PIESEK KLEKS
Bajka o ukochanym piesku
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Kleks przyszedł na świat w wiklinowym koszyku, jako jedno z sześciorga ślicznych szczeniąt. Jego mama, wielka ruda kundelka o przepięknej, falistej i lśniącej sierści, została niedługo wcześniej przygarnięta przez pewne młode małżeństwo. Pani zobaczyła ją na ulicy pewnego mroźnego, zimowego poranka i zabrała ze sobą do domu. Tam nakarmiła suczkę i napisała ogłoszenie o znalezionym piesku. Ogłoszenia zostały rozwieszone w mieście i przez dwa tygodnie państwo czekali, aż ktoś zgłosi się po odbiór kundelki. Ponieważ nikt nie przyszedł ani nie zadzwonił, pan z panią zgodnie uznali, że suczka jest bezpańska, i postanowili zatrzymać ją. Nie minęło jednak wiele czasu, a Ruda oszczeniła się. Państwo byli przerażeni. - Jeden pies w domu nikomu nie przeszkadza, ale co my zrobimy z sześciorgiem szczeniąt? – - mówiła pani. Pan uspokajał ją: - Znajdą się dobrzy ludzie, którzy zaopiekują się szczeniaczkami. Przecież one są urocze! W mieście znowu pojawiły się ogłoszenia. Tym razem zawiadamiały one o szczeniaczkach szukających nowego domu. Wkrótce w domu państwa zaroiło się od gości. Przychodziły pojedyncze osoby, ale i całe rodziny, chcące wybrać sobie przyjaciela. Małe pieski rzeczywiście były bardzo ładne i wszystkie szybko powędrowały do nowych domów. Również Kleks został przygarnięty przez pewną rodzinę. Rodziną tą byli państwo Makowiczowie – pan Adam i pani Agnieszka, oraz ich dwie córki – Mariola i Beatka. Jak się okazało, Kleks miał być prezentem urodzinowym dla Marioli, która kończyła piętnaście lat. Obie dziewczynki były zachwycone przybyciem nowego domownika. Razem wybierały dla niego obrożę, smycz i posłanie. Z wielkim przejęciem ustalały, kto o której godzinie będzie wyprowadzał Kleksa na spacery. Wieczorami, gdy Kleks spał już na swoim posłaniu, zaczytywały się w książkach na temat wychowania szczeniąt. Kleks rósł jak na drożdżach. Po pewnym czasie przestał mieścić się na swoim posłaniu. Nie przypominał już, jak dawniej, puszystego kłębka wełny, ale wierną kopię swojej matki, Rudej. Jedyną różnicę stanowiło to, że był od niej jeszcze sporo mniejszy. Zanosiło się jednak na to, że i ta różnica wkrótce zniknie. Sporo zmieniło się też w jego otoczeniu. Dawniej na spacery z Kleksem wychodziły na zmianę Mariola i Beatka. Czasem zdarzało się, że Mariola wyprowadziła psa, mimo że akurat wypadał dyżur jej młodszej siostry. Beatka zawsze miała jej to za złe, ale ostatecznie szybko się z tym godziła. „W końcu Kleks należy do Marioli – myślała sobie – - więc ona ma prawo wyprowadzać go częściej niż ja”. Ale w miarę jak Kleks rósł i przestawał być milutkim, nieporadnym szczenięciem i coraz mniej ludzi zatrzymywało się na ulicy, by go pogłaskać, opadał zapał Marioli do wychodzenia z nim na spacery. Niepostrzeżenie obowiązek codziennego wyprowadzania Kleksa niemal całkowicie przejęła mała Beatka. Mariolka od czasu do czasu brała Kleksa na smycz i szła z nim do parku, ale zdarzało się to coraz rzadziej. Nie tylko Marioli nie był w smak fakt, że Kleks rósł. Także ich rodzice z niepokojem patrzyli na coraz większego pieska. Pewnego dnia, gdy Kleks biegał z dziewczynkami po ogrodzie, a rodzice na werandzie nakrywali do stołu, pani Agnieszka odezwała się do męża: - Czy zauważyłeś, że Kleks staje się coraz większy? - Tak. To szczeniak, więc rośnie. - Ale chcieliśmy małego pieska. Mówiłeś, że on nie urośnie duży! – zdenerwowała się pani Agnieszka. - Kochanie, skąd mogłem wiedzieć, jaki on urośnie. To kundelek, może miał dużych rodziców... - To nie widziałeś jego matki?! - Nie było okazji... Właścicielka akurat wyszła z nią na spacer. A ja chciałem jak najszybciej to załatwić. Wiesz przecież, że to była okazja, oddawali te pieski za darmo... - W porządku – powiedziała trochę łagodniejszym tonem pani Agnieszka. – No i co teraz zrobimy? - A co zamierzasz? – spytał pan Adam, nie patrząc na nią. Jego żona machnęła niecierpliwie ręką. - Wieczorem o tym porozmawiamy. Teraz trzeba zawołać dzieci, bo obiad wystygnie. Rzeczywiście, tego wieczoru, gdy obie dziewczynki spały w swoich łóżkach, a Kleks – jak zwykle – tuż koło łóżka Beatki, państwo Makowiczowie długo siedzieli w kuchni nad szklankami herbaty i rozmawiali ściszonymi głosami.
Następnego dnia przy śniadaniu rodzice oznajmili dziewczynkom: - Dzisiaj pojedziemy na piknik do lasu. - Hurra! – wykrzyknęły jednocześnie. - Czy mogę wziąć koleżanki? – dopytywała Mariola. - A co będzie z Kleksem? – zainteresowała się Beatka. – Pojedzie z nami? - Oczywiście, że Kleks pojedzie – powiedziała pani Agnieszka. – Przykro mi, Mariolko, ale nie będziesz mogła zaprosić koleżanek. Będziemy musieli zabrać jedzenie, leżaki, kocyk... a do tego jeszcze Kleks. Koleżanki już się nie zmieszczą w samochodzie. Po śniadaniu wszyscy wsiedli do nowiutkiego, czerwonego samochodu i pojechali za miasto, do lasu. Piknik na leśnej polanie udał się wspaniale – było ognisko, dziewczynki piekły kiełbaski i sporo biegały po lesie do spółki z wesoło ujadającym Kleksem. Zbliżał się wieczór. Powoli zaczęto się pakować. Pan Adam wziął Kleksa na smycz i, nie zauważony przez dziewczynki, zniknął między drzewami. Gdy po jakimś czasie wrócił na polankę – sam - wszystko było już spakowane. Wszyscy wsiedli do samochodu, a Mariolka zagwizdała na Kleksa. - Gdzie on jest? – zdziwiła się. – Zawsze przychodził natychmiast. - Musimy go poszukać – powiedziała stanowczo Beatka. – Bez niego się stąd nie ruszę. Wszyscy wysiedli z samochodu i zaczęli chodzić po polance w tę i z powrotem, nawołując psiaka. - Nigdzie ani śladu – powiedziała po chwili mama dziewczynek. – Trzeba go było lepiej pilnować, w końcu to jeszcze szczeniak. - Ściemnia się – dodał tata. – Nie ma sensu nawoływać go dłużej. Pobiegł pewnie za jakimś zającem i się zgubił. Nie martwcie się – powiedział do dziewczynek – może znajdzie drogę do domu. - Poczekajcie – powiedziała Beatka – wydaje mi się, że słyszę szczekanie. To na pewno Kleks! - Daj spokój – zniecierpliwił się pan Adam. – Gdyby tu był, przybiegłby dawno na wołanie. To pewnie psy gdzieś we wsi szczekają. Drogę powrotną rodzina przebyła w nie najlepszych nastrojach. Beatka popłakiwała cicho, Mariola próbowała ją pocieszać, co jej się niezbyt udawało, a rodzice siedzieli milczący i ponurzy. W domu dziewczynki nie chciały jeść kolacji, tylko zaraz poszły spać. Następnego dnia Beatka w dalszym ciągu chlipała po cichu, a Mariola zaraz po śniadaniu wymknęła się z domu i wróciła dopiero późnym popołudniem. A co w tym czasie działo się z Kleksem? Nie było prawdą, że pobiegł za jakimś dzikim zwierzęciem w las i zabłądził. Nie było też prawdą, że uciekł. Gdy rodzina Makowiczów szukała go na polanie, on słyszał ich wołania i szczekaniem próbował dać znać, gdzie się znajduje. „Dlaczego po mnie nie przychodzą? – myślał. – I dlaczego mój pan przywiązał mnie do drzewa i poszedł sobie?”. Gdy Kleks usłyszał warkot odjeżdżającego auta, stopniowo oddalający się i cichnący, i gdy aż do zapadnięcia zmroku nikt do niego nie przyszedł, zrozumiał, że właśnie został porzucony. Pierwszą myślą, jaka mu przyszła do głowy, było: szarpać się dopóty, dopóki smycz nie zostanie zerwana, i jak najszybciej biec do domu. Jednak im dłużej Kleks ciągnął za smycz, tym lepiej rozumiał, że nic to nie da. Cienki pasek brązowej skóry był nadspodziewanie mocny. Grube drzewo, do którego pan Adam przywiązał pieska, oczywiście także ani myślało ruszyć się z miejsca. W końcu Kleks, zrezygnowany i okropnie zmęczony, położył się obok drzewa. Szyja bolała go okropnie, bo podczas próby uwolnienia obróżka mocno otarła mu skórę. Wokół było już zupełnie ciemno. Kleks leżał z zamkniętymi oczami, ale nie potrafił zasnąć. Bał się tego obcego miejsca, ciemności, a najbardziej – samotności. Nigdy wcześniej nie zostawał sam na tak długo. Na dodatek zrobiło się chłodno i zaczął padać drobny deszcz. Kleksowi było zimno i mokro. Nie wiedząc, co ma teraz zrobić, wziął do pyska smycz i zaczął ją przeżuwać. W domu nigdy nie pozwalano mu gryźć smyczy, ale teraz było mu wszystko jedno. Przeleżał tak całą noc, trzęsąc się z zimna. Nad ranem, gdy deszcz przestał padać, zwinął się w kłębek i, nie wypuszczając smyczy z pyska, zasnął. Gdy się obudził, słońce było wysoko. Chwilę zajęło mu przypomnienie sobie, dlaczego leży nie na swoim posłaniu, ale w zimnym, mokrym lesie, a wokół nie ma nikogo ze znanych mu osób. Chwilę rozważał swoje położenie i, jako że nie mógł wymyślić nic lepszego, postanowił dalej ciągnąć za smycz. „Albo ten kawałek skóry wreszcie puści – - myślał – i wtedy pobiegnę do domu, albo zostanę tutaj na zawsze. Nie mam wyjścia, trzeba walczyć”. Napiął wszystkie mięśnie i z całej siły szarpnął się do przodu. Jakież było jego zdziwienie, gdy zamiast poczuć nieprzyjemny ucisk obróżki w okolicach szyi, poślizgnął się na mokrych liściach i przejechał kilka metrów, by wreszcie zaryć nosem w ściółkę! Wstał i obejrzał się za siebie. Skórzana smycz smętnie zwisała z drzewa. Jej koniec był postrzępiony i ośliniony. Kleks podszedł bliżej i obejrzał go. Rozpoznał ślady swoich zębów. „Przegryzłem ją w nocy – myślał ucieszony, jeszcze nie dowierzając szczęściu. – jestem wolny! Teraz do domu.” Już chciał biec, zrobił nawet parę kroków, ale zatrzymał się w miejscu. Rozejrzał się bezradnie – nie wiedział, w którą stronę należy biec do domu. Przez chwilę biegał tam i z powrotem, węsząc. „Najpierw trzeba znaleźć polankę, na której był piknik” – pomyślał. Po chwili wpadł na ślad pana Adama. Tędy wracał na polankę, gdy już uwiązał Kleksa przy drzewie. Piesek pobiegł za tropem. Nie było łatwo – deszcz zdążył zmyć ślad dość dokładnie – ale doskonały węch Kleksa doprowadził go w końcu na polankę. Teraz miejsce było puste. Piesek pokręcił się chwilę tu i tam, znalazł porzucony kawałek pieczonej kiełbasy, pogrzebał w ognisku. Stąd niepodobna było biec po śladach, gdyż urywały się one w miejscu, gdzie rodzina Makowiczów wsiadła do samochodu. Samochód, niestety, nie miał zapachu, albo też zapach ten zdążył się w ciągu nocy ulotnić. Kleks zobaczył jednak ślady kół na leśnej drodze. Postanowił biec tą drogą. „Na jej końcu na pewno jest dom” – pomyślał z nadzieją. Kleks z wywieszonym językiem biegł leśnym traktem, nie zatrzymując się ani na chwilę. Raz przecięła mu drogę wiewiórka, ale on nawet nie obejrzał się za nią. Biegł środkiem drogi, wypatrując zatartych już śladów kół. Po jakimś czasie zauważył, że las zaczyna się przerzedzać. Pomyślał, że zaraz pewnie zobaczy drzewa w swoim ogrodzie, i przyspieszył. Nagle las skończył się, ustąpiwszy miejsca wąskiemu pasmu traw. Kleks zobaczył przed sobą szeroką asfaltową jezdnię, przecinającą mu drogę. Chciał się zatrzymać, ale był zbyt rozpędzony i wpadł na asfalt. Przejeżdżający akurat samochód skręcił gwałtownie, omijając go, i oddalił się. Kleks stanął przerażony na środku drogi. Co jakiś czas to z jednej, to z drugiej strony mijały go samochody. „W którą stronę teraz do domu?” – - myślał zrozpaczony. Nie mógł się zdecydować, czy biec w lewo, czy w prawo. W końcu odwrócił się i pobiegł w lewo. Nie zwracał uwagi na mijające go samochody. Jedynie za tymi w kolorze czerwonym odwracał głowę, by się upewnić, czy to nie jadą po niego jego państwo. Jednak za każdym razem za szybą dostrzegał obce twarze. Nagle zobaczył, że jeden z samochodów zatrzymuje się na poboczu. Samochód był czerwony. Kleks, nie zwracając uwagi na przejeżdżające samochody, skręcił gwałtownie i popędził w kierunku tego auta. Zobaczył, że wysiada z niego jakiś mężczyzna. Podbiegł do niego, ale zaraz się cofnął – to nie był jego pan. Nieznajomy schylił się i wyciągnął do niego rękę. Kleks zatrzymał się, niepewny, czy obwąchać ją, czy podjąć przerwaną wędrówkę. Nieznajomy wykorzystał en moment wahania i błyskawicznie złapał za zwisający z obroży Kleksa kawałek przegryzionej smyczy. Kleks próbował mu się wyrwać, wił się i szarpał – bezskutecznie. „Puszczaj! Ja muszę wracać do domu!” – warczał. Nieznajomy jednak nic sobie z tego nie robił. Bezceremonialnie wziął szczeniaka pod pachę i posadził na tylnym siedzeniu swojego auta. Sam usiadł za kierownicą, zamknął drzwi i ruszył. Kleks początkowo szalał – skakał do okien, gryzł i drapał siedzenie. Szybko jednak zmęczył się i zrozumiał, że to nic nie da – nieznajomy zdawał się tego w ogóle nie zauważać. Wobec tego Kleks położył się na siedzeniu i przeleżał tak przez resztę podróży, na przemian to popiskując, to z cicha warcząc. Wreszcie samochód zatrzymał się. Kleks skoczył do okna i zobaczył niewielki domek otoczony schludnym trawniczkiem, na którym gdzieniegdzie rosły kwiaty. Nieznajomy wysiadł z samochodu i wypuścił Kleksa. - To twój nowy dom, biedaku – powiedział. – Potem pomyślimy, co będzie z tobą dalej. Kleks wybiegł na trawnik i zaczął węszyć. Wszystko było tu nieznane. Zza płotu wychyliła się jakaś siwowłosa pani i zawołała: - Witam, panie Malinowski! Czyżby pan sobie kupił pieska? Nieznajomy, który okazał się panem Tomaszem Malinowskim, podszedł bliżej. - Nie kupiłem, ale znalazłem, jadąc z pracy. Poprzedni właściciel chyba przywiązał go do drzewa. Widzi pani? Ma jeszcze przy szyi kawałek smyczy. - Ależ to okrutne! – oburzyła się sąsiadka. – Niech no pan go pokaże tu bliżej... Przecież to jeszcze szczeniak. Pan Malinowski złapał Kleksa i zbliżył się z nim do płotu. - Na to wygląda – potwierdził. – Jest całkiem ładny. Będzie dużym psem. - Zamierza go pan zatrzymać? - Chyba tak. Przyda mi się stróż domu... no i przyjaciel. Pan Malinowski postawił delikatnie Kleksa na ziemi i pogłaskał go. Piesek pomachał przyjaźnie ogonem. - Pewnie jesteś głodny? Zaczekaj, dam ci coś do jedzenia. Mam gdzieś jeszcze miseczkę, z której jadł mój Kacperek. Gdy Kleks usłyszał słowo „jedzenie”, uświadomił sobie, jak bardzo jest głodny. Nic dziwnego – ostatnim jego posiłkiem było przecież śniadanie zjedzone poprzedniego dnia, przed piknikiem. Gdy pan Malinowski poszedł do domu poszukać w lodówce czegoś, co nadawałoby się dla szczeniaka, Kleks pobiegł za nim. Gdy pan przygotowywał posiłek, psiak nie odstępował go na krok, skakał wokół niego i tak jak umiał, domagał się, by pan się pośpieszył. Gdy wreszcie pan Malinowski postawił na podłodze pełną miskę, Kleks opróżnił ją w ciągu kilku chwil. Pan Tomasz przykucnął obok niego i uważnie mu się przyglądał. - Ależ ty jesteś brudny! – powiedział po namyśle. – Nie będę trzymał w domu takiego brudasa. Trzeba cię wykąpać. Powiedziawszy to, wziął Kleksa pod pachę i zaniósł do łazienki. Tam włożył go do wanny i odkręcił kurek z ciepłą wodą. Kleks, gdy tylko poczuł wilgoć, natychmiast chciał wyskoczyć z wanny i uciec, ale pan Malinowski stanowczo przytrzymał go za kark. - Poczekaj, czego się tak boisz? – mówił do niego łagodnie, chcąc go uspokoić. – - Teraz cię namydlę, a potem spłukam, wysuszę – i będziesz wolny! Kąpiel to nic strasznego, uwierz mi. Kacper nie bał się kąpieli. Myślałem, że wszystkie psy lubią wodę. Kleks jednak ani myślał w to uwierzyć. Panu Malinowskiemu nie przyszło łatwo zmusić go do tego, by pozostał w wannie tak długo, jak to było konieczne. Jakoś udało mu się go wykąpać, ale gdy na chwilę odwrócił się, by sięgnąć po ręcznik, Kleks, nie namyślając się, jednym susem wyskoczył z wanny i uciekł przez otwarte drzwi łazienki. Pan Malinowski wybiegł za nim z ręcznikiem w ręce. Nie musiał zastanawiać się, dokąd pobiegł Kleks – drogę psiaka znaczyły kałuże wody na posadzkach i mokre plamy na dywanach. Pan dopadł Kleksa w pokoju gościnnym, gdzie szczeniak leżał wyciągnięty na kanapie. Gdy zobaczył pana Tomasza, zeskoczył z niej i schował się pod szafą. Wyciągnąć go nie było wcale łatwo. Pan Tomasz musiał położyć się na podłodze, by dosięgnąć psiaka. Wyjąwszy go, natychmiast zawinął w ręcznik i wysuszył. Po tym zabiegu Kleks wyglądał o wiele ładniej niż w chwili, gdy pan Malinowski go znalazł. Futerko, zmierzwione od leżenia na wilgotnej ściółce leśnej, znów stało się puszyste i lśniące. Po błocie, które przykleiło się było do psiego brzuszka, nie zostało ani śladu. - No, dopiero teraz naprawdę widzę, jaki ty jesteś ładny – ucieszył się pan Malinowski. „Jestem panu bardzo wdzięczny za posiłek – pomyślał Kleks – ale niestety, muszę już iść dalej. Chcę jak najszybciej odnaleźć moją rodzinę.” Gdy pan Malinowski zobaczył, że Kleks stoi pod drzwiami wejściowymi i piszczy, otworzył drzwi i wypuścił go do ogrodu. - Chcesz pobiegać, prawda? – uśmiechnął się. – Śmiało, obejrzyj ogród. Od dziś to jest także twój dom. Kleks jednak nie zamierzał wcale zwiedzać ogrodu. Podbiegł do furtki, oparł się na niej łapami, ale nie ustąpiła. Kleks obwąchał ją dokładnie, jeszcze raz skoczył na nią, a gdy przekonał się, że nie uda mu się jej otworzyć, zaczął węszyć pod płotem w nadziei na znalezienie choćby małej dziury w ogrodzeniu. Niestety, płot był nowy, pan Malinowski postawił go właśnie przed miesiącem. Zadbał, żeby nie było w nim nawet najmniejszej szpary. Miał swoje powody. Półtora miesiąca wcześniej stracił psa, malutkiego yorka o imieniu Kacper. Kacperek był przemiłym zwierzakiem, ale miał jedną uciążliwą cechę, charakterystyczną zresztą dla wielu psów – bardzo często uciekał, by wrócić po kilku godzinach lub kilku dniach. Pan Tomasz za nic nie mógł go upilnować. Kacper zawsze umiał wybrać moment, gdy jego pan był czymś zajęty, i uciec przez wcześniej upatrzoną szparę w płocie lub samodzielnie wykonany podkop. Gdy pan Malinowski dostrzegał, że pies uciekł, jeździł swoim samochodem po całym mieście i szukał go. Czasem udawało mu się odnaleźć Kacpra, a często pies sam wracał do domu z podkulonym ogonem, jakby obiecując, że ucieczka więcej się nie powtórzy. Niestety, po pewnym czasie historia powtarzała się. Pewnego dnia Kacper znów zniknął. Pan Tomasz szukał go cały dzień. Gdy przez tydzień pies się nie pojawił, pan Malinowski porozwieszał ogłoszenia wszędzie, gdzie się dało. Jeździł do schronisk, pytał znajomych, ale pies zapadł się jak kamień w wodę. W końcu pan Tomasz dał za wygraną i przestał szukać, ale postanowił, że jeśli kiedyś jeszcze będzie miał psa, to zwierzakowi nie będzie tak łatwo uciec. Dlatego postawił nowe ogrodzenie. Trzeba przyznać, że płot sprawdził się znakomicie. Kleks obiegł wzdłuż niego cały ogród i nigdzie nie znalazł nawet najmniejszej dziurki. Zrezygnowany, położył się przy furtce i zaczął rozważać wykonanie podkopu. Z rozmyślań wyrwało go skrzypienie furtki. Podniósł głowę – ktoś wchodził do ogrodu. „Teraz albo nigdy” – pomyślał Kleks i zerwawszy się na równe nogi, prześlizgnął się między nogami wchodzącego. Nim gość pana Malinowskiego zdążył się zorientować, co się dzieje, Kleks już był na zewnątrz. Teraz należało obrać kierunek wędrówki. Piesek nie miał pojęcia, w którą stronę musi biec, by dotrzeć do domu. Znów postanowił zdać się na intuicję i wybrać kierunek na „chybił-trafił”. Z cichej osiedlowej uliczki wydostał się na większą drogę, a stamtąd, przebiegłszy kawałek, skręcił na trasę. Nie miał jednak zamiaru biec jezdnią, tak jak poprzednio. „Nie chcę, żeby znowu ktoś mnie zatrzymał – myślał. – - Chcę jak najszybciej być w domu”. Postanowił biec lasem, równolegle do drogi, nie tracąc jej z oczu. „W ten sposób nie zgubię się, ale nikt mnie nie dostrzeże” – myślał. Nie zabiegł daleko, gdy między drzewami dostrzegł nieduży parking i mały bar. Na parkingu stało kilka samochodów, a nieliczni ludzie wchodzili i wychodzili z baru. Koło nich kręcił się mały, kudłaty piesek o ładnej, srebrnej sierści. Kleks, ukryty za kępą krzaków, obserwował go przez dłuższą chwilę. Szybko zorientował się, że piesek prosi przechodniów o jedzenie. „Biedak – pomyślał Kleks widząc, jak tamten biegnie za wysokim panem niosącym hamburgera – musi być bardzo głodny”. Pan z hamburgerem, zniecierpliwiony napraszającym się zwierzakiem, odwrócił się o tupnął nogą. Piesek podkulił ogon i odbiegł, wystraszony, by po chwili biec za panią niosącą zapiekankę. Kleks, po chwili namysłu, ostrożnie wyszedł z krzaków i powoli podszedł do pieska. - Cześć – szczeknął i pomachał przyjaźnie ogonem. Piesek zjeżył się, uniósł wysoko ogon i pokazał zęby. - Lepiej nie podchodź – warknął. – To mój teren. Ja tu poluję. „Cóż to za polowanie – pomyślał ze współczuciem Kleks. – On wcale nie poluje, ale żebrze o resztki jedzenia”. - Nie zamierzam ci tego uniemożliwiać – powiedział głośno – chcę się zaprzyjaźnić. Nazywam się Kleks. - Zaprzyjaźnić? Dlaczego akurat ze mną? – warknął piesek, ale sierść na jego karku nie była już zjeżona. – Skąd się tu w ogóle wziąłeś? – spytał, nie czekając na odpowiedź na poprzednie pytanie. Kleks opowiedział pokrótce swoją historię. - ...a teraz wracam do domu – zakończył swoją opowieść. - A skąd wiesz, gdzie jest twój dom? – uśmiechnął się z ironią piesek. - No... nie wiem... – zawahał się Kleks. – Ale mam nadzieję, że w końcu do niego trafię. - Ja też miałem taką nadzieję – powiedział pies. – Ale się zawiodłem. I nie byłem wtedy szczeniakiem, tak jak ty, ale doświadczonym psem. - Jak to? – wytrzeszczył oczy Kleks. – Chcesz powiedzieć, że ty też się zgubiłeś? - Tak. To znaczy, ja się zgubiłem na własne życzenie, a ciebie właściciele porzucili. To, że teraz jestem tutaj, to tylko i wyłącznie moja wina. - Jak to: porzucili mnie?! – zdziwił się Kleks. – Przecież opowiedziałem ci wszystko! To musiał być wypadek. Na pewno teraz w domu wszyscy mnie szukają. Moi państwo nigdy by mnie nie porzucili. - Ach, skoro chcesz w to wierzyć... proszę bardzo – machnął łapą pies. – Ale chyba chcesz usłyszeć moją historię. Muszę to wreszcie komuś opowiedzieć... Miałem kiedyś swojego pana, wiesz? Był dla mnie bardzo dobry, karmił mnie, czesał, nawet wiązał mi kokardki na głowie. Śmieszne, nie? No, ale skoro jemu wydawało się, że z kokardką wyglądam ładniej, to nie protestowałem, żeby nie robić mu przykrości. Miałem duży ogród, po którym mogłem biegać całymi dniami. Ale dla mnie ogród był za mały. Coś ciągnęło mnie na zewnątrz. Dlatego ciągle uciekałem przez dziurę w plocie albo podkop i przez cały dzień biegałem tam, gdzie chciałem. Czasem wracałem dopiero po kilku dniach. Wiedziałem, że mój pan się martwi, ale to było silniejsze ode mnie. Zresztą mówiłem sobie: „Przecież dziś, jutro albo za kilka dni wrócę do domu”. No i pewnego razu nie wróciłem. Pobiegłem za daleko, w okolice, których nie znałem. Zgubiłem się i nie potrafiłem wrócić. Na początku myślałem, że mój pan mnie znajdzie. Biegałem ulicami, wypatrując czerwonego malucha. Ale nigdy nie spotkałem mojego pana. Już prawie miesiąc żyję tu, na tym parkingu. Pewnie nigdy nie zobaczę mojego pana. Trudno, za błędy się płaci. Kleks słuchał z zainteresowaniem. Kiedy piesek wspomniał o czerwonym samochodzie, coś przyszło mu do głowy. - A jak ty właściwie masz na imię? – spytał. - Wołano na mnie Kacper. „Ten pan wspominał o psie Kacprze” – pomyślał Kleks. - A czy mógłbyś mi opowiedzieć, jak wyglądał twój dom? - Oczywiście – odparł Kacper, zadowolony, że może powspominać swój dawny dom. – - Chociaż prawdę mówiąc, nie wiem, po co chcesz to wiedzieć. W miarę jak Kacper opowiadał, Kleks był coraz bardziej pewien, że mężczyzna, który złapał go na ulicy i przywiózł do domu, jest właścicielem pieska. Zaczął gorączkowo odtwarzać w myślach drogę, którą przebył od domu pana Malinowskiego aż tutaj, by upewnić się, że zdoła tam trafić. - Chodź – powiedział do Kacpra. - Zaprowadzę cię gdzieś. - Zwariowałeś? Dokąd chcesz iść? Jeżeli liczysz na to, że odprowadzę cię do domu, to się mylisz. - Proszę, chodź ze mną – zaskomlił Kleks. - Nie, nie ruszę się stąd, chyba że chcesz mnie zaprowadzić dokądś, gdzie będę mógł się najeść do syta. - W pewnym sensie... tak. Tam, gdzie pójdziemy, dostaniesz na pewno jeść. Kacper wahał się jeszcze. Nie dowierzał temu przybłędzie, który pojawił się tu nie wiadomo skąd. „Zresztą to jeszcze szczeniak – myślał. – Co on może wiedzieć o zdobywaniu jedzenia?”. W końcu jednak postanowił pójść z nim. „Właścicielka baru przeganiała mnie już dzisiaj dwa razy. Nie zaszkodzi, jeżeli zniknę jej z oczu na jakiś czas. A potem wrócę.” - Chodźmy – szczeknął na Kleksa. – Ale nie oddalajmy się zbytnio, bo nie chcę zgubić drogi na parking. - To niezbyt daleko – wyszczerzył w uśmiechu zęby Kleks i pobiegł przodem. Po kilku minutach byli na uliczce, gdzie mieszkał pan Malinowski. Kleks musiał przyznać, że Kacper biegał nieźle jak na tak małego pieska. - Poznajesz tę okolicę? – spytał. - Chyba kiedyś tu byłem... Dokąd ty mnie prowadzisz, Kleks? Kleks nie odpowiedział, bo właśnie dostrzegł czerwony dach domu pana Malinowskiego. Przyspieszył gwałtownie, wyprzedzając Kacpra, i zatrzymał się dopiero przed furtką do ogrodu pana Tomasza. - Dokąd ty mnie zaprowadziłeś... – szczeknął Kacper, dogoniwszy Kleksa. Spojrzał na dom i urwał wpół zdania. – To jest... to jest... – zaskomlił cicho. - To jest twój dom? – spytał Kleks. – Tak myślałem. Twój pan trochę opowiadał mi o tobie. - To on znalazł cię wtedy na ulicy? – spytał Kacper, nie odrywając oczu od drzwi wejściowych domu. - Tak. Znalazł i przywiózł tutaj. A potem nakarmił i wykąpał. Twój pan jest bardzo dobrym człowiekiem. Przeproś go ode mnie, że uciekłem tak bez pożegnania. Ale musiałem biec do swojego domu. On na pewno to zrozumie. Kacper spojrzał na moment na Kleksa z uwagą. - Nie wracaj do domu – powiedział. – Oni cię tam nie chcą. Nie zaprzeczaj – dodał szybko, widząc, że Kleks już otwiera pyszczek. – jestem starszy od ciebie i niejedno widziałem. Zostań z nami, tutaj jest dość miejsca dla nas obu. Mój pan na pewno nie będzie miał nic przeciwko temu. - Dziękuję ci bardzo, ale jednak pójdę do domu – powiedział Kleks. – Ja i tak jestem pewien, że tam mnie szukają i martwią się. - Jak chcesz. Ale gdyby... gdybyś chciał, to wracaj do nas. - Dobrze – uśmiechnął się Kleks. W tej chwili drzwi do domu uchyliły się. Kacper wyglądał tak, jakby zaraz miał zwariować z radości. - No, to ja już sobie pójdę. Nie chcę, żeby twój pan mnie zobaczył, mógłby chcieć mnie zatrzymywać – powiedział Kleks. – Do widzenia. Kacper zdawał się już go nie słuchać, ale jednak odwrócił się do niego na moment i powiedział: - Do widzenia. Nigdy nie zapomnę tego, co dla mnie zrobiłeś. Szczęśliwej drogi. Więcej nie miał czasu powiedzieć, bo w tym momencie pan Malinowski wyszedł do ogrodu. Kacper zaczął szaleć przy furtce. Pan Tomasz, zobaczywszy go, przez chwilę stał, przecierając ze zdumienia oczy, ale zaraz podbiegł do furtki, otworzył ją i chwycił Kacpra na ręce. Piesek zaczął lizać go po rękach i twarzy. - Kacper! Mój Kacperek! Jak ty wyglądasz – mówił pan. – pewnie jesteś strasznie głodny? Gdzieś ty się podziewał tyle czasu? - Już nigdy więcej nie ucieknę – mówił Kacper. – Aha,…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Bellis
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…