami. Oczywiście, gdy oni już poszli, przychodził do mnie Adaś. W sobotę kilka razy pielęgniarka wyganiała go do siebie. Bezskutecznie. Poszedł sobie dopiero około trzeciej w nocy. To nic, że następnego dnia spałam jak zabita do jedenastej. Niedziele były tam tak leniwe, że aż szkoda gadać. Adam

Zacząłem chorować, gdy byłem w drugiej klasie gimnazjum. Wiadomo, że chłopakom w tym wieku zawsze odpala. Nie byłem aniołkiem, ale też chyba nie byłem taki zły. Zawsze dobrze się uczyłem i wierzyłem, że w życiu do czegoś dojdę. Nowotwór objawiał się niby niewinnie, często leciała mi krew z nosa, nie miałem apetytu. Coraz mniej interesowały mnie imprezy i melanże do rana. Nic, z czego można by wywnioskować fakt, że jestem chory. Jednak moich rodziców coś tknęło – zrobili mi wyniki. Zbyt mało białych krwinek, coś jest nie tak! W tamtym czasie nie byłem przeziębiony, ani nic nie wskazywało na to, że coś jest nie tak. Po jakimś czasie znów pobrano mi krew do badania. Jeszcze mniej leukocytów. Wtedy dostałem skierowanie do Kliniki Hematologii i Onkologii w Warszawie na szczegółowe badanie szpiku kostnego. Już czułem, że coś jest źle, choć rodzice nie chcieli mi jeszcze nic mówić. Tam, po biopsji, zapadł wyrok – białaczka. Już teraz nie umiem zliczyć ile razy wydawało się, że będzie dobrze. Jednak nigdy nie straciłem do końca nadziei. Przy każdej remisji łudziłem się, jestem wyleczony, ale nie trwało to nawet roku, jak znowu lądowałem w szpitalu… Gdy skończyłem liceum, znów miałem remisję. Pamiętam jak dumnie szedłem na matury! Jako, że przez całą szkołę średnią miałem indywidualne nauczanie (i to raczej w szpitalu, nie w domu) nie za bardzo znałem nawet swoją klasę, ale po egzaminach poszedłem z nimi na imprezę. Oczywiście ja na napoje wyskokowe mogłem tylko popatrzeć. Nie chciałem ryzykować. Poza tym raczej nigdy nie ciągnęło mnie do alkoholu. Do ostatniej chwili nie wiedziałem, na jakie studia iść. Bardzo chciałem studiować coś, po czym miałbym szansę na rynku pracy, mimo choroby. Bo wiadomo, jak to w Polsce jest: jesteś chory = nie możesz pracować! Nie chciałem tak. Zdawałem maturę z biologii i chemii rozszerzoną, a z fizyki na poziomie podstawowym, więc miałem nadzieję, że dostanę się na weterynarię lub medycynę. Nie wiedziałem wówczas, do czego mnie bardziej ciągnie. Czy do ludzi, czy do zwierząt? Po pierwszym roku weterynarii, stwierdziłem, że to nie dla mnie. Dziekan stwarzał problemy, gdy składałem o indywidualny tok nauki, a mi już wtedy zaczęły się znowu problemy ze zdrowiem. W następnym roku zacząłem studiować medycynę. Już niedługo zacznę drugi rok akademicki, a na razie poznałem w szpitalu bardzo miłą dziewczynę. Ma na imię Paulina. Dobrze mi się z nią rozmawia i mam nadzieję, że wyjdzie stąd szybciej niż ja. Zaprosiłem ją na lody. Wiem, że może mało romantycznie, ale chciałem, aby nasza znajomość nie zawężała się do stopnia cielesnego. Chciałbym zostać jej przyjacielem, w którym mogłaby znaleźć oparcie.

Paulina Adaś zaprosił mnie na lody. Akurat skończył mi się kolejny cykl chemii i wychodzę do domu. Co prawda tylko na trzy dni, ale to i tak dużo. Pojadę na działkę, wyluzuję się. Może zrobię sobie jednonocny „biwak” na działce razem z Magdą. Bardzo się za nią stęskniłam. Ostatnio, gdy gadałam z Rafałem, on powiedział mi, że musimy się rozstać. Po prostu. Bez podania jakiejkolwiek przyczyny – rzucił mnie. I znów płakałam w nocy. A już sobie obiecywałam! Ale to nic, teraz jest Adaś. Będziemy sobie nawzajem udowadniać, że się nie poddamy. Zaczęliśmy od lodów. Później poszliśmy jeszcze do Muzeum Powstania Warszawskiego. Adam, oprócz tego, że jest dobry z bioli, to jeszcze interesuje się militariami i II wojną światową. Opowiadał mi o wszystkim co tam widzieliśmy, jakby był przewodnikiem. Cudownie było spędzić ten dzień nie przejmując się niczym. Tę noc przespaliśmy razem z Majką i Filipem na działce w namiotach. Choć do późna siedzieliśmy przy ognisku i Majka opowiadała różne barwne historyjki z, najczęściej mojego, życia, rano nie mieliśmy problemu ze wstaniem. Tego dnia po południu musiałam być już w szpitalu, zresztą tak samo jak Adaś. Adam

Ten dzień był cudowny. Poznałem bliżej siostrę i szwagra Pauli. Następnego dnia wróciliśmy do kliniki, a tam czekała na nas miła niespodzianka. Otóż okazało się, że nie ma miejsc i pielęgniarka oddziałowa jest zmuszona położyć nas na jednej sali. Chyba z tysiąc razy pytała nas, czy to nie będzie problem, ale my jak najbardziej się z tego cieszyliśmy. Z tego wszystkiego, szkoda tylko, że tyle osób choruje. Jak na razie nie spotkałem tutaj nikogo znajomego. Wszyscy powychodzili z tego, tylko ja cały czas nie mogę opuścić tego szpitala. Następnego dnia Paula leżała podłączona pod pompę, a ja pojechałem na naświetlania. Gdy wróciłem, Pauliśka spała, a przy jej łóżku siedziała pani Monika. A do mnie przyjechali rodzice. Wyszedłem z nimi do świetlicy, żeby nie obudzić dziewczyny. Mama przywiozła mi wałówki normalnie chyba na miesiąc! I to na dwie osoby. Postanowiłem podtuczyć troszkę Paulę. Strasznie tu schudła. Gdy moi pojechali do domu, poszedłem na salę. Pani Monika już się zbierała. - O, dobrze, że już przyszedłeś Adaś. Przypilnujesz Paulinę, żeby cokolwiek zjadła? – zapytała pani Monika. Dziewczyna już oponowała, ale ja tylko potwierdziłem. - Oczywiście. Zaraz razem będziemy jeść, bo mi też rodzice przywieźli jedzenie… - Mamo, nie jestem głodna! – Paulina była widocznie wściekła. - Dobra, ja lecę. Później przyjdzie do ciebie Majka. - Nie musi – powiedziała łagodnie. – Możecie dzisiaj pojechać gdzieś na jakąś wycieczkę. Przyda wam się to, a ja tutaj mam opiekuna – powiedziała i wskazała na mnie. Pani Monika jeszcze chwilkę porozmawiała z córką, a później wyszła z sali, prosząc mnie, abym wyszedł na chwilę z nią. - Adaś, ona dzisiaj właściwie nic nie jadła. Ja wiem, że cały czas ją ciąga na wymioty, ale tak nie może być. Proszę, przekonaj ją jakoś. Masz większą siłę perswazji, niż jej stara matka… - zaśmiała się. - Spróbuję. Ale nic nie mogę obiecać. Jak ja sobie przypominam, jak to było, gdy ja się dowiedziałem o raku, to w zupełności ją rozumiem. Ale postaram się wytłumaczyć jej jak najwięcej – obiecałem. - Dzięki – w oczach pani Moniki widać było łzy. Paulina

Adam przegiął! Cały dzień namawiał mnie zjedzenia czegokolwiek, a ja nie mogłam. Cokolwiek zjadłam i tak po chwili lądowało to w muszli klozetowej, wszystkim wymiotowałam. Następnego dnia było lepiej, ale znów się wkurzyłam. Przez najbliższy tydzień miałam niedostawać chemii, bo miałam złą morfologię. - Adaś, jak długo to się może tak utrzymać? – zapytałam przerażona, gdy siedzieliśmy na moim łóżku. - Niedługo powtórzą ci badania i będzie wszystko dobrze, obiecuję? Chłopak przytulił mnie. Ułożyłam głowę na jego kolanach. Po chwili już szlochałam w jego koszulkę. On uspokajał mnie, znów szeptał mi czułe słówka. W chwilę później leżeliśmy razem na łóżku. Ja miałam głowę ułożoną na jego klatce piersiowej. W takiej pozycji zastał nas nasz onkolog – pan Robert. - Dzień dobry – przywitał się. Od razu podniosłam się, jakby poraził mnie prąd. - Dzień dobry – przywitaliśmy się płochliwie, niczym dzieci przyłapane na wybieraniu cukierków ze słoika. - Jak tam się czujecie dzisiaj? - Elegancko, doktorku – zaśmiał się Adaś. Lekarz też się roześmiał. Powpisywał coś do naszych kart i poszedł sobie. Tego dnia więcej do nas nawet nie wchodził.

Kilka następnych dni przeleżałam bezczynnie. Nie miałam chemii, a tylko w poniedziałek podłączyli mnie pod pompę. Czułam się coraz lepiej. W sobotę lekarze powtórzyli mi wyniki, a ich wynik w sumie mnie zadowolił. Mogłam znów dostać leki. Od poniedziałku znów, razem z Adasiem leżałam pod kroplówką. Adam

Był lekki kryzys, ale znów dostajemy leki. Niedługo wypuszczą nas do domu. Mam nadzieję, że teraz już na dłużej. Paulina

Po trzech tygodniach chemii wypuszczają mnie do domu i to na cały tydzień! Jestem taka szczęśliwa. Adasia też. Obiecał mi, że pójdzie ze mną, gdzie tylko będę chciała! A ja, tak najbardziej chciałabym nigdzie nie wychodzić, tylko cały czas z nim siedzieć. W środę pójdę do szkoły. Co prawda w maseczce, bo nie mogę złapać żadnego bakcyla, ale to nic! Będę mogła się spotkać ze wszystkimi swoimi znajomymi. Jestem taka szczęśliwa!

Adam

Pauliś uparła się, żebym poszedł z nią do jej szkoły. W sumie fajny pomysł. Tylko nie…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych