Wróć do katalogu

Planeta śmierci

Rasa odkrywa planetę, na której nie istnieje życie. Ale istniało...

Regis, opublikowano , 22 min czytania, 4,3 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Planeta śmierci

Pulpit sterowniczy rozbłysł kolorami migoczących kontrolek. Ogłuszający pisk alarmowy obudził majora Kenneta, i w pewien sposób przywołał go na mostek. Był już tam jego zastępca, kapitan Relins. W rozpiętym mundurze, pochylał się nad konsoletą i próbował rozmawiać z kimś przez radio. Z kimś ze statku, ponieważ kontakt z bazą utracili dobre dwa lata temu, a teraz „zwiedzali” wszechświat. Za pięć lat mieli powrócić z wyprawy badawczej. - Co się dzieje kapitanie? – Zapytał swojego podwładnego. - Chwileczkę, majorze. – Rzucił przez ramię oficer. – Co...?! Nic nie rozumiem! – Krzyknął do mikrofonu. Radio zatrzeszczało, dało się słyszeć przez chwilę czyjś głos, lecz tak zniekształcony przez trzaski, że praktycznie nie dało się rozróżnić słow. - A może tak przełączyć na wewnętrzne nadawanie? – Zapytał Kennet. Zdziwiony kapitan spojrzał przez ramię na swego podwładnego. Kennet zobaczył, że i jego alarm musiał obudzić. Świadczyły o tym podkrążone oczy, rozczochrana fryzura, a także chrapliwy głos. - A, tak. Dziękuję, majorze. – Relins nacisnął przycisk na panelu kontrolnym. Przycisk rozbłysł zielonym światłem. Głos dobiegający z głośnika od razu stał się wyraźniejszy. Jakiś mężczyzna wołał: - ...czy jest tam Kennet? Czy jest tam major Kennet?! – A po chwili, jakby gdzieś z boku. – Synu, zostaw tą dźwignię! - Tu major Kennet. Słucham? – Powiedział dowódca do mikrofonu. - Majorze, natkneliśmy się na coś ciekawego. Bardzo ciekawego. Proszę spojrzeć na ekran. Kennet spojrzał. Ekran migotał. Po chwili dało się na nim zauważyć zielono-niebieskawą planetę, wokół której krążyła mniejsza, prawdopodobnie księżyc. - Czy sprawdziliście, co to za planeta? – Zapytał major. - Tak. – Padła krótka odpowiedź z głośnika. Milczenie przedłużało się. Kapitan Relins nie wytrzymał. - I co? S k l a s y f i k o w a n a? – Zapytał z nadzieją w głosie. - Nie. – Ta krótka odpowiedź starczyła za całą przemowę. Kennet zastanawiał się jakie korzyści wypłyną z tego faktu. Znaleźli, po dwóch latach poszukiwań, niesklasyfikowaną planetę! Od lat Rasa poszukiwała w całym kosmosie planet gotowych do zasiedlenia. Bogatych w surowce, których brakowało na ich wyjałowionej latami, wiekami wręcz, planecie. A teraz po tak długim okresie znaleźli planetę! Planetę, która nie widniała jeszcze w Rejestrze Rasy! Ale co z tego, jeśli z tego faktu nie wynikną żadne korzyści? - Gdzie się znajdujemy? – Zapytał Kennet nawigatora siedzącego na mostku. - Jak to, gdzie? – Mężczyzna z początku nie zrozumiał pytania. – Na statku, na „Zwiadowcy” należącym do Rasy. „Zwiadowca” – tak nazwał swój statek major Kennet. Wtedy jeszcze porucznik Kennet. Dwadzieści trzy lata temu, kiedy Rada powierzyła mu dowodzenie na lądowniku był pijany ze szczęścia. Przez dwadzieścia trzy lata próbował odwdzięczyć się Radzie za zaufanie, którym go obdarzono i przez ten okres czasu nie miał sposobności, by to zrobić. Aż do dziś. Jeśli tylko okaże się, iż ta planeta...! Ah! - Jaki układ słoneczny? – Sprostował pytanie. Nawigator milczał przez chwilę. - Obawiam się, iż jest to gdzieś na końcu wszechświata. Relins spojrzał na majora. Jego wzrok wyrażał nieme pytanie: „Gdzieś ty nas sprowadził, majorze Kennet?” dowódca sam zadał to pytanie, lecz na głos: - Gdzie my u licha jesteśmy? - Ale odpowiedziała mu tylko cisza. · - Majorze! – Krzyknął po chwili nawigator. – Coś się do nas zbliża. - Czyżby statek kosmiczny? O b c y ? - Obawiam się, że nie wiem. Raczej nie. Wygląda to na sztucznego satelitę. Na ekranie znów zamigotał obraz. Planeta zniknęła im z oczu. Jej miejsce zajął walcowaty przedmiot z dwoma ramionami, pokrytymi jakimś połyskliwym metalem. - Co to jest? – Zapytał major. - Sprawdzam. – Padła krótka odpowiedź. Głos nie należał ani do nawigatora, ani do kapitana Relinsa. Major obejrzał się za siebie. Za nim z komputerem w dłoniach stał historyk I-szego stopnia. Po chwili milczenia odezwał się bezbarwnym tonem. – To niemożliwe... - Co to u licha jest? Mów, bo się zbliża. - He...! – Zaśmiał się krótko historyk. – Wygląda to na satelitę. Meteorologicznego. - Co to znaczy? – Głupio zapytał Kennet. - Albo jest to „nasz” satelita, który zabłąkał się trzysta lat temu, kiedy jeszcze takich używaliśmy, albo mamy do czynienia z obcą formą życia. Inteligentną na dodatek. – Historyk podniósł wzrok i spojrzał w zdziwione oczy dowódcy. - Czy... Czy jesteśmy na kolizyjnym? – Padło kolejne głupie pytanie, tym razem ze strony kapitana Relinsa. - A jakie to ma znaczenie? – Odpowiedział major. – Jeśli nawet, to ten satelita musi być wielkości kontrolki przy tobie. Nawet jeśli, to nic nam się nie stanie. „Zwiadowca” to dobry okręt. Zbudowany z wytrzymałych materiałów. Plastostal jest bardzo ciężko zniszczyć. Gdyby „Zwiadowca” był zbudowany z czegoś słabszego, to z pewnością nazywałby się „Wrak: kosmiczna porażka Rasy”. – Ten niewinny żart wywołał salwę śmiechu u nawigatora i historyka. Relins zaczerwienił się lekko. - Dobra. Zebrać techników, biologów i kogo tam jeszcze trzeba. – Powiedział spokojnie Kennet. – Wejdziemy na orbitę i poobserwujemy sobie obiekt. · „Zwiadowca” krążył po orbicie już trzeci „lokalny” cykl słoneczny. Ustalono, iż na planecie znajduje się odpowiednia mieszanina tlenu i azotu, pozwalająca na poruszanie się po niej bez skafandra. Planeta zaklasyfikowana została jako odpowiednia do zasiedlenia. Ale to były tylko wstępne analizy. Miną miesiące, zanim do końca będziemy pewni, czy na planecie X27BZ73S da się żyć. Dalej wielką niewiadomą pozostawało pytanie: „Czy na X27BZ73S istnieje życie?” Kennet zastanawiał się, skąd u licha na orbicie X27BZ73S satelita meteorologiczny Rasy? Trzystuletni satelita Rasy! Kennet zbadał dokładnie histaorię Rasy, już jako nastoletni chłopiec, i nie było w niej mowy o żadnym zaginionym satelicie! Jeśli był to satelita zwiadowczy, to czemu komputer „Zwiadowcy” nie odnotował sklasyfikowania strefy ani układu słonecznego w jakim się znajdowali? · - Majorze, grupa badawcza dopytuje się, czy może zejść na powierzchnię? - Hm...? – Mruknął Kennet. - Grupa zwiadowcza. Są już gotowi. - I? - Znajdujemy się na orbicie X27BZ73S już tydzień. - Uważasz, kapitanie, że to wystarczająco dużo? A co my tak naprawdę wiemy na temat X27BZ73S? - Że jest to planeta znajująca się w układzie słonecznym wraz z ośmioma innymi. Posiada trzy księżyce. Możliwe, iż zamieszkała przez istoty ineligentne. Dookoła planety znajduje się naturalna powłoka zbudowana głównie z ozonu. - Tydzień... Dobrze zejdziemy juto. Iloodobowa grupa bdawcza idzie? - Siedmio. - Kto? - Ja, historycy, I-szego i II-go poziomu, dwóch biochemików, astrofizyk, matematyk i psychoneurotyk. - Osiem. - Siedem, dwóch... - Osiem, kapitanie. – Przerwał mu major. – Idę jeszcze ja. Pan zostaje. Pod moją nieobecność będzie pan dowodził „Zwiadowcą”. - Ależ majorze... - Milcz Relins. Wiem, daje to dalej o jedną osobę za mało do pełnej ósemki. Z grupą zwiadowczą pójdzie jeszcze... XV-2. - Android...? - I owszem, ale i lekarz. O włączeniu lekarza do grupy badawczej pan nie pomyślał, między innymi dlatego pan zostaje, kapitanie. · Dumny buc! Myślał Relins wychodząc z pokoju dowódcy. Swe kroki skierował na mostek, gdzie grupa naukowców obserwowała planetę. - Interesujące... – Mruknął jeden z nich, lecz kiedy tylko zauważył kapitana, zamilkł. - Co jest interesujące? – Zapytał Relins. - Ten, tego... nic? – Speszył się klimatolog. - Co jest interesujące? – Zapytał raz jeszcze, tym razem tonem nie znoszącym odmowy. - Tego... zwykłe... cyrkulacje powietrza... Ruchy mas wody... w powietrzu, nic interesującego. Cholera, nawet oni! Nawet załoga coś przede mną ukrywa. · Prom kosmiczny „Zwiadowca 1” bez problemu pomieściłby na swym pokładzie całą liczącą ponad stu osobową załogę, lecz w porównaniu do swego pierwowzoru, do „Zwiadowcy”, był niczym innym tylko małym stateczkiem. Prom mogący pomieścić w swych trzewiach ponad sto osób, miał pomieścić ich ledwo piętnaście. Nieoczekiwany wzrost liczby personelu biorącego udział w ekspedycji, zawdzięczany był Kapitanowi Relinsowi. To on zwrócił słuszną uwagę na nie pozostawianie promu bez opieki i na zaopatrzenie się w ochronę. I tak promy na planecie X27BZ73S miało pilnować dwóch ludzi, zdolnych w każdym momencie na ucieczkę z nieprzyjaznej planety, jak i na sterowanie licznym zewnętrznym uzbrojeniem promu. Trzy osoby stanowiły „straż” ekspedycji. Był to tylko i wyłącznie wymóg regulaminu, gdyż każdy naukowiec, czy badacz starający się o stopień „poszukiwacza” musiał przejść specjalne szkolenie, mające w swym programie: umiejętność posługiwania się lancą laserową, samoobronę i udzielanie pomocy rannym. Do dnia dzisiejszego takie kursy sprawdziły się tylko kilkakrotnie w historii Rasy, podczas podboju dwóch innych, słabszych. Prom wystartował z cichym szumem silnika. Możliwe było całkowite wyciszenie pracy promu, lecz wszyscy zgodnie stwierdzili, że wolą aby to nie nastąpiło. To dawało im swoiste poczucie bezpieczeństwa. Wiedzieli, że wszystko jest pod kontrolą. Nie bali się tego co zastaną na owej planecie, nazwanej przez majora Kenneta X27BZ73S, w sektorze X27. Dzięki psychoneurotykom strach jako-taki został wyeliminowany z ich podświadomości. Prom z cicym szumem wylądował. Właz został otwarty. · To co ujrzeli zaraz po wyjściu przerosło ich oczekiwania. Skąpana w porannym słońcu równina w niczym nie przypominała ich ojczystej planety Louga. Resztki jakiejkolwiek fauny, przedstawiały się mizernie. Karłowate krzaki, i nic poza tym. Wszędzie piasek, słońce i krzaki. Przedarli się na wzniesienie. Z tej lokacji ujrzeli wielkie fortyfikacje wznoszące się pod samo niebo. I ani śladu jakiegokoliwiek życia. Tylko piasek, słońce, miasto i wiatr. - Sformować szyk obronny. – Zarządził major Kennet, ustawiając się na czele kolumny. Ustawił poziom mocy w lancy na ogłuszenie. Taki sam rozkaz wydał swoim podwładnym. Kiedy weszli na teren pierwszych zabudowań powitała ich grobowa cisza. W mieście nie było ani śladu życia. Budynki, pojazdy, rzeczy pozostawione były jakby w pośpiechu. Porozbijane wehikuły stały tu i tam, lekko zasypane piaskiem naniesionym przez wiatr. - Co to za dziwne pojazdy? – Zapytał jeden z biochemików, patrząc na wehikuł. Wehikuł miał cztery koła i dużą osadzoną na nich kabinę. Posiadał on również cztery włazy wejściowe, pozbawione plastostalowych wizjerów. Posiadał dziury po wizjerach. Kabina wyglądała dość dziwnie. Dwa fotele z przodu, wykonane z nieznanego pochodzenia materiału, kółko, zapewne służące do sterowania i trzy dziwne wajchy na podłodze. - Jak tym można się poruszać? – Dziwił się jeden z wartowników, usadziwszy się w kokpicie pojazdu. Rękami próbował sięgnąć w dół aby dotknąć którejś z wajch. Wyglądało to dość komicznie, jednak nikomu z nich nie chciało się śmiać. Jeden z historyków podszedł do wielkiej dziury w budynku. Na jej obrzeżach ujrzał dziwną, przeźroczystą substancję. Lekko dotknął jej opatrzonymi w skafandrowe…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych