Wróć do katalogu

Pięć Domen: Tom 2 - Wiatry Zmiany: cz. 29

Raz na łodzi, raz pod łodzią

MKP, opublikowano , 19 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

– Fus! – Stojący za sterami Zarekin krzyknął w stronę Bruka, który grzebał przy takielunku.

Fus przerwał wiązanie liny i zwinnie zeskoczył z niskiej rei.

– Aj, kapitanie!

– Właź do gniazda i boi wypatruj! Powinniśmy być blisko łowiska.

– Już się robi, kapitanie! – Młody Bruk, niczym przerośnięta wiewiórka, wdrapał się po wantach na sam szczyt wysokiego masztu i z uśmiechem na pysku zaczął omiatać horyzont w poszukiwaniu oznaczonego miejsca.

Służba na statku okazała się o wiele przyjemniejsza niż szarpanie za struny lutni dla niewrażliwej artystycznie widowni. Załoga traktowała go jak każdego innego majtka – okropnie, ale na równi z ludźmi. Być może w porównaniu z białowłosą Anax, wydał im się całkiem normalny.

Jakkolwiek by nie było, pierwszy raz w życiu czuł się na swoim miejscu.

Zamknął oczy i zaciągnął się morskim wiatrem, który dla jego wrażliwego węchu oferował o wiele więcej zapachów niż dla ludzi.

– Cudownie – westchnął. Ta przestrzeń… Ona niosła wolność, którą teraz się upajał. – Przyłożył lemachiański wizjer do oka i zaczął wypatrywać barwionej bojki uczepionej do kotwicy.

Sam również stał się obiektem obserwacji, bowiem Anax za każdym razem, gdy wychodziła na pokład, wodziła za nim oczami jak kociak wabiony intrygującą zabawką.

– Zobacz, Grizbal… – zagabnął kapitan do wiążącego sieci marynarza. – Już trzy dni tak go obserwuje z ukrycia. – Wskazał na Anax stojącą za stertą skrzyń. – Czy to tak ciężko podejść i porozmawiać…? Ehhh… Przecież ja go dla niej do towarzystwa wziąłem, psia mać! Żeby się otworzyła, a ona teraz ani z nim, ani z nami nie gada.

– M-m-m-m-może nieśmiała jest p-p-p-p-po prostu.

– Do stu piorunów! Znowu, żeś mordę zachlał w tawernie!

– Ni-ni-ni-nie, kapitanie.

– Jak nie, skoro się jąkasz! Poprzednio przez miesiąc tak gadałeś, jak cię nieprzytomnego pod cumą zostawili.

– To ze z-z-z-zmęczenia, ka-ka-ka-kapitanie – wydukał z trudem.

– I weź tu nie zwariuj… Anax!! – Lucjan krzyknął w stronę lisicy, która speszona nagłym zawołaniem wyskoczyła zza zbutwiałych beczek. – Idźże z nim pogadaj, zanim oboje za burtę wyrzucę! – wywrzeszczał, energicznie gestykulując.

Anax uśmiechnęła się, zasalutowała niezgrabnie i ruszyła w stronę drabiny – a raczej desek pełniących funkcję stopni przybitych do masztu. Im wyżej wchodziła, tym serce biło jej coraz szybciej. W końcu stanęła w bocianim gnieździe. Fus obserwował horyzont przez podłużny mechanizm z ruchomymi szkłami, który w połączeniu z jego wyostrzonymi zmysłami stanowił idealne narzędzie do nawigacji.

– Ekhm… – chrząknęła lisica, chcąc zwrócić uwagę młodzieńca. Ten obejrzał się za siebie i zamarł. Gdyby nie gęsta szczecina na twarzy świeciłby rumieńcem jak różowa latarenka przed burdelem.

– Witam, panienko Anax, sporo o panience słyszałem. – Jeszcze zanim skończył, zdał sobie sprawę z niefortunnie dobranych słów.

– Od kogo? Co słyszałeś?! – uniosła głos. Przez brak wspomnień i odmienność czuła się tak niepewnie, że mentalnie czołgała się po pokładzie z podkuloną kitą; opinie załogantów stanowiły informacje na wagę życia i śmierci.

– No… to, jak panienka trafiła na statek i w ogóle… – Zaczął drapać się po głowie z zakłopotania, a lisica spuściła wzrok i zawróciła ku zejściu.

– Proszę poczekać! – krzyknął za nią Fus. Stanęła i zaczęła mimowolnie merdać ogonem.

– Nie miałem nic złego na myśli, tylko…

– Tylko co? – warknęła nieprzyjemnie.

– Panienka jest tak niezwykła, ja… Ja nawet niewielu zwykłych Bruków widziałem na oczy, oprócz mnie i mojej matki – głos mu zadrżał. Anax zwróciła się w stronę chłopaka, przyjmując nieco łagodniejsze oblicze. Fus oparł się o sosnową balustradę i kontynuował: – Moją mamę, Virę, odratowano z rąk handlarzy niewolników, kiedy jeszcze nosiła mnie w brzuchu. Jako jedna z nielicznych Bruków w okolicy nie miała lekko na tych obcych ziemiach, ale uporem i ciężką pracą zdołała zaskarbić sobie szacunek miejscowych. Pracowała jako kelnerka w tawernie u Alojza i przyciągała klientów egzotycznym wyglądem. – Fus rozmarzył się na widok pięknej brukijskiej kobiety z miękką sierścią przyprószoną lekką siwizną.

Anax wsparła ramiona tuż obok niego i wpatrywała się wyczekująco. Była głodna, głodna jakichkolwiek wspomnień – nawet cudzych.

Fus kontynuował:

– Gdy skończyłem dziesięć lat, dopadła ją choroba, a tutejsi cyrulicy nie mieli pojęcia o anatomii Brukich. Pomimo chęci i głębokiej sakwy Alojza nie byli w stanie jej pomoc. Niedługo potem… odeszła. – Posmutniał, a sierść pod oczami zwilżyły łzy. – Staruszek zawsze miał ciężki charakter, ale nie wyrzucił mnie za drzwi i zaoferował pracę. – Przeciągnął się, spoglądając w niebo, oparł plecy o balustradę bocianiego gniazda i wyeksponował mocno zarysowany tors. Anax odruchowo oblizała wargi, ale wzięła się w garść i wróciła wzrokiem powyżej szyi chłopka. – I tak kilka wiosen minęło na przygrywaniu pijakom w karczmie, he. – Wrzucił do wody kawałek drewna.

– Przykro mi – wyszeptała lisica. – Przykro mi, że odeszła – powtórzyła z większą pewnością, a Fus spojrzał na nią z lekkim uśmiechem.

– Była cudowną kobietą. Przez te lata, kiedy byliśmy razem, tak naszpikowała mnie miłością, że do końca życia mi starczy, he. – Ponownie zerknął na Anax, która zagłębiła się w bezkresie własnych rozczłonkowanych i poplątanych wspomnień. – A to prawda, że panienka niczego nie pamięta? – podpytał ostrożnie.

Milczała.

– Rozumiem, nie musi panienka nic mówić…

– Prawda – mruknęła niespodziewanie.

– Straszne tak nie pamiętać niczego. Stary Alojz może i kocha swoją żabę bardziej niż mnie, ale udało mi się uszczknąć trochę uczucia dla siebie. Nie wyobrażam sobie nie pamiętać mamy czy jego.

Śnieżnobiałe policzki Anax rozświetlił uśmiech.

– Niech się panienka nie martwi. Mogło być o wiele gorzej. Zarekin to porządny człowiek. – Spojrzał w stronę kapitana, którego szlag trafiał na dźwięk jąkania Grizbala.

– Wiem, ale nadal… – zrobiła dźwięczną przerwę, by zebrać myśli. – Chaos w mojej głowie ryczy w nieznanym języku, ciężko to wytłumaczyć.

Chłopak niepokojąco milczał.

Anax spojrzała w jego stronę. Stał w bezruchu, skupiwszy wzrok w jednym punkcie na horyzoncie. Powiodła spojrzeniem w to samo miejsce. Tuż na linii horyzontu, gdzie niebo zatapiało się w morzu, rozmyty kontur łodzi nabierał wyraźniejszego kształtu.

– Muszę iść do kapitana. – Fus poderwał się, wysunął pazury i rzucił na maszt.

– O co chodzi?! – krzyknęła za chłopakiem. Zatrzymał się i spojrzał jej w oczy; z jego kocich źrenic wyzierał strach. – To przemytnicy. Muszę powiadomić kapitana – powtórzył i zwinnie zszedł po maszcie, nie bacząc na szczeble drabiny. Anax podążyła tuż za nim.

– Ka… kapitanie – Bruk zająknął się, nabierając tchu.

– Na litość Solnej Panny… Następny się zaciął! Od kiedy jąkanie jest zaraźliwe, do stu piorunów!?

– Proszę spojrzeć! – Fus wskazał miejsce za lewą burtą i podał kapitanowi lemachiańskich wizjer zwany lematą.

– Hmm… Opuścili banderę. Co oni robią tak daleko od portu? – skomentował, regulując ostrość poprzez przesuw jednego z wypukłych szkieł.

– Płyną w naszą stronę, pod wiatr – skomentował Fus.

Zarekin zmarszczył czoło, a nabyte z wiekiem bruzdy poprzecinały jego łagodne oblicze.

– Zaraz sprawdzimy, czy to do nas mają interes. Kurs na ląd! – wrzasnął.

Na pokładzie zapanowała cisza, zupełnie jakby czas na chwilę stanął w miejscu skonfundowany dziwnym rozkazem: żegluga miała potrwać jeszcze minimum kilka dni, a ładownie świeciły pustkami, jednakże gdy kapitan chwycił za ster, a statkiem szarpnęło, nikt już nie podawał w wątpliwość własnego słuchu. Statek skręcił szerokim półkolem, ustawiając prostopadle do trasy przemytników.

– Przejmij ster, Grizbal.

– J-j-j-j-ja?

– Tak i już nic nie mów, bo mnie krew zaleje! – Lucjan ponownie skierował wizjer na zbliżającą się łódź.

– Co się dzieje, kapitanie? – spytała Anax, której dopiero co udało się zejść z masztu. W przeciwieństwie do Fusa, jej ogon i pazury stanowiły część ciała, której najwyraźniej nie umiała w pełni wykorzystać.

– Chyba jednak nic – skomentował Lucjan z ulgą, gdy dwukrotnie większa od Nemres ciemna galera, nie zareagowała na ich zmianę kursu. – Całe szczęście, nic – powtórzył i oddał lematę Fusowi.

– Oddalimy się i obierzemy kurs na inne łowiska.

– Kapitanie… – Fusowi zadrżał głos, gdy przyłożył wizjer do oka.

– Co znowu!

– Oni kierują się na nas.

– Odejdź i daj mnie to ustrojstwo! – Odepchnął go na bok. Nie był zły na Bruka, ale na siebie. Mogli odczekać w mieście… Mogli zabrać kilku zbrojnych. Mógł przewidzieć, co się święci.

– Psia mać, głupi, stary, chciwy capie! – zbeształ się pod nosem. – Ty i Anax zejdźcie pod pokład i nie wychylać ogonów, dopóki po was nie przyjdę – rozkazał Fusowi poważnym głosem.

– Kapitanie, co się dzieje? – dopytywała coraz bardziej zdenerwowana lisica.

– To nie są żadni przemytnicy, tylko handlarze niewolników. – Kobieta zamarła na dźwięk tych słów.

– Czego oni chcą, kapitanie? – spytał Fus.

– Najwyraźniej nasza pasażerka przykuła ich uwagę o wiele mocniej, niż mi się wydawało. Jazda do mojej kajuty, i to już! – wrzasnął, nie pozostawiając miejsca na dyskusje.

– Chodź, panienko. – Chłopak złapał Anax za rękę i wybił z chwilowego…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych