Wróć do katalogu

Pięć Domen: Tom 1 - Światło Północy: cz. 38

SEHELE, ARCHONI, ETIRIONY I INNE MITYCZNE STWORY

MKP, opublikowano , 28 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

O poranku na farmie Ozirów doszło do dość kuriozalnej sytuacji: na dużej, wiklinowej kanapie wyłożonej poduszkami z obszytego gęsiego pierza, leżał poparzony Emir, obok niego siedział zmartwiony Eliot, a Otmar krzątała się nerwowo przy kuchni.

Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie ogromna skrzydlata postać ulokowana na samym środku salonu. Arianka trzymała potężne skrzydła lekko rozchylone, a jej długie, białe lotki wyściełały drewnianą podłogę, formując wokół, pierzasty dywan.

Starsza z fascynacją spoglądała na miniaturowe – jak dla niej – meble i niewielkie okiennice położone tak blisko ziemi, iż zachodziła w głowę, jak można, bezpiecznie, wzbić się z nich do lotu.

Siedzenie w przysiadzie nie było dla niej wygodne, ale stanowiło mniejsze zło w porównaniu z opcją stania w pochyle, pod nisko zawieszonym sufitem.

W tym czasie, na zewnątrz, Selekta przywiązywała poobijanego Blejzera do jednego z pali służących do uwiązywania koni. Niedoszły zabójca pozostawał nieprzytomny i nie zanosiło się na jego rychłą pobudkę, więc razem z Lejlą postanowiły wrócić do domu i poczekać aż odzyska świadomość.

Podczas bezsennej nocy, Safonka pokrótce opowiedziała czarodziejce swoją historię, tym samym kreśląc rzeczywistość w jeszcze ciemniejszych barwach.

Zatrzymały się o kilka kroków przed wejściem do chaty.

– Wszystko gra? – spytała Selekta zatroskaną czarodziejkę.

– Nie wybaczyłabym sobie, gdyby coś ci się stało… – oznajmiła Lejla, zaciskając pięści.

– No już mała – rzuciła beztroskim tonem Selekta. – Też bym sobie nie wybaczyła, gdyby ten typ… – aż wzdrygnęła na myśl, że sekundy dzieliły Lejlę od śmierci – ale udało się. – Dodała i sprzedała czarodziejce kuksańca, wywołując zalążek uśmiechu na jej twarzy.

– Nie rozumiem tylko, po co trzymasz tego śmiecia przy życiu?

– Martwy nic nam nie wyjaśni – rzuciła krótko. Selekta zatrzymała się przebrnęła wzrokiem po spopielonych zgliszczach.

– Myślę, że nie tylko nam należą się wyjaśnienia. – Uchyliła przed Lejlą drzwi.

– To prawda – potwierdziła czarodziejka. – Ta rodzina straciła wszystko i jestem pewna, że to przez nas – stwierdziła z wyrzutem, wzięła głęboki wdech i przekroczyła próg.

W pierwszej chwili żadne z Ozirów nie zauważyło ich powrotu; trudno im się dziwić skoro pod dachem mieli kolosalne, opierzone stworzenie. Nigdy wcześniej nie widzieli kogoś takiego – Lejla ani Selekta z resztą też.

Zakłopotana Gospodyni, trzymając kubek z gorącym wywarem podeszła do Starszej.

– Czy napiję się pani herbaty? – spytała niepewnie – Bo jest pani kobietą, prawda? – dodała po chwili, spoglądając na opiętą szatę starszej. Arienda miała na sobie ubranie, ale przez zwiewną tkaninę przebijał kształt piersi, takich jak u człowieka, choć proporcjonalnie większych.

– Przepraszam – odpowiedziała grzecznie Starsza niskim kobiecym głosem. – Przez to cale zamieszanie zapominałam się przedstawić.

– Auł! – grzmotnęła głową o jedną z belek przy stropie.

– Ssss…

– Nic się pani nie stało!? – przestraszyła się Otmar.

– Nic takiego. Po prostu nie przywykłam do tak niskich sklepień. Nazywam się Atma Andramon – wyciągnęła rękę do gospodyni, a pani Ozir stanęła jak wryta: pomijając wysokość, na jaką musiała podnieść wzrok, żeby spotkać się z Atmą wzrokiem, w oszałamiający zachwyt wprawiły ją hipnotyzująco piękne, złote tęczówki, które zlewały się w całość z nieco ciemniejszymi źrenicami.

– Czy coś nie tak? – spytała zdziwiona orędowniczka Pierwszej Matki – O ile dobrze pamiętam, to tak się właśnie witacie?

– Tak, tak, oczywiście, to ja przepraszam – otrząsnęła się Otmar i pośpieszyła z uściskiem dłoni. Wtedy Atma dostrzegła stojące nieopodal Selektę i Lejlę.

– Podejdźcie – zawołała w ich stronę aksamitnym spokojnym głosem. – Na pewno ciekawi was, co ja tu robię?

– Nie da się ukryć – prychnęła Trybada. Emir z ledwością uniósł się z posłania, ale zaraz opadł na wznak, kaszląc przy tym potwornie: podczas pożaru nawdychał się dużej ilości gorącego dymu, który wysuszył i poparzył mu płuca. Nie mógł złapać tchu. Sprawę pogarszały liczne dotkliwe oparzenia zewnętrzne, w szczególności na twarzy i kończynach.

Eliot trzymał ojca za dłoń i nie odstępował na krok.

– Ekhe! – Emir zadudnił bulgoczącym kaszlem.

Otmar, opuściła starszą, podbiegła do męża i poprawiała poduszki pod jego popalonym karkiem. Mężczyzna stęknął, wykrzywiając twarz: ból z sączących się oparzelin, był potworny. Atma otaksowała gospodarza. Nie jest dobrze, pomyślała i wróciła do rozmowy.

– Otóż jestem – a przynajmniej do niedawna byłam – najwyższą z orędowniczek bogini Imaltis w świętym mieście Sefalos.

– Czyli jest, tak jak przypuszczałam… Jesteś starszą z Ariendi, tak? – Lejla sporo czytała na temat skrzydlatego plemienia z doliny Artem, ale nigdy nie widziała, żadnego Ariasa na własne oczy.

– Tak dziecko – potwierdziła Atma i wypiła napar z tyciego kubka, jak z literatki.

– Dzień przed moim odejściem z Sefalos, zostałam wezwana przez naszą wieszczkę, Widzącą Hewlaskę…

– Czy ona też jest taka piękna jak pani, pani Atmo? – przerwał jej Eliot, wpatrując się w śnieżnobiałe skrzydła Ariendy.

– Eliot nie przerywaj! – zrugała go matka, choć paradoksalnie sama była ciekawa odpowiedzi.

Atma przywołała w myślach wizję starej, czarnoskrzydłej wieszczki z obwisłym wolem i jedynie parą, całych zębów: nigdy nie widziała Hewlaski w jej prawdziwej formie.

– Powiedzmy, że jest specyficzna – oświadczyła, uśmiechając się lekko – Na czym to ja skończyłam? A tak… Tegoż wieczoru usłyszałam od Hewlaski, że spełnia się proroctwo Tanajiry: poprzedniej widzącej, i nowy Sehel nie będzie już z naszego plemienia.

– To wszystko brzmi bardzo fajnie… – przerwała jej Selekta – Ale czym jest ten Suchar i Tanira? – Safonka ewidentnie nie miała pojęcia, o czym mówi Atma i nie skrywała irytacji z tego powodu. Zresztą nawet Lejla zdawała się pierwszy raz słyszeć obie te nazwy.

– Ehh… – Starsza westchnęła, zmieniła pozycję, krzyżując nogi i rozchyliła szerzej potężne skrzydła.

– Zatem muszę zacząć od początku… Widzicie, kiedyś świat wyglądał zupełnie inaczej niż obecnie. Na początku wszechrzeczy istniała tylko pierwotna nicość. Nie było światła ni ciemności, życia ani śmierci tylko wszechobecna, niezmącona, symetryczna pustka. – Eliot słuchał z otwartymi ustami. – Pewnego dnia, tak odległego, że próby miarkowania czasu do jego początku są tu bezcelowe, nicość rozpadła się w pół, rodząc światło i mrok. Z pierwszego blasku wyłoniła się myśl, potem słowo a tym słowem była Nadzieja: Imaltis.

– Łooooł! – zachwycił się Eliot, a Lejla zachichotała patrząc na jego przejętą minę. Ekspozycja takiego zaciekawienia ze strony małego słuchacza wprawiła Atmę w nastrój do opowiadania.

Z większą werwą kontynuowała historię:

– Świetlista niewiasta, pierwsze tchnienie świadomości… Przez eony Imaltis przemierzała bezkresne pustkowia, poszukując istot jej podobnych. W tej niekończącej się tułaczce zostawiała za sobą świecące obłoki; iskry istnienia stawiające opór rozrywającej je entropii. Te znicze Nadziei nazywała Ilen-Tilin, Gwiezdny Ogień. Każdy z nich służył za drogowskaz i choć przez milenia samotności, Imaltis roznieciła ich miliardy, to cały czas wierzyła… Wierzyła, że nie jest sama pośród ciemności.

To marzenie miało się wkrótce ziścić – Atma puściła oko do chłopca. – Gdzieś pośród ognia i chaosu nieskończoności, z wnętrza wielkiego wiru, wyłonił się Ultis, drugi z Pierwszych, uosobienie pragnienia istnienia; pragnienia tak silnego, że w końcu przybrało formę – oczy Starszej, ku uciesze Eliota, zalśniły złotem.

– Pomimo iż Pra-Ojciec, Archon życia, dopiero zagościł na świecie, on też czuł… czuł, że nie jest sam.

Rozgwieżdżone niebo ponad nim tętniło tęsknotą. Wzywało go. Nęciło ciepłem. Wyrwał się z wiru twórczej mgławicy i ruszył w stronę jednej z latarni, Ilen-Tilin. Obrał tę, która dopiero, co zapłonęła na nieboskłonie. Czuł obecność, choć nie wiedział czyją. Słyszał śpiew przestrzeni wołający w bezmiarze ciszy.

Imaltis odpoczywała wtedy w cieple młodej, gwiezdnej latarenki. Ultis stanął naprzeciw niej, nie wiedząc, co go czeka. Bogini milczała. Nie znała snu, aczkolwiek bała się, że to iluzja, miraż wytworzony, ażeby ugasić pragnienie umysłu.

Zbliżyła się powoli sądząc, iż Archon rozpłynie się pierwotnej mgle. Jednak, gdy dotykała jego ciała, badając kawałek po kawałku, on stał niewzruszony. – Wszyscy słuchający milczeli zatopieni w świecie legendy. Nawet Emir nadstawiał uszu z posłania.

– Od tamtej pory, Pierwsi mianowani Archonami, stali się nierozłączni, zaś z ich związku narodziło się czworo dzieci: Syliren, Arkturos, Lejdarel i Murkir nazwanych przez rodziców Astras.

Po pewnym czasie, którego skali nie nam próbować pojąć, również i oni zapragnęli własnego potomstwa. Zwrócili się do Ojca, aby użyczył im części mocy do stworzenia kolejnego pokolenia bogów. Ultis wraz z małżonką przystali na ich prośbę i każde z Astrasów otrzymało moc do zaprojektowania sobie podobnych.

Niestety… aby stworzyć Astrasów, Imaltis i Ultis musieli oddać część swojej mocy i podzielić na czworo nowych bogów, co znacznie ich osłabiło. W podobny sposób Czworo stworzyło kolejne pokolenie, które okazało się zbyt słabe, aby przetrwać w nieskończonej przestrzeni i czasie.

Aby marzenie Astrasów o potomstwie mogło się ziścić, czterej młodsi bogowie połączyli swe ciała w wielkim splocie, Ill-Tanas, tworząc kulisty świat nazwany potem Ilteris. Nasz, świat – dokończyła z nostalgią Atma.

– Czy pani to pamięta…? – spytała Otmar, wyraźnie wciągnięta w wir opowieści.

– Nie… J jestem nieco młodsza – odpowiedziała Arianka i odchrząknęła, rozluźniając zmęczone Młodszą, twardą mową, struny głosowe. Po chwili przerwy opowiadała dalej:

– Nowe miejsce znacznie różniło się od gwiazd, które tkała Bogini Matka. Przede wszystkim było o wiele chłodniejsze i nie tak jasne, jak jej latarnie na nieboskłonie, zaś przestrzeń wypełniała pierwotna energia stworzenia zwana Astrą.

W tym, o wiele przyjaźniejszym środowisku, mogło w końcu powstać i żyć kolejne pokolenie, nazwane Astelionami: Syliren wydała na świat lud Tairu; zmienny Arkturos zlepił z wiatru i piasku Priamsów; burzliwy Murkir użył ognia i skał wytapiając potężnych Sumedów; zaś Leidarel, z lodowców na dalekiej północy, wykuła Eufmerów.

Pod bacznym okiem swoich stwórców wszystkie plemiona Astelionów rozkwitały, tworząc własne kultury i obyczaje. Jednak niekiedy – jak to bywa w rodzinie – bogowie sprzeczali się między sobą, czyje dzieci są lepsze, co przekładało się na niesnaski pomiędzy plemionami Ilteris. Imaltis przyglądała się wnukom z fascynacją. Fascynacją tak wielką, iż zapragnęła stworzyć własnych Astelionów.

Ultis, nawet będąc świadom, że jeszcze bardziej ich to osłabi, nie potrafił jej odmówić. Za zgodą męża, ze światła pobliskiej gwiazdy Pierwsza Matka splotła piękne ciała na własne podobieństwo, a jej małżonek tchnął w nie ży… – Głośny, gulgoczący kaszel Emira przerwał opowieść. Otmar uniosła mu plecy, żeby mógł wykrztusić wydzielinę pomieszaną ze skrzepłą krwią.

– Nic… mi… nic mi nie jest – oznajmił z trudem mężczyzna. Otmar przyniosła mu wody, którą wypił łapczywie, zupełnie jakby ogień nadal trawił mu trzewia.

– Proszę kontynuować, pani Atmo – powiedział. Starsza rzuciła mu spojrzenie podszyte niepokojem i pełna obaw kontynuowała, obserwując gospodarza kątem oka.

– Tak powstali najmłodsi z Astelionów, Ariendi: ja i moi rodacy. Matka była przeszczęśliwa… – Atma uciekła we wspomnienia, robiąc przy tym wyraźną pauzę. Przez izbę przemknęło niezidentyfikowane ciepło, które Lejla w mig rozpoznała.

– Uderzenie magii z targowiska… to ona – szepnęła cichuteńko. Atma z uśmiechem na twarzy kontynuowała opowieść:

– Imaltis zstąpiła z niebios i żyła pośród wysokich szczytów górskich, kompletnie zapominając o swoim mężu. Ultis chcąc zwrócić na siebie uwagę ukochanej, ulepił z fragmentów własnego ciała istoty zwane Deabru. Nie przypominały one jednak pozostałych Astelionów…

Twory Ojca były inne, brutalne, pozbawione ducha. Kierowały się podstawowymi instynktami, polowały, pożerały i mnożyły się bez opamiętania, niszcząc raj, który wszyscy razem stworzyli. Były uosobieniem życia w jego najbardziej prymitywnej postaci.

Obawiając się o umiłowane potomstwo Pierwsza Matka wraz z Astrasami nakazała Ultisowi zgładzić krwiożercze bestie.

Pierwotny Archon Życia, pomimo iż wiedział, że jego dzieci nie są doskonałe, odmówił zagłady, doprowadzając do krwawej wojny z pozostałymi plemionami. Wkrótce konflikt z udziałem Deabru i Astelionów spowił Ilteris ciemną mgłą wojny, pożogi i rozpaczy… – przeciągnęła mrocznie Atma, a Eliot skrył się za oparciem kanapy.

Otmar przysiadła na taborecie obok synka dając odetchnąć zmęczonym plecom.

– Nie bój się Eliot – pocieszyła go Orędowniczka. – Jestem tu z wami, więc zakończenie nie może być tragiczne – puściła mu oko, a chłopiec przytaknął. Selekta w tym czasie walczyła ze znużeniem, a Lejla wsłuchiwała się w opowieść z wrodzoną ciekawością.

– Zepchnięto nas na skraj wyginięcia! – Atma zaczęła mocno. – W ostatniej chwili nasi rodzice przybyli z pomocą i przybrawszy swoją naturalną formę, powrócili pośród niebiosa, zabierając inne plemiona ze sobą. Imaltis wyrwała kawałek świata, tworząc mały glob, na którym pogrążeni we snie Astelionowie mieli przeczekać walkę pomiędzy starszymi bogami. W tym czasie Astrasi, z Archontką na czele, zaatakowali Ultisa.

Niebiosa zapłonęły od szalejącej magii. Astrasi łamali symetrię raz za razem, ciskając w Deabru śmiercionośnym gradem. Najsilniejszy z rodzeństwa, Gniewny Murkir, runął prosto w Ojca z takim impetem, iż wepchnął go głęboko w Ilteris. Tam, wewnątrz stopionego jądra, walka była zawzięta. Murkir…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych