Wróć do katalogu

Pięć Domen: Tom 2 - Wiatry Zmiany: cz. 42

Skąd? Jak? Dlaczego?

MKP, opublikowano , 13 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Późnym wieczorem, kiedy ostatnie promienie słońca uciekły już za horyzont, miasto-świątynia Girzel powoli traciło swój majestat. Splendor złoconych iglic ustępował miejsca mistycznej otoczce splecionej z sakralnych obrzędów, woni kadzideł i ochronnych modlitw szeptach na rytualne pożegnanie dnia. Nic w tym dziwnego, nie tu; nie w miejscu, gdzie światło postrzegano jako manifestację najwyższego bóstwa, symbol nadziei płynącej ze stworzenia. W takim miejscu mrok nocy to napastnik, cichy skrytobójca, który czyha za każdym węgłem, żeby rzucić się na ofiarę i odrzeć ze świętości.

Gdyby tak wznieść się ponad zabudowę i z lotu ptaka spojrzeć na ciasno upakowane mieszczańskie domy dzielnic pozaświątynnych, to miasto przypominałyby kamienne ciasto posypane kruszonką z gontów: pokrojone, ale pozostawione w formie.

Wąskie uliczki prowadziły własny nocny żywot i tylko główny brukowany szlak, który rozcinał Girzel na dwa identyczne skrzydła, mienił się ciężkim magicznym blaskiem solasowych lamp wymieszanym z lekkimi, płochymi płomieniami oliwnych zniczy w rękach pielgrzymów. Brukowany trakt sam w sobie był świątynią, drogą do oczyszczenia, znakiem pielgrzymki wiodącym od głównej bramy miejskiej aż do świętych wrót wysoko w górach – a na upartego można by rzec, że zaczynał się już w Oruun.

Selekta uznała, iż z małym chłopcem powinna trzymać się najbezpieczniejszej drogi tak długo, jak to możliwe i tylko pod koniec trasy skręcić we wskazane przez chłopca miejsce. Miała chęć wypytać młodego o przyczyny pobytu w Girzel – w końcu Atma miała go zabrać do bastionu Starszych – ale zbyt dużo nieznajomych i ciekawskich uszu wokół stłamsiło jej zapędy.

Po dość żmudnym przeciskaniu się pomiędzy pielgrzymami, Eliot wskazał odnogę obok kramu z dewocjonaliami. W końcu mogli zboczyć z deptaka i skręcić w jedną z bocznych uliczek stanowiących odgałęzienie traktu. W Girzel wszystko zdawało się architektonicznie przemyślane – wszytko prócz obrzeżnej dzielnicy poza murem; tam kwitła samowolka, bo miasto formalnie nie przyznawało się do tej narośli z biedoty i niezbawionych pielgrzymów.

Selekta przystanęła na chwilę. Tutaj mogli złapać oddech i porozmawiać swobodnie. Jeszcze raz omiotła wzrokiem okolicę. Coś ruszyło się za beczkami. Safonka przesunęła malca za plecy i kopnęła w pękatą baryłę. Spłoszony pies czmychnął w ciemność z cichym piskiem.

– Dobra, dosyć paranoi. – Przykucnęła naprzeciw malca. – Jak długo jesteście w Girzel?

– Kilka tygodni, pani Selekto, nie wiem dokładnie. – Eliot wzruszył ramionami.

– A dotarliście do Sefalos?

– Tak! – ożywił się widocznie. – Poznałem ciotkę Hewlaskę, ciotkę Sylfię i takiego wysokiego skrzydlatego pana… Ale straszny gbur był z niego.

– Myślę, że ciotka Atma będzie miała więcej do powiedzenia.

Selekta poczochrała Eliota po włosach, złapała za rączkę i razem skręcili w nieco szerszą alejkę wiodącą do wskazanego przez Eliota domu. Głęboka, nocna cisza, tak typowa dla peryferii miasta, niosła pogłos nerwowej rozmowy, która zakrawała na awanturę.

– Mówię po raz ostatni: nie wiem, gdzie jest mój bratanek!

– Jeśli pani go ukrywa, to poniesie pani konsekwencje. Rodziny przeklętych dzieci muszą zostać przeniesione do Zaułka.

– Przeklętych! Czy ty, człowieku, sam siebie słyszysz! – Atma w iluzji korpulentnej kobiety podeszła do zalęknionego kapłana Imaltis. Orędownik Matki przyszedł pod kamienicę w towarzystwie strażnika oraz dwóch chłopców. To oni wskazali dom Eliota i teraz stali z minami zbitych psów. – Eliot to normalne dziecko, które w dodatku zaginęło i od kilku godzin samo błąka się po mieście, a pan, dziesiętniku Sander – rzuciła w stronę Girzelskiego gwardzisty, podkreślając oburzenie palcem wycelowanym w rozcięcie w hełmie – pan powinien szukać mojego chłopca, a nie sprowadzać fanatyków pod dom samotnej kobiety.

– Pani Ataro, ci chłopcy twierdzą…

– Ci chłopcy mają smarki pod nosem i bujną wyobraźnię! Nie będę tego dłużej wysłuchiwała! Jeżeli straż miejska nie chce zająć się szukaniem mojego siostrzeńca, to sama go poszukam. A panu, kapłanie, panu życzę długiej nocy! – syknęła i obróciła się w stronę wejścia do smukłej kamienicy.

Życzenie kapłanowi Matki Światła długiej nocy było jedną z tych bardziej wyrafinowanych obelg, których zastosowanie można porównać do dobrze wbitego ceremonialnego krisu. Atma domyśliła się, że Eliot użył mocy lub wypuścił Arię, więc przyjęła najlepszą strategię obronną: atak – w dodatku wymieszany z udawaniem ofiary. Wszystko po to, żeby odwrócić bieg rozmowy na własną korzyść.

Kapłan pokraśniał i rozdziawił usta – po części z oburzenia, a po części ze zdziwienia – i był gotów walczyć o swoje, ale…

– Ciociu! – krzyknął Eliot i wystrzelił w stronę obejścia kamieniczki jak bełt z solasowym grotem.

– Na litościwą Imaltis… – Atma wykreśliła znak słońca na czole. – Eliot! – Chłopiec wpadł jej w ramiona i utonął w troskliwym uścisku. – Nigdy mi tego nie rób, dziecko. Już i tak za dużo przeze mnie wycierpiałeś.

– W niezłą kabałę się urwis wplątał – skomentowała Selekta, obrzuciwszy srogim spojrzeniem grupkę za plecami Atmy.

– Mistrzyni Selekta? – Po tęczówkach starszej kobiety przebiegły poblaski złota.

– At…?

– … tak, to ja, Atara – przerwała jej Starsza i weszła w światło pobliskiej latarni. Po przejściach ze świątynią w Watenfel, brutalnym przesłuchaniu okraszonym wyimaginowanymi oskarżeniami i ciemnym karcerem na deser, bes-Atani wolała nie używać prawdziwego imienia, a tym bardziej postaci, przy czym ludzka forma musiała zostać nieco… zmodyfikowana. – Mistrzyni, miło spotkać znajomą twarz w tym – obróciła się do strażnika – WROGIM mieście.

– Pani Ataro – wychrypiał bramogłowy gwardzista. – Świątynia ma prawo sprawdzić każdy trop i każdego podejrzanego o używanie magii. To dekret burmistrza.

– Mam większe uprawnienia – rzuciła Selekta i pokazała karwasz z cesarskim glejtem.

Girzelski strażnik oświetlił symbol trzymaną latarnią, obrzucił Safonkę podejrzliwym spojrzeniem i pocmokał kilkukrotnie zza barbuty.

– Glejt prawdziwy – oświadczył i nawrócił do kapłana. – Nic tu nie poradzę, ojczulku… Wyższa instancja…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych