Pieśń Pokoju - Interludium cz.2
Nawet los traci nadzieję, kiedy spojrzysz śmierci w oczy.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
{b}Uśmiech Losu{/b}
Szedł niespiesznie, a raczej wlókł się ostatkiem sił, byleby uciec od tego piekła dokoła. Wołgów płonął. Nalot dywanowy obrócił większość zabudowań w morze dymiącego gruzu, a całe miasto zdawało się jęczeć z bólu, przypalone ognistym deszczem. Krzyki, swąd spalenizny i desperackie wystrzały mieszały się w makabryczną zapowiedź wstąpienia piekieł na Ziemię.
Ruskim nie udało się sforsować obrony, czwarta kompania batalionu Ajdar walczyła jak opętana; strzelali z okien, szybów i śmietników; zza powalonych pojazdów i wszystkiego, co nadawało się na osłonę, a Rosjanie przeklinali wołgowskie „Szerszenie", mocząc portki na samą myśl o wejściu do miasta. W szeregach ukraińców krążyła anegdota, że kacapy boją się unosić klapę od sracza, żeby nie dostać kulki w dupę.
Mykola zaśmiał się do tej myśli. Ból poharatanych wnętrzności nieco zelżał, ale krwawy ślad, który za sobą zostawiał młody żołnierz nie wróżył nic dobrego.
Mimo wszystko nie dopuszczał do siebie myśli, że dla niego to już koniec; widział już gorsze rany przepijane dobrą wódeczką. Jednego z jego oddziału kacapy tak naszpikowali śrutem, że chirurg zapełnił całą paterę, kiedy go łatał. Potem śmiali się z chłopakami w koszarach, że Bohdan musi dziury w bebechach palcami zatykać, bo mu będzie horilka bokiem uciekała.
Zaczynało już zmierzchać, kiedy Mykola wszedł do częściowo zawalonego budynku i wymierzył karabinem w środek izby oświetlonej krwawym światłem zachodu. Wewnątrz nie było nikogo. Ulżyło mu. Po nalocie nie spodziewał się orków tak głęboko za linią frontu – jeszcze nie, ale nie chciał zasypiać na zewnątrz wśród zmasakrowanych ciał kolegów i cywili, więc szukał jakiegoś schronienia – zawsze bał się trupów.
Usiadł pod ścianą, zdjął majluka z ramienia i położył na podłodze, tuż pod ręką, żeby być gotowym na pierwszy zwiad wargów. Nazwy ze Śródziemia szerzyły się od początku wojny: po części po to, żeby ośmieszyć Rosjan, a po części dlatego, że łatwiej zabija się fikcyjne kreatury aniżeli ludzi – nawet po stronie wroga.
Mykola spojrzał na nasiąknięty szkarłatem dół munduru. Dostał porządnie i w pierwszej linii już raczej nie zawalczy, ale miał nadzieję, że chociaż uda mu się ustrzelić jeszcze jeden kacapowy czerep, który zabłądzi pośród zgliszczy.
Bombardowanie trwało. Pohuki docierały do centrum miasta w miarowych odstępach – bardziej głuche, oddalone, ale nie mniej bolesne, bo każdy grzmot niósł śmierć niewinnym ludziom, jego rodakom, a wszystko przez tego svolotaka na Kremlu! Musiał rzucić coś na stół, inaczej sam zniknąłby gdzieś na Sybirze. Pieprzony Putler! Wiedział, że mu już powróz szykują, więc wyzbył się hamulców, resztek człowieczeństwa i posłał na miasto nawałnicę ognia i śmierci.
Mykola splunął krwią i zadrżał. Ból szarpał mu flaki z każdym ruchem, a okropny chłód wędrował od nóg w górę ciała.
Zimna strasznie ta wiosna, pomyślał i objął się ramionami.
Spojrzał w okno. Rozbłyski poprzedzały coraz to bardziej stłumione wybuchy.
– No, Polinko... – pogłaskał karabin. – Poczekamy tu na pomoc. Nasi za rzeką stali i w mieście przecież też ktoś musiał zostać przy życiu. – Spróbował poruszyć nogami, ale lewa była cała zdrętwiała, a prawa bolała jak diabli. Jęknął. – Poczekamy, Polinko. Cierpliwość to cnota. – Poklepał karabin.
Coś poruszyło się za zwałami gruzu. Mykola pochwycił broń i wycelował, ale lufa kręciła w powietrzu szerokie zawiajasy. Nie miał siły porządnie wycelować.
– Kto tam! Wyłaź albo sito z rzyci zrobię!
Poła ciemnej wełnianej sukienki wychynęła zza zwaliska gruzu, a za nią małe ciałko okutane brudnym kożuchem. Dziewczynka wbiła w żołnierza piękne, wielkie oczy – wielkie i przestraszone – i zastygła w miejscu. W dłoniach ściskała szmacianego misia.
Opuścił broń i podziękował Bogu, że nie wystrzelił.
– Skądś ty, dziecko, się tu wzięła?!
Dziewczynka nic nie powiedziała, tylko nieśmiało podeszła bliżej.
– Gdzie matula twoja? – O ojca nie pytał, bo najpewniej na wojnie albo walczy, albo już odpoczywa.
– Nie wiem – odpowiedziała dziecięcym, kojącym głosem. – Myśli pan, że nic nam nie będzie?
Mykola uśmiechnął się i przesunął nieco w stronę okna, żeby zrobić małej miejsce obok siebie.
– Nasi pewno już w odwecie idą. Chodź, usiądź, pewno ci zimno, bo nawet shapki nie masz. Razem poczekamy, cieplej będzie.
Dziewczynka uśmiechnęła się delikatnie i zajęłą wskazane miejsce.
– Boli pana? – zapytała, patrząc na ranę.
– Jak cholera, ale nie takie rany już widziałem. Wyliżę się, tylko ruszać kopytami nie mogę, bo jucha leci... – Ugryzł się w język. Przy dziecku musiał się hamować. – Jak ci na imię?
– Nadia, proszę pana. – odpowiedziała grzecznie. – A panu?
– Mykola.
– Wszytko będzie dobrze, Mykola. – Położyła mu głowę na ramieniu, a on pogłaskał ją po ciemnej czuprynie. Była taka ciepła.
– A ten twój obrońca to jak ma? – Wskazał na niedźwiadka trzymanego w uścisku małych urękawiczonych dłoni.
– Mykola – odpowiedziała z uśmiechem.
Zaśmiał się w głos.
– To tak jak ja.
– Tak. – Dziewczynka położyła Mykolę na brzuchu Mykoli i nakazała trzymać ręką, po czym wstała i podeszła do okna.
– Nie podchodź! – Chciał się poderwać, ale nie czuł już niczego od pasa w dół i jeszcze ten przeszywający chłód... Odbierał chęci do czegokolwiek.
– Przyjdą po nas, Mykola, wiesz – powiedziała z taką…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil MKP
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…