Pięć Domen: Tom 2 - Wiatry Zmiany: cz. 64
Odliczanie: Dwa...
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
– Ruszyły, panie.
– Ile tego jest?
Imael zagłębił się w unitarną sieć ze splecionych istnień. Wszystko, co nieożywione znikało w ciemnościach, a stwory opisane przez Blejzera lśniły w mroku oliwkowym światłem niczym duchy, eteryczne odbicia z realnego świata; wszystkie połączone nieskończonym splotem życia, wszystkie sterowane ze źródła, gdzieś daleko na końcu jarzących się wstęg.
– Czuje około tuzina, ale nie jestem pewien. Może być więcej.
– Burmistrzu. – Wilfred zagadnął do Gilberta, który wzdrygnął ciałem, wyrywając świadomość z głębin zatroskanego umysłu. – Poślij gońców do Pieśniarzy i patroli na ulicach. Mają nie atakować niesprowokowani: tylko w obronie własnej lub cywilów. Przynajmniej dwie solasowe włócznie na patrol.
– Tak, panie – potwierdził burmistrz i przywołał serwich.
Nie odnajdywał się w tym całym chaosie. Wszystko spadło na niego jak górska lawina i wgniotło w ziemię. Czuł się ciężki, stary i otępiały. I jeszcze nie było przy nim Margi… Przy niej problemy wydawały się lekkie jak piórka. Burmistrzowa razem z innymi arystokratami i Holi schronili się w podziemiu, gdzie trudno się dostać, a zamaskowana droga ucieczki zwiększała szanse przetrwania w razie najczarniejszego scenariusza.
– Co teraz, panie? – spytał Wilfreda z realną nadzieją w głosie.
– Teraz czekamy. Ilu gwardzistów jest w ratuszu?
– Cztery tuziny, panie, i dwie dziesiątki Trębaczy z zakonu. Pięśniarze szykują zaklęte groty, a piechota zabezpiecza okna.
– Dobrze. Musi wystarczyć, ale niech kilka patroli nie oddala się od ratusza. W razie…
– Wchodzą na mury – przerwał im Imael.
Siedział na środku podłogi ze skrzyżowanymi nogami i przepaską na oczach. Patrzył w sieć, skupiał umysł na tych charakterystycznych potwornych smugach, które mijały inne źródła zieleni bez większego zainteresowania.
– Gdzie się kierują?
– Słyszę głos. Woła… Patrzy na mnie.
Wilfred złapał braciszka za ramiona.
– Skup się! Gdzie ich kieruje?
– W górę traktu świątynnego. „Nie wchodźcie w światło zdrajczyni” mówi. Chyba chodzi mu o latarnie z solasami.
– Dobrze. Chwycili przynętę.
– Czuję… odrazę. Bije od nich, obrzydzenie światłem, ale… – Braciszek przełknął ślinę. – Głód… Pierwotny, nieposkromiony głód. To coś strasznego. Ktoś, coś cały czas je karmi, poi ze źródła.
– Musimy się bronić, dopóki Atma nie przekona swoich. – Głos Wilfreda nie zawierał krzty wątpliwości, nie załamywał się pod ciężarem strachu, choć Cesarz bał się potwornie. Bał się konsekwencji porażki.
Zacisnął dłonie na lasce. Pomimo słabości ciała kazał założyć na siebie lamelkową zbroję i dać miecz do ręki. Ojciec uczył go, że wojownik powinien być jak szerszeń: żądlić, dopóki żyje. Wilfred miał nadzieję, że lekcje człowieka, który podpalił pogranicze, nigdy mu się nie przydadzą, jednak najwidoczniej bogowie lubią kolor ludzkiej krwi rozlanej po łąkach.
Gilbert otarł czoło – nie mógł liczyć na czułe gesty ze strony baronowej. Musiał wziąć się w garść. Ale mózg atakował go lękiem i wątpliwościami.
– A jeśli Starsi nie przyjdą?
– Wtedy będziemy się bronić, dopóki starczy sił, żeby kupić im czas. Będziemy bronić siebie i ludzi w mieście. Musimy choćby do rana. Nie można dopuścić do masowego mordu takiego jak w Watenfel. – Wilfred wsparł ramiona o ciężki blat masywnej ławy i spojrzał na mapę miasta.
Jeśli będzie trzeba, to się poddam… Oddam w ręce opętańców, pomyślał, ale nie powiedział.
Imael zmarszczył czoło i rozmasował skronie.
– Zatrzymali się.
– Gdzie?
– Plac Poranny. Krążą jak sępy. Sir Hektor też się zatrzymał i jeszcze… Jakieś dziwne istoty, każda jakby dwie, ale zlane w jedną… Tuzin, nie, więcej.
Potężne uderzenie energii szarpnęło ciałem empaty. Wygiął korpus w łuk i zastygł w bolesnej pozie. Po chwili opadł na podłogę. Wezwani strażnicy pomogli mu wstać. Blady jak ściana braciszek spojrzał na Cesarza i burmistrza mętnym wzrokiem.
– Idą tu… Słyszałem, jak im kazał.
***
Noc zapadła już na dobre. Pieśniarze rozstawieni na dachu Ratusza idealnie wtapiali się w gęsty mrok zalewający ciemne gonty. Główny trakt świątynny rozświetlały solasowe latarnie, a ulice pozbawione normalnego ruchu znikały w plątaninie ciasno upakowanych zabudowań. Strażnicy porozwieszali lampy na chałupach. Miały służyć za punkty orientacyjne: bestie ponoć dusiły światło samą obecnością.
Trębaczy, elitę zakonnego łucznictwa, wyposażono w zestaw strzał z odłamkami magicznego minerału, a Hiltzal i gwardziści mocowali solasy do broni najlepiej jak umieli. Ich wróg nie lękał się tradycyjnych ostrzy. Walończyk uprzedził, iż bestie zasklepiają rany w mgnieniu oka i tylko magia sprawia, że regenerują się nieco wolniej. „Nieco” nie dawało gwarancji wygranej, ale nawet wątły blask nadziei jest lepszy niż żaden.
Burmistrz opuścił gabinet, zostawiając Cesarza razem z oddziałem najlepszych przybocznych i braciszka. Wilfred protestował, ale mistrz Pieśniarzy Argil Renfret nalegał. Powiedział, że jego ludzie wiedzą, jaka jest stawka i wiedzą kogo bronią, nawet jeśli nie walczy u ich boku. Poza tym empata wyczuwał bestie, tak jakby stały tuż obok niego. W razie upadku ratusza mogli w porę wymknąć się do podziemi i razem z Margi i resztą rodzin uciec poza miasto.
– Margi, moja ukochana Margi… – westchnął Gilbert i uśmiechnął się do obrazu żony wykreowanego w myślach. – Dobrze, że chociaż ty jesteś bezpieczna… – Skręcił w jedno ze skrzydeł ratusza i ruszył ku wejściu na dach. Nieokratowane okiennice zabito solidnymi deskami i zastawiono, czym się dało. Bitwa miała rozegrać się na dziedzińcu, tam, gdzie łucznicy mogli zalać bestie gradem magicznych strzał.
Gilbert wdrapał się po wąskich schodach i wyszedł przez klapę. Dowódca Pieśniarzy, okutany w czarny skórzany pancerz obserwował okolicę, która wydawała się nader spokojna.
– Mistrzu Argilu, Empata powiedział…
– Proszę spojrzeć, burmistrzu; tam obok głównego traktu. – Renfret wskazał rozświetloną ścieżkę. Błyski latarni co chwila znikały przecinane przez cieniste kształty: poruszały się szybko i były ogromne. – Niedługo tu będą, proszę się schować.
Miękkie stuknięcie za plecami mężczyzn obwieściło przybycie posłańca. Czarny jak noc zwiadowca poruszał na miękkich skórzniach lekko niczym duch.
Argil nawet się nie odwrócił.
– Melduj!
– Kapłani Imaltis zablokowali drogę do tylnej bramy, wywiązała się walka.
Argil wzdrygnął się na samą myśl, że opętańcy działali tuż pod jego nosem. Jego! Człowieka uznanego za filar sungardzkiego wywiadu. Stłamsił gniew i słucha dalej.
– Sir Hektor starł się z jednym z tych stworów. Potwór padł, ale wulfirka odniosła ciężkie obrażenia. Wracają do ratusza. Kilka pobliskich patroli ruszyło pod bramę z pomocą. Poza tym w mieście nie było żadnego incydentu. Zupełnie jakby te bestie… Nie wiem jak to nazwać.
– Polowały, one polują, żołnierzu – stwierdził Renfret.
Na dachu, pięćset jardów od ratusza, zgasła latarnia.
– Szykować się! To ostatni głośny rozkaz przed starciem! Reszta komunikacji błyskami. – Obrócił się do Gilberta. – Proszę się schować burmistrzu; kompletnie nie wiemy, z czym mamy do czynienia.
Rządca przytaknął posłusznie i wrócił do budynku.
Pieśniarze obserwowali horyzont i gasnące lampiony; każdy następny coraz bliżej celu. Gwardziści wraz z rycerzami rozstawieniu na dziedzińcu wewnątrz ratuszowej podkowy przylgnęli do kolumn i zaciskali pięści na rękojeściach i drzewcach. Odłamki solasów osadzone w klingach pulsowały ciepłem. Kamienie obwiązano materiałami, żeby nie zdradzały pozycji w kompletnym mroku.
Dwie latarnie tuż przed wejściem na szeroki plac dziedzińca przygasły i utonęły w ciemności. Ratusza nie otaczała gęsta zabudowa; monstra musiały zejść na ziemię. Upiorną ciszę przerwał zimny jesienny deszcz.
Pierwszy kościany oszczep przeciął przestrzeń z potwornym świstem; wyleciał od strony wejścia niczym fragment zmaterializowanej ciemności. Gwardzistę przyszpiliło do kolumny. Nie zdążył nawet krzyknąć, tylko jęknął i wyzionął inrę.
– Kryć się; ciała nisko przy ziemi. – Argil dał sygnał świetlny. Ledwie nadał rozkaz, a salwa cielistych włóczni uderzyła z mroku pochmurnej nocy. Przebijały nawet kamienne ściany budynku. Nie było schronienia.
Dwóch rycerzy i gwardzista dogorywali za prowizoryczną palisadą.
– Kurwa! Seria z magicznych! – Nie było sensu ukrywać rozkazów.
Strzelcy napięli łuki i wypuścili rozżarzone światłem pociski w zabójczą ciemność. Minerały w grotach wybuchły złotym ogniem. Monstra pierzchały od palącego blasku, niektóre porzucały kolce hodowane na obciągniętych grubą skórą grzbietach. Kilka potworów dostało bezpośrednio, ale w stronę obrońców poleciały wyrwane brzechwy oblepione czarną posoką.
Argil wykrzywił usta w sadystyczny uśmiech.
– Odpalić pochodnie! Odsłonić minerały.
Wojacy na flankach ściągnęli przesłony z przytaszczonych na dziedziniec latarni. Plac rozgorzał od świateł. Ognisty bursztyn pochodni i żółta astra, razem stanęły w szranki przeciw nocnej ciemności. Szare monstra syczały parzone magicznym światłem i ogniem. Argil zmarszczył czoło: były blisko, bliżej niż się spodziewał. Pełzały już po ścianach, jakby drwiły z obrońców.
Kilka potworów skoczyło w ciemność w desperackiej próbie ucieczki, ale jedyny mrok na dziedzińcu skrywał włócznie i naostrzone bale. Pieśniarze jeszcze w powietrzu naszpikowali stwory strzałami jak fasolowe worki na igły. Zwykłe groty nie robiły na monstrach większego wrażenia, tylko spowalniały ruchy, ale i to dawało okazje piechocie do kąsania monstrów naznaczoną magicznie bronią. Miecze, topory i gizarmy szatkowały plugawe ciała, rozchlapując czarną posokę.
Do ataku ruszyły kolejne bestie. Skakały po trupach pobratymców, tylko po to, żeby spocząć na tym samym stosie kilka chwil później.
– Czemu oni to robią? – zastanowił się Renfret. – Dlaczego rzucają się na pewną śmierć?
Mocne uderzenie potrząsnęło całym dachem budynku. Szuranie pazurów za plecami strzelców zlewało się w makabryczny brzęk pękających dachówek.
– Tuzin, nie… Przynajmniej dwa, grali na zwłokę.
Argil zrozumiał, że przegrali dziedziniec.
– Wycofać! Wycofać si… – Mocne uderzenie w plecy odebrało mu dech. Spojrzał w dół. Trzy ogromne pazury wystawały mu z trzewi, a gęsta krew skapywała ze szponów.
– Ale jak…? – wyszeptał i runął na kamienną posadzkę. Gwardziści w pobliżu popatrzyli na ciało mistrza. Strzały przestały sypać się z dachu. Trębacze musieli bronić własnej skóry. Bestie na dziedzińcu śmiało ruszyły naprzód. Śmierć… Wszechobecna śmierć wypełniła obejście ratusza. Wrzaski i…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil MKP
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…